Lifestyle Związek

Gdzie dwie się biją tam trzeci korzysta. Wygrany jest skurczybyk, co by się nie stało

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
4 grudnia 2015
Fot. iStock / gremlin
 

Zatroskały mnie te żony i kochanki. Ta wymiana listów intensywna, mała wojna literacka, jakże zgrabnym językiem poprowadzona. Dwie kobiety w walce o faceta. Jedna jawna, poślubiona i codzienna. Matka, żona, kobieta śniadaniowa. Druga utajniona. Zakazana, kobieta wolnej chwili i z reguły nagłej kolacji (bo dzisiaj akurat panicz ma wolne i naszła go dzika ochota na niecodzienny szał). Walczą. Na subtelne słowa, eleganckie, acz złośliwe wtyczki i na ciosy nożem zadane, które rany głębokie czynią.

A po paniczu wszystko spływa. Jak brudna woda po kąpieli. Stoi sobie taki, z uśmiechem na łajdackiej twarzy, obok niego ego, nadmuchane jak sam budda, obie kreatury w nastroju wyśmienitym, klepią się po brzuchach zadowolone po same pachy. Bo im się zachciało, bo im się bezmyślnie pomyślało, bo im się wyobraziło, że żona oklepana taka to kochankę pora wziąć! Jak se przy tym toto umyśliło tak zrobiło. Bez rzeczywistego pomyślunku rzecz jasna, bez jednej refleksji i w przeświadczeniu, że jak się jest „panicz” to konsekwencji nie trzeba będzie ponosi. Na wypadek wpadki, wystarczy mina zbiedzonego psa i bajka adekwatna do sytuacji i będzie po sprawie raz dwa.

No i najczęściej jest. Po sprawie raz dwa. Jakby to bowiem idiotycznie nie brzmiało, w menage a trois facet jest zawsze pod ochroną. Dwie kobiety go chronią, waleczne, dzielne, zdeterminowane. Pewniejsze niż super polisa na życie. Więc siedzi sobie facet w tym kobiecym cieście jak rodzynek jakiś, a ego mu na oczach z rozkoszy umiera. Przyczynek wszelkiego zła, wyniesiony na piedestał. I nawet o wynik tej wojny martwić się nie musi, bo co się nie stanie, to jest wygrany. Jak go żona wygra, to sprawy szybko wrócą do rodzinnego status quo, może nawet pójdą w stronę nieco lepszą, bo się kobieta bardziej starać będzie,

Kto wie? Może i stare dobre czasy powrócą na chwilę zanim znowu miernocie przyjdzie do głowy, że królem jest. Jak natomiast kochanka wywalczy sobie panicza, to się taki dopiero będzie mógł popisać, wymagając od niej bóg wie czego w zamian za żony poświęcenie. Wygrany jest skurczybyk, co by się nie stało.

Tymczasem… Kiedy przegrywa żona, wali się jej świat. Kiedy przegrywa kochanka, jej świat też sypie się w kawałki. Diabeł jak zwykle leży w szczegółach. Żona ma moralne umocowanie, pozornie wspiera ją porządek społeczny. Jest tą pokrzywdzoną, której męża zabrała latawica bezwstydna. Uwiodła… się mówi. Opętała go jak jakaś diablica. Seksem, bo przecież nie czym innym. Kochanka z kolei na społeczne wsparcie liczyć raczej nie może. Pozornie. Jej społeczność to kobiety kochanice. Tworzą własny porządek, własny zestaw reguł na przetrwanie. Żyją z dala od światła, otulone wieczną tajemnicą.

I tylko winowajca pręży się jak paw. Jego świat jak stoi, tak stał, wbrew wszelkim pozorom, wcale niewzruszony. Reguł społecznych do niego się nie stosuje, bo przecież reguły w patriarchalnym świecie tworzy on sam. Także, a może zwłaszcza te pozorne. W rezultacie żona, jak trzeba, napisze mu usprawiedliwienie i zgodnie na piwo pójdą do starych znajomych. Nikt nawet nie skomentuje mężowego faux pas. Kochanka, rzecz jasna, też ma możliwości. Z żony wariatkę tak niebezpieczną zrobi, że całe szczęście, iż facet dał dyla, bo jeszcze by mu żona poważną krzywdę zrobiła. No i znowu wygrany jest nasz panicz. W czepku się łajdak urodził, czy o co do diabła chodzi?

Coś mam wrażenie, że świata nie zmienimy. No chyba, że zmienimy świat (ale to zapewne jest temat na całkiem odrębny wpis). Póki co są żony i są kochanki, a ja mam przyjaciółki i takie, i takie. Ich prawdy są absolutne. Wszystko czego chcą, to uwagi i miłości. I może jeszcze potwierdzenia, że są jedyne. Bo taki model społeczny mamy. Jedyność jest aspiracją, sprawą pożądaną, o którą się walczy, jak zachodzi potrzeba. W patriarchalnym świecie walki dwóch kobiet oczekuje się niczym letniej burzy, która nadciąga po parnych dniach. Musi się ona zdarzyć, by system po raz kolejny mógł zostać usankcjonowany.

A skoro tak, to kusi mnie jedna myśl…no bo gdyby tak panicza wystawić zgodnie za drzwi? Pomyślmy, obraz taki: Panicz i ego zgrabnym kopem ze szpilki obu zaangażowanych pań lądują na bruku, a za nimi ocean skarpet niewypranych. Żona zamyka drzwi. Kochanka zamyka drzwi. Mina panicza…. bezcenna! Żegnamy panicza, rozdział się zamyka, a  świat jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej.

Świat tak czy owak toczyć się dalej będzie. Z żoną szczęśliwą czy nieszczęśliwą, z kochanką w skowronkach, czy w pogardzie innych kobiet. Świat również się potoczy i wtedy, gdy to kobiety przejmą pałeczkę i abrakadabra z panicza wygranego zrobią gościa niechcianego. Potoczy się i już, bo światu doprawdy wszystko jedno jaki ludzie dramat właśnie przeżywają.

Tymczasem, gdyby kobiety były sobie bardziej bliskie, gdyby zamiast walczyć i sztukę współzawodnictwa szlifować, zaczęły być dla siebie bardziej jak siostry, gdyby życie żyły dla siebie, a nie dla mężczyzny, wtedy nie byłoby tej złości między nimi. Tego jadu, który każe im się obrzucać epitetami i pozbawia je całej konstruktywnej mocy. Nie wiem doprawdy jaki miałoby to wpływ na sytuacje, w których panicz postanawia udać się na boczek, ale może właśnie wtedy, w świecie kobiecego porozumienia, chłop po prostu nie szedłby tak łatwo w bok. A jakby szedł, to z pełną świadomością, że konsekwencje będą prawdziwe.


Lifestyle Związek

Niech pachnie już wam Świętami. Domowe, sprawdzone przepisy na pierniki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
4 grudnia 2015
Mat. prasowe
 

Zapach piernika unosi się w kuchni już w listopadzie. Mieszają się w równych proporcjach szczypty ścieranego cynamonu i kardamonu, gniecionych goździków z wanilią. Jest anyż i imbir potrzebne, by piernik był prawdziwy i słodki. Pachnie rozgrzewany miód o bursztynowej barwie. W misce kręcony jest lukier. Najlepszy z cytrynowym wsparciem, bo nada piernikom dostojnego lśniącego wyglądu.

W pierwszych przepisach, tych oryginalnych, notowanych w toruńskich piekarniach 300 lat temu był jeszcze alkohol. Dziś bez niego pierniki są wystarczająco szlachetne. Mogą wisieć na choince, stać na stole do chrupania albo zapełnić pudełka z prezentami. Domowe pierniki, w kształcie serc, choinki,  renifera czy Mikołaja. Idealne do zrobienia przy wsparciu dzieci. 

Lukier – robi się z cukru pudru i wody lub soku z cytryny. Ten do dekoracji tradycyjnych pierniczków, powinien mieć konsystencję gęstej śmietany i lekko spływać z łyżki. Ważne jest dobre utarcie lukru – powinien być lśniący i płynny.  Na ciastka można go nakładać  za pomocą tytki zrobionej z papieru do pieczenia i podklejonej taśmą, tak by lukier nie wypływał. Do dekoracji przydaje się też mała łyżeczka lub pędzelek, którymi delikatnie smaruje się upieczone pierniczki. Lukier można barwić barwnikami spożywczymi. Najlepiej dodawać te w proszku, żeby nie rozrzedzać masy. Jeśli pierniczki mają wisieć na choince, przed pieczeniem trzeba zrobić w nich dziurkę. Wiercenie w upieczonych grozi połamaniem.

Kolorowe posypki  – nimi najlepiej dekorować pierniczki oblane lukrem lub białą albo ciemną rozpuszczoną czekoladą. Bez problemu przykleją się do takiej masy.

Pisaki  do dekoracji – ułatwiają rysowanie wzorów na pierniczkach. Najczęściej dostępne w czterech podstawowych kolorach.

Pierniki tradycyjne

Mat. prasowe

Mat. prasowe

  • pół kg mąki
  • 1/2 szklanki miodu
  • szklanka cukru pudru albo cukru brązowego
  • 120 g masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki sody
  • 4 łyżeczki przyprawy do pierników

Miód przełożyć do garnka, dodać masło, rozpuścić. Wsypać cukier . Mieszać podgrzewając do całkowitego rozpuszczenia. Przestudzić. Mąkę wysypać na stolnicę, wbić jajko, dodać sodę i przyprawy do pierników. Połączyć z masą miodową. Dobrze wymieszać i zagnieść. Podzielić na części i rozwałkować kolejno każdą z nich. Z ciasta wycinać dowolne cienkie wzory. Układać na blaszce lekko przesmarowanej masłem i piec 7-8 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Przed pieczeniem pierniki, które nie będą dekorowane można posmarować rozbełtanym jajkiem. Po przestudzeniu,  schować do metalowej lub kartonowej puszki i przykryć.

Pierniki Katarzynki

  • 400 g mąki pszennej
  • jajko
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 150 g miodu
  • 100 g ciemnego cukru muskavado
  • łyżeczka kakao
  • łyżeczka sody
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1,5  łyżki śmietany 12%

Miód przełożyć do garnka. Rozpuścić. Przestudzić. Zimny miód przelać do miski, wymieszać z cukrem, dodać jajko, przyprawę do piernika  i śmietanę. Ponownie wymieszać, tak by składniki się połączyły. W drugiej misce wymieszać przesianą mąkę, sodę, kakao i proszek do pieczenia. Potem mąkę z przyprawami wsypać do masy miodowej. Wyrobić gładkie ciasto. Rozwałkować je na desce podsypanej mąką. Z rozwałkowanego ciasta wycinać foremką pierniczki. Wszystkie ułożyć na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 185 stopni i piec przez 12-15 minut. Do lekkiego zarumienienia. Po ostygnięciu pierniczki przechowywać w puszce lub pudełku. Po kilku dniach stwardnieją, by po około 3 tygodniach znowu nabrać miękkości.

Pierniczki miękkie lebkuchen  (niemieckie pierniczki)

  • 360 g mąki
  • 300 g miodu
  • 125 g cukru trzcinowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • łyżeczka mielonych goździków
  • łyżeczka gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki kardamonu
  • pół łyżeczki sody
  • skórka otarta z cytryny
  • pół szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej

Lukier :

  • 125 g cukru pudru
  • łyżka soku z cytryny – gdy lukier będzie za gęsty, dodać więcej

Mąkę przesiać i przesypać do miski. Wymieszać ją z sodą i przyprawami. Miód rozpuścić, przestudzić, ale tak by ciągle był ciepły. Jajko utrzeć z cukrem na puszystą masę, powoli wlewać ciepły miód. Dobrze wymieszać. Dodać mąkę z przyprawami oraz skórkę z cytryny i kandyzowaną z pomarańczy. Potem zagnieść ciasto, tak by było lśniące. Wstawić do lodówki na 2 godziny, potem wyjąć i lepić kulki wielkości orzecha włoskiego. Każdą wykładać na formę wyłożoną papierem do pieczenia. Wszystkie delikatnie spłaszczyć – można łyżką lub widelcem namoczonymi w wodzie. Piekarnik nagrzać do 170 stopni. Wstawić blaszkę z piernikami.  Piec około 12 minut. Pozostawić do ostygnięcia. Wystudzić na kratce, a zimne maczać w przezroczystym lukrze – czyli cukrze pudrze utartym z sokiem z cytryny.

Choinka z piernika

Mat. prasowe

Mat. prasowe

  • pół kg mąki
  • 1/2 szklanki miodu
  • szklanka cukru pudru albo cukru brązowego
  • 120 g masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki sody
  • 4 łyżeczki przyprawy do pierników
  • 2 łyżeczki kakao

Miód przełożyć do garnka, podgrzać, dodać masło, a potem wsypać cukier i kakao. Następnie mieszać aż wszystkie składniki się rozpuszczą. Przestudzić. Mąkę wysypać na stolnicę, wbić jajko, dodać sodę i przyprawę korzenną. Połączyć z masą miodową. Dobrze wymieszać i zagnieść. Gotowe ciasto podzielić na części i rozwałkować kolejno każdą z nich. Z ciasta wycinać gwiazdki różnej wielkości – tak by można było później kolejno układać je na sobie, budując choinkę.  Układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i piec 7-8 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Po wyjęciu pozostawić do całkowitego ostygnięcia. Dopiero zimne pierniki układać w kształt choinki – od największego na dole do najmniejszego na górze. Każdą z gwiazdek sklejać lukrem:

  • 2 białka
  • 2 szklanki cukru pudru

Białka ubić na pianę, do niej wsypywać delikatnie przesiany cukier puder i nadal ubijać. Trzeba to robić stopniowo, najlepiej dodawać cukier łyżeczką. Gdy cały cukier połączy się z białkiem przestać ubijać i można zacząć wykorzystywać lukier do dekoracji choinek. Choinki można także obsypać kolorową posypką.

Ciekawostki

Pieczenie to szansa, by na kuchennym stole urządzić kolorowy plac zabaw. Posypki w kształcie kulek, złote, czerwone na pewno zainteresują maluchy, przylepiać je można nawet niedbale, ważne, by frajda była i rodzinna przyjemność. Nie trzeba talentu, pierniki zawsze się udadzą. Wystarczy pilnować czasu pieczenia, lubią się przypalać. Gotowe są miękkie, ale dość szybko tę puszystość tracą. Potem potrzebują kilku tygodni, by znowu jeść je bez obaw, że połamiemy zęby. Dlatego nie ma co się zastanawiać, piec trzeba jak najszybciej, a potem pierniki odłożyć na półkę i czekać cierpliwie do świąt.

Tuż przed nimi można pobawić się dekoracjami. Lukier zdąży zastygnąć, pierniczki można owinąć foliowym arkuszem, przewiązać wstążeczką i podarować bliskim. Do wyboru oprócz kształtów – rozmaite rodzaje. Tradycyjne albo owiane legendą Katarzynki, które piekła w czasie choroby ojca malutka córka piekarza. Dziewczynka nie mogła znaleźć foremek, więc wycinała ciastka kubkiem. W piecu wszystkie kółka– niespodziewanie dla debiutantki  – połączyły się  i utworzyły ten charakterystyczny dla Katarzynek kształt. Wypiek spodobał się i szybko zyskał popularność.  Z pierniczków można też  zrobić choinkę, która będzie stylową dekoracją bożonarodzeniowego stołu. Ciekawie wyglądają też wizytówki z piernika, które układa się przy talerzach. Wystarczy na gotowych ciastkach lukrem lub pisakiem do dekoracji napisać imię spodziewanego gościa.


 

Sylwia Majcher
źródło: Supermamy.limango.pl

Lifestyle Związek

„Historia Kopciuszka pokazuje nam jak jedna para butów może zmienić życie”. Dlaczego kochamy metamorfozy?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 grudnia 2015
Fot. iStock / Rich Legg

W internecie krąży takie zdanie: „Historia Kopciuszka pokazuje nam jak jedna para butów może zmienić życie.”. Zgodzimy się, prawda? Mniejsza o nasze własne doświadczenie zakupowe (ile to razy kupowałyśmy sobie „coś ładnego” na poprawę nastroju). Bajka o dziewczynie, która jest biedna, umorusana, źle ubrana i z tych właśnie powodów kompletnie nieatrakcyjna (za to miała fantastyczne serce), ale na skutek spektakularnej metamorfozy zdobywa miłość, (a pośrednio także władzę i pieniądze) urzeka nas również w dorosłym życiu.

Dzięki programom telewizyjnym typu „makeover” możemy przeżywać tę historię bez końca, na różnych kanałach i w różnych językach. Tylko, czy to rzeczywiście jest dla nas dobre?

Zetnij włosy, zrób makijaż: teraz twoje życie się zmieni

Zasady są proste. Do programu zgłaszają się kobiety „na życiowych zakrętach”. Takie, których bardzo często nie stać na poradę specjalisty. Zdradzane, opuszczane, zmagające się z depresją. Przekonane o własnej nieatrakcyjności. Źle ubrane, źle uczesane, z kiepskim makijażem. Prowadzący/a wysłuchuje opowieści o trudnym życiu, niewiernym mężu, ciężkiej chorobie. Są łzy, rzewna melodia, a potem… Potem to już bajka! W ciągu kilku godzin lub dni (zależy od formuły programu) sztab wizażystów, fryzjerów i specjalistów od cery zamienia bohaterkę odcinka w piękną i seksowną kobietę. Taką jaką nigdy wcześniej (częste słowa uczestniczek) nie była.

Rozbrzmiewa wzruszająca lub energetyczna muzyka i znów pojawiają się łzy. Tym razem jednak są to łzy wzruszenia towarzyszące przekonaniu, że „teraz wszystko się ułoży”. Czy naprawdę, aż taka siła sprawcza tkwi w chwilowym (odczuwanym w tym jednym momencie) przekonaniu o własnej atrakcyjności? Rozumiem, że bardzo dużo daje pokonanie własnych kompleksów, takich, które stanowią dla nas duże obciążenie. Ale czy przypisywanie wszystkich życiowych porażek nieodpowiedniemu wyglądowi to już nie przesada?

Liczą się emocje. I żeby było zaskakująco

Skąd ta szalona popularność programów (znacie na pewno Trinny and Suzzanah, seria programów z Gokiem Wan, Sposób na modę)?
W dużej mierze to efekt dość atrakcyjnej dawki emocji, którą te show nam fundują. Wzruszenie, współczucie, smutek bohaterki, a potem jej radość i szczęście, które przez chwilę staje się i naszym udziałem. Przez chwilę, bo zaraz po zakończeniu odcinka wracamy do rzeczywistości. Za to w lepszym nastroju.

Metamorfozy bohaterek są bardzo medialne, to fakt: szpilki, mocny makijaż, odważna fryzura. Efekt, choć atrakcyjny w tej jednej chwili, często przytłacza uczestniczki, a już na pewno daleko mu do naturalności. Medialny jest kontrast, pokazywanie porównania „przed i po”. Liczy się tylko efekt końcowy: ma być jak najbardziej spektakularny: tu i teraz.

A co z jutrem? Jutro będzie pięknie, to wiemy. Ale co to właściwie znaczy? Czy ktoś bohaterce programu będzie codziennie podpowiadał jak ma żyć, by jej życie toczyło się odtąd szczęśliwie? Czy tę mądrość ma czerpać z wyglądu w finałowym momencie programu? I czy naprawdę chodzi o to by „zrobić coś dla siebie?”. Bo ja odnoszę wrażenie, że celem metamorfozy jest zrobić wrażenie na najbliższych, na przyjaciółkach, na byłym (a niech teraz zobaczy co stracił) lub obecnym mężu, partnerze.

Piękno, co to takiego?

Czy za tym wszystkim naprawdę kryje się jakiś głębszy przekaz? (Pamiętajmy, że według badań socjologów dość znaczną grupę odbiorców stanowią nasze dorastające córki).  Jedyny, jaki zauważyłam to ten, że dobry wygląd czyni z ciebie kogoś innego, lepszego. Tymczasem prawdziwe życie toczy się gdzieś obok tego wszystkiego…

Piękno to pojęcie umowne, wypływające z bardziej z wnętrza niż z zewnątrz…  Piękno to dbanie o swoje zdrowie, o to by pozostać w formie, zdrowo się odżywiać i szukać równowagi w życiu. Czy wiedzą to bohaterki programu?

„Gdy kobieta ścina włosy, to znak, że zamierza zmienić swoje życie” powiedziała kiedyś Coco Chanel. Przekonanie, że zmieniając naszą zewnętrzność, zmienimy na lepsze naszą codzienność jest zakorzenione głęboko w nas. Jak długo będziemy się wzruszać fizycznymi „metamorfozami” uczestniczek programów w telewizji? Och, chyba tak długo, jak długo będziemy ulegać czarowi baśni o Kopciuszku… Niech to trwa chwilę, moment. Byle nie dłużej. A prawdziwe zmiany na lepsze – weźmy w swoje ręce.


Zobacz także

Uspokajasz się, że to chwilowy kryzys? 10 sygnałów, że twoje małżeństwo wisi na włosku

Wszystkie jesteście mądre i piękne. Zasługujcie na to, co najlepsze

Jak nie przespać życia?

Obudź się! Jak nie przespać życia?