Związek

Byłam cheerleaderką w swoim małżeństwie, udawałam, że wszystko gra. Gdy odeszłam do innego, wszyscy byli w szoku

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 lipca 2022
odchodzi do innego
fot. Jake Melara/Unsplash
 

Kiedy kobieta odchodzi od męża zaczyna się piekło. Kiedy kobieta ma kochanka, to inne kobiety urządzają jej lincz. Zwłaszcza jeśli wcale nie miała złego faceta. Po prostu podnosi się larum. I ja wiem, z czego to wynika. Znajome, przyjaciółki, koleżanki robią wtedy swoisty przegląd własnego życia. Zadają sobie pytania: „A może ja też powinnam odejść?”, „A może ja też mogłabym zabawić się z innym facetem, bo to ostatnie chwile mojej gasnącej urody?”, „A może powinnam odejść przed laty, bo teraz jest za późno i czuję, że przy nim zmarnowałam życie?” Te wszystkie pytania kobiety zadają sobie jednak w skrytości, po cichu. Głośno mówią co innego: że jesteś puszczalska, że twoje dzieci będą cierpieć, że jesteś niesprawiedliwa oraz że one (wierne żony) tego wszystkiego, co wyczyniasz, kompletnie nie pojmują.

A ja? Odchodząc od swojego męża, czułam, że nie mam już siły być cheerleaderką i skakać z pomponami, by rodzinie i znajomym wydawało się, że w naszym domu wszystko gra. Prawda była taka, że nie czułam wsparcia od mojego męża już od bardzo dawna. Od dwóch lat nie uprawialiśmy nawet seksu. A mąż pokochał samotne wyprawy, twierdził, że raz na kilka miesięcy musi gdzieś wyjechać, zaszyć się w samotni lub kupić sobie bilet np. na Maltę, by w końcu odpocząć od gwaru rodziny. Nie obchodziło go wtedy odwożenie dzieci do przedszkola i to czy miałam co do garnka włożyć. Obchodził go tylko jego własny komfort! Okropny egoista!

Nie pracował od miesięcy, więc gdy zrobił cokolwiek dla domu, udawałam, że cieszę się i skakałam pod sufit, by podbudowywać jego męskie ego. Wystarczyło, że pozmywał naczynia. Dlatego też mówiłam o nim w samych superlatywach przy znajomych i chwaliłam za to, jak cudownie opiekuje się dziećmi. Kiedy zaś jechał na tę swoją cholerną samotną wyprawę, opowiadałam teściowej, że ja to akceptuję, bo moim zdaniem na tym polega dobry związek, że ludzie raz na jakiś czas mają prawo zająć się tylko swoimi potrzebami. A prawda była taka, że zagryzałam zęby, by zorganizować w tym czasie życie z dwójką malutkich dzieci. Byłam więc tolerancyjna do bólu i nie dziwne, że po kilku latach takiego małżeństwa, miałam wszystkiego dość.

Mimo to robiłam przedstawienie, by wydawało się, że jesteśmy idealną rodzinką. Dlatego chyba nie powinnam się za bardzo dziwić temu, że moje koleżanki, kiedy dowiedziały się, że odchodzę do innego mężczyzny, otworzyły szeroko ze zdziwienia oczy. Twierdziły, że nie mogą mnie zrozumieć, dlaczego to robię, bo przecież mam takie fajne życie i takiego dobrego męża. Za plecami jednak słyszałam: „Czego ona chce więcej?”, „Poprzewracało się jej w głowie”, „Mogłaby nawet już mieć ten romans, ale żeby tak od razu rozwalać rodzinę!”

Sama więc poniekąd sobie urządziłam ten lincz kobiecego niezrozumienia. Najbardziej zajadała była moja mama, która naprawdę lubiła mojego męża i przed którą też skrupulatnie ukrywałam latami wszystkie jego defekty. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że jej wybuch i opór był spowodowany tym, że ona od lat żyła bez miłości moim tatą. Musiała więc zmierzyć się z myślą, że jej córka ma nagle odwagę zrobić coś, na co ona nigdy nie potrafiła się zdecydować. Mama całe życie dźwigała ciężar odpowiedzialności finansowej za naszą rodzinę, pracując na dwóch etatach, podczas gdy mój ojciec bujał się od chałtury do chałtury. A to komuś zreperował samochód. A to innemu prowadził z zagranicy używany traktor. To znowu pojechał z kimś na polowanie albo zaoferował inną usługę. Prawda jest taka, że na swojego męża wybrałam bardzo podobnego faceta. Wzorce rodzinne zadziałały.

Dlaczego postanowiłam o tym opowiedzieć? Po prostu chcę, by kobiety usłyszały, że mimo oporu rodzinny i „dobrych porad” innych kobiet, które stanowczo odradzają ci odejście od męża, bo przecież cię nie bije i nie bije, WARTO ZAWALCZYĆ O SWOJE SZCZĘŚCIE. Kobiety, macie naprawdę tylko jedno życie! Kobiety, nie słuchajcie doradczyń, które mówią, że odejść od partnera należy tylko wtedy: jak się nad wami znęca, jak nadużywa alkoholu, jak jest agresywny, jak bije was lub dzieci, albo kiedy wydziela pieniądze na życie. Odejść można też wtedy, gdy czujesz, że już go NIE KOCHASZ i nie czujesz w nim wsparcia. Naprawdę masz do tego prawo!

Jasne, ja znam te wszystkie argumenty, które zatrzymują kobiety przed podjęciem takiej decyzji. Najważniejszy dotyczy oczywiście dzieci. To nieuniknione, że one w takiej sytuacja na pewno będą cierpieć i martwić się o swojego ojca, który został porzucony i nie ma kobiety, która go kocha. Będą musiały poznać twojego nowego partnera i wcale nie jest powiedziane, czy go polubią. Będą musiały żyć pomiędzy dwoma domami, co oczywiście nie jest nigdy łatwe. Wtedy każda matka zadaje sobie pytanie: „Czy ja mam prawo skazywać dzieci na takie cierpienia i wyzwania tylko dlatego, że już nie kocham ich ojca?”, „Czy mogę być taką egoistką i podążać za swoim szczęściem?”

Jak więc w sobie znalazłam siłę, by to zrobić, choć nikt mnie nie wspierał? To była po prostu miłość. Przyszła do mnie, choć na początku kompletnie nie wiedziałam, czym jest. Musiałam dać temu czas, by się poprzyglądać i dowiedzieć się, czy istnieje przed nami jakaś realna i dobra perspektywa na przyszłość. Poznaliśmy się w pracy. Zaczęło się od przyjaźni, która trwała blisko osiem lat. Od początku polubiliśmy się, potem zaczęliśmy rozmawiać, dzwonić do siebie, radzić się w różnych sprawach nawzajem. Potem był seks, wyrzuty sumienia, postanowienie, że trzeba to przerwać i wakacje ostatniej szansy z mężem.

Aż przyszedł moment, że Krzysztof podjął radykalną decyzję i odszedł od swojej żony, bo uznał, że ich związek nie ma przed sobą już żadnej perspektywy. Kiedy zamieszkał już sam ze swoimi synami, powiedział mi, że niczego ode mnie nie oczekuje i nie będzie wywierał presji, bym odeszła od męża. Wiele razy podkreślał, że jego decyzja nie powinna mieć najmniejszego wpływu na moją. Ale i tak sama zaczęłam zastanawiać się, jak rozwiązać swoją sytuację rodzinną. Najpierw ustaliłam z mężem, że chcę separacji. Poinformowaliśmy syna i córkę, że nie jesteśmy już razem i najprawdopodobniej będziemy się rozwodzić. Po kilku tygodniach postanowiłam też przedstawić im swojego partnera. Zależało mi, by sprawy toczyły się powoli, by dzieci mogły przyzwyczaić się do nowej sytuacji.

Kiedy minęło pół roku, zaczęliśmy z Krzysztofem szukać wspólnego lokum do wynajęcia. To było duże logistyczne przedsięwzięcie, ponieważ dom musiał mieć przynajmniej cztery sypialne dla piątki dzieci. Nie wszystko, a w zasadzie nic nie szło łatwo i gładko. Moja mama, mój ojciec i znajomi oponowali.

Ponieważ byłam pierwszą od pokoleń kobietą w rodzinie, która zdecydowała się na rozwód, dla wszystkich to był szok! A ja czułam się tak, jakbym musiała iść pod prąd rwącą rzeką, która krzyczała: „Kobiety tak nie robią! Kobiety przedkładają spokój dzieci nad własne szczęście!” A jednak odważyłam się i dziś niczego nie żałuję.

Zdecydowałam się opowiedzieć tę historię, ponieważ po pięciu latach od tych zmian wiem, że zrobiłam dobrze. Z moim obecnym partnerem stworzyłam zupełnie inny związek niż mężem. Na Krzysztofa po prostu mogę liczyć. Nie tylko finansowo. Mam od niego wsparcie psychiczne, o wielu sprawach wychowawczych, rodzinnych po prostu rozmawiamy i wzajemnie wspieramy się w wychowaniu dzieci. Nie, nie jest łatwo! Ale my się kochamy i to jest podstawa i nasza wspólna siła do tego, by chronić i trzymać w kupie naszą patchworkową rodzinę. Poza tym łączy nas silna więź seksualna i dziś myślę, że jest to wielka i ważna energia łącząca kobietę i mężczyznę. Bardzo o to dbamy. Nie pamiętam, byśmy kiedykolwiek spali osobno. Sypialnia to nasza święta przestrzeń.

Z perspektyw czasu przyznaję, że mojej dzieci cierpiały. Ale dziś widzę też, ile dobrego dała im możliwość obcowania z ojczymem. Krzysztof pokazał im, jak naprawdę powinien zachowywać się ojciec rodziny. Podziwiam go, jak wiele starań wokół naszego patchworku bierze na siebie i ile spokoju ma w sobie w sytuacjach kryzysowych. Ostatnio, gdy mój syn nabroił w szkole, poprosił, by nauczyciele zadzwonili nie do mnie i nie do mojego eksmęża, ale właśnie do Krzysztofa. On przyjechał, zachował spokój, stanął w obronie mojego syna. Niedawno córka powiedziała, że bardzo docenia, że potrafiłam zawalczyć o swoje szczęście i że jestem dla niej wzorem, bo zaufałam swojej intuicji wbrew zdaniu wszystkich wokoło. W takich momentach czuję właśnie, że może jednak… moja decyzja nie do końca była taka samolubna. Kochane kobiety, było warto!


Związek

Klapki czy japonki? Co wybrać na lato?

Redakcja
Redakcja
25 lipca 2022
 

Lato to idealna pora do tego, żeby pomyśleć o uzupełnieniu swojej garderoby o wygodne i przewiewne obuwie takie jak klapki damskie czy japonki. Dzięki szerokiemu wyborowi w sklepach CCC – zarówno stacjonarnie jak i online – wybór idealnych butów na lato jeszcze nigdy nie był tak prosty. Zapraszamy do lektury poniższego materiału, w którym odpowiadamy na pytanie: klapki czy japonki? Co lepiej sprawdzi się w Twojej szafie?

Klapki damskie – wygoda wpisująca się w wakacyjny styl

Można zaryzykować stwierdzenie, że klapki to najwygodniejsze – obok sandałów – damskie buty na lato. Ich główną zaletą jest wygoda oraz łatwość zakładania. Klapki doskonale sprawdzą się na plażę, basen czy wieczorny spacer z psem. Są również świetnym pomysłem na uzupełnienie stylizacji w stylu casual a także – coraz częściej – stylizacji glamour, dzięki wyborowi klapek ze zdobieniami.

Poza klasycznymi klapkami na płaskiej podeszwie w portfolio CCC znajdziemy również klapki na koturnie, eleganckie klapki na szpilce czy klapki na podwyższeniu. Zróżnicowane są również pod względem wykonania (jeden duży element trzymający nogę, kilka paseczków czy mocniej zabudowane modele) kolorystyki, zastosowanych zdobień a także wybranej do produkcji faktury: plastiku (doskonale sprawdzającym się np. na basenie) skóry (polecane podczas chęci noszenia klapek przez cały dzień) czy materiałów imitujących skórę (tzw. skóra ekologiczna).

Taki rodzaj obuwia jest niemalże uniwersalny. Płaskie modele doskonale będą pasować do wąskich jeansów, lnianych szortów, jak i bojówek czy sportowych spódniczek. Doskonale sprawdzą się również jako alternatywa dla domowych kapci. Z kolei modele na koturnie bądź obcasie świetnie uzupełnią stylizację z tiulową spódnicą czy elegancką sukienką. Zaproszenie więc klapek do swojej szafy to doskonały wybór w każdym przypadku.

Sprawdź damskie klapki w CCC i znajdź swój idealny model na lato!

Japonki – na czym polega ich fenomen?

Zastanawialiście się kiedyś skąd wzięła się nazwa popularnych klapek z paskiem między palcami? Jak okazuje się, nie jest ona przypadkowa. Mimo, że historia tego obuwia wiążę się z Grecją to właśnie w Japonii zaczęto uznawać je za tradycyjne a to za sprawą wykorzystywania słomy ryżowej i włókien roślinnych do ich wytwarzania. Podeszwy z kolei tworzyło się z odcisku stóp w mokrym piasku. Takie buty doskonale pasowały do klasycznego stroju japońskiego. Następnie, z czasem, modą tą zainteresowali się Egipcjanie, którzy przekazali trend ten dalej aż stał się popularny w skali całego globu. Nazwę obuwia przyjęto jednak od Japonii, którą uznano za kolebkę tych butów.

Obecnie japonki to jedne z ulubionych butów na lato wśród pań. Są lekkie i można je nosić na plaży lub nad basenem. Najczęściej produkowane są ze skóry, gumy lub pianki dzięki czemu łączą w sobie wygodę z bezpieczeństwem, chroniąc nasze stopy m.in. przed odparzeniami od gorącego piasku czy przestrzeni wokół basenu. Przekonały do siebie już nawet stawiających na wygodę panów!

Występujące w różnych modelach japonki sprawdzą się również jako uzupełnienie stylizacji na wieczór, gdy wybieramy się na kolację nad brzegiem morza lub wzdłuż nadmorskiej promenady.

Poznaj modne i wygodne japonki, które zabierzesz na wakacje. Hity tego sezonu już czekają na Ciebie w CCC.

Zakupy z CCC: szybko i wygodnie. Sprawdź sam!

Zarówno stylowe klapki damskie jak i wygodne japonki możesz kupić już dzisiaj w sklepach CCC – w salonach stacjonarnych jak i w sklepie online. Dzięki wygodzie zakupów dostosowanych do oczekiwań Klienta, są one nie tylko wyjątkowo proste, ale również przyjemne. Do Twojej dyspozycji pozostaje uprzejma obsługa a także możliwość wymiany bądź zwrotu towaru, w przypadku zmiany zdania bądź preferencji.


Związek

„Pospiesz się, cholerny gnoju”. Do ojca, który urządzał swojemu synowi awantury w sąsiednim namiocie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
25 lipca 2022
fot. Michał Parzuchowski/Unsplash

Człowieku, nie dość, że rozbiłeś namiot swojej rodziny pół metra od mojego, to jeszcze zachowywałeś się, jakby jego ściany były ze stali zbrojonej. Nie wiem, czy brakowało ci wyobraźni, czy inteligencji. A może ty myślałeś, że nic nie słychać przez materiał namiotu? Pewnie przywykłeś, że zawsze drzesz się na swoją rodzinę i sposób, w jaki zwracasz się do syna i żony, uważałeś już za normalny. Ale normalnym on nie jest!

Zbudowałeś wokół swojego namiotu płotek z wysokiego parawanu. Taki, że nic nie było widać, co się u was dzieje. Ale słyszałam, że rano kopałeś w garnki i piłowałeś swoją paszczę. Bez przerwy. Robiłeś pauzę tylko wtedy, gdy jakimś cudem udało się już wam wyjść na plażę. Wtedy wszyscy wokoło czuliśmy ulgę, a gęsta atmosfera awantury i twojego wkurwienia i nabuzowania pomału ulatywała. Znów mogliśmy wszyscy odpoczywać, pić w spokoju herbatę, dyskutować. Po prostu odpoczywać.

Człowieku, tak nie wolno zwracać się do syna. Ty robiłeś mu jakąś koszmarną musztrę, darłeś się na niego dzień w dzień dosłownie o wszystko: że za wolno się rusza i ubiera, nie rozwiesił mokrych spodenek na sznurku, przewrócił kubeczek, nie poszedł z matką. Ciągle słyszałam: „Problem masz, żeby się psem zająć?!”, „Pospiesz się, cholerny gnoju”, „Zaraz dostaniesz w dupę”.

Najgorsze, że twojego dziecka nie było słychać. Ty zaczynałaś miotać się po namiocie od samego rana. Codziennie krzyczałeś na chłopca, który nic nie mówił, nic ci nie opowiadał. Niemy uczestnik twojego wkurwionego awanturowania się. Bulgotu, wkurzonego krzyku, jazgotu, powtarzanych z furią słów, inwektyw i fraz.

Kiedy go w końcu zobaczyłam, byłam w szoku. Chłopiec miał najwyżej pięć, może sześć lat. Drobny blondynek o słodkiej buźce. Smutny. Grzeczny. Cichy. Nieufny. Przestraszony ze spuszczoną głową, nie patrzył sąsiadom w oczy, tylko przemykał między namiotami. Pewnie się wstydził. Dzieci nie są głupie, wiedzą, że twoje awanturowanie niosło się po całym campingu. Może dlatego nikt się z twoim synem nie bawił? A może to on wstydził się nawiązać jakąkolwiek znajomość? Inne dzieciaki biegały roześmiane, psociły, zaglądały do namiotów sąsiadów, pytały mnie, czy mogą pogłaskać psa.

Twój syn sunął przez camping smutny, zawsze ze spuszczoną głową, niemo obserwujący swoje stopy.

Potem zaczęłam zastanawiać, gdzie jest ta jego matka, bo jej też nigdy nie słyszałam i nie widziałam. A przecież ty, krzycząc na chłopca, non stop powoływałeś się na nią: „Bo matka chciała, bo już cię trzy razy prosiła”. Ciągle wkurzałeś się, będąc poniekąd jej adwokatem: „Nie pomogłeś matce, nie poszedłeś z matką” Dlaczego ta kobieta nie przerwała tych awantur? Dlaczego nie stawała w obronie swojego dziecka, by miało normalne wesołe wakacje?

W końcu i ją zobaczyłam. Zmywała naczynia w publicznej kuchni na campingu. Drobna brunetka, zadbana, ale smutna. Chłopiec jej pomagał. Zastanawiałam się, czy do niej jakoś zgadać? Ale jak jej powiedzieć, że żyje w koszmarze? Pewnie dobrze o tym wiedziała, pewnie zdawała sobie z tego sprawę. Czy była zastraszana przez tego wiecznie wkurzonego faceta? A może było jakoś inaczej? Może to ona podburzała męża przeciwko synowi, bo przecież on zachowywał się jak jej adwokat z tym swoim: „Bo matka już trzy razy ci mówiła”. Czy ona przypadkiem nie przekierowywała agresji męża z siebie na dziecko? Czy w takich sytuacjach sąsiedzi powinni jakoś reagować? Nawet nie z powodu tego, że „podbuzowana” atmosfera w namiocie obok codziennie rano zwyczajnie nam wszystkim przeszkadzała, ale że tak blisko nas odbywała się zwykła przemoc na dziecku.

Kiedy kolejnego dnia znów słyszałam jak miotasz się przed namiotem i pohukujesz na syna, pomyślałam: dlaczego nie wstanę i nie powiem ci wprost: „Kolego, tak nie wolno odnosić się do dzieci. Przestań. To przemoc!” Przecież jak ktoś głośno słucha radia, nie mam z tym problemu, by zwrócić mu uwagę. Potrafię w środku nocy wstać i iść do ogniska, by powiedzieć młodzieży, by przestali krzyczeć, bo wszyscy już chcemy spać. Dlaczego więc nie staję w obronie tego chłopca?

Oczywiście wiem dlaczego! W głowie mam jedno zdanie: „To nie twoja sprawa!”
Zastanawiam się, czy faktycznie sposób wychowywania dziecka, traktowania go w domu jest prywatną sprawą rodzica? Dziś myślę, że powinnam jednak coś zrobić dla tego chłopca. Może ty przegoniłbyś mnie na cztery wiatry? Może obraziłbyś mnie jednym ze swoich przekleństw? A może zwyczajnie zawstydziłbyś się i choć na chwilę dał temu dziecku święty spokój? Bo nie jestem naiwna i nie wierzę, że zmieniłbyś swojego podejście do rodziny.

Ta historia wydarzyła się trzy lata temu, a ja wciąż pamiętam twarz tego smutnego chłopca. Dziś już reaguję. Z zasady. Liczę się z tym, że mogę zostać zbluzgana i nawyzywana od wścibskich bab. Trudno! Uważam, że jeśli potrafię zwrócić uwagę komuś, by na campingu przyciszył muzykę, to moim obowiązkiem jest też zwracać uwagę, by nie krzyczeć na dziecko. Przemoc to nie tylko bicie, dawanie klapsów i szarpanie. Przemoc to także wyzywanie, musztra, dręczenie słowami i zalewanie dzieciaka dzień w dzień swoim podłym humorem.


Zobacz także

Chcecie zaszaleć? Oto 5 miejsc, w których zaliczyłam cudowny seks i potężny orgazm

Zdrady się nie wybacza. No chyba, że jesteś mężczyzną

Seks najlepiej smakuje po kłótni i… z draniem. To najbardziej kręci kobiety w seksie