Lifestyle Psychologia Zdrowie

Wszystko musi mieć swój czas i swoją emocję, ale życie do przeżycia jest jedno. O tym jak nie stracić gruntu pod nogami

rakowaPATKA
rakowaPATKA
20 marca 2016
 

 

Zawsze dbałam o siebie i o swoje zdrowie, ale od jakiegoś czasu zapomniałam całkowicie o sobie. A to wszystko ma związek z doświadczeniem zdobytym przez ostatnie sześć miesięcy i przeżywaniem żałoby po stracie kogoś bardzo bliskiego. Nie mając zupełnie siły na cokolwiek, próbowałam być sprawna technicznie i intelektualnie w sytuacjach niezbędnych. Tak często wygląda życie ludzi z depresją. A ja dorobiłam się jej podczas walki młodego człowieka z rakiem, którego kochałam, wspierałam na tyle na ile mogłam, którego obserwowałam, dla którego starałam się być 24h na dobę, najpierw wirtualnie a potem fizycznie. Aż do samego końca. Spotkało mnie to dlatego, że byłam zbyt długo za silna. Czasem to banalne „Never Give Up!” nie działa i się nie sprawdza. Trzeba wiedzieć kiedy odpuścić i pozwolić sobie na to. Wbrew temu co się mówi, to w niczym nie ujmuje. Czasem pozytywne podejście nie wystarczy, co z tego, że człowiek ma świadomość spraw istotnych, ale zdarzają się sytuacje, kiedy trzeba solidnie złapać się za ramiona i na tym się skoncentrować.

 

Od dwóch tygodni uczciwie zajmuje się sobą. Ponownie sprawia mi to ogromną przyjemność i daje satysfakcję. Na kilka dni przed swoimi czterdziestymi urodzinami dowiedziałam się o chorobie kogoś, kogo bardzo dobrze znam i cenię. Kogoś kto na pierwszy rzut oka wydawał się okazem zdrowia, bo prowadzi zdrowy styl życia, zdrowo się odżywia, dba o suplementcję, jest mentalnie otwarty i świadomy spraw słusznych i oczywistych. Więc skąd nagle ten rak? Rak jamy ustnej. Było to dla mnie zaskoczeniem, chociaż już teraz ten rak to zwyczajność. Umiera na niego prawie każdy. Jak tylko otrzymałam wiadomość, pobiegłam do szpitala. Po takiej diagnozie człowiek nie powinien być sam. Żaden. I ja zdaję sobie sprawę z tego, jakie to ważne. Teraz czekamy na pierwszy zabieg. I liczymy na to, że będzie on jedynym. To zdarzenie również dało mi mocno po głowie. Zrobiłam rachunek sumienia. Rozliczyłam siebie z ostatnich kilku miesięcy! Mogłam zwalić wszystko na depresję. To było łatwe i zrozumiałe, ale przyszedł moment, by wydostać się z tego. To chyba też strach. Strach przed rakiem. No i rzeczywiście ta odzyskana świadomość. Pogrążając się w rozpaczy, często zapraszamy do swojego życia problemy i towarzyszący temu stres. Nie uda się uniknąć pewnego rodzaju stresu, który wynika ze zwykłej codzienności, ale uda się uniknąć stresu, który pochodzi od spraw i zdarzeń, na które nie mamy wpływu. I warto to sobie uświadomić, by nie narażać na zainfekowanie całego swojego organizmu. Dlatego powiedziałam DOŚĆ! Dlatego też mocno wzięłam sobie to do serca. Krótko mówiąc podnoszę się. Sama. Ważne jest to, by nie stracić gruntu pod nogami i mieć kontrolę nad sytuacjami, w których zapala się czerwone światło. Rozpoczęłam terapię i przeprowadziłam tzw. przegląd techniczny. I czasem takie czekanie powoduje, że krew krąży w nas szybciej.

Ci, którzy myślą, że nie mają czasu na zdrową dietę i uprawianie sportu, prędzej czy później będą musieli znaleźć czas na chorobę!

I ponownie w mojej kuchni są zielone soki, wyciskanie cytryny i przygotowywanie zdrowych smoothies. Jest dużo owoców i warzyw. Odkurzyłam książki z przepisami, te z tą wiedzą – co i jak jeść, a czego nie jeść w ogóle. Magazyny poświęcone dbaniu o zdrowie i kondycję znajdziesz u mnie wszędzie. Są buty sportowe i bluza z kapturem, bieganie w lokalnym parku, nad rzeką, bądź po osiedlu, którego lokalizacja daje mi taką możliwość. Medytacja, ćwiczenie oddechu i odkrycie tego, że schody na klatce schodowej mogą służyć do niezłego treningu. Spotkania z ludźmi, którzy mogą być jakkolwiek drogowskazem w mojej najbliższej przyszłości.  Wczoraj wieczorem np. zrobiłam OFF i zaaakcentowałam godzinę dla ziemi. Każdego roku wykorzystuje tę godzinę na pobycie z samą sobą. Traktuje to jak uzupełnienie swojej medytacji. Robiąc dobrą rzecz w słusznej sprawie, możesz naprawdę uzyskać niesamowite korzyści dla siebie. Tak jak ja wczoraj. Staram się z uśmiechem kończyć każdy dzień. Jeśli mamy z córką tylko okazję, śmiejemy się głośno przed spaniem. Ostatnio zdystansowałam się do swojego prywatnego kanału komunikacyjnego, czyli nie podglądam ludzi, nie interesuje się życiem innych, chociażby poprzez wpisy, które robią na swoich profilach. Zresztą nigdy tego nie robię, ale bardziej tutaj się z tego wylogowałam, po prostu. I to, że mnie tam nie ma, tak jak dotychczas, daje mi niesamowity profit. Odzyskuje swój czas. Nie reaguje na wiadomości. Do daty, którą sobie sama ustaliłam i o której poinformowałam wszystkich – wytrwam. Jestem tam na tyle na ile chcę być. Zaglądam, ale nie angażuje już swojego prywatnego życia w to. Miałam z tym ogromny problem. Traktowałam to jak coś, co musi być w moim życiu. Takie uwiązanie się na tej wirtualnej smyczy, to było pewnego rodzaju uzależnienie. Teraz widzę, że warto walczyć z takim nałogiem. Innych na szczęście nie mam. I choć lubię swoje przetarte szlaki wirtualne, postanowiłam z nich zejść i poszukać innych dróg do samodoskonalenia i swojego rozwoju. Skupiłam się na realizowaniu swojego projektu, czyli książki, nad którą pracuję, a która też obdziera mnie żywcem z mojego pancerza. Nie da się robić książki, o raku, bez przeżywania. I skoro się nie da, to wolę przeżywać tylko to, a nie masę innych spraw, które jakoś mnie nie dotyczą.

 

Zdecydowanie zakończyłam relacje z pewnego rodzaju wampirami energetycznymi, których każdy z nas w swoim otoczeniu prędzej czy później rozpoznaje. Tacy ludzie znajdą zawsze pretekst, by świat zwrócił oczy na nich samych. I od nas tylko zależy, czy pozwolimy im mieć wpływ na nasze życie. No i ja na to nie pozwoliłam i nie pozwalam. Znalazłam czas na rozmowy telefoniczne ze znajomymi, no bo telefon przecież do tego służy, a nie jedynie do przebywania w internecie. Wciąż robię sporo zdjęć, ale to też moja pasja, lubię dokumentować. Wreszcie sięgnęłam po zaległe lektury, na które nie miałam ani czasu ani głowy. Zapisałam się na kurs. Można? Można. W tym tygodniu zamierzam się spotkać ze znajomymi, których bardzo zaniedbałam przez cały ten czas. Czas, który poświęcałam ludziom, których kompletnie nie znałam. Byli to ludzie poznani w internecie. Zapoznał nas ze sobą rak. I nie wiem jakim cudem udało im się stać dla mnie kimś ważnym. Przecież to nie jest normalne. Nie było to normalne, że po wielu odbywanych rozmowach z ludźmi chorymi – nie miałam siły już na nic więcej. Nie miałam siły na spotkanie ze swoimi autentycznymi znajomymi. Nawet jeśli to chorujący na raka ludzie, trzeba mieć pewne granice. Trzeba je stawiać. Ludzie wspierający innych muszą to potrafić. Empatia empatią, ale asertywność jest wskazana, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. Po prostu nie jest zdrowe się tak zatracać. Pomogła mi zrozmieć to też lektura wywiadu z Agnieszką Kalugą, autorką bloga i książki pod tym samym tytułem Zorkownia. Czytając miałam wrażenie, że jest mi to wszystko bardzo bliskie.

 

Nie tak dawno moja przyjaciółka, która jest dziennikarką, pracowała nad jakimś materiałem, w którym reaguje na ludzi chorych i usłyszałam od Niej, że jest tym poruszona, bo przecież jest tylko z boku, ale widzi jak to może pogrążyć. Porozmawiałyśmy sobie o tym. Wymieniłyśmy się spostrzeżeniami i doświadczeniem. Tak to właśnie działa, dlatego tak bardzo potrzebny jest dystans. Na początku miesiąca magazyn Oh!me zainicjował akcję „Zadbaj o siebie naprawdę.” Akcja nawiązuje do aktywności fizycznej, która chroni nas przed nowotworami, chorobami serca, cukrzycą, chorobami kości. I ja również szczerze Was do niej zachęcam. Przekonajcie się na czym polega akcja #SlimemGO. Warto! Nie tylko z powodu zestawów kosmetyków, które można wygrać, ale przede wszystkim dla siebie samej, dla siebie samego. Bo stawką jest Twoje zdrowie! I Ty właśnie możesz je wygrać, albo też pomóc wygrać je komuś innemu. Ja czuję się znacznie lepiej niż dwa tygodnie temu, niż tydzień temu. Dziś, w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny możesz i Ty zacząć dbać o siebie. Nie będziesz żałować. To chyba jedyna inwestycja, która się dziś opłaca. A swoje jutro zacznij od świeżego zielonego soku, z radością pozmywaj sprzęt kuchenny i GO! Przed Tobą tydzień, który nigdy się już nie powtórzy. Dobrze go wykorzystaj!

 

2016-03-20 15.28.09 2016-03-20 14.59.30

Składniki na zielony sok (jeden z wielu):
* ananas
* banan
* liście szpinaku (1 dłoń)
* woda mineralna
* green boost powder (sproszkowane zielone tzw. superfoods, ale nie jest to konieczność)
Blendujemy po czym delektujemy się smakiem. Na zdrowie! 🙂


Lifestyle Psychologia Zdrowie

Nie przegap okazji! SENS życia

rakowaPATKA
rakowaPATKA
26 marca 2016
 

Szybko i krótko. Refleksyjnie. Bo każde świąteczne dni bywają przecież refleksyjne. Starajmy się w tym pędzie, między kolorowymi świątecznymi koszykami, pamiętać o nich. O tych, dla których te święta mogą być ostatnimi. Dla wielu z nich te święta właśnie takie będą. Ostatnie.

Jeśli masz kogokolwiek wśród swoich bliskich, kto walczy o życie – niech nie będzie sam.

Zrezygnuj na ten czas z siedzenia przy stole, zrezygnuj z jakiegoś wyjazdu, zrezygnuj ze swoich przyjemności. Zobaczysz, że przyjdzie taki czas, że nie będziesz tego żałować. Nie pytaj chorego, jak się czuje. Zapytaj chorego o to, czy czegoś mu nie brakuje i czy może zjeść jajko. A może chciałby wyjść na spacer? Pewnie, że chciałby! A sam po prostu nie może, potrzebuje pomocy drugiego człowieka. Zamiast kolorowych jajek, nadmuchaj kolorowe balony, zabierz je ze sobą i przywiąż je do wózka, na którym zawieziesz swojego bliskiego w jakieś życiodajne miejsce. Może to być tuż obok, ale dla chorego – będzie to kawałek innego świata. Wszystko będzie lepsze od tej codzienności, w której to choroba układa plan dnia. Spacer nie musi być długi i nie musi być bardzo świąteczny. Wystarczy, że będziecie razem. Każdy taki wspólny moment, to takie małe święto. Warto o tym pamiętać. Bo dla chorego to właśnie jest wszystko. Nie musisz robić zbyt wiele, nie musisz mówić zbyt dużo. Ważne jest to, by zdążyć. Zdążyć być razem. Ja tak rozumiem obecność.

I kiedy nadejdą kolejne święta, kiedy nadejdzie kolejna Wielka Sobota, podczas parzenia kawy rano… znajdziesz w swojej kuchni, zupełnie przez przypadek, plastikową kolorową łyżeczkę. Łyżeczkę, którą jadł jogurt, którą miałaś wtedy wyrzucić, a nie zrobiłaś tego. Będziesz stała w kuchni, trzymając tę łyżeczkę w dłoni i będziesz szczęśliwa, że jej wtedy nie wyrzuciłaś. Będziesz czuła się jak odkrywca, który odnalazł prawdziwy klejnot.

Niech będą wyjątkowe dla Was!

 

 

 


Lifestyle Psychologia Zdrowie

„Żadna tam odwaga! My jej nie mieliśmy, a Anka tym bardziej. Było ciężko!” Życie rakiem pisane. List Lucyny

rakowaPATKA
rakowaPATKA
25 lutego 2016
Fot. Unsplash / Bench Accounting
Fot. Unsplash / Bench Accounting

Ania odeszła zbyt wcześnie. Chorowała na raka piersi. Miała 32 lata. Tylko! Od momentu diagnozy przeżyła prawie dwa lata. Ale co to było za życie? Załamanie, potem próba agresywnej walki o siebie. I w tym wszystkim jeszcze my. My walczyliśmy razem z Nią. Ja zrezygnowałam z pracy. Rodzice mają już swoje lata, na tyle ile wtedy udawało się nam – izolowaliśmy ich od tego cierpienia. Dlatego to mnie i bratu rak dał popalić najbardziej. Dotkliwie nas okaleczał. Nie tylko Ankę, nas też. Ta choroba to był impakt w całą naszą rodzinę. Zostawił ją narzeczony. W pierwszym tygodniu, jak tylko dowiedziała się o chorobie. Mieli plany, chcieli się pobrać, wyjechać z kraju, chcieli spróbować pożyć w innym miejscu. Nagle zniknął. Przysłał tylko list. Nie miał odwagi być przy Niej. Ona była zrozpaczona, my byliśmy wściekli na Niego, ale staraliśmy się też Go zrozumieć.

Strach i nam zaglądał w oczy. Każdego dnia. Baliśmy się o każdy dzień.
O raku nie wiedzieliśmy nic. Anka też nie! Rzucaliśmy się w internet i szukaliśmy czegokolwiek, co dałoby nam chyba nadzieję, by móc Ją ocalić, jakkolwiek wyleczyć. Czy tak wygląda czekanie na cud? W taki sposób trafiliśmy do Ciebie. Znaleźliśmy blog, a potem stronę na facebooku. Zaczęliśmy sprawdzać od początku wpisy na stronie rakowapatka. Były różne. Jedne przygnębiały, drugie rozświetlały. Dzięki tym wpisom znaleźliśmy połączenie z innymi stronami tematycznie związanymi z chorobą nowotworową. I to było dla nas zbawienne. Po nitce do kłębka trafiliśmy do dobrych źródeł. Mogliśmy dowiedzieć się jak przetrwać okres agresywnej chemioterapii, jak przygotować się na amputację piersi, jak pomóc Ance i jak pomóc nam samym, co jeść, a czego nie jeść, jakie książki przeczytać, gdzie pójść, a przede wszystkim dowiedzieliśmy się, że pomoc psychoonkologiczna jest konieczna. Nie tylko dla Anki. Dla niej przede wszystkim, ale też i ja i brat, dzięki temu, poszliśmy na terapię.

Dzięki tej terapii, tym spotkaniom, dowiedzieliśmy się – jak żyć z tym rakiem i jak się z nim obchodzić. Jak obchodzić się z chorą osobą, która przecież różnie przechodzi przez swoją chorobę. To było potężne wyzwanie dla nas. Potężna szkoła życia. Wiele razy towarzyszyła nam bezsilność, popadaliśmy w skrajności. Chyba też za bardzo wkręciliśmy sobie w głowę obrazek z pewnego amerykańskiego filmu, gdzie chory zapragnął przeżyć ostatnie miesiące życia inaczej, aniżeli dotychczas. To nie sprawdzało się w prawdziwym życiu. Nie było środków finansowych, a w Ance nie było takiej siły. Rak odbierał Jej siłę fizyczną i odbierał siłę mentalną. Zawsze nam powtarzała, że śmierci się nie boi, że pogodziła się już z tym, że niedługo będzie musiała to wszystko zostawić i odejść. Nie wierzyliśmy jej!

Nikt w takim młodym wieku nie jest gotowy na śmierć. Nikt!
Próbowała, tak jak umiała, być silną – i to było tylko to, ale też zdarzały się takie chwile, kiedy udawało nam się wyszarpać Ją ze szpon tego raka i wtedy to była ogromna radość. Jak Ona potrafiła się śmiać! I te jej piękne równiutkie białe zęby. Spisywałam wtedy wszystko do swojego kalendarza. Pielęgnowałam każdą wiadomość od Niej, przepisywałam z datą, z godziną jej nadejścia do mnie. Chyba też sama przygotowywałam się na ten dzień, który wiedziałam, że kiedyś i tak nadejdzie i ja już nie dostanę żadnej wiadomości od swojej siostry. Bałam się też tego, że Ona już nie napisze do mnie nic, że nie zadzwoni i już nigdy nie poprosi mnie o zielony sok i sałatę z jarmużu. Ostatni miesiąc Anka spędziła w hospicjum. Nie chciała tam być. Uważała, że z tego miejsca już się nie wraca. Przecież w sumie tak jest. Ona już nie wróciła do domu. Ale ja wiem, że hospicjum to nie  jest tylko miejsce ostateczne, to też miejsce gdzie chory podczas opieki paliatywnej odzyskuje siły i udaje się mu jeszcze na chwilę wrócić i pożyć swoim życiem. Dlatego też ten ostatni miesiąc był bardzo bolesny. Baliśmy się zostawiać Ją samą. Nie chcieliśmy wracać do domu na noce, często zostawaliśmy z Nią, mieliśmy taką możliwość. Dostawianie łóżka i spanie na zmianę na nim stało się naszą codziennością.

Nie wyobrażałam sobie, że nas w takiej chwili przy Niej nie będzie. Scenariusz samotnej śmierci przerażał mnie. Organizowaliśmy swoje życie tak, by Ona nigdy nie była sama. I jak to się stało? Anka umarła. I to wtedy, kiedy brat wyskoczył tylko do pobliskiego sklepu po pieczywo na śniadanie, a ja byłam w toalecie. Poszłam zrobić siku i umyć zęby. Łazienka z toaletą była obok. Nie musiałam nawet wychodzić z pokoju Anki. Wróciłam z łazienki, a Ona już nie żyła. Odeszła. Odeszła sama! Bez nas. Wykorzystała chwilę, by nam się wymknąć. Uciekła od takiej śmierci, jaką my sobie wyobrażaliśmy. Nikt z nas nie spodziewał się, że to nastąpi właśnie w tamtym momencie. Dzień przed tym dniem jeszcze jadła, miała ogromny apetyt, chciała zjeść jeszcze swojego ulubionego batonika, gdzie kilka dni wcześniej organizm był wycieńczony i nie miał siły sięgnąć po jedzienie, odmawiał wszystkiego. Uciekała w drzemki, odpoczywała, często majaczyła. Więc ten dzień przed odejściem każdy z nas traktował jak polepszenie się sytuacji, jak walkę o siebie, nawet rozmawialiśmy o tym, że leki przeciwbólowe musiały zadziałać, bo Ona przez chwilę zapomniała o bólu, wstawała z łóżka, wyjątkowo była roztrzepana. I my byliśmy szczęśliwi widząc Ją taką.

I nagle Jej brakło. Świeciło słońce i Jej już nie było. Nie było naszej siostry. Zrobiła się tak bardzo szybko zimna. To zadziwiające jak szybko ciało schładza się. Jak umyka z niego to ciepło. Nie wiem jak udało nam się przetrwać tamten dzień. Brat przyniósł bułki i Jej ulubionego rogalika. Musieliśmy opuścić hospicjum i zająć się wszystkim tym, o czym nie mieliśmy odwagi dotychczas rozmawiać. Ankę pożegnaliśmy tydzień później. Świeciło słońce. To była piękna ceremonia pożegnalna. Miała tylu przyjaciół, wielu z nich nie znaliśmy. Podchodzili do nas ludzie przy grobie i składali kondolencje. Dziękowali nam za Nią. Opowiadali swoje wspólne historie. To było jednocześnie tragiczne, ale i piekne.

Czy taka śmierć ma sens? Obiecałam sobie, że ja go odszukam. 
I dziś, kiedy minęło od śmierci mojej siostry sześć miesięcy – ja wciąż nie potrafię poradzić sobie z tą rozdzierającą mnie tęsknotą. Z tymi wyrzutami, że poszłam wtedy do tej przeklętej łazienki, że brat był w sklepie, a ja siedziałam na sedesie. A Ona tam umierała. Sama! Nikt nie trzymał Jej za rękę, nie wiem czy się bała, czy nie. Tyle pytań w tej mojej głowie. Czy to moje serce kiedykolwiek odzyska spokój i pogodzi się z tym, że sama wybrała sobie tamten moment? Przecież my nic nie zaniedbaliśmy, my zrobiliśmy wszystko, by odeszła wiedząc, że była kochana, że była całym naszym światem przez te ostatnie dwa lata. Anka była całym naszym światem! To chyba rak zadecydował o takiej śmierci. To on nam Ją odebrał!

Jako rodzeństwo chyba nigdy nie poznaliśmy się tak, jak w tamtym czasie. Nigdy nie czuliśmy tak silnej więzi, jak wtedy kiedy chorowała. Rodzice po Jej śmierci powiedzieli nam, że są z nas dumni, że cierpieli okrutnie widząc, jak próbowaliśmy łapczywie Ją ocalić, że tak pięknie chroniliśmy Ją przed złym światem, że filtrowaliśmy te mało pozytywne wiadomości ze świata zewnętrznego. Nigdy Jej nie okłamaliśmy, ale nie mówiliśmy Jej wszystkiego. Uznaliśmy, że nie wolno podcinać Jej skrzydeł problemami wynikającymi z życia codziennego. Rachunki, pieniądze, jakie to miało teraz znaczenie? To mogłoby tylko skrócić Jej żywot. Sami staraliśmy się rozwiązywać nasze i Jej sprawy. Byliśmy dorośli.

A dziś? Nadszedł moment kiedy powinnam spakować Jej rzeczy. Anka miała przepiękną garderobę, zawsze potrafiła dobrze się ubrać, przywiązywała wagę do tego. Jakie Ona miała buty i torby! Czy będę miała odwagę zatrzymać sobie coś z Jej rzeczy? Czy jestem na tyle godna, by nosić je na sobie, czy dobrze je zaprezentuje? Czy w ogóle mam do tego prawo? Postanowiłam, że większość rzeczy spakuje i oddam do domu samotnej matki. Anka tak bardzo chciała mieć córeczkę. Zawsze mówiła, że będzie taką matką, że Jej dziecko jak dorośnie nie będzie chciało się wyprowadzić z domu. Poprałam to wszystko, do płukania dodałam kilka kropel Jej ulubionych perfum, poprasowałam. Pachnie w całym mieszkaniu. I to jest taki bliski mi zapach. Zapach, który nie tylko drażni nozdrza, ale potrafi ścisnąć za serce. Wyobraź sobie, że jeszcze nie wyprałam tej pościeli, w której Ona spała, zanim poszła do hospicjum. Czy uwierzysz mi, że potrafię odnaleźć w niej Jej zapach? Wiem, że Ty mi uwierzysz. I wiem, że wiesz, że to nie zapach perfum, tylko zapach mojej siostry.

Dlatego chyba przetrzymałam to wszystko do dzisiejszego dnia. Nie chciałam z tym rozstawać się zbyt chaotycznie i żegnać się w taki sposób. Nie byłam w stanie zmierzyć się z tym. Zaglądałam do Anki mieszkania, podlewałam kwiatki, ścierałam kurze, dotykałam wszystkiego w tym Jej uporządkowanym świecie. Natomiast w swoim mieszkaniu zmieniłam, po tych kilku miesiącach, ramkę w której stoi Jej zdjęcie. Ze szklanej i czarnej na drewnianą i naturalną. Z zimnej na ciepłą. Wymieniłam też zdjęcie. Tamto kojarzy mi się z trumną i urną. Poczułam się lepiej. Chodzę na terapię. Namówiłam też na nią brata. Umiemy ze sobą o tym rozmawiać i przeżywać tę stratę najlepiej jak tylko potrafimy. Nigdy nie pogodzimy się z tym, że zostaliśmy we dwoje, że rodzice stracili córkę, że to oni przeżyli pogrzeb swojego dziecka. A przecież zazwyczaj jest odwrotnie. Ale dzięki temu, że potrafimy sobie pomóc, umiemy wrócić do przeszłości i przede wszystkim potrafimy zadbać o swoją przyszłość. Umiemy się i z jednym i z drugim zmierzyć.

Myślę o tym, by zrobić coś dobrego dla innych, by w taki sposób dać też coś od siebie, by też dzięki temu poprawić coś w swoim życiorysie. 
Nie mam na myśli oddawanie hołdu mojej zmarłej siostrze, jakkolwiek to brzmi, to raczej jest naturalne. O Niej pamiętać będziemy zawsze, ale myślę o tym, by znaleźć cegiełkę i przeznaczyć ją na jakiś szczytny cel. Jeszcze nie wiem, co to mogłoby być, ale myślę o tym i z pewnością wybiorę dobrze. Anka zrobiłaby tak samo. Wiem o tym. Dziękuję Tobie za to, że istniałaś wtedy kiedy my potrzebowaliśmy odszukać kogoś takiego jak Ty i chociaż się nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy się osobiście – stałaś się bliska mojej rodzinie. Przez internet. Pomogłaś nam na samym starcie choroby. Jak taki dobry lekarz. Postanowiłam napisać do Ciebie o tym, bo wiem, że sama straciłaś Brata i było to nie tak dawno temu. Wciąż zaglądam do Ciebie i wiem też, że radzisz sobie ze swoją żałobą. Ty jesteś silna. Chcę byś wiedziała, że jesteś drogowskazem dla wielu, wielu ludzi. I jakkolwiek potrafisz pomóc, nie bierz pod uwagę oczekiwań innych, bierz pod uwagę zawsze swoje możliwości. Masz moc!

[email protected]