Go to content

Psycholożka Katarzyna Kucewicz schudła 41 kg. „Warto stawiać siebie na podium ważnych spraw”

„Startowałam z miejsca, w którym tak naprawdę się poddałam. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę zdrowa i atrakcyjna. Miałam tożsamość „wielkiej Kaśki” i uważałam, że wiele rzeczy już nie jest dla mnie, bo mam prawie 40 lat, a w tym wieku zrzucić kilogramy jest troszkę trudniej. Ale w styczniu poczułam nagle w sercu, że to jest ten moment. Że to jest ten czas, tu i teraz” –  mówi Katarzyna Kucewicz, psycholożka.

Całe życie jestem na diecie, chudnę i grubnę. Jak jest z tobą?

– Całe życie tyłam i chudłam na moment, bardzo niewiele. Wydawało mi się, że jestem już skazana na porażkę. Pewnie tak myśli wiele osób…

Ile zajęło ci schudniecie o 40 kg?

– Jedenaście miesięcy. Startowałam z miejsca, w którym tak naprawdę się poddałam. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę zdrowa i atrakcyjna. Miałam tożsamość „wielkiej Kaśki” i uważałam, że wiele rzeczy już nie jest dla mnie, bo mam prawie 40 lat, a w tym wieku zrzucić kilogramy jest troszkę trudniej. Ale w styczniu poczułam nagle w sercu, że to jest ten moment. Że to jest ten czas, tu i teraz.

Od razu zaznaczę, proszę, żeby czytelniczki się do mnie nie porównywały. Część z pań powie ze smutkiem: „Jejku, ja przez rok schudłam tylko 3 kg, a ona 40 kg”. Każdy z nas ma jednak swoje indywidualne tempo chudnięcia! To wszystko, o czym ja mówię, to moja historia. Ja się nią dzielę, bo chciałabym zainspirować do zadbania o zdrowie i do znalezienia własnej drogi. Ale z drugiej strony uważam, że każdy człowiek ma swoją drogę dojścia do wymarzonej wagi, swój czas, swój sposób, o ile redukcja jest mu potrzebna. Ja nie chciałam operacji bariatrycznej na przykład, ale wiem, że wiele osób bardzo ją chwali.

Czy korzystałaś z pomocy specjalistów?

Redukcja tak dużej wagi wymaga (moim zdaniem) pracy zespołowej. Ja miałam, i mam wciąż, wsparcie wspaniałych kobiet: diabetolożki, dietetyczki, trenerek i psychoterapeutki. Moja diabetolog przepisała mi lekarstwa na insulinooporność, dietetyczka kliniczna ułożyła specjalnie dla mnie dietę.

Ustalmy najpierw fakty: ja zaczynałam schodzić z otyłości trzeciego stopnia, czyli otyłości olbrzymiej – miałam dokładnie 64 kg do zrzucenia. Na dziś już 41 kg za mną, wciąż wiele przede mną. Kiedy przyszłam do dietetyczki, powiedziałam jej, że nie cierpię warzyw, ryb i w zasadzie wszystkiego, co zdrowe. Mój organizm przyzwyczaił się niestety do jedzenia słodkich i tłustych rzeczy, tylko na nie miałam już ochotę. Dlatego dietetyczka stanęła przed wielkim wyzwaniem.

To dobry moment, żeby powiedzieć, że dieta pożyczona od koleżanki, która była u dietetyka na zasadzie spisanej tabelki – nie działa.

– Wierzę w to, że proces redukcji wagi musi być naprawdę przemyślany, zwłaszcza kiedy planuje się schudnąć sporo kilogramów. Ja miałam kilkadziesiąt podejść do redukcji, byłam wielokrotnie na „pudełkach” czy wymyślnych dietach. Ale nigdy nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że ja nie przechodzę na dietę, tylko na inne jedzenie już dożywotnio. Bo mi to jedzenie zwyczajnie nie smakowało. Nie lubię brukselki, fasoli…wielu rzeczy! Przerażała mnie wizja jedzenia niedobrych potraw już do końca życia.

Dopiero dietetyczka przekonała mnie, że zdrowe jedzenie może być naprawdę pyszne. I że na redukcji wcale nie trzeba jeść tylko buraków, a potem fantazjować o słodyczach.

Jeśli przez pół roku zmuszasz się do jedzenia czegoś, czego nie lubisz, to nic dziwnego, że po zakończeniu diety rzucisz się na wszystko, co kochasz i znów tyjesz…

– Jeśli traktujesz swój organizm jak wroga, to on będzie się przed dietą bronił. Pamiętam, że byłam wcześniej na takich dietach, podczas których jadłam, zatykając nos, bo zapach mnie obrzydzał. Dlatego dopiero z empatycznym wsparciem specjalistów zaczęło mi się udawać tracić na wadze. Oczywiście jestem psychologiem, więc o tym psychologicznym aspekcie, który jest bardzo ważny zaraz powiem. Ale najpierw chcę podkreślić, że nie jestem jedyną matką swojego sukcesu, że wspierający ludzie, i naprawdę dobrze dopasowana dieta oraz ćwiczenia ogromnie mi ułatwiły zadanie.

Ćwiczysz?

– Nie mogłam od razu ćwiczyć. Na początku trudność sprawiało mi nawet zwykle chodzenie po schodach. Lekarz zabronił mi intensywnego wysiłku i powiedział, że mogę zacząć od chodzenia na spacery z psem. Dopiero jak schudłam 28 kg zapisałam się na pilates. Uważam, że dobrze jest znaleźć taką aktywność fizyczną, która będzie nam pasowała. Nie taką, która jest modna albo popularna. Mnie na przykład całe życie ludzie namawiali, żebym zapisała się na jogę, a ja po prostu czułam, że to nie jest moja bajka. Natomiast pilates jest dla mnie takim rodzajem ćwiczenia, które działa też na moją głowę, relaksuje mnie, pozwala mi uzyskać świadomość ciała, równowagę, daje mi ogromny zastrzyk pewności siebie.

Dopiero jak zaczęłam ćwiczyć poczułam się ładna. Wcześniej całe życie olewałam to, jak wyglądam, byłam sobie obojętna, ale podczas pilatesu zobaczyłam w lustrze taką siebie, której wcześniej nie znałam.

Aż oczy ci błyszczą, kiedy o tym mówisz…

– (śmiech). Muszę ci powiedzieć o jednej ważnej rzeczy – w redukcji kilogramów bardzo ważna jest zmiana sposobu myślenia i zmiana przekonań o sobie, o innych i o swojej przyszłości. Bez zmiany mentalnej ani gimnastyka, ani dieta nie doprowadziłyby mnie do sukcesu. Kiedy o tym myślę, co sprawiło, że wytrwałam w tej redukcji, to wydaje mi się, że jest to fakt, że pokochałam drogę. Wcześniej myślałam, że w redukcji kilogramów liczy się cel, a drogę trzeba jakoś wytrzymać”.

Dzisiaj uważam, że klucz do sukcesu to pokochanie drogi dojścia do celu, czyli pokochanie tego procesu redukcji, a nie czekanie aż się skończy. Innymi słowy, trzeba polubić swoje nowe życie jako osoby, która inaczej podchodzi do jedzenia, do ćwiczeń, do ciała.

Dlaczego to jest tak istotne?

– Bo kiedy zaczynasz zmianę, to nie wiadomo kiedy ona się skończy. Może schudniesz szybko, a może za dwa lata. Ja myślałam, że w rok schudnę 60 kilo, a tu się okazało, że bywają tygodnie, kiedy waga stoi w miejscu jak zaklęta. Przestałam się niecierpliwić, stwierdziłam, że to nie wyścigi. Schudnę, kiedy schudnę, ale chcę się dobrze czuć w tym życiu na redukcji. Dlatego jem tylko to, co dobre, ćwiczę tylko tak, jak lubię, do niczego się nie zmuszam. Otwieram się za to na nowe smaki, na nowe aktywności jak np. drenaże.

I mam nowe rytuały, na przykład robię sobie więcej zdjęć, wpisuję w tabelce swoje sukcesy, dopinguję siebie. Po każdych 10 kg daję sobie jakiś choćby symboliczny prezent. I dzisiaj już mogę powiedzieć – lubię być w redukcji, to jest ciekawe doświadczenie. Wiesz, zwłaszcza kiedy? Jak spotykam ludzi i oni mówią: Woow, Kaśka, nie poznaję cię, ale szok, ale fajnie. Ta gratyfikacja jest wielkim wsparciem, chociaż nie brakuje też fatfobicznych komplementów w stylu „no wreszcie wyglądasz jak człowiek”. Nie robią one na mnie wrażenia, ale zawsze uzmysławiam nadawcom, że takie słowa są okrutne.

Człowiek chorujący na otyłość często zamyka się w sobie i staje się osobą totalnie zamkniętą na innych, bo doświadcza, jak każda osoba plus size, fatshamingu na każdym polu. To, w jaki sposób w Polsce podchodzi się do osób ważących więcej jest fobiczne, lekceważące i przemocowe. Doświadczyłam tej przemocy mocno, choć ja szybko nauczyłam się sobie z tym radzić, bo zawsze też miałam wokół siebie fajnych przyjaciół i miłość, i dla mnie wygląd nigdy nie był i dalej tak naprawdę nie jest głównym tematem życia.

Jak myślisz, dlaczego tyłaś?

– Jak wiele osób, które mają problemy z wagą, miałam zaburzoną relację z jedzeniem już od dziecka. Na szczęście, jestem żywym dowodem na to, że nawet najbardziej pogmatwaną więź, opartą o kłopoty i traumy można naprawić, można nauczyć się innego jedzenia, hamowania impulsów, można zmienić swoje nawyki, nawet zakorzenione przez prawie 40 lat. Tylko potrzebna jest do tego dorosła decyzja i nauczenie się konsekwencji. To, co na mnie działa to pewna dyscyplina wewnętrzna, którą postanowiłam sobie narzucić. Jestem dla siebie żandarmem, ale nie przemocowym. Nie krytykuję siebie jadowicie, ale nie folguję sobie.

Co ci jeszcze pomaga?

– Czasami pisanie, np. prowadzenie dziennika, w którym notuję, jak się czuję, jak radzę sobie z pokusami. Napisałam też niedawno poradnik pt. „Czując każdego dnia” dla osób, które chcą pracować nad swoim rozwojem. Zadaję w nim wiele budujących motywację pytań. Uważam, że to może być niezłą formą przekierowywania swojej uwagi z lęku, z frustracji, z głodu emocjonalnego w kierunku głębszego rozumienia siebie. Pomaga mi też praktykowanie samowspółczucia, bardzo. Mam do siebie podejście jak do najukochańszej osoby na świecie. I to mi samej pomaga na maxa.

Kiedy tak naprawdę nastąpił moment przełomowy i zaczęłaś odchudzanie?

– Zacznę od tego, że mam takie poczucie, że jak człowiek podejmuje prawdziwą i świadomą decyzję, żeby skończyć z niszczącymi nawykami, to nagle nie znajduje już w sobie przestrzeni na osłabiające go jęczenie. Jeśli nie potrafimy się pohamować w jedzeniu, to najprawdopodobniej znaczy to, że nie mamy jeszcze przestrzeni w sobie na tę prawdziwą decyzję. Ja to rozumiem, bo swoją decyzję podejmowałem 37 lat.

Zaczęło mi się udawać, kiedy któregoś razu pomyślałam sobie, nie że chcę schudnąć, tylko że chcę zacząć zdrowo żyć. Chcę odzyskać kontrolę nad swoim ciałem. Najpierw myślałam nieśmiało – dobra, sprawdzę siebie, zobaczę. Najwyżej wrócę do swojego świata.

Ja lubiłam samą siebie w wersji XXL. Uważałam, że jestem fajną dziewczyną, psychoterapeutką, a nie modelką. Ja się nawet czasami sobie podobałam, mimo że dostawałam wiele fatfobicznych komentarzy. Ale w którymś momencie uznałam, że – mając ponad 60 kg za dużo – jestem w niebezpieczeństwie. Miałam taką myśl, że jak zemdleję, to mnie nawet nikt nie zaniesie do karetki, bo jestem za ciężka.

Wiesz, ludzie z prawidłową wagą nie mają zielonego pojęcia co ma w głowie osoba z otyłością. Ja sama bardzo szanuję ludzi, którzy mają pełne akceptacji podejście do swojego ciała, zreszta też uważam, że ciało może być atrakcyjne, piękne i zdrowe w każdym rozmiarze. Ale niestety często stygmatyzacja wywołuje tak potworną wrogość do siebie, wstyd, paraliżujący lęk i depresyjność. Kiedyś na korytarzu kliniki ktoś mi powiedział: „Wie pani, ja to się boje, że się spód trumny pode mną zarwie”. Jak ktoś to czyta, pomyśleć może z niechęcią „To niech mniej żre i nie będzie się bał”. Ale otyłość nie jest prosta do leczenia.

Jak  myślisz, co ci najbardziej pomogło?

– Kiedy cierpisz na insulinooporność, to sama psychoterapia, czy silna wola mogą ci nie wystarczyć, bo napady głodu są nieznośne i trudno je opanować, a schudnięcie nawet kilku deko, to jakaś katorga. Ja jestem osobą bardzo zorganizowaną w życiu, a tutaj sobie nie radziłam i nie rozumiałam dlaczego. Dopiero diabetolożka uświadomiła mi, co jest grane. Dawniej też nie zdawałam sobie sprawy, że cukier jest po prostu wszędzie i trzeba bardzo uważać, żeby się na niego nie natknąć nawet w pozornie zdrowej żywności.

Cukier jest w sokach, jogurtach, serze żółtym, nawet chlebie.

– Zamawiasz sałatkę w restauracji, a ona jest polana połową szklanki słodkiego dressingu. Wczoraj jechałam sobie do Poznania i zatrzymałam się w sieciowej restauracji i zobaczyłam, że mogę zamówić zimową herbatę z jabłkami. Kupiłam ją i po sekundzie zadałam sobie pytanie: „A czemu w sumie ona jest taka dobra?”. Spojrzałam na skład, a tam ogrom słodzika, blisko 200 kcal. Byłam naiwna, bo myślałam, że dostanę czarną herbatę z jabłkami. Dzisiejszy świat faszeruje nas cukrem, a równocześnie oczekuje, że mamy być szczupłe i świetnie wyglądać zajadając się batonikami czy lodami. Wielu osobom trudno się w tym odnaleźć i przeżyć pewną żałobę po tym, że beztroskie objadanie się zawsze będzie miało swoje zdrowotne konsekwencje.

Nie czuję się jednak jakaś wyjątkowa i specjalna. Uważam, że każdy człowiek może pokonać swoje złe nawyki i niekorzystne przyzwyczajenia.  Trzeba tylko dorośle i odpowiedzialnie podjąć decyzję, zaopiekować się swoimi lękami i pozwolić innym ludziom siebie wspierać. To, co jest kluczowe moim zdaniem, by dojść do sukcesu w redukcji, to zatroszczenie się o siebie, postawienie siebie na podium ważnych spraw.

Wymaga to upartości i gotowości, żeby się w redukcje zaangażować po uszy. Kiedy chce się schudnąć, tak dużo kilogramów, to w moim poczuciu trzeba temu poświecić ogromna ilość energii – ale robisz to dla siebie. Dla mnie redukcja to jest prezent dla siebie. To jest czas, w którym uczę się sobą opiekować z czułą ważnością. Bo kiedy osobie z otyłością, takiej jak ja, zabierze się mechanizm obronny, czyli jedzenie – to ona nagle musi znaleźć inne sposoby radzenia sobie z trudnymi emocjami. Inaczej koić smutki, lęki. Musi nauczyć się innych sposobów na relaks niż kubeł lodów przed telewizorem. Początkowo to trudne, czuje się pustkę, chce się płakać i jeść. Ale po pewnym czasie – jak się wytrzyma – przychodzą pomysły –  jak inaczej się samouspokajać. Głód i ból psychiczny łagodnieją. Są jak każda emocja – masz falę kulminacyjną, a potem się wszystko wycisza, trzeba przeczekać te największe trzy kryzysy, bo po nich już się jedzie dalej, jest łatwiej.

Ja dzisiaj już nie mam napadów tęsknoty za słodyczami, już nie mam tego „ale bym sobie zjadła”. Kocham to życie teraz i nie czekam aż redukcja się skończy. A jeżeli nigdy nie dojdę do tych 62 kilogramów mniej, to też ok. Kilogramy są drugorzędne. Dla mnie najważniejsze jest to, że po wielu latach zaopiekowałam się sobą naprawdę, a nie po macoszemu, dając sobie ochłapy miłości w postaci słodyczy. Uwierzyłam, że zasługuję na znacznie więcej niż jedzenie w pośpiechu batoników, bo szkoda mi czasu na robienie obiadu.

Zobacz także: Katarzyna Kucewicz: wolę zamawiać wigilijne potrawy niż się męczyć w kuchni z marnym efektem

 

Katarzyna Kucewicz – psycholożka i psychoterapeutka, psycholog_na_insta,  autorka książek „Czując każdego dnia” i „Kobiety, które czują za bardzo”,