Związek

Czy faceta można nauczyć mówić: „Kocham cię”? Tak! Nawet papugę można, tylko – po co?!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
21 sierpnia 2022
fot. Szymon Szcześniak
 
Jest taki piękny dzień – dzień wyznawania miłości. Zastanawiałyśmy się, czy naprawdę warto mówić bliskiej osobie „kocham cię”? Dlaczego to jest takie ważne? A może pod tym głodem „pięknych słówek” kryje się głębsza sprawa… „Czy naprawdę chodzi o te konkretne słowa? Bo przecież one mogą być zwykłym pustym frazesem. Może tak naprawdę chodzi o to, że chcesz czuć się kochana? I wtedy to jest większy temat – dlaczego w tej relacji nie masz takiego poczucia? Niestety najprawdopodobniej żadne słowa ci tej dziury nie zalepią. Nawet KOCHAM CIĘ powtarzane co pół godziny” –  twierdzi Katarzyna Kucewicz, psycholożka.

Dlaczego tak ważne jest mówienie tych dwóch słów?

– Najważniejsze jest okazywanie miłości tak zwyczajnie, na co dzień. Nie tylko od święta. Nie tylko w Walentynki. Nie tylko w dniu Wyznawania Miłości. Nie każdy lubi też robić to za pomocą słów. Jedni  wolą przytulić się, inni dać prezent lub wykonać drobną przysługę albo poświęcić czas ukochanemu. Gary Chapman w „Pięciu językach miłości” tłumaczył, że ponieważ ludzie są różni, to w różny sposób chcą okazywać swoje uczucia i każdy z nich jest tak samo dobry. Ale żeby to miało moc, powinno być powiedziane lub wykonane szczerze, z głębi serca. A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, dlaczego warto mówić miłe słowa ukochanej osobie, to do sprawy można podejść jeszcze z poziomu biologii, ponieważ badania dowodzą, że w organizmie bliskiej osoby obdarowywanej czułym gestem lub słowem, rośnie poziom hormonów szczęścia. Człowiek, który czuje się chciany, kochany, zauważony, ma lepszy nastrój, podnosi mu się samoocena i łatwiej mu pokonywać trudności dnia codziennego.

Czy dla dzieci „Kocham cię” jest istotne?

– Dzieci potrzebują słyszeć potwierdzenie akceptacji rodzica, ponieważ dopiero uczą się od dorosłych różnych zachowań. Jeśli nauczymy dziecko okazywać emocje i mówić miłe słowa, to ono będzie bardziej otwarte w tych kwestiach w dorosłym związku.

Jeśli rodzice potrafią okazywać dziecku czułość i nazywają uczucia wobec niego, to ono na tej podstawie buduje obraz siebie. A fundamentem samooceny dorosłego już człowieka są właśnie takie zasłyszane komunikaty wspierające. Jeśli więc byliśmy dziećmi, które czuły się kochane i zauważane, to mieliśmy większe szanse na zbudowanie prawidłowego obrazu siebie, czyli – inaczej mówiąc – poczucia własnej wartości, które stało się potem naszym wyposażeniem na drogę w dorosły świat. Dziecko, które czuje, że jest warte miłości, łatwiej nawiązuje relacje, wchodzi w związki, radzi sobie z porażkami oraz krytyką.

Nie wystarczy tylko kochać dzieci? Naprawdę trzeba im to mówić?

– Wiadomo, że szczera miłość to podstawa wszystkiego, ale dla dzieci słowa też są ważne, ponieważ one sporo kodują także tą drogą. Poza tym zauważ, że czasem nawet dorośli ludzie mają problem z interpretacją różnych czynów partnera. Przykład? Kobieta nie dostrzega, że mąż pozmywał naczynia, by ona mogła odpocząć. Partner bierze za normalne, że ukochana przygotowała mu pachnącą kąpiel. Dzieci mogą mieć jeszcze większy problem z interpretacją miłych gestów. Dlatego ważne, żeby rodzice wykonywania gestów potrafili też nazywać swoje uczucia i intencje. A gama jest naprawdę szeroka.

A jeśli mój mąż nie lubi wyznań?

– Jeżeli twój partner ma trudność z mówieniem „Kocham cię”, to dobrze, byś otwarcie powiedziała mu, że chcesz usłyszeć te słowa, że masz taką ważną potrzebę. Wprost, konkretnie, ale jednak bez pretensji. Warto też zastanowić się, dlaczego zależy ci na takich deklaracjach? Czy naprawdę chodzi o te konkretne słowa? Bo przecież one mogą być zwykłym pustym frazesem. Może tak naprawdę chodzi o to, że CHCESZ CZUĆ SIĘ KOCHANA. I wtedy to jest większy temat, dlaczego nie masz w związku takiego poczucia? Bo najprawdopodobniej żadne słowa ci tej dziury nie zalepią. Nawet „kocham cię” powtarzane co pół godziny.

Czy my możemy facetów nauczyć mówić „Kocham cię”?

– Oczywiście, że tak! Przecież nawet papugę można tego nauczyć. Pytanie tylko – po co? Czy my chcemy coś takiego uzyskać od partnera, co zostało u niego wyproszone lub wytresowane za pomocą manipulacji lub kar? Jeżeli to nie wynika z jego serca, jeśli coś nie jest prawdziwą intencją, to chyba nie jest nam potrzebne…

Dlatego myślę, żeby nie iść tym tropem. Lepiej znaleźć jakąś wspólną płaszczyznę, byśmy oboje dobrze się czuli, okazując sobie wzajemnie gesty lub wypowiadając słowa, które płyną naturalnie z naszego serca.

Czyli jeśli mąż umyje samochód lub okna i powie, że to z okazji dnia okazywania miłości, a mnie się to bardziej podoba od kwiatów, to jest idealnie?

– Idealnie!


Związek

Czy pesymistka może stać się optymistką? Przez lata myślałam, że się nie uda

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
21 sierpnia 2022
Fot. iStock/jacoblund
 

Dlaczego pesymista próbuje się zmienić w optymistę? Bo ma dość siebie. Tego biadolenia, stania w jednym miejscu, męczenia siebie. Bo pesymizm źle wpływa na zdrowie– rośnie poziom kortyzolu we krwi, do krwi uwalnia się adrenalina i noradrenalina, to tak jakbyśmy nieustannie byli w sytuacji stresowej.

Najgorsze jest to, że człowiek nawet nie wie, że jest pesymistą. Wielu z nas myśleć pesymistycznie nauczyło się już w dzieciństwie. Jak często słyszeliśmy w domu i w szkole: „To się nie uda”, „siedź cicho”, „ludzie są złośliwi”, „świat jest straszny”, „powinnaś się bardziej starać”. Itd, itp. Jak tu więc cieszyć się życiem, gdy frustrujące słowa nasuwają się same. Do tego przecież: „tak już musi być”, „nie każdy ma szczęście”, „taka karma” „z pokorą trzeba znosić swój los”. Przez lata nadmierny optymizm był po prostu przejawem ciasnego umysłu. Bo jak można być optymistą w tych czasach, gdy na świecie tyle zła. Krystyna Romanowska w swoim artykule w magazynie Forbes na temat optymizmu napisała: „Głuptaki cieszące się z byle czego” – do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, byli postrzegani optymiści. Optymizm był raczej przykrym deficytem charakterologicznym, oznaką niedojrzałości i słabości charakteru.W kontrze do niefrasobliwego, wesołkowatego stylu życia (świetnie pokazanego w filmach „Śniadanie na Plutonie”, „Forrest Gump”, czy w serialu „Jak rozpętałem II wojnę światową”) stała realistyczna ocena widoków na przyszłość, zbalansowana, dojrzała – ona była symbolem psychicznej siły”. Czyli przerąbane – pesymizm świadczył o mądrości i realnym spojrzeniu na świat.

Spojrzeć na siebie obiektywnie

Bez tego nie ma szansy na zmianę. Przez lata myślałam: a to się nie uda, a jaka niemiła ta sąsiadka, a dlaczego są bułki w sklepie, a nie ma ciemnego chleba, jakie to macierzyństwo jest trudne, nie mam siły, ta szefowa jest straszna i w ogóle dlaczego muszę tyle pracować. A po co, i tak wszyscy umrzemy, to nie ma sensu. Ble, ble, ble.
Tak, znałam życiowych optymistów. Ale byli to zwykle ludzie, którym – moim zdaniem – wszystko się układało. Mieli pieniądze, zdrowie, dobre rodziny, zdrowe dzieci itd. „Nic dziwnego, że są wiecznie zadowoleni” – mruczałam.

Z czasem zrozumiałam, że to nieprawda. Większość z nas ma problemy. Zawsze można znaleźć sobie powód do narzekania. Niektórzy mają ich więcej. Psycholog rozwojowy Erik Erikson twierdził, że ci, którzy mieli „przewidywalne dzieciństwo” zazwyczaj wzrastają w podstawowym poczuciu zaufania, podczas gdy dzieci, które miały „nieprzewidywalne dzieciństwo” są mniej skłonni do zaufania wobec innych ludzi i wobec różnych okoliczności. I ci optymizmu muszą się nauczyć.

 Zrozumieć dlaczego to robimy

Nie można się zmienić, jeśli nie wiemy dlaczego coś robimy. Co nam to daje? Czym możemy to zastąpić. Pesymizm jest charakterystyczny dla ludzi z syndromem ofiary. Daje pozorne poczucie bezpieczeństwa. To nic innego, jak mechanizm obronny. Przecież jeśli coś się stanie, już to wiedzieliśmy. Jesteśmy przygotowani. Możemy sobie powiedzieć: „A nie mówiłam”.

Druga sprawa – czasem narzekanie ma sprawić, że inni będą się czuli przy nas okej. Oni narzekają, my narzekamy – wszystko gra. Zrozumiałam, że tak było u mnie. Nie chciałam się chwalić przed koleżanką singielką mężem, więc nieustannie mówiłam o jego wadach – żeby nie czuła się źle, że mam stałego partnera. Narzekałam na pracę, bo wiedziałam, że ona jej nie ma. Albo komuś było smutno, więc mówiłam, że mi też. Tylko, czy komuś potrzebna jest przyjaciółka pesymistka? Czy raczej ktoś, kto dodaje energii?

Robić listę rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni

Ten sposób poleciła mi terapeutka, codziennie zapisuj rzeczy za które jesteś wdzięczna. I niech to codziennie będzie coś nowego. Podchodziłam do tego, jak pies do jeża. Nie przepadałam za nowym nurtem psychologii pozytywnej, nie chciało mi się nic pisać. Ale potrzebowałam nowych nawyków. Zamiast więc pesymistycznej pogadanki z przyjaciółką, która drenowała mnie z energii, brałam kartkę i pisałam dobre rzeczy. Od tych najważniejszych: „Jestem wdzięczna za zdrowego syna, rodziców, partnera”, po –wydawałoby się –drobiazgi. Wypiłam dobrą kawę, kot się do mnie przytulił, pies ucieszył na mój widok, miła dziewczyna uśmiechnęła, czy mam pachnącą pościel. Przyznaję, marudziłam przy tym, ale potem widziałam ten swój zapisany notes i czułam się o wiele lepiej. Po prostu lekko. Ale jestem szczęściarą, myślałam. Oczywiście, życiowe porażki wybijały mnie z tego, ale wtedy zaczynałam od początku.

Znajdować plusy innych ludzi

Uff, to niełatwe, co? Przecież uwielbiamy narzekać na innych, bo to trochę odwraca uwagę od nas samych. Ale przysięgłam sobie, że będę o nich myśleć dobrze, a nawet, jak pojawi się jakiś „chochlik” w mojej głowie – zatrzymam go.

Męczyła mnie koleżanka, natychmiast znajdowałam kilka jej cech, które lubię. Mało mnie słucha? Dobra, ale jest wesoła i zawsze mogę na nią liczyć. Zanudziłabym się bez niej.

Mąż jest za mało wylewny? Nieee. On taki ma charakter – ile razy jego spokój ratował nas z opresji. Zwariowałabym z kimś podobnym do siebie. I też zawsze mogę na niego liczyć.

Tak robiłam z każdym, rodzicami, dzieckiem, współpracownikami. Efekt był taki, że stawałam się dla nich milsza, mniej się czepiałam. O dziwo, oni na to reagowali – też stawali się fajniejsi. Czyli działało.

Nie bojkotować siebie

Z tym było najtrudniej. Byłam mistrzynią. Dziś koleżanka powiedziała mi, że byłam zahukana. Hmm, no nie wiem, ale rzeczywiście wolałam trzymać się z boku. Mówiłam sama do siebie, że to, co robię nie jest tak dobre, powinnam bardziej, lepiej. Wciąż myślałam: to się nie uda, nie jestem aż tak zdolna. Któregoś dnia rozejrzałam się wokół. Mnóstwo ludzi wokół osiągnęło swoje cele. Czy byli zdolniejsi ode mnie? Na pewno nie we wszystkim. Po prostu każdy ma swoje mocne i słabe strony. Ich siła polegała na tym, że optymistycznie patrzyli w przyszłość. Czuli się sprawczy. To nie znaczy, że nie ponosili porażek. Ale podnosili się i szli dalej. Zrozumiałam, że też tak mogę. Ponieważ człowiek nie jest nagle w stanie zmienić wszystkich swoich przekonań – jak dopadały mnie czarne myśli, walczyłam z nimi – włączałam medytację, dzwoniłam do optymistycznej koleżanki, albo mówiłam sobie: „Patrz tylko pod nogi”. Czyli, na przykład, codziennie rób rzeczy, które mogą doprowadzić cię do celu. Drobiazgi. Terapeutka dała mi taki przykład: jeśli patrzysz z dołu na szczyt góry, myślisz: „w życiu tam nie wejdę, jak to wysoko”. Ale jak założysz sobie, że masz po prostu wejść kilka kroków pod górę, to już się nie wydaje nie do zrobienia. Prawda?

Pamiętać, że dzień tworzą drobiazgi

Tak, o tym zapominamy. Jeśli wsiadam rano do auta i od razu się wściekam na kierowców, jestem nabuzowana i zła.  Siłą woli zaczęłam wyłączać codzienne marudzenie. A że ktoś kubka nie umył, wali młotkiem od rana. I tak dalej. Gdy pojawiała się zła myśl, natychmiast zastępowałam ją inną, optymistyczną: „Wali może ktoś w ścianę, ale jak ładnie pachnie kawą i zaraz mam fajne spotkanie”. Czasem sama pukałam się w czoło, ale to naprawdę przynosiło efekt.

Naprawdę, dziś jestem optymistką. Zrozumiałam, że optymizm to nie jest czarowanie świata, samooszukiwanie się. To szukanie każdego dnia życiowej równowagi. Spokoju. I dobra.

Czy udało się to w 21 dni? Nie bardzo. U mnie praca nad sobą trwała rok i w zasadzie wciąż trwa. To jest, jak regularny trening sportowy. Czasem boli, czasem się nie chce, ale w efekcie przynosi same korzyści. Jestem szczęśliwsza. Optymiści są szczęśliwsi.


Związek

Przeżyli piekło, ze słabości uczynili siłę. Jak DDA walczą o szczęście

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
21 sierpnia 2022
fot. axelbueckert/iStock

Lęk, niepokój, ból. Strach przed bliskością, a jednocześnie pragnienie jej. Wstyd, poczucie winy. I brak zaufania do siebie, ale też do innych. Takie emocje często towarzyszą Dorosłym Dzieciom Alkoholików.  W tym zaklętym kręgu można tkwić przez lata. Ale można z tej słabości uczynić siłę. Tak przynajmniej twierdzą ci, którym się to udało.

Czujność

Ze wspomnień Magdy: „Mam 10 lat. Stoję w kuchni, wali mi serce. Zdecydowane kroki na schodach, klucz bez problemu trafia w zamek. Serce  zwalnia. Ojciec jest trzeźwy. Gdy wraca pijany, kroki nie mają stałego rytmu, cichną, by za chwilę znów wybrzmieć. Tak, to kroki są zapowiedzią nocy. Tej spokojnej, bez alkoholu. Tej strasznej, gdy dużo wypił. I tej, która jest ciszą przed burzą. Gdy jest tak pijany, że bełkocze, potyka się, pada na łóżko. Nie sprawdzi o czwartej nad ranem zeszytów i nie będzie bił za źle odłożoną książkę. Ale obudzi się niczym tykająca bomba. My, jego rodzina będziemy przemykać między pokojami. I błagać mamę, żeby wyciągnęła ukryte piwo. Wiemy, że tylko to zapobiegnie katastrofie .

Magda : – Gdy trafiłam na terapię, byłam wrakiem człowieka. Wszystkiego się bałam, najchętniej siedziałabym w kącie, nie potrafiłam zawalczyć o sukces. Terapeutka na kolejnym spotkaniu rzuciła: „Ale ty przecież osiągnęłaś sukces!”. Chodziło o to, że mam kochającego męża, dzieci, że „czujność” pomaga mi wyczuwać ludzi. Dlatego jestem świetnym handlowcem, umiem rozmawiać, wiem, kiedy się wycofać, wyczuwam każdą emocję, choć ktoś jej jeszcze nie wypowiedział. Podczas terapii nauczyłam się doceniać tę cechę. Nauczyłam się też ją rozumieć i wyłączać, kiedy nie jest mi potrzebna.

Odpowiedzialność

Ze wspomnień Alicji: „Mam 12 lat. O ósmej w sobotę targam siatkę z zakupami. Potykam się, ląduje w  zaspie śniegu, z torby wypadają rzeczy: mleko, woda, sok pomidorowy, warzywa, świeża wołowina. Zbieram wszystko w pośpiechu. Zaraz obudzi się mama. Już dzwonili z jej biura dlaczego kolejny dzień nie pojawia się w pracy. Powiedziałam, że to był nagły wypadek. Szpital.  Będzie już dobrze, musi być. Zamknę jej kilkudniowy ciąg. Sok pomidorowy uśmierzy ból głowy. Rosół jest najlepszy na kaca. Muszę działać szybko. Popołudniu wraca ojciec z delegacji. Zabije matkę jeśli będzie pijana. Nie dopuszczę do tego. Zostanę z nią w domu, żeby jej pilnować. Mam dziś ważną klasówkę”

Alicja: – Gdy jesteś DDA wydaje ci się, że musisz być za wszystko odpowiedzialna. Za projekt w pracy, za remont w domu, za to, jak dogadali się twoi współpracownicy, rodzina. Za wszystko. Nawet za rzeczy, które w ogóle nie powinny cię obchodzić. Przed oczami mam taką scenę. Idę na wywiad do znanego psychoterapeuty. Po spotkaniu zbieram rzeczy do torby. On też mówi, że się zbiera. Mój kontrolujący wzrok pada na lampę. „Ale chyba wyłączy pan lampę?”. On: A pani jest DDA?  Oniemiałam.  „Tylko DDA tak bardzo zauważają takie rzeczy” mruknął. Potem wytłumaczył: jego lampa w ogóle nie powinna mnie obchodzić.  To nie moja sprawa, co z nią zrobi. Wyłączy, nie wyłączy.  DDA czują się odpowiedzialni za życie innych. Terapia uczy odpuszczać tych innych, pozwala skupić się na sobie. Kiedy zrozumiałam, że nie jestem odpowiedzialna za cały świat, poczułam niewyobrażalną ulgę.

Strach

Ze wspomnień Marcina: „Mam 14 lat, jemy rodzinną kolację. Ojciec jest nachlany. Plącze mu się głos. Do tego wszystkiego się czepia. Wyśmiewa matkę, młodszego brata, niby żarciki, ale tylko jego bawią. Staram się nie reagować, być niewidzianym. Nagle coś mówi do mnie. Znów się śmieje, ja się nie śmieję. Wszystko toczy się tak szybko, nagle wyrywa mi łyżkę, podnosi się i zaczyna mnie szarpać. Matka staje w mojej obronie, obrywa. Odruchowo odpycham ojca i już wiem, co mnie czeka. Zwali mnie na ziemię i będzie kopał. Te ułamki sekund, które dzielą mnie od tego są jednym wielkim strachem, zwierzęcym strachem, bo wiem, że nie mam gdzie uciec”.

Marcin:– Gdy byłem mały moczyłem się, czym powodowałem jeszcze większą furię ojca. I pogardę. Bałem się też duchów. Nawet, gdy już zamieszkałem ze swoją dziewczyną, bałem się być sam w tej starej kamienicy. Bo trzeszczała podłoga, coś w nocy skrzypiało. Nie chodziło tylko o mieszkanie, byłem prostu nieustannie poddenerwowany, waliło mi serce.  Ten strach sprawiał, że nawet na urlopie nie potrafiłem się zrelaksować. W końcu trafiłem na SOR przekonany, że mam zawał. W życiu bym tam nie pojechał gdyby nie moja partnerka. Zrobiono badania, odesłano do domu. Z sercem było okej.

Zaczęły się pielgrzymki po przychodniach, bo fizycznie czułem się coraz gorzej. W końcu wylądowałem u psychiatry. „Pana organizm przyzwyczaił się do wojny” zawyrokował. Minęły lata zanim nauczyłem się wyciągać dobre rzeczy ze strachu. Zobaczyłem, że może gorzej radzę sobie, gdy jest spokój (wtedy czuję lęk), ale mam nieprawdopodobną zdolność działania w kryzysie, mogę dużo więcej znieść niż inni, otwiera mi się jakaś klapka w mózgu. Później zacząłem robić tak ze wszystkim, co mi przeszkadzało, a co było dziedzictwem alkoholowego domu. Dziś już dom pamiętam przez mgłę, mam swój, dobry– choć nie raz chciałem uciec przed dobrą miłością żony i nie rozumiałem dlaczego zawsze przy mnie jest.


Zobacz także

Cztery dowody na to, że naprawdę kogoś kochasz

Mężczyzna, którego pragniesz jest bardziej atrakcyjny dla innych kobiet. Jak to działa?

5 sygnałów, które wskazują, że nie jesteś gotowa na nowy związek