Zdrowie

Palę fajki od lat. Nie powiem, od ilu, bo się wstydzę. Postanowiłam rzucić z pomocą biorezonansu. Efekt? Zaskakujący!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 listopada 2022
 

Postanowiłam (tym razem) dobrze się do tego przygotować. Odstawiłam papierosy, w zamian kupowałam sobie tabletki z nikotyną. Uznałam, że są o niebo lepsze od papierosów, bo jednak nie zawierają substancji smolistych. Na wizytę w certyfikowanym gabinecie biorezonansu w podwarszawskich Łomiankach musiałam poczekać kilka dni. Jak się pewnie domyślacie na nikotynowym głodzie nie było to proste. Najtrudniej w nocy, bo zwyczajnie uzależnienie nie pozwalało mi zasnąć. Przekręcałam się z boku na bok do trzeciej nad ranem i to przez dwie kolejne noce. W zasypianiu nie pomagały nawet pastylki z nikotyną.

Kiedy nadszedł dzień wizyty w gabinecie biorezonansu magnetycznego (nie mylić z rezonansem magnetycznym), nadal miałam tabletki z nikotyną (w kieszeni, zawsze pod ręką). Nie czytałam niczego, co mogłoby mnie nastawić przeciw tej metodzie. Natomiast przyznaję, że wysłuchałam kilku entuzjastycznych opinii, bo dwójka moich znajomych twierdzi, że rzuciła palenie właśnie dzięki biorezonansowi. Jedna dla odmiany uważa, że to kompletna brednia, bo po wyjściu z gabinetu natychmiast zapaliła i pali do dziś. Cóż, zdecydowałam, że jednak warto sprawdzić.

Dlatego już na wstępie zapytałam Renatę Kierszkę, dlaczego na niektórych to nie działa, a wielu naukowców uważa, że jest zwykłym placebo. Słyszę, że terapia antynikotynowa może być różnie wykonywana. Kierszka poświęca pacjentowi pełną godzinę. Klienci często opowiadają, że wcześniej korzystali z wersji skróconej, która trwa tylko 15 minut . Czy to dlatego nie czują efektów?

– Gwarantuję, że gdyby pani zapaliła papierosa tuż po wyścigu z biorezonansu, to… będzie miała pani nudności – mówi Kierszka.

– A placebo? – pytam.

– Dla mnie największym dowodem są moi pacjenci, którzy mówią, że biorezonans działa. Przychodzą do mnie ludzie z polecenia, nigdzie się nie ogłaszam. Najczęściej rodzice przyprowadzają dzieci na odczulanie albo nastolatki z nerwicami, depresją. Wiele osób przychodzi z uzależnieniami od alkoholu i nikotyny. Ci ostatni zwłaszcza po Nowym Roku – mówi z uśmiechem.

Mój ostatni dymek

W gabinecie na wstępie pani Renata wyjmuje kosz z różnymi papierosami i mówi, bym wybrała sobie takie, jakie lubię. Okazuje się, że przed terapią mam zapalić swojego ostatniego, by uaktywnić toksyny. Następnie kładę się wygodnie na kozetce i najpierw dostaję do ręki elektrodę z mosiądzu w kształcie walca. W fazie początkowej przez dwadzieścia minut – nie czuję niczego. Pytam, jak wytłumaczyć ludziom, czym jest biorezonans i na jakiej zasadzie pomaga w walce z uzależnieniami. Pani Renata mówi, że najprościej biorezonans porównać do akupunktury elektronicznej.

– Działamy na polu elektromagnetycznym, pobudzamy receptory w całym ciele, pomagamy toksynom wydostać się z organizmu: z płuc, wątroby, nerek i jednocześnie wygaszamy głód nikotynowy. Moi pacjenci opisują, że po biorezonansie nie czują silnych objawów odstawiennych i łatwiej im rzucić. Bez bólu głowy, trzęsących się rąk i poddenerwowania.

Czy pacjenci czasem wracają, gdy mają nawrót i zaczną palić?

– Zdarza się. Jedna z moich klientek z zawodu prawniczka czasem wraca do papierosów, kiedy prowadzi jakąś trudną i emocjonalnie angażującą sprawę w sądzie. Inny pacjent jest fanem bardzo znanego zespołu. Wyjeżdża z nimi w trasy koncertowe i wtedy zdarza mu się zaszaleć. Zawsze jednak mówię klientom, by w sytuacji nawrotu nie zwlekali i przychodzili na godzinną sesję przypominającą.

Kiedy do ręki dostaję dwie okrągłe mosiężne elektrody, zaczynam czuć najpierw mrowienie w palcach, potem w całych dłoniach, a po kilkunastu minutach już nawet w stopach. Gdy zmieniamy elektrodę na płaską i przykładamy ją w okolicach wątroby, w ustach pojawia się metaliczny nieprzyjemny smak. Nie jest jednak jakoś bardzo intensywny. Zabieg kończy się położeniem płaskiej elektrody w okolicach płuc. Po godzinie koniec.

Pani Renata prosi, bym wstawała powoli. Faktycznie kręci mi się w głowie i natychmiast robi zimno. Dowiaduję się więc, że w domu powinnam zjeść ciepłą zupę i koniecznie pić wodę, by wypłukać toksyny (około 2 litry).

– A gdybym wypiła kieliszek wina? – pytam zaczepnie.
– To panią zetnie. Odradzam. Tak samo odradzam kawę – słyszę.

Będę wymiotować?

Po wyjściu za gabinetu mam do przejechania na rowerze około 10 kilometrów do domu. I powiem wam szczerze, że podczas tej podróży czułam, że jest mi niedobrze. Gdyby mi ktoś dał teraz do zapalenia papierosa – na 100 procent bym zwymiotowała. To bardzo dziwne uczucie! Jakbym znów była nastolatką i w jakbym wypaliła z pięć papierosów z rzędu. Coś okropnego.

Po powrocie do domu chcę zająć się pisaniem, ale nie mogę. Jestem zmęczona, wyczerpana i cały czas nie czuję się najlepiej. Dzwonię więc entuzjastycznie do koleżanki, też palaczki: „Mam autentyczny wstręt do papierosów!” Ale niestety.

Pierwszy raz chce mi się palić, kiedy dzwoni inna koleżanka i zaczynamy poruszać bardzo ciekawe tematy. Zwykle w takich sytuacjach otwierałam balkonowe okno i paliłam, patrząc w dal. Uwielbiam to. Nagle, ciach (od terapii minęło cztery godziny), a ja znów czuję chęć zapalenia. Na szczęście, choć to jest pewien dyskomfort, dość łatwo odganiam pokusę. Po prostu przekierowuję myśli na inny temat.

Niestety po dwóch godzinach znowu, cyk to samo. Chęć palenia przychodzi do mnie, gdy odpalam komputer i widzę maila, który odbiera mi na trzy sekundy dech w piersiach. Mówiąc oględnie ktoś mnie tym mailem wkurza i natychmiast żołądek skręca mi się w kulkę. Znowu włącza mi się automatyzm: marzę, by sobie zapalić w sytuacji, w której kiedyś zwyczajowo paliłam.

Czy to działa?

Dlatego powiem wam, że w moim przypadku nie było tak, że głód nikotynowy zniknął do zera w pierwszej dobie. Ale w obu przypadkach i tym „radosnym” i ten „smutniejszy” udało mi się dość łatwo pokonać chęć sięgnięcia po papierosa.

Następnego dnia rano, tak chce mi się palić, ale minimalnie. Kolejnego już wcale. Zero. Nic a nic! Czwartego przez sekundę. Nie palę już tydzień. To nie jest wielki sukces, więc proszę o trzymanie kciuków. Dziś wiem, że cudów nie ma. Biorezonans nie jest magią, która odejmuje całkowicie głód nikotynowy. Wiele zwłaszcza behawioralnych przyzwyczajeń nadal zależy od woli i determinacji człowieka. Robota sama się nie zrobi. Nie mogę też powiedzieć, że biorezonans to ściema. Przecież nie palę! A rzucanie nie okazało się dla mnie jakąś drogą przez mękę, a palę fajki od dekad. Nie powiem od ilu, bo się wstydzę.

W skali od 1 do 10, było trudno na 2 punkty. Dlatego zachęcam. Rzucajcie, nie czekajcie jak cieniasy do stycznia.

Skąd u Renaty Kierszki ta wiara?

17 lat temu, kiedy jej córka miała trzy latka, poszła do koleżanki na urodziny i tam po raz pierwszy w życiu jadła orzechy – były w torcie. Zaczęła się dusić. Natychmiast pojechały na SOR. Lekarka natychmiast przez ubranie podała zastrzyk z adrenaliną, a potem już spokojnie – różne leki rozkurczowe. Potem było regularne leczenie u alergologa. Szybko okazało się, że ma to trwać… pięć lat i Kierszka zaczęła szukać alternatyw. Tak trafiała do gabinetu biorezonansu. Po trzech spotkaniach dostała zapewnienie, że córka jest już odczulona. Oczywiście, że nie chciała wierzyć, ale usłyszała stanowcze: „Niech pani da jej na próbę kilka orzechów”. By było bezpieczniej pojechała z dzieckiem pod szpital Bielański i tam córka zjadła trzy orzechy ziemne i… nic, nie miała najmniejszych objawów alergii. Orzechy je do dziś.

 

Renata Kierszka – pasjonatka zdrowego stylu życia. Podchodzi do leczenia pacjentów holistycznie. Wierzy, że odpowiednie nastawienie, zdrowa dieta i naturalne stymulowanie organizmu są w stanie poprawić jakość naszego życia.


Zdrowie

Nie jest łatwo siebie kochać. Zwłaszcza, gdy nikt cię tego nie nauczył

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
9 listopada 2022
 

Albo co gorsza spotkałaś na swojej drodze ludzi, którzy przekonali cię, że na miłość trzeba sobie zasłużyć. Oto najważniejsza lekcja, którą odrobiłam, gdy uczyłam się, jak polubić w sobie to, co wydawało mi się niemożliwe do polubienia.

Znam kilka kobiet, które miały w życiu szczęście i sztukę dobrego życia wyniosły z domu. Jej istotą nie jest bynajmniej permanentny stan szczęścia i samozadowolenia, ale raczej przeświadczenie, że życie jest dobre, a my tego dobra możemy na różne sposoby doświadczać. Dzięki wychowaniu we wspierającym domu mogły rozwijać skrzydła, próbować bez strachu, że jeśli coś nie wyjdzie zostaną zrugane, eksperymentować bez poczucia winy, a potem cieszyć się swoimi sukcesami. Ich życie nie było i nie jest idealne, także doświadczają trudnych momentów, ale fundament, na którym zbudowały poczucie swojej wartości jest mocny, więc przez kolejne kryzysy przechodzą odważnie i bez lęku. Przez wiele lat bardzo im tego zazdrościłam.

Wychowałam się w domu, gdzie było wiele lęku, trudnych emocji, gdzie wszystko podlegało regule nieprzywidywalności wyznaczanej przez pijącego ojca i wiecznie zatroskaną mamę. W toksycznej atmosferze alkoholowego domu starałam się być niewidzialna, schodzić z oczu, nie zawracać głowy swoimi emocjami i problemami. W dorosłość weszłam z bagażem lęków i poczuciem nieważności siebie, swoich potrzeb i tego, co czuję.

Lista moich lęków była jak gazetka z promocjami supermarketu było tam wszystko, co jest ci zupełnie niepotrzebne do życia, ale i tak ładujesz to do koszyka, bo nie wiesz, że można inaczej. Oto kilka przykładów:

  • lęk przed wyjściem z domu do ludzi,
  • lęk przed tym, że jeśli nie będę czekała na peronie na pociąg co najmniej pół godziny przed odjazdem, to na pewno się na niego spóźnię,
  • lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otworzą i nie zdążę wsiąść,
  • lęk przed tym, że drzwi w pociągu się nie otworzą i zdążę wysiąść,
  • lęk przed tym, że pociąg się rozbije w trasie, a ja zginę,

Ogólnie, nie polecam tej promocji.

Lęki, poczucie niepewności, przekonanie o własnej beznadziejności były tak bardzo częścią mnie, że przez wiele lat nie miałam nawet pomysłu, że można żyć inaczej. Gdy wyprowadziłam się z domu i zobaczyłam, jak żyją inni ludzie, nadal nie potrafiłam uwierzyć, że takie życie może być też dla mnie. Wszystko zmieniło się jednak, gdy okazało się, że umiera moja mama.

Lekcja życia

Z domu rodzinnego uciekłam na studia do Warszawy mając 22 lata. W wieku 42 lat stałam przed decyzją o powrocie i ponownym wzięciu odpowiedzialności za ludzi, którzy emocjonalnie mnie przeczołgali. Bo chorowała nie tylko mama, ale także tata i babcia (oboje na demencję). W Wigilię 2018 roku okazało się, że mama nie da rady sama opiekować się tą dwójką. Stanęłam przed wyborem: zostać w Warszawie i umyć od wszystkiego ręce, czy podjąć wyzwanie i zaopiekować się całą trójką. Mała Dagny w mojej głowie krzyczała i tupała ze strachu Uciekaj! Jak najdalej!”.

Dorosła Dagny pomyślała, że jeśli teraz ucieknie, zawsze będzie tego żałować, bo to ostatnia chwila, żeby pobyć z rodzicami nim odejdą. Miałam więc do wyboru albo zrobić tak, jak zawsze (uciec) albo zrobić coś inaczej i sprawdzić, co się wydarzy. Wybrałam to drugie, rozpoczynając największą lekcję życia i naukę rozumienia siebie na nowo, która doprowadziła do tego, że dziś potrafię już powiedzieć sobie Kocham cię, babo”.

Lekcja miłości do samej siebie

fot. Omid Armin/Unsplash

Krok 1: Czy czujesz, że żyjesz?

W tym całym, trwającym kilkanaście miesięcy, doświadczeniu opieki nie było prawdę mówiąc miejsca na filozoficzne rozważania o sztuce dobrego życia. Była nadzieja, był smutek, były straszne kłótnie o pierdoły, gdy lęki i cierpienie stawały się nie do wytrzymania. W ostatnich dniach życia mamy wciąż kurczowo trzymałam się nadziei, że wszystko będzie dobrze, że wyjdzie z tego. Traciłam dech, gdy myślałam, że następnego dnia mogę obudzić się w świecie bez niej. Tylko dzięki wsparciu wspaniałej psycholożki z Hospicjum Dutkiewicza, w którym leżała mama, zrozumiałam, że robię krzywdę i sobie, i mamie. Mama odchodziła, nie mogłam nic na to poradzić, ale mogłam przy niej być.

Wróciłam na oddział i skupiłam się na tym, by jej towarzyszyć. Zdążyłam ją potrzymać za rękę, powiedzieć, że jestem jej wdzięczna za wszystko, że ją kocham. Mama zdążyła mi powiedzieć, że już się nie boi. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że zrobiłam coś, co naprawdę miało wartość i sens. Poczułam także, że nie chcę już dłużej żyć tak, jak żyłam w lęku, braku radości i marzeń. A skoro nie wiem, jak żyć dobrze, to cóż, chcę się po prostu tego nauczyć. Postanowiłam więc rozpocząć podróż pod hasłem Chcę się dowiedzieć, kim jestem i czego chcę”.  

Krok 2: Odkrywaj siebie na własnych zasadach

Z tym odkrywaniem swojego JA i swoich potrzeb jest jak ze wszystkim innym każda z nas jest inna, każda potrzebuje więc innego sposobu, by wyruszyć w swoją podróż. Tak, można ją zacząć i skończyć na kanapie we własnym domu. Można ją odbyć medytując w ogrodzie, na spacerze z psem, angażując się charytatywnie, odkrywając nową pasję. Wchodzisz na tę drogę, gdy masz w głowie gotowość do tego, by dać sobie przestrzeń, swobodę i otwartość do tego, by odkrywać: co o sobie wiesz, co o sobie sądzisz, co cię napędza i daje radość, a co je odbiera, jak żyjesz ze sobą i jak siebie traktujesz.

Nie ma dobrego czasu, bo zawsze coś stoi na przeszkodzie jesteśmy zajęte, zmęczone, żyjemy w krainie wiecznego zapierdolu, w którym najpierw zadbamy o potrzeby wszystkich wokół, a potem, na koniec może też o własne. Nie ma więc dobrego czasu by zacząć, ale jednocześnie każdy moment jest dobry, by spróbować zrobić pierwszy, nawet najmniejszy krok. Od czego zacząć? Swoją podróż zaczynałam od pytań: Kim jestem? Czego chcę? Czego potrzebuję? Pytania dają szansę, żeby się zatrzymać, odpowiedzi prowadzą dalej.

Krok 3: Co sobie opowiadasz?

Decyzja o tym, by znaleźć drogę do siebie i o siebie zadbać wymaga też zmiany języka, którym rozmawiasz przede wszystkim ze sobą. Język, która oddala cię od siebie pełen jest ocen, interpretacji, deprecjacji, wymówek, które wydają się wygodne, bo zwalniają nas z konieczności działania, skonfrontowania się z tym, co trudne i niewygodne albo wzięcia za to odpowiedzialności.

Jeśli w głowie masz opowieść o tym, jak bardzo beznadzieją i nieudaną kobietą jesteś, wpłynie ona na to, czy podejmiesz nowe wyzwanie w pracy (Na pewno mi się nie uda. Nie mam kompetencji”), czy wejdziesz w nowy związek (Jestem taka brzydka, na pewno zostawi mnie dla innej”) albo w jaki sposób będziesz siebie traktować w ogóle. Bo jeśli jesteś dla siebie nikim, to czemu miałabyś poświęcać sobie czas, uwagę i energię, żeby być dla siebie dobra? Komunikat Nie zasługuję na to” jest przecież jednym z najważniejszych, które sobie wciąż powtarzasz.

Z kolei, gdy tkasz w głowie opowieść pozytywną, która może wyglądać na przykład tak: Chciałabym spróbować z tym projektem. Boję się, że jestem zbyt mało doświadczona, ale przecież lubię uczyć się nowych rzeczy, mogę poprosić zawsze innych o pomoc lub o radę, a jeśli popełnię błędy, to też nic się nie stanie, przecież to naturalny element procesu rozwoju”, na starcie dajesz sobie dodatkowe wzmocnienie. Stajesz się swoją własną sojuszniczką, a nie sabotażystką.

Dlatego, jeśli macie w głowie jedną myśl chcę być w tej sytuacji dobra dla siebie, chcę wybrać dla siebie to, co mnie wzmocni pielęgnowaniem w sobie dobra będzie uważne przyjrzenie się sytuacji i wybranie takiej autonarracji, która wydaje się bliższa, bardziej naturalna i pomocna dla ciebie.

Jeśli JA opowiada wam, że nie ma siły, posłuchajcie. Jeśli mówi, że pomyśli o tym jutro, uszanujcie to z zaufaniem i myślą, że JA chcę dla nas jak najlepiej. Tylko my mu trochę przeszkadzamy, uważając, że to najlepiej” to tak, jak mają inni. Wiecie, dlaczego to się nie może udać? Bo inni to inni, po prostu. Każda z nas jest inna i czego innego potrzebuje w tym momencie życia, w którym jest. Częścią zaopiekowania się sobą jest akceptacja tego faktu inni mają inaczej, ważne jak masz TY.

Krok 4: Co sprawia ci radość?

Nastawianie radaru i wyłapywanie z codzienności tego, co dobre jest dla mnie nową umiejętnością. Zaczęłam się jej uczyć kilka lat temu, gdy doświadczyłam depresji. Podczas terapii jedno z moich zadań polegało właśnie na tym, żeby każdego dnia zapisywać wszystko to, co dobrego mnie spotkało. Rysowałam w swoim notesie chmurki i zapisywałam: poleżałam w wannie z książką, zjadłam pączka i wypiłam dobrą kawę, tuliłam się z kotem, zjadłam pomarańczę. Brzmi dziecinnie, ale żeby mentalnie dojrzeć, trzeba pozwolić najpierw niedokochanemu dziecku w sobie nauczyć się dostrzegania dobra.

Dobro, które zaczęłam wyłapywać w końcu nawykowo powoli zapełniało pustkę we mnie i naprawiało różne zepsute kawałki w środku. Zrównoważyło to, co do tej pory było skoncentrowane na negatywnym, przykrym, smutnym i samotnym. Nie kasowało trudnych emocji, raczej wyrównywało mi obraz siebie i świata do szarości dodając kolejne kolory. Zrobiło też miejsce na nieoczekiwany i wspaniały motywator: RADOŚĆ.

Moja ukochana radość! Tak wiele zmieniła w moim życiu, że nie potrafię znaleźć słów, by okazać jej swoją wdzięczność. Radość to poczucie zadowolenia, satysfakcji i spełnienia w jednym. To także jedna z najbardziej energetycznych emocji im jej więcej, tym jej więcej. Tak jakby multiplikowała się w naszej głowie pod swoim własnym wpływem. Staram się praktykować inny rodzaj radości, bardziej stonowany i trwalszy związany z poczuciem bycia sobą, bycia w sobie i akceptacji tego, co przychodzi z życiem. Radość dają mi więc rzeczy małe. Dziś rano była to dobra kawa, mój przytulaśny kot. Z radością wejdę także w ten dzień, bo wiem, że przede mną jeszcze dużo powodów do radości.

Krok 5: Co dobrego dziś dla siebie zrobisz?

Żeby w końcu siebie odnaleźć musiałam wybrać się w długą podróż, w czasie której dałam sobie wiele swobody i wolności. W pewnym momencie przyszło mi także zaakceptować, że zyskując tak wiele, coś również tracę musiałam pożegnać kilka kawałków mnie, które służyły mi przez lata, ale na nowej drodze przestały mnie wspierać. Starałam się robić to z wdzięcznością, bo przecież były częścią mnie i doprowadziły mnie w końcu do bardzo dobrego i jasnego punktu, w którym dziś jestem.

Na swoim szlaku nauczyłam się wiele, a to, czego się dowiedziałam, starałam się wam tutaj opowiedzieć. Najważniejsza nauka, jaką wyniosłam z tej podróży brzmi jednak każda odrobiona lekcja jest początkiem kolejnej.

Droga do wewnętrznego źródła dobra, radości i siły leży w każdej z nas. Czasem jest tylko trochę bardziej zarośnięta lub niedostępna, czasem bardziej pokręcona, a czasem po prostu malownicza.

Na koniec zostawię was z pytaniem, które zadaję sobie codziennie: Co dobrego dziś dla siebie zrobię?”. Reszta należy do was.

Autorką tekstu jest Dagny Kurdwanowska

 


Zdrowie

10 pytań na temat zgrzewarek próżniowych

Redakcja
Redakcja
8 listopada 2022

Chcesz uniknąć marnowania jedzenia lub przedłużyć świeżość zapasów z lodówki czy spiżarni? Najlepszy sposób to pakowanie ich bez dostępu powietrza, czyli próżniowo. Wyjaśniamy, jak działa domowa zgrzewarka i dlaczego warto jej używać na co dzień.

Na czym polega pakowanie próżniowe?

Psucie, pleśnienie i jełczenie jedzenia następuje pod wpływem tlenu i wilgoci. W procesie utleniania produkty spożywcze zmieniają swój zapach, kolor i smak oraz tracą wartości odżywcze.  Jedną z najskuteczniejszych metod na zachowanie ich świeżości jest pakowanie próżniowe. Polega ono na umieszczeniu żywności w szczelnym woreczku foliowym, a następnie zmniejszaniu panującego wewnątrz ciśnienia poprzez redukcję ilości tlenu i zwiększeniu ilości CO2. W przypadku produktów suchych, jak np. sól czy cukier, opakowanie próżniowe stanowi barierę przed nadmierną wilgocią, a w przypadku np. ciast czy pieczywa przed przyspieszonym wysychaniem i czerstwieniem.

Co możemy zapakować próżniowo?

Praktycznie każdy rodzaj żywności włącznie z mięsem, warzywami, owocami, sosami, zupami, artykułami suchymi.  Zgrzewarki mogą mieć dwa tryby pracy: do mokrych i suchych produktów. A to oznacza, że możemy zapakować nie tylko sałatkę owocową, ale też porcję orzeszków czy musli. Niektóre modele mają dodatkowy tryb pulsacyjny, który ułatwia pakowanie produktów delikatnych, np. pieczywa. Również płynne produkty możemy pakować próżniowo. Niektóre zgrzewarki np. FoodSaver FFS006X lub FFS017X są wyposażone w podwyższony kąt zgrzewania, przydatny np. podczas pakowania zup.

 Czy pakowanie próżniowe dotyczy tylko żywności?

Zgrzewarka przydaje się nie tylko do żywności, ale też w przypadku wszelkiego rodzaju przedmiotów, które chcemy zabezpieczyć przed wilgocią i powietrzem. To na przykład dobry sposób, by ochronić produkty ze srebra przed ciemnieniem. A jeśli wybieramy się na biwak i chcemy zabezpieczyć swoje rzeczy (np. zapałki lub ubrania) przed wilgocią lub deszczem wystarczy umieścić je w workach próżniowych. Ta metoda sprawdza się też w każdej podróży do np. paszportu czy innych cennych rzeczy, które chcemy zabezpieczyć.

Jak wybrać zgrzewarkę próżniową?

Ponieważ jest wiele modeli zgrzewarek, zanim dokonamy zakupu, warto przeanalizować różne funkcje pod kątem własnych potrzeb i oczekiwań. Wśród modeli FoodSaver z łatwością znajdziemy odpowiednie urządzenie. Ponieważ jest to urządzenie zasilane elektrycznie, ważne jest, aby wziąć pod uwagę jego moc. To właśnie ona określi wydajność silnika, a także wydajność listwy zgrzewającej. Do użytku domowego, wystarczy model o mocy ok. 120-130W. Przed zakupem zgrzewarki należy zastanowić się, co będziemy najczęściej pakować. Jeśli zamierzamy przechowywać w próżni zarówno suche, jak i mokre produkty warto zdecydować się na model, który posiada obie te funkcje, np.: FFS006X, FFS005X czy FFS017X. Nadaje się on z powodzeniem do pakowania m.in. ryb i mięs, gotowych wędlin, serów, pierogów, pieczywa oraz produktów suchych, np. kawy, herbaty czy makaronów. W zależności od modelu, zgrzewarki mają rozmaite dodatkowe funkcje. Dla fanów grilla i soczystych pieczeni wymarzonym rozwiązaniem będą zgrzewarki FFS006X oraz FFS017X z trybem marynowania.

 Czy zgrzewarka zajmuje dużo miejsca w kuchni?

Wśród modeli zgrzewarek FoodSaver znajdziesz zarówno kompaktowe, jak i pełnowymiarowe urządzenia. Zgrzewarki kompaktowe pozwalają zaoszczędzić miejsce na blacie kuchennym dzięki mniejszym rozmiarom, np. FoodSaver FFS014x o wymiarach 410 mm x 142 mm x 87 mm. To modele idealne do niewielkich kuchni i do codziennego użytku. Z kolei pełnowymiarowe, np. FoodSaver FFS006x o wymiarach 413 mm x 197 mm x 184 mm dzięki nowoczesnemu wzornictwu doskonale prezentują się w każdej kuchni.

Jak wydłuża się okres przydatności żywności w warunkach próżniowych?

Urządzenia i akcesoria do pakowania próżniowego FoodSaver pozwalają, zachować świeżość produktów spożywczych średnio do 5 razy dłużej. Po zamrożeniu w tradycyjny sposób mięso i ryby możemy przechowywać w zamrażarce przez pół roku, a zapakowane próżniowo przez 2 lata. W przypadku mrożonek warzywnych czas ten wydłuża się z ośmiu miesięcy do 2-3 lat.

Czy folie i opakowania wykorzystywane do zgrzewarek są bezpieczne dla zdrowia?

Coraz częściej zwracamy uwagę, by materiały, z których korzystamy, nie zagrażały naszemu zdrowiu. Szukamy produktów wolnych od substancji toksycznych m.in. od związku Bisfenol A, znanego jako BPA, który wchodzi w skład poliwęglanu, służącego do produkcji wielu wyrobów plastikowych. Uważa się, że niewielkie ilości BPA mogą przedostawać się z opakowań plastikowych do pożywienia i wpływać na naszą gospodarkę hormonalną. Dlatego wszystkie folie używane w zgrzewarkach FoodSaver są wolne od BPA, co dowodzi, iż produkty te są tworzone w trosce o nasze zdrowie i bezpieczeństwo. Z kolei pojemniki FoodSaver do pakowania próżniowego zostały zaprojektowane z wysokiej jakości materiału Tritan™, który odznacza się wyjątkową trwałością i również nie zawiera BPA. Pojemniki są odporne na pęknięcia i nie przebarwiają się. Posiadają mocne uszczelki i elastyczną pokrywę z uchwytami ułatwiającymi otwieranie. Można je myć w zmywarce do naczyń, co ułatwia utrzymanie ich w czystości. Pojemniki te współpracują ze wszystkimi systemami próżniowymi FoodSaver.

Do czego oprócz przechowywania żywności służy zgrzewarka próżniowa?

Pakowanie próżniowe pozwala także na marynowanie i peklowanie produktów mięsnych, dzięki czemu szybciej i intensywniej przechodzą zapachami przypraw. Okazuje się, że zamknięcie próżniowe mięsa w marynacie, pozwala w krótkim czasie uzyskać efekt wielogodzinnego przechowywania w lodówce. Takie rozwiązanie sprawdza się zarówno w przypadku codziennych posiłków, jak i niespodziewanych gości.

Jak wykorzystać zgrzewarkę do zdrowego gotowania? 

Zgrzewarki FoodSaver mają specjalną funkcję pozwalającą na przygotowanie składników do gotowania metodą sous-vide. Polega ona na powolnym gotowaniu produktów zamkniętych próżniowo w plastikowym woreczku. Gotując metodą próżniową, ograniczamy ilość spożywanego tłuszczu, nie musimy martwić się o przywieranie potraw do patelni czy garnka. Dzięki temu możemy ograniczyć ilości używanego tłuszczu do przygotowania potrawy, a czasem nawet zrezygnować z niego. Posiłki przygotowane w ten sposób są o wiele zdrowsze.

Jakie są korzyści wynikające z pakowania próżniowego dla środowiska naturalnego?

Pakowanie próżniowe to także odpowiedzialny gest wobec naszego środowiska naturalnego. Takie rozwiązanie znacznie zmniejsza ilość zużywanych każdego dnia plastikowych opakowań. Jednocześnie pozwala zaoszczędzić czas oraz energię, poprzez przygotowywanie posiłków z wyprzedzeniem. Podgrzewamy je w jednym naczyniu i w ilości takiej, jaka będzie nam potrzebna w danym dniu. Mniej gotowania to także mniej zmywania. Średnio w Polsce każdy z nas zużywa 150 litrów wody dziennie, z czego duża część przypada na kuchnię. By ograniczyć ilość zmywanych naczyń, wystarczy gotować za jednym razem większe ilości jedzenia, a następnie podzielić je na porcje i zapakować próżniowo. Dzięki urządzeniom FoodSaver mniej jedzenia trafia do śmietników, co jest zgodne z filozofią “zero-waste”. 


Zobacz także

Bywasz niekonsekwentna na diecie? I dobrze, bo według naukowców możesz w ten sposób stracić więcej kilogramów

CORE. Trening dla zwykłych ludzi. Mających prawdziwą pracę, prawdziwą rodzinę i prawdziwe ograniczenia czasowe

Czarnuszka - właściwości, zastosowanie

Czarnuszka – właściwości i zastosowanie