Psychologia Zdrowie

„Palenie to nałóg psychiczny. Jest tylko jedna metoda, żeby skutecznie rzucić”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
9 lutego 2016
Fot. iStock / yulkapopkova
 

Czy wiesz, że każdy papieros kosztuje cię lub bliską ci osobę jedenaście minut życia? Osoba paląca żyje średnio 15 lat krócej niż niepaląca. Dym tytoniowy zawiera ponad 6 tysięcy związków chemicznych, z czego co najmniej 90 rakotwórczych. Palenie chce rzucić każdy, dojrzewamy do tego średnio co dwa lata. Co miesiąc 440 tysięcy Polaków obiecuje sobie: koniec z tym. Ale większość nie potrafi zrobić tego skuteczne.  A jest tylko jeden sposób. Tak przynajmniej uważa Dorota Mierzejewska-Floreani, terapeuta antynikotynowej terapii segmentowej, była palaczka.

 Katarzyna Troszczyńska: Dlaczego tak ciężko rzucić palenie?

Dorota Mierzejewska-Floreani: Bo większość z nas robi to siłowo, nie zastanawiając się nad tym, jak działa nałóg nikotynowy. Na 100 osób próbujących rzucić palenie 96 się nie udaje – w ciągu roku wracają do papierosów. Tylko cztery wytrzymują pierwszy rok. Ale nawet w ich przypadku nie można mieć pewności, że nie zaczną znów palić. Miałam pacjentkę, która do nałogu wróciła po ośmiu latach. Jeśli nie wiesz jakie mechanizmy rządzą twoim uzależnieniem, ochota na papierosa powraca i poddajesz się jej. Nawet jeśli dzielnie walczysz ze sobą na początku, wkrótce tracisz siły i… zapalasz.

Czyli nie wystarczy silna wola – jak uważają niektórzy? „Nie masz silnej woli, dlatego ci się nie udaje” często słyszymy.

Tu w ogóle nie o nią chodzi. Silna wola wręcz przeszkadza. Bo przeciwko komu ją kierujemy? Przeciwko sobie. Rzucamy palenie bezsensownie szarpiąc się ze sobą. Działają w nas wtedy dwie przeciwstawnie działające siły. Motywacja do tego, by rzucić, bo to niezdrowe czy nieestetyczne. I zupełnie przeciwna – by wciąż palić. Bo papieros coś mi daje. Odpręża mnie, pozwala się skupić, daje przyjemność, poza tym fajnie zapalić z koleżankami na przerwie w pracy. Tak więc jednej strony działa na nas siła: chcę palić, z drugiej – nie chcę. To tzw. konflikt palacza, którego doświadcza każdy uzależniony – sedno problemu. Gdy postanawiamy rzucić, mówimy sobie: „musisz to zrobić”, „bądź twarda”, „zwalcz to”, czyli intensyfikujemy naszą motywację przeciwko paleniu. Nie znaczy to, że przeciwna motywacja – opowiadająca się za paleniem – znika. Wciąż istnieje, choć nie chcemy jej widzieć. Im silniejsze postanowienie o zerwaniu z papierosami, tym bardziej zaczynamy zdawać sobie sprawę co stracimy. W głowie pojawiają się myśli: „Ojej, przytyję dziesięć kilo”, „Rozniosą mnie nerwy”, „Nie wiem jak się skoncentruję”, „Boże, co będę na imprezach robić?”. I zaczyna w nas rosnąć przekonanie, że pomysł z rzucaniem jest bez sensu.

To właśnie nasza wewnętrzna walka tych dwóch sprzecznych stanowisk podczas rzucania sprawia, że to takie trudne. Męczymy się, pocimy, ciągnie nas do papierosów, jesteśmy zestresowani i wykończeni naszym własnym dialogiem wewnętrznym.

Z każdym nałogiem powinniśmy sobie radzić tak samo? Każdym rządzą podobne mechanizmy?

Nie do końca. Palenie jest innym nałogiem niż alkoholizm czy hazard. I powinno się go leczyć inaczej. Metoda antynikotynowej terapii segmentowej, którą stosuję, wymierzona jest konkretnie w specyfikę nałogu tytoniowego.

Czym się różni to uzależnienie od innych?

Na przykład tym, że fizjologiczny aspekt nałogu tytoniowego stanowi 10 proc. problemu, a 90 proc. to uzależnienie mentalne. W przypadku alkoholu to jest pół na pół. Oczywiście, ta liczba jest umowna, bo nałóg nie jest mierzalny. Jednak alkoholika trzeba najpierw odtruć, co trwa jakiś czas i dopiero potem można rozpocząć terapię. A u palacza fizjologiczny aspekt jest marginalny.

Poza tym alkoholizm jest mniej akceptowany społecznie. Palacz idzie prostym krokiem, nie zawala pracy, jest świadomy tego, co mówi, może pracować, żyje w rodzinie. Kontekst tego nałogu jest zupełnie inny. Ciężko więc wrzucać wszystkich do jednego worka – alkoholika, kokainistę, seksoholika i palacza – i prowadzić tę samą terapię. A tak się robi w niektórych państwowych ośrodkach.

Tymczasem terapia segmentowa uwzględnia cechy charakterystyczne nikotynizmu i to w nie właśnie uderza.

Czyli?

W trakcie sesji terapeutycznych bierzemy np. pod uwagę, że palacz ulega różnym chwytom marketingowym dotyczącym palenia, które są wszechobecne. Reklama, która jest teoretycznie zakazana, promocja, triki stosowane przez koncerny tytoniowe, by rekrutować kolejnych palaczy. Bo przecież przygniatająca ich większość umiera w wyniku chorób odtytoniowych. Warto zwrócić uwagę gdzie eksponowane są papierosy. Np. w przeszklonych kioskach z prasą zwykle na wysokości ok. metra nad ziemią, po prawej albo po lewej stronie. To jest dokładnie wysokość oczu dzieci. To pokazuje, że do nałogu nikotynowego jesteśmy przygotowywani od małego, a najbardziej intensywne działania prowadzone są wobec nastolatków.

Jakie to są konkretnie triki?

Mnóstwo można o nich powiedzieć w kontekście reklamy w filmach. Zakaz reklamy wyborów nikotynowych to nie jest nowa rzecz. Właściwie obowiązuje już wszędzie poza Azją i Afryką. Gdy w Stanach Zjednoczonych wprowadzono zakaz reklamy, koncerny musiały coś z tym zrobić – wpadły więc na pomysł, że będą promować papierosy dzięki Hollywood, namawiając do palenia aktorów, grających główne role. Wiadomo było, że papieros będzie kojarzony z cechami bohatera. John Travolta w „Gorączce…” był pełnym energii, roztańczonym bożyszcze nastolatek. Bruce Willis w „Szklanej Pułapce” ratował świat, ale papierosa nie wypuszczał z rąk. A seksowna i ponętna Sharon Stone w „Nagim instynkcie”? Któraż to kobieta nie chciałaby tak wyglądać?

W pewnym momencie reklamowanie papierosów na ekranie przestało być tak pozytywnie postrzegane.

Przyczyniły się do tego procesy przeciwko koncernom tytoniowym, w trakcie których do publicznej wiadomości były podawane różne informacje. Na przykład taka, że Sylvester Stallone za zapewnienie, że będzie palił w pięciu kolejnych produkcjach, w których zagra główne role, dostał 500 tysięcy dolarów. Palenie przed kamerą stało się krępujące. Ale i na to mądre głowy w działach marketingu koncernów znalazły sposób. 90 proc. palaczy wpada w nałóg przed 26. życia, wycelowały więc reklamę dokładnie w ten target. Jeśli średnio sięgamy po pierwszego papierosa w wieku 17 lat, to najlepiej umieścić tę reklamę w filmach dla młodzieży. I jeśli przyjrzymy się różnym filmom dla nastolatków łatwo dostrzec, że zawsze ktoś w nich pali. Najczęściej to czarny bohater, więc producenci mają czyste ręce. No skoro pali negatywna postać, to film pokazuje, że palenie jest złe. Jednak to właśnie czarny bohater jest tym, z którym młodzi ludzie chętniej się zidentyfikują. I to jest trend aktualny. Sprytne? Sprytne.

Mimo że od 1994 roku obowiązuje w Polsce zakaz reklamowania papierosów, wszędzie widać ulotki, neony, plecaki, długopisy z logiem – to są reklamówki rozdawane za darmo, które rodzice chętnie biorą dla dzieci nie zastanawiając się nad tym, że one w ten sposób oswajają się z marką. Praktyką jest też to, że koncerny tytoniowe finansują różne imprezy muzyczne czy pikniki rodzinne.

Przychodzi do ciebie kobieta, mówi, że pali od kiedy skończyła 17 lat, że nie wie co robić, ileś razy próbowała. Co jej mówisz?

To co tobie na początku. Że pierwszym krokiem w rzucaniu palenia jest zrozumienie jakie są mechanizmy działania nałogu nikotynowego. I jak to się dzieje, że mimo pełnej świadomości tego, że palenie szkodzi, z uporem maniaka sięgam 20 razy dziennie po papierosa. Żeby znaleźć wyjście z labiryntu, warto poznać jego mapę. To podstawa. Bez tego nasze rzucanie jest siłowaniem się ze sobą, wróżeniem z fusów – „uda się albo nie uda”. Tymczasem, jeśli wiesz „jak to działa”, możesz skutecznie „rozbroić” swój nałóg. I rozstać się z nim bez męki, żalu… bez problemu.

A inne metody? Są gumy, plastry…

Moim zdaniem są nieskuteczne. Teraz wszedł na rynek spray znanej firmy, którym należy psiknąć sobie do gardła i ochota na palenie mija. Tyle, że psikamy sobie do gardła czystą nikotyną. Nałogu nikotynowego nie da się pokonać aplikując sobie nikotynę. To absurd. Problem tkwi w głowie i spray na to nie pomoże.

Kluczem jest świadomość jak działa nasza psychika. I nie da nam jej rezonans ani akupunktura.

Jak mamy dowiedzieć się co tkwi w naszej głowie?

Po to jest terapia, która trwa wiele godzin. Tego nie da się określić jednym słowem.

Spróbujmy….

Na ogół wiemy dlaczego chcemy rzucić. Motywacja jest zawsze podobna – kwestie estetyczne, pieniądze, pragnienie wolności, no i… zdrowie. Dlatego nie pokazuję na terapii płuc zajętych nowotworem, nie straszę, nie opowiadam o statystykach raka, bo palacze doskonale je znają i nie potrzebują tej wiedzy więcej.

Natomiast gdy pytam dlaczego w ogóle palą to robią wielkie oczy, zastanawiają się, odpowiedź nie jest już tak prosta. Innymi słowy ludzie są świadomi jednej tylko części konfliktu palacza. Tej drugiej – motywacji „do palenia” – mniej. Ważna część terapii skupia się na zidentyfikowaniu fałszywych przekonań klienta na temat dobroczynności palenia. Przekonania, na których zbudował on swoje automatyzmy sięgania po papierosa. Możemy mówić o ok. 20 najpopularniejszych. Jednak u każdego dominują dwa, trzy, które trzymają go w pułapce nałogu.

Jakie na przykład?

Że papierosy odstresowują, pomagają utrzymać linię. Że ładnie pachną. Że są stylowe, pomagają w życiu towarzyskim, tuszują nieśmiałość…

Nieśmiałość?

Tak, nieśmiali ludzie często nie mają co zrobić z rękoma. Tkwią w błędnym przekonaniu, że papieros jest im niezbędny, by te ręce czymś zająć. Często mówią o takich sytuacjach przy poznawaniu kogoś. Albo podczas kontaktów z osobą, na której im zależy.

Największe efekty w segmentowej terapii antynikotynowej osiągam w grupie. Palenie jest nałogiem towarzyskim i – jak się okazuje – wychodzenie z niego też jest łatwiejsze w sytuacji towarzyskiej. Wyobraź sobie, że ludzie opowiadają o swoich przekonaniach, które wychwycili. Ktoś twierdzi, że palenie koi nerwy. Popierają go trzy inne osoby. Ktoś inny uważa, że palenie ma fantastyczny smak. „Ale jak to?!” dziwi się reszta. Przecież wszystko jest fajne w papierosie tylko nie smak. I nagle okazuje się, że te nasze wierzenia w dobroczynność palenia, zależą od naszych doświadczeń. Od tego, na jakiej „zalecie” papierosa zafiksowaliśmy myślenie.

Gdy mamy już całą listę tych powodów zebraną od piątki czy szóstki osób zaczynamy się przyglądać czy one aby na pewno są prawdziwe. Przyglądamy się temu uczciwie, obiektywnie, a ja pokazuję – korzystając też z wiedzy naukowej bądź czystej logiki – że to są tylko iluzje.

Jakiś przykład?

Ktoś mi mówi: palę, bo nie mam co zrobić z rękami. A ja mówię: „tak, to wyjdź na następnej przerwie na papierosa, trzymaj go w rękach, ale na tym poprzestań. Jeśli chcesz, to go przypal, ale nie bierz do ust. Ktoś wraca po przerwie i mówi: „Boże, oczywiście, że przecież nie dlatego palę, mógłbym trzymać w rękach cokolwiek innego, choćby długopis. Tak naprawdę chodzi mi o to, żeby się zaciągnąć”. Dociera do klienta, że najbardziej zależy mu na działce nikotyny.

Albo ktoś mówi: „papieros ma fajny smak”. Twierdzi, że to go trzyma w nałogu. Oczywiście, dla osoby która stoi z boku jest jasne, że to nieprawda. Ale palacz w to wierzy. Więc wysyłam go na przerwę z komunikatem: „Ok, kubki smakowe są w ustach, ale w płucach już ich nie ma. Wyjdź na papierosa, zapal, ale dym zatrzymaj w obrębie ust i… rozsmakuj się w nim. Klient na ogół śmieje się już po tym zdaniu. Podczas rozbrajania jego przekonania. To są najprostsze przykłady, które da się opowiedzieć w pięć minut. Inne – są już bardziej skomplikowane.

To są przekonania, które ludzie czasem noszą w sobie przez 40 lat. Ktoś jest pewny, że jak rzuci to się strasznie roztyje. Więc tłumaczę mechanizmy działania przemiany materii, biochemii papierosa. Opowiadam jak się zachowują substancje smoliste, nikotyna czy kancerogeny, kiedy już się dostaną do naszego organizmu. I czy to prawda, że one przyspieszają przemianę materii.

Zresztą pod przekonaniem: „palenie pozwala mi utrzymać szczupłą sylwetkę” kryją się różne sub-przekonania. Niektórzy twierdzą, że palenie zabija głód, inni, że przyspiesza metabolizm, jeszcze inni, że ułatwia wypróżnianie.

W to, że palenie odstresowuje wierzą nawet niepalący.

A wiesz dlaczego? To przekonanie bierze się z obserwacji ludzi, którzy rzucają siłą woli. A jak tłumaczyłam na początku, to jest intensyfikowanie w sobie wewnętrznego konfliktu. Osoby, które wydają sobie rozkaz: „Nie palę, nie będę mięczakiem” walczą ze sobą, bo jednocześnie myślą o tym, ile tracą. I to powoduje, że stres w nich narasta, są przez to bardziej nerwowe. Współpracownicy, bliscy mówią: „Zapal już, nie da się z tobą wytrzymać”.

Co potem? Gdy przekonania są rozbrojone?

Ktoś, kto przez lata wierzył, że papieros dodaje mu stylu albo chroni przed otyłością nagle jest w szoku, że to nieprawda. Pęka bańka mydlana. Dochodzi wtedy do tzw. dysonansu poznawczego, który jest zasadniczą kwestią w terapii behawioralno-poznawczej. Terapia kończy się wnioskiem: Jezu, rzeczywiście ten papieros mi nic nie daje. Jak napije się wina – to jest mi dobrze i kręci mi się w głowie, jak zapalę trawkę – będę się śmiać. A palenie? Nie daje mi nic oprócz tego, że śmierdzę i rujnuje zdrowie. Terapia kończy się świadomością, że w zasadzie nie ma po co palić. I jeśli potem podejmuję decyzję, że z tym kończę to nie jest decyzja podejmowana w konflikcie. Bez siłowania się, niepewności efektu. Nie ma po co palić – decyzja jest prosta. Jeżeli terapia została dobrze przeprowadzona, człowiek wychodzi z sesji, nie pali i nigdy się z tego powodu już nie nie męczy.

To takie proste? Masz dowody?

Na kilkuset pacjentów leczonych przeze mnie i moich kolegów po roku nie paliło ponad 50 proc. osób. To jest naprawdę dobry wynik i dowodzi tego, że to jest nałóg, który przede wszystkim siedzi w głowie.

Co więcej, jeśli terapia grupowa została przeprowadzona wśród osób, które się wcześniej znały – skuteczność sięga niekiedy 59 proc.

A uzależnienie fizyczne?

Jest minimalne. Głód nikotynowy powodowany czynnikami fizycznymi jest odczuwany najsilniej po ok. godzinie. Godzina do dwóch, zależy jak szybko metabolizujemy nikotynę. Załóżmy jesteś w pracy, idziesz na papierosa, wracasz, siadasz przy biurku. Mniej więcej po 20 minutach przez głowę przebiega pierwsza myśl: może następnego? Radzisz sobie z nią: nie, niedawno paliłam, poczekam. Po 40 minutach głód narasta i zaczyna nam doskwierać. Przestajemy się koncentrować na pracy, bo w głowie pojawia się myśl – może by tak już wyjść na fajka. Im bliżej godziny tym gorzej. Po półtorej godzinie już rzuca nami po ścianach. To dlatego po wyjściu z kina ludzie od razu sięgają po papierosa.

Według badań biochemicznych po 20 minutach w naszym organizmie nie ma już 25 procent spożytej nikotyny, a po 45 minutach, godzinie – 50 proc. Im mniej nikotyny, tym większy głód, ale jak jej nie ma w ustroju już wcale – to przecież nie ma żadnego głodu. Po 72 godzinach nie mamy już w sobie żadnej nikotyny.

Po jednym dniu nie ma już głodu fizjologicznego?

 Po ok. dwóch, trzech godzinach nie ma prawa być odczuwalny. Ludzie słysząc to, pytają się: to dlaczego tak bardzo chce mi się palić np. rano? Wstaję, osiem godzin nie paliłem i muszę? – Otóż, to jest głód nikotynowy wywołany fałszywym przekonaniem o wartości papierosa. To nie układ nerwowy daje sygnał, tylko w naszej głowie pojawia się myśl, że kawa bez dymka nie smakuje. Czyli najpierw mamy sytuację sprzyjającą, czyli poranek i kawa, którą sobie robimy, potem jest myśl, a dopiero potem pojawia się głód. On jest, oczywiście potem odczuwany już fizjologicznie, ale ma zupełnie inne źródło. To się dzieje w ułamkach sekund, bo to są automatyzmy, ale po to jest terapia, żeby przyjrzeć się temu krok po kroku, pod lupą.

Zaczęłaś stosować tę terapię, bo sama paliłaś?

Bo przychodziło do mnie dużo ludzi, wiedząc, że skutecznie rozstałam się z nałogiem naście lat temu. Zaczęłam palić w wieku 17. Paliłam przez jedenaście lat, z czego przez dziesięć próbowałam rzucić. Nakazywałam sobie, obiecywałam, żułam gumy, co kończyło się tym, że żułam i paliłam jednocześnie. Podczas szkoleń terapeutycznych zaczęłam interesować się tym nałogiem, próbowałam dowiedzieć się na czym polega fizjologia palenia, jak to działa. Dużo różnych książek, literatury pomogło mi zrozumieć mechanizmy palenia. Zajęło mi to bardzo dużo czasu, podobnie jak dotarcie do tego dlaczego ja palę. U mnie funkcjonowały dwa przekonania. Pierwszy, że na pewno przytyję. Drugi, że bez papierosa niczego nie napiszę, a utrzymywałam się wtedy z pisania. Przeszłam długą drogę. Nie było wtedy żadnych terapii na mieście, do tej pory nie ma ich wielu, bo państwo nie jest zainteresowane, by takie terapie wspierać czy współfinansować

Fot. Monika Motor

Fot. Monika Motor

Dorota Mierzejewska – Floreani,  terapeuta uzależnień, dziennikarka, ex palaczka


Psychologia Zdrowie

Cztery strategie na zadowolenie z życia. Nie ma innych, odstaw poradniki

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 lutego 2016
Fot. iStock / Cztery strategie na zadowolenie z życia
 

Masz ochotę ponarzekać na to, że dziś leje deszcz, wiosny jeszcze nie ma, dziecko to, mąż tamto, a szef….? To może za chwilę. Najpierw przeczytaj. Bo gdyby tak od dzisiaj gryźć się w język.

Po pierwsze zdrowie: wiadomo, endorfiny. Jak sprawdził prof. Martin Seligman, amerykański specjalista od leczenie depresji –  ludzie zadowoleni z życia lepiej radzą sobie z chorobami. Sprawniej działają u nich limfocyty, mają niższy poziom kortyzolu i adrenaliny (substancje, które obniżają odporność i sprzyjają infekcjom). Po drugie iluzje: wiadomo, że większość z nas myśli, że naprawdę mogłaby być zadowolona z życia, gdyby… tu następuje lista życzeń. No, albo jedno mało życzonko. Pieniądze, lepsza praca, to i tamto. To weźmy te pieniądze. Robiono badania wśród ludzi, którzy nagle zdobyli duże pieniądze. No i cóż, kiepsko z tym szczęściem. Byli dużo bardziej zestresowani, zdenerwowani, cierpieli na bezsenność oraz wpadali w depresję. Dlaczego? Bo człowiek, któremu nagle spada manna z nieba zaczyna się denerwować, że zaraz to straci. Czuje się winny, bo niby dlaczego on. W rezultacie panicznie boi się, że los się odwróci, a on dostanie prztyczka. W końcu równowaga musi być, prawda?

Wiadomo, lepiej mieć pieniądze niż ich nie mieć, ale… Szczęście jest bliżej. Właściwie tu. A tym, którzy przestrzegają poniższych zasad jest po prostu fajni

Zasada Pierwsza. Kupuję wspomnienia, a nie rzeczy

Lepiej do Tajlandii z ukochanym czy po nowe ciuchy? Odpowiedź dla naukowców jest jasna. Nowe rzeczy szybko przestają nam się podobać, nudzą się, chcemy je wymienić – tak uważa m.in Richard Wiseman, brytyjski psycholog, autor książki „59 sekund”. Zakupy, podobnie jak seks czy jedzenie słodyczy poprawiają humor tylko na chwilę. Owszem, zwiększają wydzielenie w mózgu dopaminy neuroprzekaźnika wywołującego uczucie przyjemności, ale dopamina ma to do siebie, że jej poziom szybko spada. Nie warto. Lepiej wydawać pieniądze na przeżycia – wakacje, wyjście z bliskimi, weekend w SPA z rodziną. Bo to dzięki miłym wspomnieniom do których później możemy wracać następuje wyrzut endorfin

Nie będziesz szczęśliwa tylko dzięki pełnej szafie i pełnemu kontu.

Zasada Druga. Wydaję na innych

No cóż, chcesz być szczęśliwy, dawaj innym. To znacznie ważniejsze niż dawanie sobie. Udowodniła to Elizebeth Dunn, psychogol z University of British Columbia. Poprosiła kilkaset osób, by oceniły stopień zadowolenia z życia oraz podały kwoty, które wydają na innych ludzi. Wchodziły w to zarówno prezenty, które dają jak i przelewy robione na cele dobroczynne. Wynik był jasny– im więcej dajesz, tym jesteś szczęśliwszy. Dlaczego? Przekonanie, że jesteśmy dobrzy zmienia funkcjonowanie mózgu. Gdy sprawiamy innym przyjemność, aktywizują się te same obszary jak wtedy, gdy uszczęśliwiamy siebie.

Nie będziesz szczęśliwa nie dając pieniędzy innym.

Zasada Trzecia. Nie myślę o sobie

Myślę za to… o innych. Nie tylko w kontekście pieniędzy, ale w każdym możliwym. To z kolei sprawdziła znana badaczka szczęścia Sonja Lubomirsky. Poprosiła grupę ludzi, żeby przez sześć tygodni zajmowali się uszczęśliwianiem bliskich i mniej bliskich. Pisali do nich ciepłe maile, listy, mówili miłe rzeczy, pomagali w zakupach. Eksperyment poprawił samopoczucie wszystkim, a najbardziej tym, którzy uszczęśliwiali w ciągu dnia co najmniej kilka osób.

Nie będziesz szczęśliwa koncentrując się na sobie.

Zasada Czwarta. Przyjaźnię się z optymistami

Im więcej znamy szczęśliwych osób– tym mniej jesteśmy narażeni na depresję. Przebywanie z kimś smutnym, złamanym, narzekającym to prawie pewność, że nasz nastrój też będzie zły. To przez neurony lustrzane w mózgu. Przez nie ( albo dzięki nim) ulegamy emocjom innych, naśladujemy cudzy wyraz twarzy, uśmiechamy się lub robimy grymasy.

Nie będziesz szczęśliwa otaczając się marudami i energetycznymi wampirami ( ale zawsze im może pomóc delikatnie popychając w kierunku światła:). Dobrze dla ciebie i dla nich. Bo ty zrealizujesz punkt dwa, a oni punkt cztery.

Szczęśliwego dnia!


Psychologia Zdrowie

Szczęśliwe rodziny robią kilka rzeczy „inaczej”. 7 zasad rodzinnego szczęścia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 lutego 2016
Fot. iStock / IvanJekic

Udane życie rodzinne to coś, czego bardzo często zazdrościmy innym. Oczywiście, w każdej rodzinie zdarzają się konflikty i trudniejsze momenty. Ale zawsze wydaje nam się, że wszędzie lepiej tam, gdzie nas nie ma, albo raczej gdzie nie ma „zbyt blisko” naszych rodziców, teściów, rodzeństwa… Gdybyśmy jednak potrafili wprowadzić w nasze kontakty z najbliższymi kilka prostych zasad i jeszcze umieli ich przestrzegać, udało by nam się stworzyć relacje dobre i ciepłe. Przywrócić wiarę w siłę i istotę rodzinnego gniazda.

Szczęśliwe rodziny robią kilka rzeczy „inaczej”. Ta „inność” polega głównie na praktykowaniu kilku pozytywnych… przyzwyczajeń:

1. Szczęśliwe rodziny mają swoje małe rytuały

Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy narzekamy na brak czasu. Dlatego tak bardzo ważne dla naszych rodzinnych relacji jest wygospodarowanie paru stałych momentów w tygodniu (a może nawet miesiącu), podczas których po prostu jesteśmy razem. Mam znajomych, w których domu nieodwołalną tradycją jest sobotnie wspólne smażenie naleśników o poranku. Dziewczynki nie umawiają się wówczas z koleżankami, tata nie włącza komputera żeby sprawdzić maile, mama nie czyta tygodniowych raportów. W piżamach lub innym swobodnym stroju, kręcą się po kuchni, a rodzice, nawet mimochodem nadrabiają zaległe wiadomości dotyczące życia ich dorastających dzieci.

2. W szczęśliwych rodzinach ludzie potrafią sobie wzajemnie dawać

I jakoś instynktownie wyczuwają co i kiedy komu jest aktualnie potrzebne, co poprawi humor, co pomoże stawić czoło problemom. „Potrzebujący” przyjmują zatem: uważne ucho, rozumiejące milczenie, ciepłą atmosferę, pocieszające ramię… A kiedy przyjdzie pora, dadzą to samo od siebie innemu członkowi rodziny. Bo to jest po prostu naturalne.

3. W szczęśliwych rodzinach ludzie się ze sobą dzielą

I nie, nie chodzi tylko o wymianę ciuchów między starszą z młodszą siostrą. Chodzi o wymianę doświadczeń, wspólne wspomnienia, dzielenie się wiedzą, którą nabywamy o życiu i innych. Z troski o siebie, z miłości i dla wspólnego dobra, z potrzeby serca dzielimy się z najbliższymi tym, co może im się przydać. Życiowo i nie tylko.

4. W szczęśliwych rodzinach ludzie dają sobie przestrzeń

Bo to wynika z ich wzajemnego dla siebie szacunku. Rozumieją, że każdy potrzebuje odrobiny prywatności, że każdy ma tę granicę, swój „teren osobisty” inaczej wyznaczony i nie można go „eksplorować” siłą.

5. W szczęśliwych rodzinach jest akceptacja

I bezwarunkowa miłość. Członkowie szczęśliwych rodzin rozumieją, że są różni, że każdy z nich jest odrębną istotą, ma różne marzenia, plany, czasem nawet wierzy w coś zupełnie innego. Ale jest akceptowany taki, jak jest i otrzyma wsparcie w momencie kiedy będzie go potrzebować.

6. W szczęśliwych rodzinach się rozmawia

Nie narzuca swojego zdania, nie wymusza decyzji z racji swojego wieku bądź funkcji pełnionej w rodzinie („Ojciec wie lepiej”). Członkowie takich rodzin potrafią dojść do porozumienia bo się efektywnie komunikują, a jeśli komunikacja zawodzi szukają innych rozwiązań.

7. W szczęśliwej rodzinie nie zamiata się kłopotów pod dywan

Tylko się je rozwiązuje. Bo najważniejsi są właśnie członkowie rodzinnej wspólnoty, a nie to co „ludzie powiedzą”. Przecież nie ma ważniejszych osób niż te, które tworzą naszą rodzinę. Cóż więc może nas obchodzić opinia innych?

Na koniec dodam tylko, że w szczęśliwych rodzinach ludzie po prostu potrafią być szczęśliwi i zamiast na aspektach negatywnych koncentrują się na tym, co dobre i pozytywne. Planują i działają razem, a nie przeciw sobie.

Szczęście rodzinne to nie jest coś, co przychodzi samo. To efekt pracy nad sobą każdego z członków rodziny. Jeśli rozumiemy, że najwięcej zależy tu od nas samych, będziemy w stanie modelować nasze rodzinne relacje tak, by dom był dla nas miejscem, do którego po prostu chce się wracać.


Zobacz także

siemię lnianie

Siemię lniane. 9 zalet, dla których warto po nie częściej sięgać

20 prostych sposobów, by schudnąć bez morderczych treningów na siłowni

Leczenie nadpotliwości. Skutecznie pomoże tylko lekarz