Psychologia

Jeśli miłość nie przychodzi, odpuść i zaufaj, że wszystko, co jest dla ciebie, kiedyś znajdzie do ciebie drogę

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
4 lipca 2022
 

Barbara Pasek jest zakochana. Szczęśliwie. Z wzajemnością. Dojrzale. Ale to kosmos sprowadził do niej ostatniego roku tyle szczęścia. Podczas wywiadu na temat nowej książki, Basia mówi: Miłość przytrafia się nam, kiedy zakochujemy się w życiu i kiedy kierujemy ją do siebie i do codzienności, która nas otacza. Celebrujemy chwile, doceniamy to, co mamy, jesteśmy tu i teraz i nie uzależniamy szczęścia od tego, że ,,kiedyś, jak już będę miała faceta, to będę spełniona… Kiedy buzujesz zakochaniem się w życiu, ono po ciebie przychodzi i przynosi większe skarby niż mogłaś sobie wyobrazić.

Co to znaczy dla ciebie zrobić ze swojego życia dzieło sztuki?

– Spoglądać na życie nie jak na przypadkowy zlepek dni, spotkań i zdarzeń, a na całościowe arcydzieło, które tworzymy każdego dnia, w każdej godzinie i minucie. Jakbyśmy malowali obraz pociągnięciami pędzla. Nasze życie nie stanie się kiedyś w przyszłości piękne, jeżeli skleimy je z niezadowolenia, przekraczania swoich granic i przemęczenia.

Jeżeli pragniemy szczęścia warto rozpocząć budowanie go każdego dnia – tak tworzy się dzieło sztuki naszego życia, krok za krokiem, dzień za dniem, moment za momentem.

W nowej książce często piszesz, że słuchasz swojej wewnętrznego głosu, intuicji, a świat ci sprzyja. Czy możesz o tym więcej opowiedzieć?

– Wierzę, że każdy z nas ma w sobie wewnętrzny kompas, który po prostu WIE. Wie najlepiej i prowadzi nas doskonale. To właśnie intuicja, czy – inaczej mówiąc – głos naszego serca. Serce zawsze doskonale czuje, co dla niego jest dobre, a na co powinno uważać. Czy pragnie doświadczyć dzisiaj lodów z malinami? Czy może odpoczynku na kanapie? Wie, kiedy trzeba odejść. Wie, kiedy warto coś zmienić. Jednak my tego głosu wcale nie słuchamy. Najczęściej wszystko racjonalizujemy, siedząc głęboko w głowie. Tylko że moim zdanie w głowie nie znajdziemy tych właściwych odpowiedzi na temat najpiękniejszej drogi naszego życia. Odpowiedzi są w sercu. Głowa może odpowiedzieć na pytanie: „JAK zrealizować to, co w duszy gra”. Nie odpowie, czy masz to realizować.

Wierzę, że nasza intuicja jest podpięta pod jakieś większe źródło wiedzy, które ma na nas plan, zna drogę, która jest przed nami. Dlatego mimo tego, że prowadzi nas czasem w nieznane, warto temu głosowi zaufać. Nazwijmy ten głos Źródłem, Wszechświatem, Kosmosem, Bogiem – wszystko jedno. Chodzi o większy sens, który z całą pewnością w naszej układance zwanej życiem istnieje i doświadczyłam tego już tysiące razy na własnym przykładzie i wielu historiach moich czytelników.

Jak rozpoznajesz w sobie głos serca i czy on jest ważniejszy dla ciebie od głosu rozsądku?

– Głos serca jest najważniejszy. Kropka :) Głos rozsądku może mi tylko delikatnie pomóc w sprawach logistycznych, organizacyjnych, kalkulacyjnych, ale nigdy nie jest decydentem w moim życiu. Powiem ci, że w ten sposób żyje mi się wspaniale! Głos serca słyszy się zawsze w zatrzymaniu, ciszy, w daniu sobie chwili uwagi na proste pytań: ,,Jak się dziś czujesz?”,” Czego potrzebujesz?”,” Co czujesz na temat tej sytuacji?” Tak szczerze przed samym sobą.

Jednak tego głosu nie słyszy się w szale zajęć i morzu opinii. On jest subtelny, jest w tobie, pozostaje pytanie ile jest ciebie w twoim życiu, ile dajesz sobie uwagi. Tam znajdziesz serce.

Jak szukać w sobie siły, by w końcu zacząć realizować marzenia i przestać siebie odkładać na później?

– W ciągu wielu lat pracy z ludźmi dowiedziałam się, że ludzie mają tak różne motywacje, jak różne są ich twarze (śmiech). Czasami tę motywację muszę pomóc im odgrzebać z dalekich zakamarków, bo tak bardzo porzucili siebie. Dlatego nie jest prosto wskazać jedną motywację, która będzie uniwersalna dla wszystkich.
Może oprócz jednej, mocnej, która jest niezmienna dla każdego człowieka na ziemi. Wszyscy umrzemy i jakkolwiek brzmi to czarno i ciemno, ja jednak patrzę odwrotnie. Jeżeli budzisz się rano i masz szansę na kolejny oddech, to już jesteś szczęściarzem. Dla mnie życie wcale nie jest oczywistością. Nie wiemy, ile ono będzie trwało. Nie wiemy, ile jeszcze oddechów przed nami. Może warto w końcu wykorzystać te, które pozostały, zamiast odkładać je na później?

W wieku 32 lat przeżyłaś zapaść. Jakim to było dla ciebie doświadczeniem i co zmieniło w twoim życiu?

– To moje drugie spotkanie, z ,,drugą stroną”, która była tak blisko. Pierwszy raz wydarzyło się to wiele lat temu w wyniku przewlekłej choroby, dlatego już wiedziałam, jak to „smakuje” i jaką rewolucję robi w życiu. Jednak tym razem wszystko stało się zupełnie nieoczekiwane. Jakby w moim dobrym życiu nagle wyłączyło się na chwilę światło i przyszedł komunikat: „Kiedyś tak wszystko zgaśnie, więc co chcesz zrobić z czasem, który ci pozostał?”. Tak oto zmieniłam całe swoje życie – dosłownie całe i wydarzyło się to w rok.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Barbara Basia Pasek (@barbrabelt)

Jaki to był dla ciebie rok?

– Niesamowity, magiczny, szalony, którego efektem jest ,,Zrób z życia dzieło sztuki”. Jednak nie jest to historia o mnie. Opowieść jest tylko bazą dla indywidualnej historii każdego z czytelników, aby on mógł wyruszyć w swoją odyseję i by pozyskał narzędzia, które mogą go w tym wesprzeć.

Czy jesteś „cyfrowym nomadem”? Jak udaje ci się pracować i podróżować?

– Przygotowywanie się do zmiany mojego życia trwało kilka lat. W ostatnim roku ostatecznie podjęłam decyzję o zmianie. Jednak wcześniej konsekwentnie budowałam źródła zarobków niezależne od miejsca przebywania, bazujące w dużej mierze na świecie cyfrowym i pracy on-line. Reasumując, nie nie trzeba mieć dużo pieniędzy, wystarczy stopniowo zmieniać system pracy na formę zdalną i cyfrową. U mnie oznaczało to całkowite przebranżowienie, jednak udało się i zdecydowanie było warto, a miniony rok jest tego dowodem.

Ważnym aspektem jest to, że Polska już dawno przestała być tańsza od reszty świata. Często znajdowałam miejsca na świecie, w których żyje się taniej. Dlatego to nie wymaga wielu dodatkowych środków finansowych, ale po prostu zmiany systemu zarabiania i patrzenia na świat.

W ostatnim roku poznałeś swojego partnera. Czy możesz opowiedzieć tę historię?

O tej historii jest dużo w książce, bo realnie to opowieść na film (śmiech) i to bardzo metafizyczny. Nie chcę wszystkiego zdradzać, mogę tylko powiedzieć, że miłość „przytrafia się” nam, kiedy zakochujemy się w życiu. Kiedy miłość kierujemy do siebie i do codzienności, która nas otacza. Celebrujemy chwile, doceniamy to, co mamy, jesteśmy tu i teraz i nie uzależniamy szczęścia od tego, że ,,kiedyś, jak już będę miała faceta, to będę spełniona…”.

Kiedy buzujesz zakochaniem się w życiu, ono po ciebie przychodzi i przynosi większe skarby niż możesz sobie wyobrazić.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Barbara Basia Pasek (@barbrabelt)

Co możesz na koniec powiedzieć dziewczynom, które marzą o pięknej miłości, a czas mija i nic takiego do nich nie przychodzi.

– Warto odpuścić i zaufać, że wszystko, co jest dla nich, znajdzie do nich drogę. Zakochać się w życiu, rozkochać się w codzienności! A jeżeli czujesz, że od dłuższego czasu przyciągasz ,,ten sam model”, albo popełniasz te same błędy w życiu uczuciowym, warto zajrzeć głęboko w siebie, wyruszyć w podróż wewnętrzną. Najlepiej przy wsparciu kogoś, kto może pomóc rozwiązać labirynt zakamarków naszej podświadomości. Czasami to tam tkwi coś, co sabotuje wymarzoną wersję naszego życia i nie mamy o tym nawet pojęcia. Jednak przede wszystkim warto pamiętać, że przyciągamy, kiedy TU I TERAZ jesteśmy kompletną, szczęśliwą, spełnioną osobą, która na nic nie czeka, od niczego nie uzależnia swojego zadowolenia. Wtedy jesteśmy jak magnes. Na szczęście. Na miłość. Na wszystko, co upragnione…

 



Psychologia

„Chcę znów być tak młoda i nosić spódnicę z tiulu, spod której widać pupę”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 lipca 2022

Open’er Festival 2022 dobiega końca, a my czujemy żal. Nie tylko dlatego, że czas wracać do domu i „szarej” rzeczywistości. Pojawił się, zupełnie niespodziewanie żal za tym, co było, za beztroską nastolatki. Za kwiatami we włosach, łańcuszkami na kostkach i kryształkami naklejonymi w fantazyjne wzory na twarzy, za odważnym makijażem i szalonym tańcem w szydełkowym staniku czy tiulowej spódnicy, która pozostaje ubraniem tylko umownie, bo właściwie niczego nie zakrywa. Ale spokojnie, ten żal nie jest złym uczuciem. To taki fajny żal, który jednocześnie jest radością, że mogą takim życiem żyć nasze dzieci. 

Festiwalowe przygody? To nie dla mnie! Tak myślałam. Owszem, kiedy byłam młodsza – czasy liceum, czy studiów – jeździłam na Woodstock, do Jarocina czy Bielawy, a nawet kilka razy do Bolkowa. To była część wakacji, nieodłączna część. Chodziło głównie o muzykę, bez której do dziś zresztą nie mogę żyć, ale równie ważni byli ludzie. Nie liczyło się natomiast to, gdzie się jedzie, jakim sposobem się tam dociera, gdzie się śpi, czy będzie gdzie się umyć itp. itd. A teraz? Teraz już marudzenie… byle nie było daleko na sam koncert, czy będzie gdzie usiąść, a co jeśli będzie padać (haha, kto by pomyślał, że akurat to na tegorocznym Open’erze okaże się tak ważne), a jak ja po nocy wrócę do domu. Bla bla bla.

Lęków miałam na pęczki. Dziwne, bo sama wyszłam z inicjatywą, kupiłam bilety i pojechaliśmy świętować 16. urodziny córeczki właśnie do Gdyni na Open’era. Marzyła o tym, cieszyła się i pełnymi garściami czerpała z tej imprezy. Patrzyliśmy ze zdziwieniem, jak potrafi w kilka minut przemieścić z jednego koncertu na kolejny po przeciwnej stronie wielkiego lotniska i nie wiadomo jakim cudem stanąć pod sceną i bawić się do szaleństwa. Zero zmęczenia, samo szczęście. Choćby dlatego było warto.

Ale nie tylko dlatego.

Uwielbiam koncerty. Ale nie uwielbiam tłumu. Nie aż tak jednak, żebym rezygnowała z koncertów. Wiem, to dziwne i jakoś tam wewnętrznie sprzeczne. Potrafię jednak stworzyć sobie swoją własną bańkę w największym nawet tłumie i dobrze się bawić. 200 tys. ludzi? Proszę bardzo. Stoję w środku i słucham Imagine Dragons, Twenty One Pilots, Little Simz czy Taco Hemingwaya. Nie wiem, jak to się dzieje, ale serio to nie problem. I nawet nikt mnie popycha, nie depcze, nie chucha w kark. Cuda, panie.

Kiedy sięgnę myślami wstecz, jakieś może 5-10 lat, w każdej rozmowie, dotyczącej życia, prób dotknięcia kwestii wieku, kiedy padało pytanie – chciałabyś się cofnąć do czasów liceum? odpowiadałam: a w życiu! Moi znajomi też. Mówiliśmy, że najlepiej ze sobą czujemy się teraz, najbardziej siebie akceptujemy, najlepiej wyglądamy, dobrze nam się żyje, owszem, mamy poważniejsze problemy, ale jesteśmy – uwaga – mądrzejsi i to jest ekstra. W tym roku nagle to przekonanie nie jest już przekonaniem, jest jakąś opcją, ewentualnością, prawdą tylko po części. Owszem, czuję się dobrze, może nawet najlepiej. Ale cofnęłabym się. Patrzę na tych młodych ludzi i zazdroszczę im. Że mają tyle przed sobą, że są piękni, że mogą pojechać na Opener, że świat już teraz stoi przed nimi otworem. Przed nami nie stał aż tak bardzo. Paszporty i zagraniczne wyjazdy nie były oczywistością. Zamożni rodzice też nie. Nawet rodzice o szerokich horyzontach, tacy, którzy potrafili doradzić, pokierować jakoś lepiej niż tylko słowami „idź na studia”. Teraz to jest. Owszem, dzieciaki eksperymentują, buntują się, wydaje mi się, że są w tym odważniejsze i bardziej „po bandzie” niż my w ich wieku. Ale co z tego? Niech próbują, my za nich życia nie przeżyjemy.

Pierwsze kroki na festiwalu – oczu nie można było oderwać od kolorowych dziewczyn i chłopaków. Włosy, ciuchy, buty, pewność siebie i moc od nich biły. Zazdroszczę, my byliśmy inni. Nie było tyle śmiałości. Nie było tak fajnych ciuchów. Było pięknie, chciałoby się wrócić do tych czasów. Przeżyć to jeszcze raz, może tym razem jeszcze lepiej.

Nosiłabym tiulową spódnicę, spod której wiać byłoby majtki. Znów, tylko wcześniej!, miałabym dredy do pasa. Tańczyłabym w deszczu i nocowała w namiocie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Open’er Festival (@opener_festival)

Za rok jadę znowu. I będę się świetnie bawić. Jeszcze lepiej niż tym razem. Wyluzuję. Odpocznę mimo zmęczenia, jak teraz. Zabiorę córkę i jej znajomych. Już nie będę miała kompleksów, zahamowań, jakichś blokad. Już wiem, z czym to się teraz je.


Zobacz także

Jak zaufać dobremu terapeucie, uciec przed złym? Krótki przewodnik

Prawdziwych przyjaciół poznaje się… no właśnie, kiedy?

Uwierz w siebie! Odbuduj swoje poczucie wartości w 6 krokach