Macierzyństwo

po co w ogóle święty Mikołaj

Midoblog
Midoblog
5 grudnia 2015
 

Ostatnio, w trakcie rozmowy ze znajomymi, wypłynęło następujące pytanie:

No ale po co w ogóle wmawiamy dzieciom, ze święty Mikołaj istnieje? Przecież uczymy je kłamstwa…

Jak to po co?!     Oburzyłam się.

Okazało się, ze coś, co dla mnie jest oczywiste, nie dla wszystkich takim być musi.

IMG_4369

Pierwszy argument, jaki usłyszałam, był w stylu „musimy dzieci nauczyć, ze w dzisiejszych to mit, z którego nic nie wypływa, ze świat wcale nie jest taki dobry”. No niby tak, ale do tego trzeba dorosnąć. Dojrzeć. Na wszystko w życiu jest czas. Odpowiedni moment. Przecież każdy z nas uwielbia(ł) bajki, baśnie. Dzieci, które wierzą w Świętego Mikołaja, doświadczają w pewien sposób magii i cudów. Czuja się ważne, a kiedy otrzymają prezent, o jakim marzyły – wysłuchane. Poza tym, sama otoczka – pisanie listu, ktoś w nocy zabiera go z okna – czy może być coś cudowniejszego niż wyczekiwanie i uczucia mu towarzyszące? I nawet wtedy, gdy rysunek (bo z pisaniem rożnie bywa) jest mało wyraźny, mało dokładny, to dostają dokładnie to, o co prosiły, bo Mikołaj wszystko wie i wszystko widzi.

Skoro wszystko widzi, to również wie, czy dzieci są grzeczne. Jest to zatem idealny moment na przekazanie dziecku, że warto być dobrym. Chyba każdy z nas słyszał w dzieciństwie słowa typu „Mikołaj wszystko widzi”, czy też „Mikołaj obserwuje czy zasługujesz na prezent”. Okazuje się, że dziecko dokładnie wie, jak się powinno zachowywać. Potrafi pomagać, sprzątać, ładnie się odzywać. Jednym słowem, jakby było zaczarowane. Dla nas, rodziców, jest to tym samym również wspaniały magiczny okres w ciągu roku.

Pewnie usłyszałabym słowa sprzeciwu – ale jak długo? Przecież w końcu nadchodzi taki moment, ze wiara w Świętego  Mikołaja ulatnia się i odchodzi w zapomnienie. Dziecko zaczyna podejrzewać, a z czasem nabiera pewności, że to rodzice, dziadkowie, przynoszą prezenty. Ale co jest w tym złego? Wystarczy im to szczerze wytłumaczyć. Opowiedzieć skąd wzięła się tradycja prezentów, kim był i co robił święty Mikołaj.

Z Ann sytuacja będzie troszkę inna – ona widziała swojego tatę, który odwiedził dom Świętego Mikołaja w Laponii. Jednak, teraz wierzy, że prezent dostaje właśnie od tego jedynego (mimo, że zostawia on prezent u babci, cioci, wujka i jeszcze innych miejscach dla niej). Pozostałych panów Mikołajów wytłumaczyła mi ostatnio, że przecież każdy musi mieć jakiegoś pomocnika, a świat jest taki duży, że nawet, jak Mikołaj ma magiczne sanie, to bardzo by się zmęczył. Kiedyś jak odkryje prawdę, mam nadzieje, że zrozumie i sama zechce dawać najbliższym, których kocha, ich wymarzone prezenty.

Magia świat to coś co mamy w sercach. To cudowne wspomnienie oczekiwania i radości ze znalezionych prezentów. Dzieci uczą się cierpliwości, wytrwałości. Rozwija się ich wyobraźnia. Dzięki temu, że czują się ważne, kochane wzmacnia się w nich poczucie bezpieczeństwa. Więc może jednak warto…

Ja swojemu dziecku nie będę wciskał bajek…

Może teraz tak mówi, bo nie ma jeszcze dziecka… Nie wiem. Znam domy, w których bardzo wcześnie mówi się dziecku, że Święty Mikołaj nie istnieje. Myślę, że najważniejsze to zrobić to z głową. Wyjaśnić kim był, co robił, kiedy żył, a przede wszystkim dlaczego do dziś wszyscy w ten jeden dzień wręczamy prezenty osobom, które są dla nas ważne. Bo najważniejsze to robić coś w co się wierzy.

Ja już nie potrafię się doczekać miny Ann w niedzielę, kiedy dostanie to o czym napisała. Pamiętam ten błysk i gwiazdeczki łez szczęścia w zeszłym roku, kiedy w torebce od Świętego Mikołaja dostała dokładnie to o czym marzyła. W tym roku muszę zdążyć ze zrobieniem zdjęcia.


Macierzyństwo

Zapach świąt

Midoblog
Midoblog
12 grudnia 2015
 

Co roku nadchodzi ten cudowny, wspaniały czas. Czas, któremu towarzyszy przepyszny zapach pierniczków. Zapach świąt.

Przyznam, że dopóki nie było Ann, nie myślałam nawet, że kiedykolwiek będę je piekła. Jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło. Już wtedy, kiedy byłyśmy nierozłączne (czyt. byłam w ciąży) postanowiłam upiec pierwsze w swoim życiu pierniczki. Pamiętam, że tamten okres w ogóle był dla mnie cudowny, magiczny i wypełniony po brzegi pięknymi chwilami. Również wtedy po raz pierwszy upiekłam piernik z jabłkami i przepyszny pasztet. Od tamtego czasu święta w naszym domu wyglądają zupełnie inaczej. O wiele lepiej.

W tym roku to już szóste pierniczenie wspólnie z Ann. W zeszłym roku było już bardziej wspólnie niż osobno. Z Ann jest niezły pomocnik.

IMG_4398

Nawet wpadła na pomysł, żeby rozdać je babciom. W tym roku musimy się bardziej przyłożyć, bo lista osób, do których mają dotrzeć nasze pierniczki uległa minimalnemu zwiększeniu. I tak pierniczki mają być dla pań z przedszkola, dla pani dyrektor, dla najbliższych koleżanek. Nie ma wyjścia. Więc zabieramy się do pracy.

Poniżej przepis, który sześć lat temu dostałam od przyjaciółki, za każdym razem wychodzi

IMG_4435

Dla zabieganych i zapracowanych polecam pierniczki dr. Oetkera. Wychodzą równie pyszne. A tak naprawdę w tym wszystkim, przy dziecku, chodzi o frajdę ze zdobienia i dzielenia się z innymi.

IMG_4445IMG_4451IMG_4447IMG_4448

Pora więc brać się za zdobienie. Już widzę, że w tym roku nie będę miała zbyt wiele do powiedzenia. Ann już zdobi.

IMG_4449

*Pierniczki mogą być twarde, zwłaszcza jeżeli zrobimy je zbyt późno. Skruszeją, jeśli będziemy je trzymać w puszce z kawałkiem jabłka – powinny zmięknąć po kilku dniach. A szczelnie zamknięte pierniczki (najlepiej w metalowym pudełku) można przechowywać nawet przez 2 miesiące.


Macierzyństwo

Czego nauczyło mnie moje dziecko

Midoblog
Midoblog
26 listopada 2015

Sama sobie nie zadałabym takiego pytania. Dlaczego? sama nie wiem, może dlatego, że każdego dnia okazuje się, że jest coś czego jeszcze muszę się nauczyć. I to nie są przelewki.
Jednak do próby udzielenia odpowiedzi, chociaż częściowej, na to pytanie skłoniła mnie akcja ogłoszona przez Mutrynki. Na pierwszy rzut oka odpowiedź na to pytanie mogłaby być oczywista. Jednak po chwili namysłu… niekoniecznie. Poza tym, ująć odpowiedź tak, żeby nie wyszła na banał.

Tam gdzie wzrok nie sięga

Kiedy na świecie pojawiła się Ann, oczy o wiele szerzej mi się otworzyły. Moja perspektywa widzenia świata diametralnie się zmieniła – widzę więcej, szybciej wszystko zauważam. Okazuje się, że pole widzenia oka jakby się poszerzyło. Moje reakcje na daną sytuację są niemalże natychmiastowe – sekunda do sekundy. Po pewnym czasie zaczęłam po prostu działać odruchowo. Bez jakiegokolwiek wysiłku, nawet myślenia. Dla Ann poświęcałam noce i dni. Na pierwszym miejscu była (jest) ona. Potem długo, długo nic.

Z czasem nauczyłam się, że jej „najważniejszość” nie wyklucza pozostałych spraw w moim życiu, które też są ważne.

I to pierwsza i najważniejsza dla mnie kwestia. Ann stała się dla mnie środkiem mojego świata. Bezwarunkowo. Zrobiła to niemal bezszelestnie (jako dziecko naprawdę była spokojna i cicha). Rytm mojego dnia był jej rytmem, a może odwrotnie… Jednak z czasem nauczyłam mnie, że dookoła nadal istnieje świat. Kiedy ja będę szczęśliwa, ona tym bardziej. Kiedyś brzmiało dla mnie to jak banał. Dziś podpisuję się pod tym obiema rękami.

Poukładanie

Schematy. Tak od kiedy mam dziecko dokładnie rozumiem po co nam schematy. Nie trzeba się wcale gimnastykować. Kiedy ktoś ma utarte schematy, to nawet ich nie zauważa. A o wiele łatwiej wtedy wszystko ogarnąć. Nie mam tu na myśli nudy, rutyny, czy też monotonii. Po prostu, jak Ann była mała to starałam się wszystko poukładać – pory karmienia, odpowiednich posiłków, spania, kąpania. I one do dziś owocują. Kiedy na nią patrzę, kiedy widzę, jak sama sobie radzi, to wiem, że naprawdę warto było.

Dokładność

Pod każdym względem. Przy dziecku nie mam czasu na bylejakość. Począwszy od jej pierwszych dni życia. Nie ma możliwości, czego nie zrobię dziś zrobię jutro. Prędzej czy później to wypłynie, przyniesie ze sobą konkretne konsekwencje. Dokładność jest ważna w wykonywanych czynnościach oraz w formie przekazu. Ann jest już na tym etapie, że dokładnie słucha, co się do niej mówi. (szkoda, że nie zawsze chce to słyszeć) Więc trzeba uważać, bo za słówka też już łapie. Nie mam możliwości na byle jaką odpowiedź, od niechcenia. Szkoda na to czasu, bo wtedy zaczyna drążyć, dopytywać. Każdy przekaz powinien być precyzyjny. Wtedy on dokładnie wie, czego się od niej oczekuje.

Konsekwencja

Nierozerwalnie związana z dokładnością jest właśnie konsekwencja. Oj tak… Ja niestety należę do tych matek, którym ciężko ona przychodzi. Codziennie muszę nad nią pracować. Najpierw się nagadam, nagadam i jeszcze raz nagadam, a później… całkowita klapa. Okazuje się jednak, że jak jestem bardziej konsekwentna, wtedy nasza relacja staje się lepsza. Ann wie, na co może sobie pozwolić, a na co nie. I dokładnie rozumie, jakie się mogą z danym zachowaniem wiązać konsekwencje. Tak, już od dawna to pojmuje.

Nad tym myślę będę jeszcze bardzo długo pracować. Oby było coraz łatwiej, a nie coraz trudniej…

Szczerość

Nie twierdzę, że nagminnie kłamię. Naprawdę, staram się unikać kłamstw, bo nic z nich dobrego nigdy nie wynika. Jednak przy dziecku nie ma miejsca nawet na te najdrobniejsze oszustwa, do których konieczny byłby zapis wykładniczy. Zaliczam tu również nie mówienie do końca prawdy. Dzieci w ułamek sekundy wyczuwają fałsz. Nie ma więc miejsca na nieszczerość.
Prawdomówność wiąże się też z dokładnością przekazu – jak czegoś od Ann wymagam, jak czegoś ją uczę, to sama muszę się tego trzymać. Nie mam szans na późne jedzenie lodów czy podjadanie słodyczy. No tak ma rację. Tłumaczę jej wtedy, że jestem dorosła, ale z drugiej strony… Uczy się na moim przykładzie. Tak najlepiej. Dzięki niej, nauczyłam się, że warto przyznać się do błędu, przeprosić. Ann na tym etapie rozwoju docenia to. Rozumie i zapamiętuje. To owocuje w sytuacjach, kiedy sama przychodzi i przeprasza.

Nauka na co dzień

A przede wszystkim, uczy mnie każdego dnia walki z własnymi słabościami. Przy niej mam wrażenie, że o wiele dokładniej je widzę. Perfekcjonizm jest surrealistyczny. Nawet idealnie poukładany świat, to tylko pozory. Idealność niszczy. Każde plany można zmienić, a już na pewno te, które związane są ze spaniem Ann poza domem. Oj tak, tego się nauczyłam perfekcyjnie. Dziecko, dziwnym trafem, akurat wtedy dostaje gorączki i plany trafia szlag (za przeproszeniem). Nie raz wiele mnie to kosztuje, bo należę do tych, które planują wszystko z tygodniowym (co najmniej) wyprzedzeniem. Ann uczy mnie, że spontaniczność daje więcej radości niż zaplanowane działania. Uczy mnie, jak wyrzucić nerwy w kąt, odpuścić i po prostu odetchnąć. Uczy mnie, że nawet wtedy, kiedy wszystko idzie nie tak, można się uśmiechać. Cieszyć się z tego, co się ma. I chyba ponad wszystko uczy mnie, co jest w życiu ważne.

 

Czego nauczyło mnie moje dziecko.