Macierzyństwo Psychologia

Patchworkowi dziadkowie

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
30 sierpnia 2016
 

Jeśli gdziekolwiek pojawiają się artykuły na temat rodzin patchworkowych, najwięcej miejsca zajmują te na temat budowania i zarządzania relacjami osób funkcjonujących w najbliższej przestrzeni dziecka. Byłych partnerów, obecnych partnerów, dziecka, dziadków dziecka. Ewentualnie cioć i wujków uczestniczących w życiu rodziny częściej, niż na okoliczność pogrzebów, wesel i przypadkowych spotkań w galerii handlowej, w czasie których zwykle dokonuje się inwentaryzacji chorób wśród członków dalszej rodziny. W dość specyficznym położeniu pozostają rodzice jednego z partnerów, który tworzy związek patchworkowy, ale nie ma dziecka.

Jeśli miałbym wskazać jedno uczucie, które towarzyszyło mi na samym początku drogi zwanej dość irytująco – patchworkiem, wskazałbym obawę. Pierwsza dotyczy oczywiście odbioru przez dziecko. Przychodzi taki dzień, że wiesz, że je poznasz. Tego samego dnia dochodzi do Ciebie, że mózg jest jednak strasznym narządem. To, co Ci serwuje jest jak połączenie uczuć związanych z pierwszym wystąpieniem publicznym, obroną pracy magisterskiej, rozmową o pracę, oczekiwaniem na lądowanie samolotu z Twoimi bliskimi i oglądaniem kuriozalnych obrazów w Zachęcie podobnych do Twoich gryzmołów zostawianych na ścianach, kiedy wszyscy wokół przekonują się wzajemnie, że czegoś tak niesamowitego nigdy nie widzieli. To się dzieje – poznajesz dziecko i z czasem jest coraz lepiej, bliżej, bardziej otwarcie. Obawa zanika.

Przynajmniej ta, bo przed Tobą kolejne związane z: odbiorem przez rodziców partnerki/partnera i jej rodziny, drugim z rodziców, otoczeniem (przyjaciółek, nauczycieli, trenerów, rodziców koleżanek i kolegów dziecka, etc.). A na koniec zostaje obawa, której występowania nie doświadczyłem – relacji dziecka z Twoimi rodzicami.

Nie wiem, czy to wynika z egoizmu, czy ze stresu, ale jakoś kompletnie pominąłem ten aspekt tworzenia nowej rodziny, nie przykładając do niego większej uwagi. I być może… było to najlepszym rozwiązaniem, bo ten proces przebiegł bez najmniejszego problemu. Może także dlatego, że dotyczył dziecka i osób, które swobodnie mogłyby być już dziadkami. Pierwsze nie przejmuje się wieloma dziejącymi się wokół niego rzeczami, drudzy są zwyczajnie mądrzy, a może i „głodni” posiadania wnuczki (pozdrawiam Was w tej chwili 🙂 ).

Pisałem o procesie, ale jeśli miałbym wskazać poszczególne jego elementy zwrotne i decydujące, czy rozrysować mapę drogową, to miałbym horrendalny z tym problem. Młoda po prostu wpadła i totalnie zawładnęła życiem moich rodziców. Niemal z dnia na dzień. Doszło do tego, że kiedy szykujemy się do odwiedzin, a nasza 9-latka nie może się pojawić w domu moich rodziców, Ci nagle wyraźnie wygaszają entuzjazm i, jeśli to możliwe, wszyscy szukamy innego dogodnego terminu dla całej piątki 🙂 Nie mają oczywiście niczego złego na myśli, sam też tak tego nie odbieram, to jest po prostu niezwykle budujące.

Zwykle na końcu każdego artykułu powinno być jakieś podsumowanie, porada lub rekomendacja, ale w tym przypadku jest to trudne, ponieważ moi rodzice stali się patchworkowymi dziadkami nieco poza moją świadomością i nie potrafię wskazać, co stoi za tym sukcesem. Może właśnie to, że nie przykładałem do tego nadmiernej wagi, a przez to nie miałem oczekiwań. To z kolei sprawiało, że nie oceniałem stanu, w jakim znajdowały się ich relacje. Jeśli więc miałbym na siłę radzić cokolwiek osobom będącym na początku lub w trakcie tej drogi, to postarajcie się tym w ogóle nie przejmować, nie myśleć o tym. Okazuje się, że Twoi rodzice i dziecko są w stanie ułożyć się i dotrzeć znacznie lepiej, niż możecie sobie to sobie wyobrazić.

Tę radę można zresztą rozszerzyć na każdy inny aspekt budowania i zarządzania patchworkiem. Jeśli taka rodzina jest dobrze poukładana wewnętrznie, to jej relacje z otoczeniem, nawet tym najbliższym będą co najmniej dobre, a to już spory sukces. Pracujcie nad relacjami w domu, a te poza nim same się ułożą. Głęboko w to wierzę. Taki tam coaching 😉


Macierzyństwo Psychologia

O tę pasję warto zadbać

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
27 lipca 2016

Jestem fanem artykułów poradnikowych, które są jednocześnie wyliczeniem zadań koniecznych do wykonania, żeby: być szczęśliwym, spełnionym w życiu zawodowym, nie chorować zimą, czy wychować geniusza. Żałuję, że jeszcze nikt nie przygotował materiału, jak radzić sobie z tyloma radami, ale wszystko przed nami. Nie krytykuję tych artykułów, ale marzy mi się sytuacja, w której na samym końcu ktoś z przepastnej listy wybierze jeden, kluczowy element – dla zabieganych. Ja tak dzisiaj zrobię.

Za każdym razem będę to powtarzał. Nie jestem certyfikowanym, czy dyplomowanym specjalistą od wychowania dzieci i polegam na własnym instynkcie wspieranym mądrością najbliższej mi na świecie kobiety. Cały czas się uczę i ten stan będzie się pewnie utrzymywał do czasu, aż najmłodszy członek naszej rodziny wyfrunie z domu. Uważam jednak, że po dwóch latach tworzenia naszego patchworku mogę, z jako taką pewnością zaczynać wyciągać wnioski, czy rekomendować rozwiązania z zakresu “wychowanie dziecka”. Jeśli uważasz, że nie, to jest ten moment, w którym można się z kpiną uśmiechnąć i nacisnąć “wstecz” 🙂

A tą jedną rzeczą jest…

Zakładam, że jesteś osobą nie narzekającą na nadmiar czasu, dlatego oszczędzę Ci nadmiaru treści oraz listy rzeczy, które uważam za najważniejsze w wychowaniu dziecka i zwrócę uwagę na jeden z elementów, który może nie jest najłatwiejszy do wprowadzenia, ale gwarantuje sukces w krótszej i dłuższej perspektywie. Chodzi o zaszczepienie i kultywowanie pasji czytania. To w gruncie rzeczy może być bardzo proste. Przychodzi taki moment, w którym każdy z rodziców czy opiekunów styka się z problemem trudności w czytaniu dziecka. Można to oczywiście odpuścić, a odpowiedzialnością za pomoc przerzucić w pełni na szkołę, ale zakładam, że jeśli to czytasz (i na tym portalu), to jesteś daleka (-i) od tego typu zachowania. Co wtedy robisz? Pewnie zwykle czytasz razem z dzieckiem, poprawiasz je lub czytacie razem lub na zmianę.

Psychologowie zgodnym chórem podkreślają, że taka sytuacja jest niemal lub absolutnie perfekcyjną. Buduje relacje, pozwala na wspólne spędzanie czasu, a dodatkowo pozwala na naukę i rozwijanie co najmniej nieszkodliwej pasji. Podobne efekty przynosi wspólne jedzenie posiłków. Tak samo mało efektowne, ale przynoszące niezwykłe korzyści dla rodziny. Sztuką, czy może może raczej odpowiedzialną konsekwencją jest dbanie o to, żeby wraz z pojawieniem się umiejętności płynnego czytania, nie rezygnować ze wsparcia dziecka. Są na to dwa sposoby. Pierwszy jest banalny – wystarczy samemu czytać. Jeśli posiadasz dziecko, nie muszę Ci tłumaczyć na czym to polega 🙂 Mnie to czasami nadal zaskakuje, kiedy widzę, jak Maria powtarza niektóre z gestów, których używam w czasie tak częstego w naszym domu pajacowania. Oczywiście te są dla niej najbardziej atrakcyjne. Wierzę jednak i widzę, że to nasiąkanie skorupki następuje na wielu innych płaszczyznach. Trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby dziecko nie sięgało po książki, jeśli wychowujące go osoby traktowały książki jako jedną z podstawowych rozrywek.

Wbrew trendom

Tak. Zdaję sobie sprawę, że poziom polskiego czytelnictwa jest z roku na rok coraz niższy, ale zakładam też, że z samego faktu, że tu jesteś wynika, że… czytasz cokolwiek. Jeśli nie na skalę, która pozwala dziecku zwrócić uwagę, że czytasz często, to chociaż na taką, która da Ci szansę na bezproblemowe wspólne z nim czytanie nawet, kiedy ta czynność nie sprawia mu już problemów. I to jest drugi sposób, krótko wspomniany wyżej. “Karolcia” może nie jest tak pasjonująca jak kolejne książki Olgi Tokarczuk, ale czy Twoi rodzice też nie mieli takiego “problemu”? To nie jest przecież wysiłek ponad ludzkie możliwości.

A efekty?

Ona potrafią być piorunujące, występować na tak wielu polach i pojawiać się w sytuacjach zupełnie niespodziewanych. Pierwsze pojawiają się w dużym pokoju zwanym przez niektórych salonem lub pokoju dziecka, kiedy pewnego dnia siedząc przy kolejnej lekturze przestajesz słyszeć czytanie pojedynczych liter, sylabizowanie, a słowa zaczynają pojawiać się płynnie oraz bez przystanków. Kolejne widzisz, kiedy organizujesz urodziny i występowanie dzieci na metr kwadratowy jest większy niż standardowo. Widzisz różnice w sposobie wypowiadania się poszczególnych dzieci, w doborze i zasobie słów. Jeszcze inne, kiedy na pikniku szkolnym Twoje dziecko startuje w quizie przyrodniczym i odpowiada na absurdalnie trudne pytanie, na które nie może znać odpowiedzi opierając się jedynie na wiedzy przekazywanej w szkole. Pytane skąd to wie, odpowiada, że czytało w tym dużym atlasie świata z półki w sypialni. Itp., itd.

Zdecydowanie pasja do czytania byłaby cechą, którą radziłbym pielęgnować wszystkim rodzicom. A którą wskazałabyś (wskazałbyś) Ty?