Macierzyństwo

Pamiętasz piosenkę: Kto jest beksą i mazgajem. Ten się do nas nie nadaje. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 września 2022
Fot. iStock/EvgeniiAnd
 

Pamiętacie taką piosenkę z przedszkola? „Jestem sobie przedszkolaczek. Nie grymaszę i nie płaczę” i dalej: „Kto jest beksą i mazgajem. Ten się do nas nie nadaje. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam ram tam tam. Niechaj w domu siedzi sam. Ram tam tam ram tam tam…” Jestem ciekawa, czy tę piosenkę nadal gdzieś śpiewają trzylatki? Mam nadzieję, że jej strofy dawno już popadły w niepamięć.

Ja jednak, urodzona w latach 70-tych, do tej pory mam wryty ten wierszyk gdzieś w zwojach swojej pamięci. Śpiewałam to jako maluch kompletnie bezrefleksyjnie. Dziś mam świadomość, że takie słowa odcięły mnie i miliony dzieci w Polsce od naturalnej wrażliwości i akceptacji wobec przeżywania całego wachlarza emocji. W tym smutku i lęku.

Bo niby dlaczego dziecko, które płacze w pierwszych dniach w przedszkolu, ma nie nadawać się do spędzania czasu z grupą rówieśniczą? Jak można nas było nazywać mazgajami, kiedy ze wszystkich sił próbowaliśmy sobie radzić z emocjami? Jak można nas było wysyłać do domu, byśmy w nim siedzieli SAMI? Jak za karę. Na wygnaniu. Ram tam tam.

ZAPRASZAMY DO UDZIAŁU W AKCJI „Rodzic wraca do szkoły” – wygraj wspaniałe nagrody!

Wszystko w środku mnie wyło

Pamiętam, że byłam wrażliwym dzieckiem. Pójście do przedszkola to nie była dla mnie bułka z masłem. Chyba jednak zostałam uznana za jedno z bardziej rezolutnych dzieci, bo panie przedszkolanki wybrały mnie do pierwszego występu przed rodzicami. Włożyły mi w rękę wielką lalkę i kazały stanąć w środku kółka i śpiewać solo: „Koci koci łapci” i coś tam dalej. Miałam trzy lata i pamiętam każdą okrutną sekundę tego wydarzenia. Stałam na baczność i udawałam, że śpiewam, ponieważ nie znałam słów tej piosenki. W dodatku byłam przebrana za białą myszkę, co oznaczało, że rano mama ubrała mnie w jakieś straszne białe rajstopki i obcisłą bluzeczkę. Nie posiadałam na sobie ani spodenek ani spódnicy, czego szczerze nie znosiłam, bo czułam się wtedy jakimś maleńkim  bobasem. Ale kto w PRL-u zwracał uwagę na takie „grymasy” dziecka. Pewnie rano nie śmiałam nawet powiedzieć o tym mamie, bo wiedziałam, że ona pędzi do pracy i czuje się zmęczona. Wzięłam więc – ja trzyletnia wtedy –  to wszystko na klatę. Ram tam tam.

Byłam jednak wzorowym przedszkolaczkiem, bo nie uroniłam wtedy ani jednej łezki. Przecież, jak mówi piosenka, nie mogłam okazać się „mazgajem”. Wytrzymałam. Zamknęłam w sobie wszystkie emocje, choć pamiętam, że stojąc w tym kółku, otoczona (a może osaczona) przez inne dzieci, które trzymały się za rączki, miałam ochotę tylko krzyczeć: „Puśćcie mnie!” Kurczę, tak żałuję, że tego nie zrobiłam, że byłam za mała, by umieć się przeciwstawić i walczyć o siebie.

Patrzyłam tylko na tę plastikową wielką lalę i wszystko w środku we mnie wyło. Kazano mi ja bujać w ramionach z kretyńskim teksem: „Koci koci łapci”! Do cholery, ja sama potrzebowałam wtedy przytulenia i uspokojenia. Co za „szalona przedszkolanka” wymyśliła, że mam publicznie tulić lalę w przebraniu myszki na oczach dziesiątków podekscytowanych „dzielnością swoich przedszkolaków” rodziców?

Płacz jest ok!

Moja sytuacja oczywiście nie była odosobniona. Zakładam się, że każda osoba pokolenia, urodzonych w latach 70 i 80., ma podobną historyjkę do opowiedzenia ze swojego przedszkola. Dziś wiemy dużo więcej o psychologii małych dzieci. Jesteśmy świadomi, że start w przedszkolu wiąże się dla wielu trzyletnich wrażliwców z dużym stresem. Mamy więc nadzieję, że już nikt nie porównuje dzieci do innych, które łagodniej przeżywają rozstanie z rodzicami i są w stanie w przedszkolu spędzać czas rozluźnione i szczęśliwe. Mamy też nadzieję, że już nikt nie mówi trzylatkom, by się „nie mazały” i nie straszy ich tym, że wrócą za karę siedzieć samotnie w domu. Ram tam tam.

Jeśli więc dziś twój maluch płacze przed drzwiami przedszkola, daj mu się wypłakać. Mów mu, że to normalna reakcja i że nie ma nic złego w tym, że roni łzy. Niedawno przeprowadzałam wywiad z psycholożką Pauliną Mierzejewską, która twierdzi, że płacz jest naturalny podczas rozstania z rodzicem. Jeśli jednak dziecko po zamknięciu drzwi, szybko wchodzi w zabawę z innymi dzieci i zaczyna się uśmiechać, to wszystko jest dobrze. To oznacza tylko tyle, że jego łzy był prawidłowym, choć dla niego trudnym, przeżyciem.

Dziś wiemy też, że nie ma złych i dobrych emocji. Złość, wściekłość, rozczarowanie, strach, lęk, wstyd, zażenowanie – są naprawdę OK! Każdy z nas ma prawo czuć te emocje. Nie tylko dzieci. Ty też, dorosła osobo, czytająca ten tekst, masz prawo je czuć. A nawet nie prawo. Po prostu dobrze, byś je czuła, bo odcinanie się od  tych „nielubianych emocji”, to zwykła dywersja wobec samego siebie.

Co poczuje przedszkolak, któremu powiemy: „nie płacz, przecież nic się takiego nie stało”, gdy jest zły, zdenerwowany lub przestraszony?  Pewnie pomyśli: „Coś ze mną jest nie tak, że przeżywam bzdury”.

Na koniec mamy więc apel i do rodziców i przedszkolanek. Jeśli nadal śpiewacie z dziećmi takie piosenki, zmieńcie im słowa, wymyślcie wersy, które powalą dziecku rozpoznawać i nazywać swoje emocje i powiedzą im, że do wszystkich mają prawo. Nie tylko do radości, ale też do smutku, lęku, rozpaczy. Do płakania oczywiście też!


Macierzyństwo

Marika Krajniewska: „Dziecko, które nie chce żyć, tak naprawdę pragnie, by dorośli dostrzegli w nim… dobro”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 września 2022
Zorkownia powstała z czysto egoistycznych pobudek. Bardzo chciałam przychodzić do hospicjum, ale nie dawałam sobie rady z emocjami.
Fot. Unsplash / Peter Miranda / CC0 Public Domain
 

– Postanowiłam napisać tę książkę, gdy moja córka powiedziała mi, że wśród jej rówieśników jest wiele osób, które czują, że potrzebują wsparcia psychologa, terapeuty, coacha, ale ich rodzice te potrzeby bagatelizują. Zwyczajnie machają na nie ręką. To mnie przeraziło. […] Moim celem było pokazanie dzieciakom, że są wspaniałe. Dokładnie takie, jakie są. Że młodzi są wystarczający i kochani. Zawsze – mówi Marika Krajniewska, która właśnie napisała książkę dla młodzieży, pod pseudonimem M.K. Root „Ostatnia podróż”.

Polska nadal jest w czołówce państw Europejskich pod względem samobójstw i prób samobójczych. Dlatego my dorośli musimy działać!

Jaki był pierwszy impuls, który spowodował, że zdecydowałaś się napisać książkę dla młodych ludzi?

– Od zawsze moją intencją podczas pisania książek jest niesienie tekstem pomocy tym, którzy akurat jej potrzebują. Tak samo było w przypadku „Ostatniej podróży”. Jednak absolutnie najważniejszym impulsem do pisania był moment, gdy moja córka powiedziała mi, że wśród jej rówieśników jest wiele osób, którzy czują, że potrzebują wsparcia psychologa, terapeuty, coacha, ale ich rodzice te potrzeby bagatelizują. Zwyczajnie machają na nie ręką. To mnie przeraziło.

Dlatego zdecydowałaś się w powieści poruszyć kwestię samobójstw nastolatków?

– Samobójstwa dzieci to dla mnie coś tak bardzo ostatecznego, że nie sposób przejść obok tematu obojętnie. Każdy przypadek, gdy młody człowiek postanawia zakończyć swoje życie, jest historią nie do udźwignięcia. To znak, że całe społeczeństwo mocno zawiniło. Według mnie – niezależnie od wieku, stanowiska i poglądów – każdy z nas ma wrodzony obowiązek służyć pomocą i widzieć dobro w innym człowieku. Myślę, że dziecko, które nie chce żyć, tak naprawdę pragnie, by ludzie z jego otoczenia, pokazali mu, że dostrzegają w nim po prostu… dobro.

Jak dziś wspierać młodych ludzi, którzy więcej widzą, więcej czują i bardziej cierpią?

– Moja odpowiedź może wzbudzić kontrowersje, ale zaryzykuję. Aby wesprzeć młodzież, która faktycznie widzi i czuje więcej, ale też więcej wie, należałoby najpierw pokochać siebie. Wydaje mi się, że jeśli my, rodzice i nauczyciele, nauczylibyśmy się naprawdę brać odpowiedzialność za własne życie, to umielibyśmy wsłuchać się w siebie, a potem akceptować i kochać. Ja to nazywam „praktykowaniem siebie” i tego można nauczyć się niezależnie od wieku. Jeśli słyszymy siebie, to jesteśmy zdolni do usłyszenia wołania o pomoc tych, którzy tej pomocy potrzebują. Ale to najpierw dorośli, rodzice, nauczyciele powinni samych siebie i zrozumieć. Zadać sobie pytanie: „Co nam nie mieści się w głowach?” A potem te nasze głowy z czułością pozmieniać. To da się to zrobić! Niekoniecznie za pomocą terapii. Bardzo pomocne mogą się tu okazać „techniki treningu mentalnego”.

Co to takiego?

– To praca z własnym sposobem postrzegania rzeczywistości, praca nad wspierającymi przekonaniami i zrozumieniem, że świat jest takim, jakim go sobie „narysujemy”, jakim go stworzymy. Potem bardziej naturalnym staje się już dla nas otwarcie się na młodych i usłyszenie tego, czego nam nie mówią. Łatwiej zauważać to, co sprawia, że cierpią i towarzyszyć im w milczeniu, jeśli tego potrzebują lub w dialogu, który nie będzie ocenianiem ich wyborów lub ośmieszaniem ich lęków.

Wsparciem nie jest nagana. Wsparciem jest wiara w to, że każdy człowiek ma dobre intencje.

Polska nadal jest w czołówce państw Europejskich pod względem samobójstw i prób samobójczych. Jak myślisz dlaczego?

Wydaje mi się, że młodzi ludzie nadal są u nas niesłyszalni. Dorosłym brakuje miłości, akceptacji i umiejętności wysłuchania bez oceniania. Dotyczy to różnych środowisk, w którym młodzież jest zmuszona przebywać. Zarówno rodziny, jak i szkoły. Moim zdaniem, rolą dorosłych jest teraz przekonanie młodych, że wszyscy mamy sprawczość, że życie nie jest czymś, co zależy od rządu, systemu szkolnictwa i tak dalej.

Niestety my nie nadążamy za zmianami, które niesie życie. Dowodem, potwierdzającym tę tezę, może być lista lektur szkolnych, która nie ewoluuje w odpowiednim tempie, nie nadąża za rozwojem intelektualnym i emocjonalnym dzieci. Mentalnie w Polsce lubimy stać w miejscu. To jest wygodne, ale ma swoje konsekwencje.

Dlaczego tak wielu młodych ludzi dziś nie radzi sobie ze światem?

– Młodzi ludzie pięknie sobie radzą ze światem. To świat nie radzi sobie z nimi. Świat dziś wpycha dzieciaki w niesprzyjające przekonania, w stare i niedziałające już systemy wypchane sianem jak strach na wróble. Rozwój to naturalny cel młodego człowieka i on ten cel realizuje wzorowo. A co robi świat? Wrzuca go w wielką studnię starych obaw, lęków, stereotypów, szufladek, nieakceptowania inności. Proszę wybaczyć mi użycie tego słowa. Inność dla mnie to norma.

Masz na myśli brak akceptacji wobec osób nieheteronormatywnych?

– Nie tylko. Oczywiście wciąż na osoby nieheteronormatywne mówi się „inni”. Mnie jednak chodziło o inność na wielu płaszczyznach. Ktoś może być lepszy w naukach ścisłych albo zwyczajnie cichszy, mniej popularny i staje się nielubiany, wytykany palcami, ponieważ nie śmieje się z żartów przebojowych kolegów. Sama słyszałam nie raz – a byłam już żoną i matką – że nie tak się uśmiecham, za mało się uśmiecham lub że uśmiecham się za dużo… Brak akceptacji może dotyczyć naprawdę wszystkiego i raczej chodzi tu o deficyt akceptacji samego siebie.

Jeśli pytasz o osoby LGBT+, to ja bardzo chciałabym się żyć w świecie, w którym wszyscy uważamy się za równych! Ale popatrzmy jeszcze szerzej: przeciwnicy szczepionek i ich zwolennicy, przeciwnicy aborcji i jej zwolennicy: to tylko dwa przykłady, ale jak wiele mówiące. Obecnie w Polsce panuje wojna na słowa. Jest tylko czarne lub białe. Nie lubimy tęczy — co w kontekście pytania brzmi dość wymownie. Tęcza jest zbyt radosna. A my z jakiegoś powodu nie lubimy radości.

Czego teraz najbardziej potrzebują od nas nastolatkowie?

– Wiary w to, że są ważni. O tym jest moja kolejna książka, która już niebawem ukaże się nakładem również Oficyny 4em. Tym razem będzie opatrzona moim nazwiskiem Marika Krajniewska, gdyż jest poradnikiem. Pseudonim M.K. Root firmuje moją młodzieżową fantastykę obyczajową.

W „Ostatniej podróży” poruszasz kwestie mediów społecznościowych, pandemii, nauczania on-line i wszystkiego, czym dziś żyją młodzi ludzie. To bardzo nowoczesna książka. Czy młodzież potrzebuje takich książek obok czytania obowiązkowych lektur szkolnych?

– Kanon lektur szkolnych, choć tak bardzo znienawidzony, jest potrzebny z jednego powodu: to pomost do przeszłości, historii języka i literatury. Jednak pomost to dziś za mało, by zbudować solidny fundament na życie. Owszem, dziś mamy szeroki dostęp do informacji i możemy próbować samodzielnie zbudować swoją tożsamośćć. Nie dziwię jednak się, że młodzi szukają też książek, które opowiadają o ich świecie. Ograniczenie się do lektur szkolnych wpycha ich jakby… do basenu bez wody. W ten sposób daleko nie popłyniesz.

„Ostatnia podróż” opowiada o emocjach, radzeniu sobie z nimi, oswajania ich. Mówi o uważności i relacjach. Opowiedziałam historię o wydostaniu się na powierzchnię z lawiny smutku i chciałam dać nadzieję młodym, że my wszyscy z tym naszym smutkiem, złością i wielką pretensją do świata – jesteśmy w porządku. Wszystko jest Ok!

Czy „Ostatnia podróż” mogą swoim dzieciom spokojnie kupić rodzice? Czy może ja czytać np. 12-latka?

– To książka tak naprawdę dla wszystkich. W recenzjach często czytam, że powinni ją przeczytać również rodzice. 12-latka też już odnajdzie dla siebie dużo wartości i mam nadzieję, odkryje swoje prawdy. Moim celem było pokazanie dzieciakom, że są wspaniałe. Dokładnie takie, jakie są. Że młodzi są wystarczający i kochani. Zawsze.


Marika Krajniewska – pisarka, scenarzystka, trenerka mentalna. Autorka kilkunastu książek obyczajowych i psychologicznych dla dorosłych, dzieci i młodzieży. M.K. Root to jej pseudonim artystyczny, który firmuje najnowszą serię książek dla młodzieży.

 


W artykule podjęty jest temat śmierci samobójczej. Jeśli masz myśli o odebraniu sobie życia, nie czekaj i poszukaj pomocy. Powiedz o tym zaufanej osobie, swojemu lekarzowi lub skorzystaj z jednej z darmowych infolinii pomocowych. Nie jesteś sam.

eśli zmagasz się z myślami samobójczymi, możesz skorzystać z darmowych infolinii:

  • Antydepresyjny Telefon Zaufania (od poniedziałku do piątku w godz. 15-20) – 22 484 88 01,
  • Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym, codziennie od godz. 14 do 22 – 116 123,
  • Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży, czynny codziennie przez całą dobę – 116 111,
  • Zawsze możesz po prostu zadzwonić pod nr alarmowy 112 i zgłosić zagrożenie życia swojego lub osoby, o której wiesz, że planuje samobójstwo.

 


Macierzyństwo

Kochane kobiety, dlaczego tak rzadko chwalimy swoich mężczyzn? Uderzmy się w piersi!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 września 2022
nie chwalimy mężczyzn
Fot. iStock / lisegagne

Niektóre z nas naprawdę potrafią czule i szczerze komplementować swoich partnerów, ale jest też całkiem spora grupa pań, które chwaląc, świadomie manipulują. Najwięcej z nas prędzej pochwali swoje dziecko niż męża. Raczej skomplementuje przyjaciółkę niż partnera. Z dużym prawdopodobieństwem doceni teścia, czy szefa, niż swojego faceta. Dlaczego tak trudno nam to przychodzi?

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która opowiedziała mi taką historię… Była na wyjeździe z grupą przyjaciół. W pewnym momencie kobiety postanowiły bez partnerów pojechać do Sopotu, by pospacerować po molo. Kłopot w tym, że odjechały zaledwie kilometr i złapały gumę. Trzeba było zmienić koło. Singielki natychmiast zakasały rękawy, a te dziewczyny, które były w związkach, powiedziały: „Dajcie spokój, trzeba zadzwonić do facetów”. Na co singielki oburzyły się: „A co, my jakimiś łamagami jesteśmy?”.

Więc trzy mężatki najpierw uległy, ale ponieważ dwóm singielkom koła zmienić się nie udało, partnerzy i mężowie jednak przyjechali i prężąc muskuły zrobili to szybciutko. Jedna z żon zaczęła więc piać z zachwytu, mówiąc do męża, że jest wspaniały. Druga zaś powiedziała jej, by się uspokoiła, bo to jakaś manipulacja i traktowanie dorosłego faceta jak naiwnego dziecka. Na co ta pierwsza żona, obruszona zakomunikowała: „Przecież to żadna ujma na honorze prosić w takich sytuacjach o pomoc. Oni naprawdę lubią być przydatni. Kochają walczyć, pomagać i dbać o swoje kobiety. Tylko trzeba im na to pozwolić i chwalić, chwalić”. Jedna z singielek miała całkiem inną  perspektywę: „Nie lubię tego udawania, że faceci są do życia niezbędni. Tego robienia przed nimi wielkich naiwnych oczu, że niby jestem taka nieogarnięta i potrzebuję samca, bo życie mnie przerasta”. I które z pań miały rację?

Pewnie po trochu wszystkie.

1. Bo bierzmy za pewnik

Czasem zachowujemy się tak jakbyśmy kompletnie nie dostrzegały, ile czasu i wysiłku zajmuje ich facetom np. jeżdżenie z samochodem do warsztatu, szukanie tańszych części zamiennych, płacenie rachunków, wożenie dzieci na zajęcia pozalekcyjne. Po prostu traktujemy męskie obowiązki jak oczywistość. Jedna z moich przyjaciółek, Natasza, po rozwodzie była po prostu zdruzgotana, kiedy dowiedziała się, ile wynosił ich czynsz za mieszanie. Miała też okrągłe ze zdziwienia oczy, gdy obliczyła, o ile droższe są zakupy, które musi sama zamawiać teraz przez Internet. Wcześniej nie zwracała uwagi, że jej Marek jeździł do supermarketu co tydzień i wnosił gabarytowe produkty na trzecie piętro (mieszkanie bez windy) i jeszcze wszystko układał w szafkach. Dopiero po rozwodzie zauważyła, że nigdy nie doceniała swojego męża za te działania. „Traktowałam go jak swoją własność. Wydawało mi się, że pracowanie na rzecz rodziny to oczywistość, która nie wymaga mojej wdzięczności. Po prostu myślałam, że to mi się należy”, mówi dziś gorzko.

2. Bo on też tego nie robi

Tyle że Marek też raczej był powściągliwy. Nigdy nie chwalił Nataszy, choć moim zdaniem miał za co. Mógł choćby powiedzieć: „A moja żona to tak pięknie nakrywa do stołu, jak goście przychodzą”. W ogóle pokolenie ludzi urodzonych w latach 70 i 80- tych kompletnie nie potrafi komplementować swoich partnerów. Tak zostaliśmy wychowani przez rodziców, którzy nie okazywali sobie zbyt wiele czułości. Byli chłodni wobec siebie. Nie znali tej zasady, że jak ty zaczniesz mówić partnerowi miłe rzeczy, jest spora szansa, że on się tego nauczy. Procedura jest prosta: gdy kogoś chwalisz, jemu jest przyjemnie, więc najprawdopodobniej będzie chciał się odwdzięczyć.

3. Bo boimy się, że nam się zepsuje

Natasza twierdzi, że dziś żałuje, że nie komplementowała męża. Po zastanowieniu twierdzi, że być może dlatego, że Marek jest bardzo przystojny. „To głupie, ale wydawało mi się, że jak będę mu mówić, jaki jest piękny, szybko odbije mu palma i pójdzie na podryw. Dlatego chyba przez lata milczałam. Wolałam cichą aprobatę, niż przyznać, że fajnie się ubiera i zawsze ma genialną fryzurę. A potem mi to jakoś automatycznie przeniosło się na inne dziedziny naszego życia. Nie chwaliłam Marka za wiele rzeczy, które robił dla domu. Nawet nie mówiłam mu, że mieliśmy fajny seks. Jakbym podświadomie bała się, że dobre słowo wszystko zepsuje”, opowiada.

4. Bo walczymy jak na froncie

Po kilku latach między Markiem i Nataszą naprawdę się popsuło. Oczywiście z różnych przyczyn. Kiedy zaczęli walczyć, już nie było najmniejszej szansy, by w oczach partnera widzieć podziw lub wdzięczność za cokolwiek. A aprobata przecież działa jak „dobry nawóz dla miłości”. „Pamiętam, jak kiedyś chciało mi się zakładać tylko dla niego tę piękną czerwoną sukienkę, bo wiedziałam, że się mu w niej podobam. Wtedy nawet nie wstydziłam się, że robię to dla niego. Ale kiedy w naszym związku doszło do zdrady, to miesiącami, a potem latami czułam w sobie taki zapieczony ból, że byłam w stanie tylko mu dokuczać. Bombardowałam w niego oskarżeniami: że jak zawsze przychodzi spóźniony, że zapomniał z supermarketu przynieść tych jogurtów, które uwielbia córka, że chrapie, że nie myje się wieczorem, tylko rano”, opowiada Natasza. Pretensje, pretensje, pretensje. Te dla odmiany są jak stonka dla ziemniaków.

5. Bo nie chcemy ich traktować jak dzieci

Kiedy sobie tak rozmawiałyśmy o tym wszystkim z Nataszą, ona nagle wyparowała: „Wkurza mnie, że w tych wszystkich kobiecych poradnikach radzi się kobietom, by chwaliły chłopów. Jakby to był jakiś tajny patent, który pomaga nam manipulować męskim rodem. Pochwal go, a dostaniesz kasę na szminkę. Wmawiaj mu, że jest taki męski, a jutro zrobi zakupy. Nie uważasz, że to jest chore?”. Chwilę obie zawiesiłyśmy się nad tematem. A potem doszłyśmy do wniosku, że manipulowanie, żerujące na niskim poczuciu wartości faceta oraz na jego naiwności, niewątpliwie jest nadużyciem w związku. Z drugiej strony potrzeba bycia docenionym, podziwianym, szanowanym wydaje się taka naturalna i organiczna dla każdego człowieka. Wtedy rośniemy w siłę, wtedy nam się bardziej chce, wtedy mnoży się dobro.

Warto! Chociażby dlatego, że chwalenie wraca. A mężczyźni bardzo tego potrzebują, może nawet bardziej niż kobiety. Wtedy dostają wiatru w żagle, by dbać o swoją kobietę. Spróbujcie. Najwyżej, jak to się wam nie sprawdzi, wrócicie do starej flauty i chłodu w temacie.


Zobacz także

Chronisz przed „złym światem”, czy dużo wymagasz? Jaką jesteś (lub będziesz) mamą wg znaku zodiaku?

(Bez)silna

Pieluszkowe zapalenie skóry

Pieluszkowe zapalenie skóry