Lifestyle Macierzyństwo

Kochana Córeczko, bo ty jesteś moim światem, a ja twoim domem

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
19 lipca 2016
Fot. iStock / knape
 

Nie pamiętam dokładnie słów lekarza, który informował mnie o tym, że ktoś we mnie zamieszkał na dziewięć miesięcy. Pamiętam inny moment. Gdy wręczył mi zdjęcia z USG. Wyszłam ze szpitala mocno zaciskając je w dłoni. Usiadłam na ławce obok przystanku autobusowego. Moje coraz bardziej mokre oczy patrzyły na ciebie. Na malutki punkt, w którym już biło serce, który już wtedy był dla mnie całym, ogromnym światem…

I strach pamiętam. Strach przed tym czy podołam być twoją mamą, czy sprostam obowiązkom, czy cię nie zawiodę.

I to, kiedy się pojawiłaś obok mnie. I pierwszy raz, gdy mogłam poczuć twój zapach. Byłaś taka bezbronna, a ja nie wiedziałam, czy moje ramiona zdołają cię uchronić przed złem.

Patrzyłam jak rośniesz, jak twoje loki jaśnieją ci od słońca. Patrzyłam, jak uparcie wsiadasz po raz nie wiem który na rowerek, wycierasz nos brudną od piasku ręką i znowu usiłujesz przejechać kawałek, sama. I wieczory pamiętam, gdy opatrywałam twoje posiniaczone i zadrapane kolana, głaszcząc je i  prosząc żebyś nie była taka uparta, żebyś była ostrożniejsza. Choć już wtedy tyle siebie samej widziałam w tobie i wiedziałam, że nie odpuścisz.

I ten pierwszy raz, kiedy z ogromnym plecakiem szłaś do szkoły. Machałaś do mnie z autobusu śmiejąc się w głos, a ja szalałam z rozpaczy. Głupia matka, która bała się o to, żeby nikt cię nie popchnął na przerwie, żeby nikt nie zaczepiał, żebyś zjadła drugie śniadanie.

Pamiętam też ten straszny moment, gdy przyszłam po ciebie do klasy. Byłaś już wtedy taka mądra i  gdy tylko zobaczyłaś mnie w drzwiach, zaczęłaś się pakować i posmutniałaś. Miałaś tylko dziewięć lat, a ja musiałam ci powiedzieć, że twój ukochany tatuś umarł. Patrzyłaś na mnie i pytałaś dlaczego. I czy nie jest Mu tam zimno.

Pamiętam, jak tego samego dnia, zasnęłaś pomiędzy waszymi wspólnymi zdjęciami, owinięta w Jego sweter. Pamiętam jak z przerażeniem przyglądałaś się, gdy pakowałam do kliniki rzeczy twojego ciężko chorego brata. Pytałaś codziennie, czy na pewno wróci, czy nie zaśnie tak jak tata. Tak szybko wydoroślałaś, nawet nie wiem, kiedy to się stało.

Zawsze tak dobrze się uczyłaś, nie sprawiałaś kłopotów. Taka dzielna mała dorosła. I na tę dorosłość nigdy nie powinnam ci pozwolić. Ona cię pochłonęła, a potem wypluła prosto w czarną otchłań. Siedziałam przy twoim szpitalnym łóżku, a ty przepraszałaś. Mówiłaś: „Przepraszam mamusiu, nie dałam rady. Nie chciałam tego zrobić ale nie miałam już sił, a ciebie nie chciałam obciążać”... Wybiegłam, gdy zasnęłaś i osuwając się bezwładnie po ścianie, krzyczałam. Krzyczałam w sobie, a dziś spokojnie o tym samym piszę. To ja cię przepraszam. Za wszystko, przez co musiałaś przejść. Za każdą nieprzespaną noc, za każdy lęk, za to ile musiałaś udźwignąć.

Masz dopiero 14 lat, powinnaś się zakochiwać i odkochiwać, snuć plany na przyszłość, biegać z koleżankami do galerii, pyskować i nie odbierać telefonów. Powinnaś mieć swoje małe tajemnice, wagary i mnóstwo spóźnień na obiad. Blokować łazienkę i przebierać się dziesięć razy, przed wyjściem z domu. Podkradać mi kosmetyki i woleć jechać na obóz z koleżankami, niż na wakacje ze mną.

Dziś patrzę na ciebie z jeszcze większą dumą, niż dotychczas. Patrzę na twoje lśniące, piękne włosy, na twój ciepły uśmiech. Na twoje dłonie, które malują piękne obrazy i szkicują niesamowite portrety. Patrzę na to, jak niesamowicie jesteś do mnie podobna, jakbym widziała w lustrze swoje odbicie sprzed lat. Widzę jaką drogę przeszłaś i ile jeszcze przed tobą. Widziałam, jak upadałaś i jak za każdym razem, wstawałaś silniejsza. Silniejsza, mądrzejsza, pełna pokory i coraz większego zaufania do życia. I nadal mam w sobie tyle obaw. Jesteś taka piękna, pewnie się zakochasz i już nie będę ci tak potrzebna. To jemu będziesz o wszystkim mówić i płakać w rękaw. Jego będziesz wołać w nocy, gdy przyjdzie koszmarny sen.

Tylko czy jest coś ważniejszego dla matki, niż szczęście jej dziecka? Czy mogłabym ci tego zabronić? Przecież wiem, że czas jest nieubłagany i w końcu wyjedziesz na studia, potem założysz swoją rodzinę. Ale dla mnie nadal i już na zawsze zostaniesz tą małą kruszynką, która cała chowała się w moich ramionach. I zawsze możesz do mnie przyjść, nawet w środku nocy, choćby tylko po to, by razem pomilczeć. Zawsze możesz do mnie zadzwonić i wykrzyczeć do słuchawki swoją złość. Zawsze możesz położyć głowę na moich kolanach, żebym mogła cię pogłaskać i uspokoić. Zawsze będziesz mogła się u mnie schronić, zawsze też masz gdzie wracać. Bo ty jesteś moim światem, a ja twoim domem.

W mojej pamięci na zawsze zostanie jeszcze jedna chwila. Twoje piąte urodziny, byłaś ciekawa dlaczego zdmuchuje się świeczki na torcie i czym są marzenia. Wytłumaczyłam ci wtedy, że to takie piękne myśli o tym, czego się najbardziej w życiu pragnie, czego się najbardziej chce. Wieczorem przed zaśnięciem, powiedziałaś – Pomyślałam to marzenie dziś przy torcie wiesz? Zapytałam z uśmiechem, czy była to fabryka czekolady?  – Nie mamusiu, pomyślałam o tym, żeby mój brat nigdy nie zasnął…

Kochana Córeczko, jesteś Cudem wiesz?


anika zadylak awatar

Anika Zadylak
Dziewczyna z tatuażem nie jednym. Wieczna Alicja z Krainy Czarów, która uparcie wierzy w życie po Tamtej Stronie Lustra. Optymistka niepokonana przez żadne burze i kataklizmy. Otwarta na świat i ludzi, których uwielbia. Pisanie jest dla niej jak oddech. Kocha ponad wszystko swoje dzieci, wszystkie dzieci, koty i inne zwierzęta. Wegetarianka i buntowniczka, manifestująca głośno swoje poglądy.

 


Lifestyle Macierzyństwo

Nie umiem żyć bez miłości. Kiedy jestem zakochana, znikam

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 lipca 2016
Fot. iStock/milos-kreckovic
 

Mój tata był nałogowym palaczem. Pamiętam jak stał na balkonie i czasem od jednego papierosa odpalał następnego i jeszcze jednego. Ja robię to samo z miłością. Coś się kończy, zaraz się zaczyna coś nowego. To mnie niesie wysoko. Kiedy nie mam miłości, spadam. Pracuję, zarabiam sporo w biurze projektowym i lubię swoją pracę, ale to nie jest sens mojego życia. Sensem jest miłość. Wierzę, że znajdę tego jedynego.

Kocham, więc jestem…

W zakochaniu najbardziej lubię ten sam początek. Wiesz, kiedy jeszcze jesteście tak bardzo uważni na siebie, kiedy nic nie jest pewne. To drżenie, kiedy dotykacie się przypadkiem, pierwszy pocałunek, pierwsza noc razem. To za tym wszystkim tęsknię, kiedy jestem sama. Potem spotykam JEGO, zapominam się, nic innego się nie liczy, tylko on. I wiesz, za każdym razem jest inaczej, ale te emocje są tak samo silne. Nie umiem bez tego żyć.

Co wtedy czuję? Życie nabiera tempa, oddycham szybciej, szybciej wybiegam z domu. Jestem szczęśliwa, bywam nieprzytomna ze szczęścia. Chcę go mieć tylko dla siebie, jestem zaborcza. Jasne, że idealizuję. Widzę go takim, jakim chcę go widzieć. A w moim obrazie nie ma wad. On to lubi, schlebia mu to, czuje się wyjątkowy, wybrany. Mówisz, że nie ma jednego klucza do serca wszystkich mężczyzn? Ja go mam. Przez pierwszy miesiąc żadnych spotkań ze znajomymi, żadnych obiadów z rodziną. I dużo seksu. I dobrego jedzenia. Jest cały mój, a w zamian dostaje mnie. Spełniam kaprysy i zachcianki, trochę matkuję, a trochę ulegam. To działa niezawodnie.

Dobrze wiem, kiedy kończy się miłość. Wyczuwam to. Widzę każdą zmianę w jego zachowaniu, pierwsze zniecierpliwienie. No i – przede wszystkim – staram się być szczera sama ze sobą. Kiedy przestaję kochać, robię się zwykłą zołzą. Wszystko mi w nim przeszkadza, wymykam się, uciekam. Muszę być pierwsza, muszę wiedzieć, że to ja odeszłam.

Nie lubię rozstań, ale – jeśli nie kocham –  muszę iść dalej. Nie potrafiłabym trwać w takim nieszczęśliwym związku tylko dlatego, żeby nie sprawić komuś zawodu. Nie zrezygnuję z siebie. To nie jest złe, to jest zdrowe.

Kocham, więc pragnę…

Kiedy jestem zakochana, znikam. Miłość mnie wchłania. Jestem najlepsza, tylko dla niego. Staram się być jego wyobrażeniem, spełnieniem jego marzeń. Można powiedzieć, że spalam się dla niego. Mam tylko jedno pragnienie – żeby on był ze mną szczęśliwy. Dla niego uczę się hinduskiej kuchni i nazwisk piłkarzy ukochanej drużyny. Dla niego zapuszczam włosy, albo wiążę je tuż nad karkiem. Dla niego wyjeżdżam pod namiot i udaję, że spędzam tak każde wakacje. Ryzykuję. Kiedy ON był żonaty, potrafiłam śledzić go, kiedy wracał do domu i stać pół godziny pod jego oknami, żeby go zobaczyć.

13692248_1369923043021077_2037660762_o

Fot. iStock/beronb

Seks jest ważny, w nim leży prawda o związku. Seks może sprawić, że pokocham bardziej, ale nie zatrzyma mnie przy nim, kiedy miłość odejdzie. W seksie mogę być odważna i otwarta, albo pruderyjna i nieśmiała. Wiem, że doskonale wyczuwam JEGO potrzeby.

Kocham, więc chcę być kochana

Wcale nie było ich tak wielu. Po każdej miłości została mi jakaś pamiątka. Mam w tekturowym pudełku listy z fragmentami poezji, przewiązane czerwoną wstążką, od jednego polonisty, dziennikarza. Był we mnie naprawdę bardzo mocno zakochany. Dla niego stawiałam na półce Miłosza i Herberta, a do torebki wrzucałam Stachurę. Do końca wierzył, że znam na pamięć całe fragmenty „Siekierezady”.  Ale to jakoś tak szybko minęło. Któregoś dnia spojrzałam na niego i zrozumiałam, że do siebie nie pasujemy. Zadzwoniłam i powiedziałam, że jestem nieuleczalnie chora i nie chcę żeby cierpiał. Nie poddawał się, chciał trać przy mnie, mówił o leczeniu w Stanach. Przez chwilę nawet chciałam wrócić, ale w porę dotarło do mnie, że to już tylko litość. No i głupio mi było odkręcać wszystko z tą chorobą.

Potem były wakacje z Tunezji i jeden chłopak, młodszy o dobre kilkanaście lat. Plaża, zachody słońca, cały ten kicz. Ale znowu drżałam w rytm tych emocji zakochania. Po nim został mi tatuaż nad prawą łopatką, w kształcie mewy, z jego inicjałami. Padały ważne słowa, deklaracje z jego strony. Przyjechał tu za mną, stęskniony, głodny seksu, przez tydzień nie wychodziliśmy z łózka. A potem wyjechał na wybrzeże z moją znajomą. Mieszkali razem przez jakiś czas, aż w końcu podobno znalazł pracę i ją rzucił. Tatuażu nie usunęłam, boję się, że będzie bolało.

Przypadkowe znajomości? Nie wierzę w przypadek. Tak, zdarzyło mi się być blisko z kimś poznanym zaledwie kilka godzin wcześniej. Nie mam z tym problemu. W tym jednym momencie, on nie był dla mnie obcy. Miałabym stracić szansę na prawdziwą miłość? Czym jest prawdziwa miłość? Nigdy tego nie wiesz, póki nie spróbujesz. Po czym poznam, że tym razem to na pewno on? Po prostu będę wiedziała. Poczuję coś więcej niż te wszystkie emocje, które już znam. Nie wierzę, że to może nadejść z czasem. Myślę, że to się wie od razu. Nie umiem żyć bez miłości. Te momenty, kiedy jestem sama, to tak jakbym umierała, traciła powietrze, życie zaczyna mnie męczyć. Ale zaraz potem przychodzi takie dziwne, podniecające uczucie, że za chwilę wydarzy się coś nowego. Wychodzę z domu jak kot na łowy, jestem czujna. On może być wszędzie.

Tak, być może jestem uzależniona od miłości, ale o jakiej terapii ty mówisz? Ja po prostu szukam tej „swojej połówki”. Do tej pory tylko raz byłam bliska tego, by zostać z kimś na stałe. To był mój najdłuższy związek. Trwał trzy lata. Zobaczyłam go w naszym biurze, w kawiarni. Rozmawiał z kolegą,  robił akurat kurs szybowcowy, więc ja też się zapisałam. Spanikowałam i przerwałam ten kurs, ale dotarłam do niego. Nie żałuję.

Zerwaliśmy, bo miał żonę. Uważam, że kiedy kochasz, etyka nie obowiązuje. Ale on chciał do niej wrócić, być tylko z nią, nie chciał dzielić swojego życia między dwie kobiety. Wybrał ją, nie mnie, choć dla niego zmieniłam swoje życie i przez trzy lata żyłam w cieniu innej kobiety. To był do tej pory pierwszy i ostatni raz, kiedy to ja musiałam leczyć się z miłości. Wyleczyłam się skutecznie kolegą z pracy. Dla niego pokochałam gokarty. Ale nie na długo. Odszedł z naszego biura trzy miesiące po tym, jak z nim zerwałam dla polonisty od listów z cytatami z Herberta i Miłosza.

Dzieciństwo? Nie myślę o nim zbyt wiele. Ja zawsze chciałam być dorosła, czesać się tak jak mama, malować paznokcie na czerwono. Przed oczami mam może zaledwie kilka obrazów, na przykład taki, jak siadamy z mamą na balkonie, tuż obok pelargonii. Ona pije herbatę z obtłuczonego kubka z sercem w kartkę. A ja kakao. Tata? Tata to chyba tylko te papierosy palił. I jeszcze pamiętam, jak powtarzał: Nic teraz nie mów, znowu mi przeszkadzasz. Jesteś przezroczysta. Widzisz, dla ojca zawsze byłam przeźroczysta.


Lifestyle Macierzyństwo

Wata cukrowa wychodzi z lamusa. Niezwykła słodycz dzięki Fluffë przeżywa renesans!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
19 lipca 2016
wata cukrowa
Fot. Instagram / fluffegram

Wata cukrowa kojarzy się wielu z nas z dzieciństwem. Kiedyś właściciele maszyn robiących watę, podjeżdżali na osiedla i kręcili słodkie przysmaki na patyku. Teoretycznie, to tylko sporo cukru, ani dobrego dla zdrowia ani dla urody. Ale wtedy, ta klejąca pół buzi słodycz, była nieodzownym obrazkiem z czasów komunizmu.

Renesans waty cukrowej od Fluffë

Nadszedł czas na przeproszenie się z tymi kultowymi słodkościami! Wata cukrowa, a raczej niesamowite konstrukcje z niej tworzone, podbijają serca na nowo!

Jegomość, który nazywa się Nathan, to założyciel marki Fluffë, zajmującej się produkowaniem i rozwożeniem kolorowej waty cukrowej. Koncept na wykonanie takiej waty i stworzone kolory są naprawdę bajeczne – różowe, niebieskie, zielone,  ombre i z brokatem. Wybór przyprawia o istne szaleństwo, a sam produkt wzbudza zachwyt. O powodzeniu tego przedsięwzięcia, świadczy nie tylko ilość pracy, jaką Nathan musi włożyć w tworzenie swoich pyszności, ale i liczna obserwujących konto jego słodkich arcydzieł na Instagramie –  @fluffegram – czyli prawie 90 000 obserwujących.

Dieta? Jaka dieta? Które cudo dla siebie wybieracie?


źródło: elle.pl, Instagram


Zobacz także

Dzieckiem być – dla każdego oznacza coś innego…

Skoro zdecydowałam się na aborcję, to czy mam prawo opłakiwać śmierć mojej córki? To NIGDY nie jest prosty wybór

Mama walczyła, uśmiechała się czasami przez łzy. Ale kiedy patrzysz na tak ogromne cierpienie mówisz: „możesz odejść, zaśnij, my tu sobie poradzimy”

Mama walczyła, uśmiechała się czasami przez łzy. Ale kiedy patrzysz na tak ogromne cierpienie mówisz: „możesz odejść, zaśnij, my tu sobie poradzimy”