Lifestyle Związek

To przecież nie jego wina, on po prostu „taki” jest. Nigdy nie rób sobie wyrzutów, że mogłaś pokochać „kogoś takiego”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 maja 2017
Fot. iStock/yulkapopkova
 

Kiedy mija pierwsze zauroczenie, zaczynasz inaczej przyglądać się twojemu partnerowi. „Nagle”, w jakiś dziwny sposób, zaczynasz dostrzegać szczegóły, które w niedługim czasie urosną do rangi prawdziwych, niewygodnych problemów. Zachodzisz w głowę, jak to się mogło stać, że wcześniej tego nie widziałaś. Bo przecież, na samym początku było zupełnie inaczej… On był zupełnie inny. Jak się można tak zmienić? Ale zaczekaj, ochłoń! Pretensji mieć do niego nie możesz, co najwyżej do siebie. To nie jego wina, że okazał się troszkę inny niż twoje o nim wyobrażenia.

To nie jego wina, że nie potrafi być za siebie odpowiedzialny, że nie umie odnaleźć się w dorosłym świecie, pamiętać o zapłaceniu rachunków na czas i o pełnej lodówce. Wypełnić PIT?  Przecież zawsze robili to za niego rodzice. Skąd ma umieć?

„Innym jakoś się udaje wziąć za siebie, inni chcą niezależności, poczucia, że samemu kieruje się swoim życiem, osiąga kolejne sukcesy”-  powiesz. Inni chodzą na terapię, odcinają pępowiny, analizują swoje problemy, nie unikają konfrontacji. A przede wszystkim, nie pozwalają swoim rodzicom stanąć między sobą a swoją miłością. Ale cóż „inni” cię obchodzą. Tu chodzi o niego, o twojego ukochanego. Wychowanego pod kloszem maminsynka, który uważa, że wszystko mu się należy, najlepiej podane na tacy, jak najbliżej nosa. Który, jeśli będziesz potrzebowała jego pomocy, ulotni się jak szybko topniejący śnieg w marcu. Bo to nie jest człowiek ” na dobre i na złe”.

To nie jej wina, że nie potrafi podjąć żadnej decyzji dotyczącej swojej drogi zawodowej, ani życiowej, że ze wszystkim, co choć odrobinę trudne, czeka na ciebie .Zawsze pomagał jej w tym tata, teraz oczekuje tego samego od ciebie. Kiedy ją poznałeś, wydała ci się tak rozkosznie nieporadna, że aż słodka. Mogłeś być opiekuńczy, mogłeś okazać jej swoją siłę i troskę. Teraz opadają ci ręce, kiedy okazuje się, że twoja ukochana ma długi, bo „zapomniała” o kilku rachunkach, zapożyczyła się, bo kupowała kosmetyki w firmie trudniącej się sprzedażą bezpośrednią, a w ogóle, to weź ja teraz ratuj i to wszystko spłać. Ale to przecież nie jej wina. Zaleje się łzami, spojrzy na ciebie bezradnie, a za chwilę wpakuje w kolejne kłopoty.

To nie jego wina, że nie potrafi mówić o swoich emocjach i że od jakiejkolwiek rozmowy o przyszłości waszego związku, ucieka jak diabeł od święconej wody. To nie jego wina, że nie kontroluje agresji i złości, przecież miał w domu zły przykład – jego ojciec tak właśnie rozwiązywał wszelkie konflikty ze swoją żoną. Kiedy go spotkałaś, zachwyciła cię jego siła, zdecydowany charakter, to, że wiedział, czego chce. Teraz, przerażona patrzysz na niego jak na obcego człowieka. Dlaczego nie zauważyłaś wcześniej tej obsesji kontroli? Dlaczego nie zorientowałaś się, że te jego żartobliwe uwagi są dla ciebie krzywdzące i naładowane seksizmem? Dlaczego nie zwróciłaś uwagi, że to którym do ciebie mówi, nie znosi sprzeciwu, a gest, którym cię do siebie przyciąga niepokojąco mocny?

Biedni ci nasi „oni”, biedne te nasze „one”. Gdyby nie kiepskie dzieciństwo, zbyt opresyjni rodzice, zbyt opiekuńcze mamusie, złe środowisko… Kiedy kochasz, usprawiedliwiasz w nieskończoność, prawda? A jednak, los dał nam wolną wolę i możliwość wyboru. Pracować nad sobą może każdy z nas, trzeba tylko chcieć być lepszym.

Kochani, Kochane! W miłości każdy jest trochę wariatem, głuchym na głos rozsądku i ślepym na różne, niepokojące oznaki, że z nim, czy z nią, jest jednak „coś nie tak”. Nie róbcie sobie nigdy wyrzutów, że mogliście pokochać „kogoś takiego”. Przecież, to nie wasza wina 😉 Tylko, proszę, nie powtarzajcie tych samych błędów.


Lifestyle Związek

I co z tego, że jest starsza, jeśli ich miłość wygrała. Wstyd mi za to, że kobiety mogą być tak okrutne i bezwzględne wobec innych kobiet

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 maja 2017
Fot. iStock/Nastco
 

Od poniedziałku, z pierwszych stron gazet i portali zerkają na mnie zdjęcia uśmiechniętej, pięknej, świetnie ubranej, zgrabnej, spełnionej zawodowo i życiowo kobiety. Kobiety, na którą patrzy się z przyjemnością. Kobiety szczęśliwej, zadbanej, uprawiającej sport i mającej różne pasje. Mamy, babci i żony. Partnerki przyszłego prezydenta Francji. I mimo, że Bridget Trogneux jest osobą tak ciekawą, że można by o niej napisać naprawdę wciągający artykuł, większość z nas koncentruje się głównie jedynie na tym, że od swojego męża pani Macron jest starsza o 24 lata. Oraz, że poznali się wtedy, kiedy Emmanuel był jej uczniem. Jak ona śmiała. (On przecież i tak nie wiedział, co robi).

Czytam komentarze na Facebooku i na portalach poważnych gazet. Bo chyba każdy większy portal napisał już o tej parze, o niezwykłej historii ich miłości. To prawda, jest ona zupełnie inna niż historie związków większości z nas, niż miłości w klasycznych bajkach i rodzinnych opowieściach. Ale też z tego właśnie powodu, wymagała olbrzymiej odporności na wszelkie przeciwności, które zakochani napotkali na swojej drodze. A przede wszystkim, odporności na ludzką zawiść i przekonanie, że każdy z nas ma prawo oceniać to, jak żyją inni. I że kobieta znacznie starsza od swojego męża, to prawdziwy „dziwoląg”.

Internet wrze. Znajoma blogerka wrzuca zdjęcie przyszłej pary prezydenckiej z komentarzem ”piękna miłość”. Kilka minut później pojawia się lawina komentarzy, które nie zostawiają na niej – na pani Macron – suchej nitki. Bo przecież kobieta nie powinna być starsza od swojego partnera, a już na pewno nie o TYLE lat. Bo kobieta, która zostawiła dzieci (dodajmy uczciwie, że dorosłe) i męża (z którym nie była szczęśliwa) dla tak „niepoprawnej”, niedozwolonej społecznie miłości to zaburzona psychicznie egoistka (cytat). Najczęstszy epitet i największy zarzut jest jeden: „stara”. Ona jest stara, a więc okropna, pomarszczona, nieatrakcyjna. Jej ciało nie pasuje do ciała tego młodego mężczyzny. Zresztą, o prezydencie elekcie możemy przeczytać tylko tyle, że najprawdopodobniej ma on kompleks Edypa, albo jest krypto gejem. Bo przecież to niemożliwe, żeby „młodszy facet mógł zakochać się w takiej starej babie”. To niezgodne z naturą, obleśne i fu.

Wszystkim paniom (o dziwo, to one przeważają jako autorki najostrzejszej krytyki, panom – również młodszym – raczej Bridget Trogneux przypadła do gustu) chciałabym więc dziś powiedzieć że:

Wstyd mi za to, że kobiety mogą być tak okrutne i bezwzględne wobec innych kobiet, że mogą krytykować je w tak seksistowski sposób. Czy i na siebie patrzycie jedynie przez pryzmat wieku, wyglądu, ciała?

Wstyd mi za to, że odmawiacie kobietom, które wychowały już dzieci, których małżeństwo okazało się nieudane, prawa do szczęścia. Czy szczęśliwym można być według was jedynie poświęcając się dla innych?

Wstyd mi za to, że z o wiele większą tolerancją patrzycie na związek starszego, dyskryminującego kobiety mężczyzny z o wiele młodszą partnerką (bo wiadomo, facet zawsze woli młodsze) niż na związek młodego człowieka, któremu los kobiet nie jest obojętny, który swoją żonę traktuje z szacunkiem i publicznie mówi o roli jej wsparcia w jego politycznej i zawodowej karierze, ze starszą ukochaną.

Wstyd mi za to, że koncentrujecie się na tym, co fizyczne, bardziej niż na tym, co leży w sferze emocji, duchowego i intelektualnego porozumienia.

Wstyd mi za to, że nie wierzycie w miłość tak silną, że pokonuje ona naprawdę duże trudności, że wygrywa z czasem i odległością, że nie przejmuje się opinią innych. Żałuję, jeśli same nigdy takiej nie przeżyłyście.

I jeszcze tylko jedno – wy też kiedyś będziecie mieć 64 lata. Może nawet całkiem niedługo. Spojrzycie wtedy w lustro i nie zobaczycie tam starszej pani, tylko siebie – kobietę, która wciąż ( a moze dopiero) kocha i chce być kochana. Dziewczynę, która jeszcze całkiem niedawno zaplatała swoim lalkom warkocze, albo stawiała budowle z klocków. Nastolatkę, która traciła głowę dla swojego idola. Człowieka, który ma prawo do szczęścia. Swojego szczęścia.


Lifestyle Związek

Zawsze będziesz małą dziewczynką – o relacji z rodzicami, która nie pozwala dorosnąć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
24 kwietnia 2017
Fot. iStock/freemixer

Jesteś dorosła. Dowód osobisty masz w portfelu od jakiś 10 lat, prawo jazdy (pierwszy samochód kupił ci tata) – od siedmiu. Mieszkanie (prezent od rodziców na zakończenie studiów) urządzałaś kilka razy, bo nie byłaś pewna, jak właściwie powinno wyglądać. Na ślub z K. zgodziłaś się „bo tak wyszło”, ale o założeniu rodziny myślisz z przerażeniem, choć wiesz, że twój narzeczony marzy o dzieciach. „Jakoś to będzie” –  mówisz sobie, albo jeszcze: „Pomyślę, o tym później”. W przypadku Scarlett O’Hara, twojej ulubionej bohaterki – działało. Ty masz jeszcze rodziców, gotowych ratować cię z każdej opresji. Żyjesz jak w bajce, nie w realnym świecie, bo też niewiele masz realnych problemów. Taka „królewna” tatusia. Czemu więc czujesz się „pusta”, smutna gdzieś w środku? Dlaczego przyszłość coraz bardziej cię przeraża?

Mama

Mama jest silna, apodyktyczna, nie lubi, kiedy zbyt długo podejmujesz decyzje. Właściwie nadal podejmuje je za ciebie. W szkole podstawowej wybierała ci koleżanki, tak jak zajęcia pozalekcyjne. „Z tą dziewczynką się nie baw, ona ma brudną sukienkę” – słyszałaś, chociaż ciebie właśnie małe serduszko ciągnęło w kierunku pyzatej, wiecznie umorusanej i uśmiechniętej buzi. Po szkole angielski, balet albo francuski i taniec współczesny. Lalkami mogłaś pobawić się chwilę przed spaniem, kiedy odrobiłaś lekcje i powtórzyłaś nowe, francuskie słówka. Albo wtedy, kiedy do mamy przychodziły ciocie ze swoimi córeczkami. Mama nazywała je twoimi przyjaciółkami, ale dziś nie pamiętasz nawet dobrze ich imion. Nie, nie żałujesz tych znajomości. Tak bardzo chciałaś mieć przyjaciółkę od serca. Od Twojego serca.

Mama cię kocha, czujesz to. Ale bardziej jak swoje ciągle niedoskonałe dzieło, które tworzy, poprawia, koryguje, poucza. Po maturze (zdałaś najlepiej), chciałaś iść na Politechnikę, bo lubisz grafikę komputerową. – Nie ma mowy – powiedziała ci mama i zawiozła cię, razem z papierami, na uniwersytet. Skończyłaś zarządzanie. Przecież wiadomo – staż zrobisz w firmie taty, potem zostaniesz jego prawą ręką. W końcu przejmiesz firmę. Tata zawsze będzie mógł ci doradzać. Tak po prostu musi być.

Tata

Wzór mężczyzny. To znaczy, tak ci się zawsze wydawało. Zdecydowany, Kiedy trzeba potrafi zakląć, zadziałać, kiedy ci smutno – przytuli i kupi „nagrodę pocieszenia”. Nieważne, że nie zasłużyłaś.

Prezenty. Odkąd pamiętasz dostawałaś ich od niego całe mnóstwo, bez okazji. Ot, po prostu zobaczył świetną sukienkę, fajną grę, nową zabawkę, która mu się spodobała – natychmiast musiałaś ją mieć. Wpadał do twojego pokoju, podrzucał kolorową torebkę i patrzył tylko, czy się uśmiechniesz. Musiałaś się uśmiechnąć, potem wychodził, zadowolony z siebie, że taką przyjemność ci sprawił.

Albo wtedy, kiedy uczyłaś się wiersza cały tydzień, ale na konkursie recytatorskim zjadły cię nerwy i nie powiedziałaś ani słowa. Płakałaś, kiedy zjawił się z olbrzymim misiem z czerwonym sercem w łapce. Nie rozumiał, że zamiast tulić misia, chciałaś usłyszeć co zrobić, żeby serce nie biło tak szybko, żeby ten strach nie paraliżował tak mocno…

Tata jest zaborczy. K. toleruje dlatego, że to syn szefa dużej spółki. Pracowity, zdolny. Zapewni ci wszystko. Że bywa wulgarny, że szybko się niecierpliwi? Chyba taki powinien być facet? I żadnego tam życia „na kocią łapę”. Musi być ślub i koniec. Dwa lata „chodzenia” starczy. Pora wziąć się za organizację tej kosztownej imprezy.

Masz 28 lat, za dwa lata skończysz 30. Wszystko, co masz, dostałaś od kogoś, na nic nie zapracowałaś w pełni samodzielnie. Niczego nie zaplanowałaś sama, nie spełniłaś ani jednego, swojego marzenia. Ta świadomość ciąży ci coraz mocniej. Rodzice roztoczyli nad tobą parasol ochronny, kontrolując każdy aspekt twojego życia. Twoja mama wie nawet, kiedy kończą ci się pigułki antykoncepcyjne, tata, niczym system komputerowy przypomina o wizytach kontrolnych u lekarza i wypełnia za ciebie PIT.

A twój narzeczony tak bardzo przypomina ci twojego ojca. Starszy o pięć lat, zdecydowany i bez przerwy obsypujący cię prezentami, których nie potrzebujesz. Kiedy zaczęliście się spotykać, pomyślałaś, że z nim poczujesz się bezpiecznie. Dziś myślisz, że nigdy nie rozmawialiście o tym, jakie przeczytaliście książki, ani gdzie chcecie pojechać kiedyś, w przyszłości, gdy będziecie już dziadkami… Kiedy ci się oświadczał, w obecności rodziców, w ostatnie Boże Narodzenie, płakałaś. Wszyscy myśleli, że to ze wzruszenia. A z ciebie wylewał się strach. Lęk przed życiem, które nie jest twoje.

W pewien piątkowy wieczór, wychodzisz z domu. Jest maj, wszystko kwitnie, w powietrzu unosi się zapach bzu. Oddychasz, szybko, jakbyś chciała złapać tym oddechem całą odwagę, której brakowało ci przez te kilkanaście lat, kiedy żyłaś pod kloszem. I w tym momencie zaczynasz rozumieć, że to ostatni moment, żeby poznać życie. To prawdziwe. Widzisz teraz jasno, że ty nic nie umiesz, że bez nich – tych wszystkich ludzi wokół, nie potrafisz nawet zdecydować, jaką kawę wolisz – mocną i aromatyczną, czy tę „pół na pół” z mlekiem. Powoli układasz plan, chyba pierwszy w swoim życiu. Nie będzie łatwo, ale uwolnisz się. Nie, nie uciekniesz. Wiesz, że uciekanie nie pomoże ci odnaleźć siebie. Ty po prostu nauczysz się rozróżniać co jest dla ciebie najlepsze. Nie chcesz być już małą dziewczynką. Powoli odzyskasz kontrolę nad swoim życiem. Wierzę, że ci się uda.


 Dla A.