Lifestyle Psychologia

Pozwól sobie na upadek. Czasem inna perspektywa pozwala dostrzec nowe możliwości

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
 

Nie ma ludzi totalnie zadowolonych ze swojego życia. Przynajmniej ja nie spotkałam  jeszcze osoby, która żyłaby życiem  idealnym. Masz świetną pracę, ale wkurza cię mąż. Masz fajnego męża a dla odmiany drzesz koty z teściową. Twoje dzieci są super mądre, ale chorują, albo na odwrót, zdrowe konie, tylko leniwe. Zawsze coś. Nie jesteśmy manekinami, bez woli i możliwości, ale łatwo przychodzi narzekanie na wszystko: “Wiesz, w sumie to nie jest źle, ale przydałoby się większe mieszkanie /nowe auto/ schudnąć parę kilo.”

Fajnie, jeśli zmiany wynikają z chęci

Patrzysz na salon i myślisz: “Rany, nuda, ciągle to samo, czas zrobić jakiś remont”. Po czym  robotę zlecasz mężowi, sama z zadowoleniem spoglądając na efekt końcowy. Jednak jeśli stoisz przed wizją życiowej rewolucji, przygotuj się na ofiary!  Los nic darmo nie daje, czasem wręcz sponiewiera, odbierając najważniejsze. Znasz smak bezrobocia, kosztownego leczenia, czy traumatycznego rozwodu? Jeśli nie, to jesteś szczęściarą,a jeśli tak, doskonale wiesz, co tak naprawdę straciłaś. I że zrobisz wiele, by to odzyskać.

Jak się coś rozwala, trudno przyglądać się temu ze spokojem

Więc działasz, bo chcesz wrócić do normalności bez pytań w stylu “a co ty tak zmizerniałaś, chora jesteś czy mąż ci po nocach spać nie daje?” Większość zapyta o to bardziej z ciekawości, niż ze szczerej troski. A taka ciekawość boli cholernie! No bo jak tobie może być, skoro zostałaś bez pracy, a musisz dalej płacić za czynsz, nakarmić czymś dzieci? Albo twój ukochany mąż, w którego byłaś zapatrzona jak w obrazek, wybrał sobie na nową partnerkę model wcale nie lepszy, ale za to w rozmiarze 36! Mimo, iż latami zapewniał, że kocha rubensowskie kształty. I zamiast szukać sensu życia, masz ochotę z okna skoczyć, a na pytania “a co się właściwie stało?”, dać komuś w twarz.

Co robić, gdy jest naprawdę ciężko?

Na chwilę odpuścić, skupić się na sobie. Dostrzec nowe perspektywy! “Upadek” nie musi być końcem wszystkiego. Bo może miałaś pracę dobrze płatną, ale wykańczającą psychicznie? Przykładałaś się, tłukłaś nadgodziny, wychodziłaś rano, dzieci jeszcze spały, kiedy wracałaś, już spały. Zwolnienie z pracy, której wszystko poświęcasz, jest niczym kopniak w twarz z półobrotu, ale coś za coś. Na początek zyskasz czas, którego dotąd nie miałaś i nowe możliwości, o których siedząc po godzinach nawet byś nie pomyślała. Potrzeba matką wynalazku, więc usiądź, weź kartkę i długopis, wypisz plusy i minusy danej sytuacji. Brzmi banalnie? Może, ale się sprawdza, nic lepszego nie możesz zrobić, niż chłodno spojrzeć na sprawę. Bolesny upadek może być wstrząsem, który otworzy ci oczy na to, co tak naprawdę jest do szczęścia potrzebne.

Znam przykłady kobiet dojrzałych, pragnących szczęśliwego życia, które zdecydowały się na zmiany lub tymi zmianami zaskoczył je los. Bo przykładowo miały dość nudnej, tej samej pracy, w której prawdziwy urlop był tylko mrzonką, wiecznie podpiętej pod system  pani kierownik. Efekt? W desperacji owa kierowniczka złożyła rezygnację, z dziką satysfakcją oglądając szefa po raz ostatni. Bez pomysłu co dalej, za to z czasem zyskanym na przemyślenia. Mądrze? Nie mam pojęcia, ale dzięki temu, teraz realizuje swoją pasję, przy okazji rozkręcając własny biznesik.

Inna miała dość małżeństwa. Ale nie z nudów, tylko z obrzydzenia do farsy, którą tak uporczywie podtrzymywała, sprawiając wrażenie szczęśliwej żony. Owszem, niczego jej nie brakowało, poza wiernością męża. I to dopiero musiał być ból, gdy pewnego pięknego dnia obudziła się wiedząc, że to naprawdę koniec i nic poza dziećmi jej nie zostało. Podniosła się z kolan, z szarej myszki, niepracującej matki, zmieniając się w pracującą superwoman. Czy jest jej teraz lepiej? Tego nie wiem, na bilans życia “po rozwodzie” dopiero przyjdzie czas. Ważne jest to, że dostrzegła szansę dla siebie i z niej skorzystała. Bo gdyby nie odejście męża, dalej tkwiłaby w tym  samym  punkcie licząc umykające lata i szanse.

Ja nie jestem ryzykantką, więc zalecałabym ostrożność w rozpalaniu życiowej rewolucji. Co ty zrobisz? Nie dowiesz się, dopóki życie nie postawi cię w takiej sytuacji. Mówi się, że “jest ryzyko, jest zabawa”, tylko pamiętaj, że ryzykując wszystko dla bliżej nieokreślonych pragnień, możesz zostać z niczym. Tak jak nie mając nic do stracenia, możesz zyskać “wszystko”.


Lifestyle Psychologia

Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 października 2015
Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze. Dieta 80/20, na czym to polega?
Fot. iStock – Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze
 

Teraz wiem, że Julia Roberts w filmie Notting Hill miała rację (obejrzałam setny raz). W scenie, w której każdy wymieniał swoje nieszczęścia, ona na końcu powiedziała Całe życie jestem na diecie. Nie ma nic gorszego niż chodzić po świecie wiecznie głodnym.

Schudłaś!. Lepiej wyglądasz(czytaj Przytyłaś”). „Świetnie te jeansy na tobie leżą, jak jesteś taka chuda!. No wreszcie masz biust!. Kocham siebie. Nienawidzę siebie. Kocham. Nienawidzę. I tak w kółko Macieju. Podobnie jak tysiące kobiet na przemian chudnę i tyję, uwielbiam siebie i nie znoszę, liczę w kółko kalorie, prześwietlam etykiety, gotuję, piekę i całe życie JESTEM ALBO NA DIECIE ALBO NA WYŻERCE. I podobnie jak tysiące kobiet wolę swoje życie w wersji S albo XS (to raczej nigdy).

Od ponad dwóch tygodni odpoczywam po zamknięciu wielkiego projektu. Schudłam (!), napracowałam się i zbieram siły do dalszego życia. Siedzę więcej w domu i jem. Właściwie krzątam się przy jedzeniu non stop. Gotuję z przepisów, piekę z ulubionego bloga i tyję. I tak mi dobrze, że postanowiłam napisać o tym, dlaczego mi lepiej, gdy jestem grubsza i jem.

A więc:

  1. Najważniejsze. Nie chodzę głodna. Co za komfort! Nie zaglądam ludziom do talerzy i nie wzdycham. Nie ślinię się na widok ohydnej drożdżówki z budyniem w spożywczym. Nie mam ochoty zamordować człowieka z hot-dogiem na stacji.
  2. Nie słyszę dziwnych dźwięków ze swojego brzucha. Typu piła wiertnicza na budowie. Albo pisk. Bulgotanie. Syk. Nie umieram ze wstydu na przykład w trakcie wizyty u lekarza czy, nie daj Boże, psychoanalityka, który nic nie mówi.
  3. Mam energię!!! Mnóstwo energii. Nie jest mi słabo, niedobrze i nie boli mnie głowa. Mam siłę jechać na rowerze i na rolkach. Chce mi się!!!
  4. Czuję smaki. Niesamowite smaki. Na przykład trufli. Albo figi. Albo fasolki z czarnym sezamem. Gdy jestem chuda, mam wyłączony zmysł smaku (czasami to anemia).
  5. Mam miękki brzuch i milej się na nim położyć (cytat z dzieci).
  6. Mam większe piersi i milej się na nich położyć (cytat nie z dzieci).
  7. Nie wydaję tyle kasy na ubrania. Przebieralnie omijam szerokim łukiem (!). Jak jestem grubsza, nie kupuję ubrań; czasami buty, ale sezon na kozaki, więc problem z grubą łydką ten sam.
  8. Nie rzucam się w oczy. Doceniam ciemne kolory. Stonowane. Czarne wyszczupla. Idę pod szkołę i ledwo mnie poznają (dresy, kaptur, zero makijażu- nie, bynajmniej to nie depresja!)
  9. Jestem bardziej empatyczna. Mniej krytykuję innych (Kasia, jak dieta? Coooo, znowu?!). Nie jestem upierdliwa (cytat z Kasi). Po prostu nie pytam. A jak ktoś się żali, uśmiecham się ciepło i odpowiadam Kochanego tłuszczyku nigdy za wiele(Od kiedy, Ohme?!). 
    Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

    Fot. Flickr / Mike Seyfang / CC BY / Całe życie na diecie? Krzątam się, gotuje i TYJĘ… i tak mi dobrze

     

  10. Jestem mniej nerwowa. Nie żyję w kieracie tabeli kalorycznej, nie odczuwam napięcia. Jem, kiedy chcę i co chcę. Jestem zrelaksowana i szczęśliwa.
  11. Mało wychodzę. Dzieci zadowolone. Eks też, bo ma wszystkie wieczory wolne. A w co ja bym się miała niby ubrać?!
  12. A ponieważ nie wychodzę, to więcej a) czytam, b) piszę, c) oglądam. Rozwijam się nie tylko w pasie, ale także w głowie.
  13. Poznaję ludzi. W Internecie. Społeczności. Na przykład aby przynależeć do jednej, dowiedziałam się, że należy przysłać próbkę kału. No comments.
  14. Nie piję alkoholu. Wolę słodkie soki. Wreszcie mi wolno. Najbardziej uwielbiam syrop malinowy rozpuszczony z wodą i odrobiną cytryny. Mniam. I herbata z trzema łyżeczkami cukru.

  15. Oddzwaniam. Częściej niż zwykle. Nie pędzę nigdzie. Widzę, kto się wyświetla na moim monitorze i mam czas pogadać (jeśli nie śpię).
  16. No i śpię wspaniale! Nie budzi mnie głód ani niepokój (z głodu). Mam piękne sny, w których jestem woooolna!
  17. Aha, i staje się wierna. Nie flirtuję. Nie uwodzę. Trzymam się Tego, który powtarza mi na każdym kroku Jesteś piękna, a ostatnio Wreszcie wyglądasz jak prawdziwa kobieta!.
  18. A i zaczęłam modlić się wieczorem. Głównie z powodu Klary, która ma zadane na religii. Ale przy okazji modlę się, by moje życie było zawsze takie, jak teraz. SYTE! Boziu, dziękuję, że wreszcie mogę jeść. Kocham Cię!

A więc drogie moje, jeśli macie podobnie, życzę Wam z całego serca: JEDZCIE, MÓDLCIE SIĘ I KOCHAJCIE.

PS: Polecam filety z kurczaka zawijane w szynce parmeńskiej w sosie pomidorowym z rozpuszczoną mozzarellą. I apple pie na kruchym. Smacznego!


Lifestyle Psychologia

Igła w kręgosłup od konowała – dobrze „postraszyć” kobietę przed porodem. Czyli znieczulenie porodu podawane przez położną

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
16 października 2015
Fot. iStock

Ale zawrzało, zagotowało się w środowisku, na ulicach i w internetowych serwisach. Gorący nius, policzek wymierzony w twarz rodzicom i kobietom rodzącym. Bo Ministerstwo produkuje bubla. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że po raz kolejny zamiast stawiać na rzetelną informację, postanowiono nieco przygrzać temat. A kto nie wie – drży. Bo przecież poważne portale napisały. Parentingowe, znają się przecież. Jakże wielką ignorancją trzeba się wykazać, żeby posiadając wykształcenie medyczne napisać: „Teraz igłę w kręgosłup wbiją położne.”?

Przykro mi – nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie (bo nie mieści mi się to w głowie). Szczególnie, że znalezienie rzetelnego źródła informacji po wpisaniu w Google odpowiedniej frazy szczytem detektywistycznych zdolności nie jest (moja przeglądarka „mówi” mi, że zrobiła to w 0,36 sekundy – ja musiałam nieco przewinąć stronę, co zajęło mi zdecydowanie więcej czasu). Ale do rzeczy.

Jeden ze znanych portali zadaje przyszłym matkom dramatyczne pytanie wprost. Czy pozwoliłybyście, żeby do porodu znieczulała was położna, a nie anestezjolog? Dalej jest o tym, że ministerstwo nie widzi problemu. Czytam artykuł. Zdawkowe informacje, według których położna bez kwalifikacji (według autorki) – co jest bardzo mocno zaakcentowane, będzie podawała „lek w kręgosłup”. Czytam, jestem zażenowana ujęciem tematu. Widzę źródło – jednak link odsyła do niedostępnej dla przeciętnych śmiertelników strony (portal medyczny dla pracowników służby zdrowia) – nie wiem po co, bo ten sam portal umieścił również rzetelną informację dostępną dla wszystkich. Machnęłam ręką, trudno. Gdy już prawie pogodziłam się ze sposobem edukowania czytelników, widzę na swoim Facebooku post z innego portalu parentingowego. Autorka – ratownik medyczny. Ale mam oczy wielkie jak pięciozłotówki. Ten portal idzie nawet o krok dalej, bo według autorki położne już awansowały z podawania w kręgosłup do wbijania igieł. Istna rewolucja. I dalej straszenie. Że niby do znieczulenia mamy  już dostęp tylko, że nie ma lekarza, który by je podał. O losie! Koleżanki i koledzy – dziennikarze i medycy – czy wszyscy już oszaleli?! Czytelnicy, rodzice, kobiety, kowale, drukarze, mleczarze, kasjerki i nauczycielki – nie słuchajcie tego (i wszyscy inni też)!

Później jest już tylko gorzej:

Czytam, że większość kobiet obawia się, że położne nie posiadają  umiejętności, ani wiedzy, by móc wykonywać tak zaawansowany zabieg.

Biegajmy w kółko głośno krzycząc! Jak piszą autorki obydwóch artykułów – taka położna nie musi mieć nawet magistra. STOP.

A teraz jeśli naprawdę interesuje was temat – trochę rzetelnych informacji.

Projekt rozporządzenia w sprawie standardu postępowania medycznego w łagodzeniu bólu porodowego

Co tak naprawdę jest w zapisach i budzi kontrowersje – jak się okazuje przede wszystkim środowiska medycznego (dość wybiórczo). To banalne. Żadnego wbijania igieł przez konowałów nie będzie.

„Wśród zapisów rozporządzenia dwa budzą szczególne wątpliwości lekarzy: pierwszy – że przez najbliższe siedem lat położna wspierająca anestezjologa przy znieczuleniu będzie musiała wykazać nie wiedzę (np. kurs na położną anestezjologiczną czy wyższe studia kończące się dyplomem magistra położnictwa), ale pięcioletnie doświadczenie pracy na bloku operacyjnym. Po drugie – że choć projekt wyraźnie mówi o prowadzeniu porodu i znieczulenia przez lekarzy, to w obowiązkach położnej anestezjologicznej jest też podawanie leków do przestrzeni zewnątrzoponowej.”*

Osobiście uważam (a tak się złożyło, że wykształcenie wyższe medyczne mam), że położna (czyli osoba z wyższym wykształceniem medycznym – lic. lub mgr) posiadająca prawo wykonania zawodu – mająca doświadczenie zawodowe na bloku operacyjny (a więc współpracującą z anestezjologami i mająca doświadczenie w ocenie stanu znieczulanego pacjenta) – jest osobą bardziej wykwalifikowaną, niż położna z mgr, która pracuje 2 dni na oddziale położnictwa, ba! prędzej zaufałabym jej, niż lekarzowi stażyście, który swoją praktykę dopiero rozpoczyna. Tu liczą się i wiedza i doświadczenie (plus umiejętność skorzystania z nich). Jednak znów nie o to chodzi.

Zapisy definiują, że rolą położnej ma być podawanie leków (tak, jest do tego wyszkolona) według zlecenia lekarskiego (i pod  kontrolą anestezjologa).

„Co prawda w standardzie postępowania jest zapisane, że lekarz przebywa z rodzącą przez pół godziny po podaniu leku, i jest to krytyczny okres, kiedy można stwierdzić np. alergię na farmaceutyk – opowiada Medycynie Praktycznej anestezjolog znający sprawę. – Działania niepożądane mogą wystąpić jednak także później, po podaniu dodatkowych dawek farmaceutyku, i mogą to być zdarzenia tak poważne, jak depresja oddechowa. Czynność obarczoną takim ryzykiem powinien wykonywać lekarz. Nie wystarczy, że położna będzie się kierowała schematem podania leku określonym przez lekarza – dodaje anestezjolog.”*

Jak skomplikowany jest to zabieg? Hmmm. W dużym uproszczeniu – lekarz anestezjolog zakłada pacjentce wkłucie, wprowadza cewnik zakończony specjalnym portem,  czyli „pudełeczkiem”, do którego wkłuwa się igłę ze strzykawką, żeby podawać kolejne dawki leku. To taki bardziej zaawansowany wenflon. Rola położnej – po podaniu pierwszej dawki znieczulenia przez lekarza i upewnieniu się, że stan pacjentki nie budzi zastrzeżeń, zgodnie z zalecaniami – miałaby podawać do tego „wenflonu” kolejne dawki leku. Oraz oczywiście monitorować stan pacjentki i dziecka, co robi również teraz, bo anestezjolog po podaniu znieczuleni nie chowa się pod łóżko porodowe, ani do szafy. Nie trzyma również pacjentki za rękę. Zagląda do niej „co jakiś czas”. Pacjentka na sali porodowej jest przede wszystkim pod opieką położnej i lekarza położnika. W razie komplikacji lekarz anestezjolog zostaje wezwany.

Rewolucja prawda, groza. Wykwalifikowany personel będzie wykonywał pracę, którą albo już wykonuje, albo jest do niej przygotowany. „Strzeżcie się, drogie przyszłe mamy…”.

„Na jedną rodzącą miałaby przypadać jedna położna anestezjologiczna, współpracująca z lekarzem podającym leki i odpowiadającym za analgezję. Tym lekarzem byłby anestezjolog – z tym, że w oparciu o własną wiedzę mógłby prowadzić znieczulenie do więcej niż jednego porodu. Warunek – po podaniu leku przez pierwsze 30 minut musiałby obserwować rodzącą kobietę. Położna anestezjologiczna miałaby przez cały czas monitorować funkcje życiowe matki i dziecka, a także badać, jaki wpływ na te funkcje mają podane leki, a także czy ból jest łagodzony skutecznie. To rozwiązanie stosowane już w Europie.”*

O co więc tyle krzyku? Jak nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Zapewne niektórym anestezjologom odebranie tego zadania – a tym samym pracy i płatności za nią – nie będzie w smak, jeszcze bardziej nie podoba się Ministerstwu, że miałby na pracę dodatkowych anestezjologów wydać niemałą sumkę z budżetu. Położne raczej też nie będą skakały z radości. Dodatkowy obowiązek, to nie tak wiele – mają do tego pełne kompetencje – natomiast spada na nie nowa odpowiedzialność. A wiadomo, że gdy coś się stanie, oberwie ten słabszy. Już teraz na samą myśl o nowym rozwiązaniu wszyscy na nich wieszają psy.

Rozwiązanie? Banalne. Wystarczy, aby bloku porodowym dyżurował chociażby jeden anestezjolog, który nie będzie angażowany w pracę na bloku operacyjnym. Będzie w stanie zakładać znieczulenie pacjentkom rodzącym, doglądać sali pooperacyjnej i jeszcze być na wezwanie, gdyby coś się jednak wydarzyło. Wtedy wszystkie rodzące będą odpowiednio zaopiekowane. Położna zdejmie z anestezjologa konieczność podawania kolejnych dawek. Jeśli Ministerstwo zamiast zapychać dziury posłucha, to rozwiązanie może być dla wszystkich korzystną zmianą. Można?

I błagam. Zanim napiszecie, skomentujecie – poszukajcie rzetelnych źródeł. Nie straszmy kobiet na zapas!


 

Źródło: Medycyna Praktyczna*


Zobacz także

inteligencji

Szalony naukowiec? Coś w tym jest, więc sprawdź czy u ciebie występują oznaki wysokiej inteligencji

20 faktów o inteligencji społecznej. A ciebie da się lubić?

Inteligencja emocjonalna. Ile z tych 15. cech posiadasz?

Wymarzone miejsce na wyszukiwanie ubraniowych perełek? Sprawdź sama!