Lifestyle Psychologia

„Pomyślę o tym jutro…” – nie daj się na to nabrać. Są tacy, co próbują „przełożyć” sobie całe życie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 maja 2016
Fot. iStock / Vizerskaya
 

Czy jesteś Przekładalskim? Takim, co na studiach nie zabrał się za powtarzanie do kolokwium, póki nie przygotował sobie pierwszej, drugiej i trzeciej herbaty? Czy z trudem przychodzi ci wywiązywanie się z tych – mniej przyjemnych – obowiązków? Musisz więc chyba wiedzieć, że jeśli do tej pory odnosiłeś sukcesy, to była to raczej kwestia szczęścia.  Są tacy co próbują „przełożyć” sobie całe życie, zwlekając z decyzjami, które mogłyby obrócić ich los o 180 stopni. Nie warto. Bo to życie toczy się dalej i nie czeka na „spóźnialskich” i niezdecydowanych. Lepsze możliwości mogą się już nie powtórzyć, a my nie mamy tu żadnego okresu próbnego.

Ty: Ciągle czekasz na doskonałą okazję, wyczekujesz tego jednego idealnego momentu. Usprawiedliwiasz się w myślach: to jeszcze nie teraz, kiedy chwila nadejdzie, poczuję to.

Świat: Sprząta ci spod nosa wszystko, co mogło być twoje. Wie, że sukces buduje się najlepiej małymi kroczkami, wykorzystując nawet najdrobniejsze, pozornie niewiele znaczące okoliczności. 1:0 dla świata.

Ty: Poczucie, że masz coraz mniej czasu zaczyna spędzać ci sen z powiek. „Spokojnie – uspokajasz się – ważne, żeby się nie nakręcać.”. W pewnym sensie masz rację, ale kolejny dzień mija, a ty nie robisz nic, żeby „ruszyć” z twoją sprawą. A potem robi się naprawdę za późno, a zaległości powodują u ciebie stany lękowe i depresyjne.

Świat: Świadomy jest tego, że czasem trzeba umieć zarządzać. Że kiedy się posiądzie tę umiejętność, to będzie można i wyłączyć telefon i zniknąć by relaksować się z czystym sumieniem. Bez tego ostatniego trudno z resztą o prawdziwy relaks. 2:0 dla świata.

Ty: Uciekasz przed swoimi lękami, unikasz odpowiedzialności. Wszystko, co „poprzekładałeś” piętrzy się teraz w twojej głowie, a ty nadal nie potrafisz przyznać się do błędu. Wypierasz, zapewniasz się „jakoś to będzie”. I zamykasz się w sobie coraz bardziej. Jesteś bierny.

Świat: Działa. Szuka pomocy. Uczy się jak wyjść z tego impasu. Wie, że każdy ma obawy, że to normalne, ludzkie. Po prostu trzeba sobie z nimi radzić, przełamywać słabości. 3:0 dla świata.

Ty: Masz poczucie niedostatku. Zdarza ci się narzekać, że „ciągle za mało”. Pieniędzy, możliwości. Odpuszczasz jednak, kiedy nadarza się okoliczność, żeby zmienić pracę na lepszą, żeby zabezpieczyć się materialnie. „Następnym razem już na pewno” – przysięgasz sobie. Ale rzadko kiedy wyciągasz wnioski, które prowadza do zmian w tym, co stało się już twoim sposobem na życie.

Świat: Biegnie po swoje marzenia, zmienia się, zdobywa to, o czym pragnie. 4:0 dla świata.

Ty: Kochasz, ale czekasz aż to on/ona cię zauważy. Grasz niedostępną, zimną. Nie ten, to następny –myślisz nie angażując się głębiej.

Świat: Jest szczęśliwy. Upada, podnosi się, jest z kimś, potem z kimś innym. Na chwilę, na stałe. Uczy się miłości i zdobywa ją. Świat wygrywa.

Nie ma nic gorszego, niż patrzeć na życie, które już się kończy z żalem. Ciągłe zwlekanie jest jednak najprostszą ku temu drogą. Jutro może nigdy nie nadejść. Naprawdę pozwolisz sobie na to, by przegrać ten mecz?


Lifestyle Psychologia

Robert Biedroń: „Ludzie oczekiwali, że znajdę sobie dziewczynę, że będę miał dzieci. Że nie będę głośno mówił, że jestem gejem”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 maja 2016
Robert Biedroń
Fot. Flickr / Lukas Plewnia / CC BY
 

Przyjeżdżam do Słupska akurat w dzień święta polskiej flagi. Piękna pogoda, jak na zamówienie. Przed ratuszem obchody tego dnia, dzieci, chyba z przedszkola, śpiewają piosenki pod pomnikiem. Rozglądam się i widzę Prezydenta Słupska, który z szerokim uśmiechem na twarzy wśród innych poważniejszych – być może – przedstawicieli miasta, macha biało-czerwoną flagą w rytm muzyki zachęcając do tego innych.

Ewa Raczyńska: Nie jest Pan poważnym Panem z Ratusza? Żadna sytuacja nie jest w stanie Pana zażenować?

Robert Biedroń: Nic nie poradzę na to, że jestem spontaniczny. Tak mam. Szczerze mówiąc mam problem z byciem politykiem. I tego nie ukrywam. Jest we mnie świadomość, że nie pasuję do takiego świata polityki, do jakiego wszyscy są przyzwyczajeni. Nie jestem stereotypowym politykiem i to nie dlatego, że jestem gejem. Jest na świecie wielu gejów – premierów, ministrów, prezydentów miast. Ale mam jednak problem z tym, że ciągle próbuje się mnie ubierać w jakiś garnitur, który kompletnie nie jest na mniej skrojony, wcisnąć w coś, co do mnie nie pasuje. Dzisiaj cieszyłem się, że mogę dumnie trzymać polską flagę. Taki jestem. Szczerze mówiąc staram się zmieniać, ale zastanawiam się, czy cena jaką płacę za ewentualne zmiany jest tego warta.

Zostając politykiem spodziewał się Pan czegoś innego?

Ja przede wszystkim nigdy nie myślałem, że zostanę politykiem, nie byłem zdeterminowany, żeby zostać posłem, czy prezydentem miasta. Życie napisało mi taki scenariusz. Ja chciałem po prostu żyć zgodnie ze swoimi regułami, chciałem być sobą i ciągle musiałem za to płacić.

Jaką cenę?

Taką, że ludzie oczekiwali, iż będę zachowywać jednak inaczej, że znajdę sobie dziewczynę, że będę miał dzieci. Że nie będę głośno mówił, że jestem gejem – począwszy od mojej mamy, najbliższych osób, przez moich partnerów, rodzinę, otoczenie, przyjaciół. A skończywszy na życiu publicznym.  Pamiętam, jak wystartowałem pierwszy raz do rady miasta jako osoba otwarcie mówiąca o swojej orientacji seksualnej. Wówczas od pani premier Ewy Kopacz usłyszałem, że mówiąc o tym bardzo sobie zaszkodziłem, bo to rzecz prywatna i że nigdy nie powinienem sprawować żadnego publicznego urzędu, bo jestem gejem. Takie było przeświadczenie. Ode mnie ciągle czegoś oczekiwano. Mówiono, oczywiście nie wprost: „udowodnij, że zasługujesz na to, że możesz być parlamentarzystą”.

Paradoksalnie to wszystko dodawało mi energii, popychało do dalszych działań. Myślałem sobie: „Kurczę, muszę udowodnić, że tak nie jest”. Że można być dobrym politykiem będąc gejem. Zresztą podobnie, jak wiele kobiet musi udowadniać, ze można być dobrym politykiem będąc kobietą.11953112_900269420029051_7911424241268030936_n

Pamiętam, jak stanąłem pierwszy raz na mównicy. Toczyła się dyskusja na temat wyboru wicemarszałka i padały tam jakieś straszne argumenty. Kiedy z mównicy powiedziałem, że są to argumenty poniżej pasa, sala zaczęła rechotać.  Gdy spytano posłów, dlaczego się śmieją, odpowiedzieli: „No wiadomo, jeśli on tak mówi, a jest gejem, to myśli o seksie”. A mi to do głowy nawet nie przyszło. Mówiłem o tym, że używane argumentu są okropne, że są beznadziejne, że nie powinno się ich używać, ale innym moje sformułowanie kojarzyło się jednoznacznie.

Zresztą ja nadal muszę coś udowadniać, by ludzie patrzyli na mnie przez pryzmat człowieka, parlamentarzysty, polityka, a nie tylko przez pryzmat geja, czyli tego, z kim śpię.

Zresztą podobnie wygląda sytuacja kobiet i grup wykluczonych, które także muszą dużo ciężej pracować, by dostać to, co najczęściej faceci otrzymują bez żadnej walki. Co należy im się tylko i wyłącznie dlatego, że mają kilka czy kilkanaście centymetrów tej końcówki. To jest po prostu nie fair.

Ale też myślę, że gdyby w Polsce nie było problemu nietolerancji, marginalizacji, to nie byłbym dzisiaj tu, gdzie jestem. To wszystko wywoływało we mnie wściekłość, niezgodę na takie traktowanie, bo przecież nie byłem gorszy, chciałem przeżyć życie tak, jak inni. Przez to byłem jeszcze bardziej zdeterminowany. Jeśli ktoś jest homofobem i nie cierpi gejów, to sam sobie jest winien, że prezydentem Słupska jest Biedroń. Gdyby oni dali mi spokój i pozwolili normalnie żyć, to pewnie nie byłbym prezydentem. Byłbym sobie zwykłym mieszkańcem.

Choć z drugiej strony to wszystko jest cholernie obciążające, bo inni mówią: „No dobra, jak już jesteś takim przykładem, to powinieneś nim świecić. Więc nie możesz mówić czy robić pewnych rzeczy. Na przykład powinieneś grzecznie stać z tą flagą, jak wszyscy prezydenci stoją. A ja macham. Więc nie pasuję. Czy jak pójdę do jakiegoś kilerskiego karaoke i zacznę śpiewać i fałszować, to są tacy, którzy uważają, że mi nie wypada, że nie powinienem tego robić. No ale robię, bo taki jestem, bo nie umiem udawać.

Patrząc z boku można by pomyśleć, że Pana życie jest lekkie i przyjemne, wystarczyło powiedzieć, że jest się gejem.

Nie było mi łatwo. Jasne, że mógłbym narzekać, bo często moje życie było przechlapane. Wychowywałem się w rodzinie w której ojciec był alkoholikiem i przemocowcem. Była nas czwórka rodzeństwa, rodzice stracili pracę w latach 90-tych – zamknięto szkołę, w której pracowali. Musieli wyjechać do Stanów Zjednoczonych, moja mama straciła słuch, mój ojciec zachorował na raka i zmarł. Dowiedzieli się, że jestem gejem… Do tego pochodziłem z rodziny, która była – delikatnie mówiąc, sceptycznie nastawiona do religii, więc zostałem wychowany jako ateista. Proszę sobie wyobrazić dwa powody do wykluczenia: gej i ateista. Było mi ciężko, szczególnie, że wychowywałem się w Krośnie na Podkarpaciu, a do szkoły średniej chodziłem w Ustrzykach Dolnych w Bieszczadach.

Zdecydował się Pan na coming out, kiedy w Polsce nikt o tym nie mówił.

No nie mówił. To było ogromne tabu w Polsce. Kiedy tworzyłem Kampanię Przeciw Homofobii, to cudem było, gdy ktoś się przyznał do tego, że jest gejem czy lesbijką. Mieliśmy wszyscy jakieś wyobrażenia łącznie ze środowiskiem gejów i lesbijek, jak powinniśmy wyglądać, jak się ubierać, jak mówić. Tak działają stereotypy, które oczekują od nas pewnych zachowań.

20150515_153224_img_4916-683x1024

Tyle, że ja się z tym nie zgadzałem, bo uważałem, że wszyscy jesteśmy różni, że nasza orientacja seksualna nie powinna wrzucać wszystkich do jednego worka. Każdy z nas ma prawo do głosu, do wyboru swojego stylu życia i dlatego zacząłem działać, oczywiście niczego nie żałuję.

Widzę, jak to wszystko, co zrobiłem i co robię pomaga nie tylko mi, ale tym wszystkim, których próbuje się wepchnąć w ten za mały garnitur, marginalizować. Ciągle dostaję jakieś wiadomości, maile, w których ludzie piszą: „Panie Prezydencie, podziwiam, ja też tak bym chciała, jestem kobietą, którą chce coś osiągnąć, ale ciągle rzucane mi są kłody pod nogi, widzę jak działa nadal ten patriarchalny system”. Albo pisze do mnie 16-letni chłopak z małej miejscowości, który właśnie jest na etapie odkrywania, że jest gejem: „jest pan dla mnie wzorem”.

A ja takich wzorów nie miałem. Wychowywałem się w tych Bieszczadach, widziałem wilki, rysie, niedźwiedzia, ale drugiego geja nigdy. Myślałem, że jestem jedyny na świecie, tak wie pani: „only gey in the vilage” (jedyny gej we wsi – przypis red.). Byłem przekonany, że życie jest przechlapane, bo nawet niedźwiedź ma drugiego niedźwiedzia, a ja nie mam nikogo.

Chciałem oczywiście wtedy popełnić samobójstwo, bo myślałem, że nie chcę być taki jaki jestem.. Wtedy nie było innego Biedronia, mi nikt nie mówił, że mogę być szczęśliwy i żyć normalnie. Dlatego też wiem, jak to jest cholernie potrzebne, żeby o tym mówić głośno, żeby dodać innym otuchy, którzy nie tylko ze względu na swoją orientację seksualną, ale też z wielu innych powodów, potrzebują takiego wsparcia, autorytetu, takiego przykładu, że można żyć inaczej. Że bycie gejem nie oznacza, że zawsze będę nieszczęśliwy, żyć na marginesie. Ja nie czuję się nieszczęśliwy, nie czuję się wykluczony.

Popytałam wśród znajomych, czy Robert Biedroń jest dla nich bardziej gejem czy politykiem. Dla wielu dzisiaj już politykiem.

Kiedyś tak nie było. Piszą do mnie ludzie, którzy są gejami, lesbijkami: „Robercie tak bardzo ci kibicujemy, tak się zmieniłeś”. A ja nie mam poczucia, że się zmieniłem. Zmieniły się postawy. Bo kiedyś ludzie oceniali mnie przez pryzmat geja, oceniali wszystko, co robię w kontekście tego, że jestem gejem. A dzisiaj stało się to dla nich tak powszednie, tak naturalne, że już na to nie zwracają uwagi. Staje się to dla nich przezroczyste. Ale musiałem to sobie wywalczyć. Na szczęście teraz dla wielu staję się bardziej politykiem, ale oczywiście nadal jestem gejem. Tego nie zmienię.

Ma Pan wrogów?

Myślę, że mam. Jednak ciężko się przyczepić do mnie jako do Biedronia, który jest politykiem. Kiedy byłem parlamentarzystą bardzo ciężko pracowałem, na koniec kadencji znalazłem się w pierwszej dziesiątce najlepszych parlamentarzystów. Podobnie jest tutaj w Słupsku – tak myślę, że błędów nie popełniam i że udaje się nam w mieście zrobić wiele fajnych rzeczy.

Jednak ludzie nadal krytykują mnie przez pryzmat łóżka. Jak pani przeczyta, co ludzie piszą, to najczęściej odnoszą się do mojej orientacji seksualnej. To jest cholernie nie fair. Ale to wynika z naszych uprzedzeń, bo jak się pisze o innych politykach – facetach, to ocenia się ich kompetencje, profesjonalizm, a nie to z kim sypiają. To jednak pokazuje mi, jak wiele jeszcze trzeba zmienić. Choć i tak zrobiliśmy duży krok do przodu.

20150305_121951__in_0326-1024x683

Niektórzy zarzucają Panu, że jest celebrytą.

Bo tak jest. Jestem celebrytą, dlatego, że jestem gejem. Ludzie bardzo się tym emocjonują, ich to podnieca, podkreślają: pierwszy gej parlamentarzysta, pierwszy gej prezydent miasta. Więc to jest nośne, pani pewnie by nie przyjechała do Słupska, gdyby Biedroń nie był gejem.

Coś w tym jest. Bo na przykład o prezydencie, powiedzmy Piły  – nie słychać.

O mnie słychać dlatego, że jestem gejem. Naprawdę. Moi koledzy i koleżanki samorządowcy mają czasami rację, że ja przez to, że jestem taki plastyczny i ciekawy medialnie, ściągam uwagę: „Biedroń znowu coś zrobił”. Oczywiście, że robię rzeczy, których nie robią inni: jak akcja z cyrkiem, śniadanie z maturzystami, spotkanie z uchodźcami, lekcje demokracji, Więc robimy rzeczy oryginalne i ciekawe.

A że wzbudzam zainteresowanie? Wykorzystuję to, bo w moim interesie jest, żeby pewne rzeczy były nagłaśniane, bo dzięki temu ze mną się rozmawia. Gdyby cyrku nie wpuścił prezydent innego miasta, to pewnie nie byłoby tak nośne. Wiem, że mam szansę powiedzieć o wielu problemach, o których moi koledzy i koleżanki samorządowcy mówią od lat, ale nie są słyszani. Ja dzisiaj mam tubę i z niej zamierzam korzystać i krzyczeć jak najgłośniej.

Czemu właściwie powiedział Pan publicznie, że jest gejem?

To nie jest tak, że człowiek pewnego dnia się budzi i mówi: jestem gejem. Do tego się dojrzewa, czasami latami. W moim przypadku to, że jestem gejem powiedziano za mnie. Do mojej mamy zadzwonił chłopak, którego poznałem na egzaminach na studiach i powiedział, wtedy nie mówiło się gejem, że jestem homoseksualistą i że jest we mnie zakochany.

Do mamy?

Tak, to przecież był czas telefonów stacjonarnych. Moja mama zupełnie nie wiedziała, o co chodzi. Problem polegał na tym, że ja w tym chłopaku zakochany nie byłem, co on bardzo chyba przeżywał, bo zadzwonił do mojej mamy jeszcze raz. I to zmusiło ją do rozmowy ze mną, wtedy przyznałem, że jestem gejem. Miałem 18 lat. Kiedy powiedziałam mojej mamie i w niej znalazłem oparcie, to powiedziałem moim braciom, znajomym. To był proces. Wyjechałem na studia. I to, że nie ukrywałem się, wynikało chyba z mojej natury, zaangażowałem w działalność na rzecz środowiska gejów i lesbijek. I zostałem przez nich wypchnięty, żeby nas reprezentować.

P4263932

O gejach i lesbijkach zaczęło wtedy być głośno, otworzył Pan dyskusję.

Było we mnie tyle wkurzenia na nietolerancję, że nie wyobrażałem sobie milczeć i przejść obojętnie wobec przemocy, która przecież mnie też dotykała. Nawet, gdy byłem parlamentarzystą, zostałem kilka razy pobity. Ludzie mieli odwagę pobić posła nie dlatego, że nie lubią polityki, oni mnie bili dlatego,  że nie lubią gejów. I to było straszne. Nie mógłbym siedzieć cicho. Bo to byłoby nie fair.

Proszę sobie wyobrazić, że jestem politykiem, zostaję wybrany na prezydenta miasta i udaję, że jestem hetero. Prawdopodobnie musiałbym znaleźć jakąś żonę, albo zmyślać, że jeszcze jej nie znalazłem. Wielu moich kolegów tak robi. Co to za życie jest, ciągły lęk, że ktoś się dowie, że powie, wyautuje. Ja mam komfort, wstaję rano, nie boję się, że ktoś mi zajrzy przez okno do domu, bo nie mam nic do ukrycia. W Słupsku znają mojego partnera, mówią mu dzień dobry, ludzie go lubią. Mam komfort. I to jest świetne.

Skąd siła i determinacja?

Myślę, że to wypadkowa wielu czynników. Jak się miało wsparcie wśród bliskich osób, wokół fajnych ludzi, do tego odpowiedni charakter i życie dawało szansę… To wszystko miało wpływ na to, kim jestem.

Gdybym moje życie miało się dzisiaj skończyć, to bym sobie pomyślał: „Kurde Robert, miałeś cholernie fajne życie i jeszcze na koniec możesz sobie spojrzeć w lusterko i powiedzieć: „Chłopie, nie masz sobie nic do zarzucenia, nikogo nie oszukałeś, żyłeś zgodnie ze swoim scenariuszem”, a niewiele osób ma taki komfort. Zwłaszcza jak ja. Bo często się zdarza, że ktoś jest gejem i oszukuje żonę, ma dzieci, robi wiele rzeczy pod presją społeczeństwa. Ja na szczęście nie musiałem tego wszystkiego przechodzić, mogę żyć według własnych reguł, a nie przez kogoś narzuconych. Mam 40 lat i mam nadzieje że będę żył kolejne tyle, i że umierając będę mógł pomyśleć o sobie, tak jak myślę dzisiaj.

Odwaga po mamie?

Moja mama była działaczką solidarności, więc musiała mieć odwagę robić rzeczy, które w tamtych czasach były zakazane. Za to mój ojciec był działaczem PZPR-u, więc u mnie w domu toczyła się ciągła walka. Wychowałem się w permanentnym konflikcie nie tylko wewnętrznym, ale też domowym, bo oni się często kłócili między sobą, dochodziło do przemocy. Do tego jeszcze konflikt polityczny, bo przecież moi rodzice byli po dwóch stronach barykady. To małżeństwo to była próba połączenia wody i ognia. I być może dlatego moje życie tak się potoczyło, że musiałem ciągle walczyć. Na podwórku byłem przywódcą każdej bandy, w szkole każdego buntu.

Dzisiaj wiele osób uważnie patrzy Panu na ręce?

Oczywiście i są to zarówno ci, którzy mi kibicują, jak i ci którzy czekają, aż Biedroniowi się noga podwinie, i z pewnością tak się stanie, to kwestia czasu, jestem tylko człowiekiem.

Homofobia to niestety nadal nasza „cecha” narodowa. Ma Pan poczucie, że może jednak trochę się zmieniło dzięki Panu?

Nikt nie rodzi się z uprzedzeniami, nabywamy je w trakcie naszego życia. Ludzie mówią: „Nienawidzę tych pedałów, ale ten Biedroń jest całkiem okej”. To jedna strona, druga jest taka, że to dla mnie straszne obciążenie – bycie stawianym na piedestale. Bo ja zamierzam być sobą i czasami ten Biedroń nie będzie okej, ten pedał nie będzie w porządku. Bo ja chcę normalnie przeżyć swoje życie. Nie chcę być wzorem, który musi się ciągle pilnować i który pewnych rzeczy zrobić nie może,  żeby ludzie patrzyli na mnie jak na geja – ideał.

Ale jest Pan osobą publiczną.

No jestem. Wiem. Dlatego też staram się być wyluzowany i spontaniczny, żeby ludzie nie dali się nabrać w pułapkę, w którą ciągle dają się wciągać – że osoba publiczna, polityk, powinien być ideałem. Bo przecież nie jest. Jest zwykłym człowiekiem, który przeklina, czasami pali, pije alkohol, popełnia błędy, a my oczekujemy, że taki nie będzie. Nie chciałbym, żeby tak mnie postrzegano. Ja nie palę, nie piję, ale mam swoje słabości, mówię o nich publicznie, żeby ludzie nie robili ze mnie ideału.

Jest pokusa, że wchodząc na szczyt, łatwiej kierować i patrzeć na ludzi z pozycji własnego tronu?

Nie potrafię tak, choć bardzo łatwo w to wpaść. Jak się jest posłem, czy prezydentem to wszyscy ci się kłaniają, mówią: „dzień dobry”, to jest oczywiście bardzo miłe i można sobie pomyśleć: „Jaaa, jestem człowiekiem wszechświata. WOW. Ja tu rządze, to moje miasto”. Łatwo jest popaść w takie myślenie, ale na ziemie sprowadza mnie unikanie spraw związanych z blichtrem urzędu. Rzadko korzystam z limuzyny. Poruszam się na piechotę, albo komunikacją miejską, albo na rowerze. Po to, by jak najwięcej być z ludźmi. Żeby mieć z nimi kontakt, żeby czuć rytm, bicie serca tego miasta.

Kiedy byłem posłem, jeździłem komunikacją miejską, zresztą do teraz to robię. Czasami w Warszawie się dziwią, że prezydent Słupska siedzi w autobusie. Ale mi chodzi o to, żeby ludzie czuli, że ja jestem blisko nich, ale też żebym ja sam się nie odrealnił. I to mi bardzo pomaga. Dużo przebywam wśród ludzi, wystawiam czerwoną kanapę przed urząd i rozmawiam z mieszkańcami. Oni muszą mnie poznawać, żeby zmieniać swoje postawy, poglądy. Żeby zobaczyli, że ze mnie normalny człowiek, a nie żaden demon.

P.S.

Ewa Raczyńska: Na jaki adres przesłać Panu wywiad do autoryzacji?

Robert Biedroń: Ale ja nie autoryzuję…

Ewa Raczyńska: Jak to? Nie autoryzuje Pan wywiadów?

Robert Biedroń: Rzadko to robię, bo uważam, że autoryzowany wywiad już nie jest taki sam, że człowiek wpływa na to, co powiedział, to też taka pokusa poprawiania siebie i chęci bycia ciut lepszym. Fakt, że później boję się trochę czytać te wywiady, bo do końca nie wiem, jak wyszły.


Lifestyle Psychologia

Konturowanie stóp… Internet szaleje przed latem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 maja 2016
Fot. Screen z Instagram / liveglam.co

Konturowanie twarzy nikogo nie dziwi, konturowanie nóg wzbudziło pewne kontrowersje, ale zyskało również grono zwolenniczek (no bo umówmy, się która z nas w imię zgrabnych i smukłych nóg, nie nagięłaby nieco zasad – przecież to tylko odrobina make upu) – ale na internetowe salony wkroczyło właśnie konturowanie stóp… i tu pojawiło się zadziwienie.

Film z instrukcją konturowania stóp ma w tej chwili blisko 12 tysięcy komentarzy. A my pytamy, czy „smuklejsze” stopy to już urodowa przesada czy doskonały trik ,jeśli walczymy z kompleksem? Co sądzicie?

 


Źródło: wizaz.pl, Instagram


Zobacz także

Nie da się być bliżej. Są słowa, na których silne kobiety wyrastają jak kwiaty. Akcja #matko i córko

Auto w garażu, własne mieszkanie, a w lodówce… pasztet. Tak się żyje z kredytem w obcej walucie

O przebaczaniu w pięciu krokach