Lifestyle

Pan Zbieg Okoliczności czuje się usprawiedliwiony, gdy zawodzi, ale czy wierzy samemu sobie? A czy to ważne? Tak nie można żyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 lutego 2016
Fot. iStock / Redrockschool
 

Zawsze wydawało mi się, że życie, jeśli tylko uważnie je przeżywamy, nigdy nie może być nudne. Nuda z resztą to taki stan, w który wprowadzamy się trochę na własne życzenie. A może to tylko moje osobiste doświadczenia wiecznie zajętej Matki-Polki? W każdym razie, są wśród nas takie kolorowe ptaki, które nudy nie zaznają nigdy. W ich życiu wydarza się tak wiele, że nie nadążają wprost za wyzwaniami rzeczywistości. Jak to możliwe, skoro tak naprawdę nie dzieje się wcale nic?

Mam znajomego, który mógłby mieć pseudonim: Pan Zaskakujący Zbieg Okoliczności. Na większość spotkań wpada spóźniony, zdyszany, z wywalonym jęzorem. Obowiązki służbowe wykonuje raczej wybiórczo, bo z reguły w pewnym momencie „ coś się musi posypać”, jakiś trybik w maszynie zawieźć. Jedno jest zawsze pewne. To nie jest nigdy JEGO wina.

I tym razem jest podobnie. Na „parapetówkę” do wspólnych znajomych przychodzi prawie pod koniec imprezy, z kaktusem, który z całą pewnością kiedyś stanowił już ozdobę czyjegoś mieszkania.  – No nie uwierzycie, co się stało – mówi od razu. – Wychodzę przed dom, a samochodu nie ma. – Jak to – pytam naiwnie. – Ukradli? – Nie – u Pana Zbiega nic nie dzieje się, tak jak u zwykłych ludzi. Tym razem pewnie samochód porwała ekspedycja kosmitów, albo też wgniótł go w ziemię meteor obierając sobie za cel właśnie to miejsce parkingowe. Takim ludziom spóźnienia ze „zwykłych” powodów się po prostu nie zdarzają.

Oczywiście, mam rację. – Okazało się, że samochód jest poszukiwany przez policję. Sprowadziłem sobie auto, które należało do jakiegoś gangu. – oświadcza ON i patrzy na nasze reakcje. Ci, którzy widzą Pana Zbiega pierwszy raz, przysłuchują się z zaciekawieniem. Więc opowiada wszystko ze szczegółami. Tak, jest naprawdę bardzo szczegółowy. Opowieść toczy się wartko, bajecznie, kolorowo jak na filmie. Ci, którzy  znają go nie od dziś wymieniają tylko znaczące uśmiechy. Po spotkaniu napiszą ewentualnie dwie, trzy wiadomości na ten temat: „Ale historia, co? No, jak zwykle, życie pełne niespodzianek”.

W pracy „przypadków” pana Zbiega nie potrafiono nigdy docenić. Raczej miewał z ich powodu kłopoty. No bo a to nie zdążył z ważnym raportem (ratował właśnie obcokrajowców, których okradli nasi rodacy), a to nie przyszedł na spotkanie z udziałowcem (na osiedlu była taka awaria, że winda, która jechał stanęła na dwie godziny między piętrami), a to zapomniał wziąć wolne (żona zachorowała na chorobę tropikalną). I choć współpracownicy Zbiega na nudę nigdy nie narzekali i długo, po koleżeńsku „kryli” jego niedociągnięcia przez przełożonymi, w pewnym momencie zawsze zaczynali mówić: „dość”.  Z reguły moment ten zbiegał się z jego decyzją o zmianie pracy. Z ulgą rozstawano się więc z nim, gdy odchodził  tłumacząc, że otrzymał właśnie propozycję marzeń, stanowisko w  bardzo obiecującej i jeszcze nie całkiem znanej w Polsce (bo zagranicą to już jest naprawdę znana) firmie.

Żona Zbiega rozwiodła się z nim dwa lata temu. Kochała jego poczucie humoru, ciepło i to, że był zupełnie inny niż wszyscy. Z nim nie można się było nudzić. Ale nadszedł  w końcu taki etap ich wspólnego życia, w którym przestała sobie radzić z coraz większą liczbą zaskakujących przypadków. – „Kocham  Cię –  powiedziała pewnego dnia – ale nigdy nie wiem, co nastąpi za chwilę. Mamy córkę, mamy plany, a liczyć mogę tylko na siebie. Tak nie można żyć. Musisz wydorośleć i zacząć brać odpowiedzialność za swoje życie. Inaczej nie pozwolę Ci brać odpowiedzialności za naszą rodzinę.

Opowiedział jej wtedy jak będzie pięknie, kiedy się zmieni. Kiedy za chwilę już rozpocznie pracę w świetnym miejscu, gdzie wszyscy szybko docenią jego świeże spojrzenie na rynek i nietuzinkowe podejście do poszukiwania strategicznych rozwiązań. Zarobki? Tak, już negocjował. Obliczył, że za pół roku będzie ich stać na zmianę mieszkania na większe. Westchnęła, dała mu szansę. Przez pewien zbieg niefortunnych wydarzeń, nie udało mu się jej wykorzystać.

Pan Zbieg nie lubi nudy, ale też nie może na nią narzekać. Tworzy w wyobraźni takie wydarzenia, że samo składanie ich do jakiejś racjonalnej kupy zajmuje mu bardzo dużo czasu. To mu daje adrenalinę, to sprawia, że czuje się usprawiedliwiony, gdy zawodzi. Czy wierzy samemu sobie? A czy to ważne? Póki ma swoją publiczność zawsze wybierzę tę atrakcyjniejszą wersję siebie.


Lifestyle

Oszczędzając czas najłatwiej go stracić… O niecierpliwości „tu i teraz”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lutego 2016
Fot. iStock / debibishop
 

– Mamo, ja już zawsze chcę być taka jak teraz – mówi moje dziecko obejmując mnie czule ciepłymi rękami. – I żebyś ty też była zawsze taka jak teraz. – Ale ludzie się starzeją, rosną, dorastają – tłumaczę. – I w tym też jest dużo dobrego. – E tam – siedmiolatka wie takie rzeczy lepiej. – To nie może być dobre, że człowiek się marszczy i nie ma już siły. A najbardziej, że jest taki strasznie niecierpliwy. Dorośli ciągle mówią, żeby poczekać. A sami nie potrafią.

I tu się muszę zgodzić.


Na ulicy potrąciła mnie ostatnio jedna bardzo młoda dziewczyna. Lubię patrzeć jak młodzi ludzie biegną gdzieś zajęci swoimi strasznie ważnymi sprawami. Nie zwracają uwagi na innych, nieuważnie zdążają w swoich kierunkach… No więc w taki właśnie sposób wpadła na mnie ta dziewczyna biegnąc szybko stuk-stuk, na lemonkowych szpileczkach. – Jej przepraszam – zawołała widząc, że tracę równowagę, a do mojego końcu przyczepiony jest jeszcze oporny dwulatek. – Nic się nie stało – powiedziałam uprzejmie, a dziewczyna popłynęła na lemonkowym obcasisku w dal po nierównym chodniku. – Bam! – skomentował bezlitośnie jej upadek mój syn. – No cholera jasna, no – pisnęła ona. – Obcas złamany, teraz to już na pewno się spóźnię. – Przykro mi – powiedziałam współczująco i szczerze. A ona kontynuowała.

– Nienawidzę takich beznadziejnych dni. Jak się spóźnię, to nie dostanę na pewno tej roli. A o byle co nie będę się zabijać. – Ale może warto jeszcze spróbować? – wypaliłam i zaraz ugryzłam się w język. Mina dziewczyny zdradziła, że ona z tych, które chcą mieć tylko to, co najlepsze, tu i teraz. – O, nie, ja nie będę tracić czasu na bieganie za byle czym. Nie będę kręcić durnych reklam do 30-tki, a potem się okaże, że jestem za stara na pierwszą obsadę w teatrze. Myślałam potem w domu, o tej dziewczynie, która chciała mieć od razu wszystko tu i teraz i dlatego nie poszła walczyć o drugoplanową rolę. Ta jej niecierpliwość nie dawała mi spokoju.

W zeszłym tygodniu odwiedziła mnie koleżanka. W biegu, z rozwianą burzą rudych loków. – Muszę jak najszybciej dopiąć wszystko na ostatni guzik – oznajmiła między jednym wdechem a drugim. – Zegar tyka, pierwsze zmarszczki już są. Nic tylko legalizować zanim on zorientuje się, jaki zołzowaty mam charakter. W ten właśnie sposób dowiedziałam się, że moja znajoma bierze ślub, że w ogóle ma kogoś, na poważnie. – Zaraz – powiedziałam w oszołomieniu ciężkim zalewając wrzątkiem herbatę (z torebki, żeby było szybciej). – Kiedy widziałyśmy się pół roku temu nie mówiłaś, że jesteś w jakimś związku? – Nie wiedziałam wtedy jeszcze to to coś poważnego. Gadanie o kimś „niepewnym” to strata czasu. – Nie chcesz najpierw upewnić się, że to ten właściwy facet? – spytałam niepotrzebnie i naiwnie.

– W moim wieku (to znaczy w moim też!) nie ma na co czekać. Prawdopodobieństwo, że to seryjny morderca jest na tyle niskie, że nie ma co dłużej zwlekać. Chcę już mieć dzieci, tak jak ty.
Nie powiedziałam na głos tego, o czym pomyślałam mimo woli. Chybiona, pospieszna inwestycja w uczucia do kogoś, kto jest ciągle znakiem zapytania to dopiero strata czasu… Czasem nawet kilkuletnia. A jakie koszty emocjonalne…

Tata mojego dziecka zadzwonił rano by umówić się na spotkanie z naszą wspólną córką. – Ale wiesz – zastrzegł od razu – nie na żaden plac zabaw, szkoda mi na to czasu. – Słucham? – nie zrozumiałam. – No, ja wtedy w ogóle nie mogę z nią porozmawiać. Ona jest zajęta tymi drabinkami i zjeżdżalniami i w ogóle na mnie nie zwraca uwagi. A czas się dłuży. – poskarżył się tata. – A, to jak ty chcesz spędzić z Nią ten czas? Tak, żeby leciał jak najszybciej? – spytałam zdumiona. – No, nie wiem. W sumie obojętne. Tylko, że musisz po nią podjechać, bo się potem spieszę. Zabierzesz ją z powrotem do domu?

Wieczorem rozmawiam z córką o dniu (a raczej kilku godzinach) spędzonym z tatą. Fajnie było. Poszli na ten wielki plac zabaw koło babci. Tylko nie porozmawiali, bo tata musiał pracować. Z laptopem na kolanach i kawą w tekturowym kubku. Na szczęście były inne dzieci.

Czas. Tak bardzo boimy się go utracić, zmarnować, a gdy już dostajemy go trochę, zupełnie nie potrafimy wykorzystać. Ciągle czekamy aż będzie go więcej, a on mija, dzieci rosną, okazje przemykają nam koło nosa. Okazje na zmiany na lepsze, na poprawę relacji z najbliższymi, na to, by zajrzeć w głąb siebie. Do diabła z tą całą niecierpliwością!


Lifestyle

Jak zdobyłam numerek „na koleżankę”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 stycznia 2016
Fot. iStock / Imgorthand

Jak to jest, że przez zwykłe, czasem rozmowy w najmniej spodziewanych okolicznościach człowiek dowiaduje się o sobie najwięcej? W takim na przykład warzywniaku, kiedy budzą się w tobie mordercze instynkty, bo pani przed tobą płaci kartą i coś pójdzie „nie tak”. Albo podczas rozmowy z sąsiadką, która choć nie dosłyszy i nie dowidzi, nazywa twoje dziecko pederastą, bo mały ząbkuje i popłakuje nocami głośniej niż zwykle. Albo … w poczekalni u pediatry.

Katarek. Wieczorem lekki, nie przeszkadzający zbytnio i nie zwiastujący nic większego. Jak to możliwe, że w nocy urósł do rangi problemu burzącego rodzinną harmonię i błogą ciszę nocną? Nieprzytomna biegam, przetykam dziurki w nosie (co za barbarzyńca wymyślił odkurzacz do nosa?!), tłumaczę, że moje zabiegi mają w perspektywie przynieść ulgę, a nie zgnębić nieszczęśliwca. Zasypiamy razem w gąszczu chusteczek i  skuwkach od pojemniczków z sola morską. Na szczęście jest zima i trudno określić dokładną godzinę. Musiała być wczesna (tak, tak – już), bo mam wrażenie, że budzik znowu zadzwonił za wcześnie. Młody nieszczęśnik ma najwyraźniej takie samo wrażenie. Niech poleży. Gołym okiem widać, że ma gorączkę. A okiem ubranym w termometr widać jeszcze lepiej.

– No, ale co ja pani poradzę, wszystko obłożone, od czwartku nie mamy miejsc – znudzonym głosem, ale ciągle uprzejmie informuje mnie pani w rejestracji. – No chyba, że zadzwoni pani za dwie godziny, może ktoś zrezygnuje. – Ale dziecko ma gorączkę, katar i czerwone gardło! – z tym gardłem mówię „na zapas”. Z doświadczenia wiem, że w okresach masowych przeziębień musze być twardym i nieustępliwym negocjatorem. To niesamowite, jak z ugodowej, spokojnej osoby zamieniam się teraz w „matkę – lwicę”. Nie odpuszczę. Ostatecznie udaje się „wcisnąć” małego między jedną wizytą a drugą. No to teraz jeszcze tylko telefon do pracy. Błahostka. – Młody ma gorączkę, nie mogę przyjść. Prawdopodobnie będę musiała pracować z domu. – informuję od razu, tonem, jakbym recytowała wiersz z pamięci. I oni wiedzą, i ja wiem, że praca w domu z małym dzieckiem w moim wypadku równa się spadkowi wydajności. O dobre kilkadziesiąt procent. – To w razie czego bierz zwolnienie – mówi zrezygnowana szefowa. Cóż, takie życie z tymi matkami.

W przychodni tłum, ryk i dantejskie sceny. Tylko dzieci spokojne. Chore i osłabione, czują, że „wszystko im jedno”. Kolorowanka? Nie, dziękuję. Niech matka spróbuje kolorować z gorączką i z katarem. Poza tym, co to za przyjemność kolorować za każdym razem taki sam obrazek z butelką syropu. Czy ci lekarze nie myślą o niczym innym, tylko o lekarstwach?

Siadamy grzecznie obok pani z bliźniakami. To miejsce strategiczne, bo mamy, zaraz potem jak opuści gabinet lekarski niepostrzeżenie wejść do środka. – Niepostrzeżenie, rozumie pani – mówiła pani w rejestracji. Kiedy drzwi za bliźniętami zamykają się, zaczynam czuć lekkie podenerwowanie. Jak to „niepostrzeżenie”? Przecież oni pilnują każdego, widzą wszystko. Wiedzą dokładnie kto jest za kim, a kto próbuje „bez numerka”.

Raz, dwa, trzy liczę głośno. Drzwi otwierają się, panią z bliźniakami  na korytarz wyprowadza lekarka, młoda, uśmiechnięta blondynka z zadartym nosem. Zaraz, zaraz…

– Kaśka! – mówię ciut za głośno. – Czy my się znamy? – pyta blondynka. – No z osiedla, nie pamiętasz? – w podnieceniu prawie wpadam do gabinetu z młodym pod pachą. Kaśka przypomina sobie i osiedle i zabawę w podchody i rudego Maćka. Szybko wymieniamy się numerami telefonu (znajomy pediatra to nieoceniony skarb!) i przystępujemy do badania. To znaczy, Kaśka przystępuje. Rety! Ale śmiesznie na nią patrzeć taką poważną i skupioną jak się ma w pamięci jej warkocze. I koślawe nogi w wiecznie obwarzankowych rajstopach.

Wychodzę uśmiechnięta i uspokojona. To lekka infekcja. Dziecko będzie żyło.

–  No gratuluję – słyszę za sobą i oglądam się zdziwiona, bo nie wiem do końca o jaki sukces chodzi.- Słucham? – dopytuję uprzejmie. – „Na koleżankę” to jeszcze żadna nie próbowała się wepchnąć – kwituje starszy pan, dziadek, który czeka w kolejce wnuczkiem.