Lifestyle

O czym marzą Polki? Częściej, niż kiedykolwiek marzenia inwestujemy w siebie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 listopada 2015
Fot. Pixabay/ ThePixelman / CC0 Public Domain
 

O czym marzycie? Czy odpowiedź na to pytanie pojawiła się w waszej głowie szybko, czy też zajęło wam chwilę, zanim zdecydowałyście czego pragniecie, tak w głębi serca? A może macie gdzieś, obłożony w miękki, miły w dotyku papier zeszyt, w którym spisujecie wasze marzenia?

Czy nasze marzenia umierają?

Wiecie, że według najnowszych badań, marzymy znacznie rzadziej niż nasze babcie i prababcie? Jesteśmy też zdecydowanie większymi realistkami niż one. Prawdopodobnie wynika to z tego, że mamy nieporównywalnie więcej możliwości. Dziś, często to, o czym nasze prababcie mogły tylko pomarzyć, my mamy na wyciągnięcię ręki. No i zmieniłyśmy się. My, współczesne Polki, statystycznie podchodząc do sprawy, wolimy „żyć tu i teraz” niż bujać w obłokach. A jeśli już o czymś skrycie marzymy, to marzenia te o wiele częściej dotyczą spraw materialnych niż pojęć tak abstrakcyjnych jak szczęście, spokój, czy nawet miłość. Czyżbyśmy powoli zatracały nasz romantyzm?…

Jako młode dziewczyny nadal marzymy o wielkiej miłości, ale uwaga – już nie na pierwszym miejscu! Na pierwszym miejscu są u nas marzenia dotyczące rozwoju osobistego i wszelkie inne, „zdrowo egoistyczne” dotyczące edukacji czy zdobywania nowych, oryginalnych umiejętności.

Marzymy również o tym, by móc zaimponować innym. – Moim marzeniem jest nagrać świetną płytę z jazzowymi coverami. Żeby moim znajomym i mojemu ojcu pokazać, na co mnie stać – mówi 19 letnia Ola, studentka Akademii Muzycznej w Katowicach – Jasne, że chciałabym spotkać idealnego faceta, zakochać się i być w szczęśliwym związku. Ale marzenia kojarzą mi się z czymś, co graniczy z cudem, a bycie w związku to nie cud, to ciężka praca. Marzenie to na przykład poznać Travisa Fimella i sprawić, by dla mnie zwariował.

Z wiekiem nasze marzenia „systematyzują się”, dotyczą coraz rzadziej nas osobiście, a częściej osób nam najbliższych i naszej rodziny, co wydaje się naturalne. Pragniemy by nasze dzieci rozwijały swoje pasje, dostały się na „dobre” kierunki studiów, by nasi rodzice byli zdrowi i jak najdłużej w dobrej formie. Chcąc zapewnić swojej rodzinie odpowiednią przestrzeń, marzymy o wygodnym domu, większym mieszkaniu. Ale dla siebie, tak osobiście chcemy najczęściej tylko tyle, by starczyło nam sił na naszą codzienną rzeczywistość.

Marzenia dojrzewają

Beata, 34 letnia księgowa, żona i mama trójki córek opowiada – Przy pierwszym dziecku marzyłam o tym, by choć na kilka dni gdzieś wyjechać, odpocząć. Nie udało mi się. Przy trzecim już w ogóle przestałam myśleć w ten sposób, po prostu nie było na to czasu. Teraz powoli wracam do marzeń z wczesnej młodości, ale one wydają mi się strasznie przyziemne: kurs zrobić, zapisać się na lekcje włoskiego… Muszę chyba je zrewidować – śmieje się. Im więcej „mamy na głowie”, tym częściej zapominamy w naszych marzeniach o sobie i to jest coś, co warto sobie uświadomić i nad czym warto pracować.

Basia, samotna mama wychowująca dwunastoletniego syna, ma dobrą, stabilną sytuację finansową i satysfakcjonującą pracę. Ale marzy o tym, by pewnego dnia otworzyć własną, małą działalność. Basia projektuje i szyje oryginalne kapy i poduszki, które wśród jej znajomych cieszą się sporą popularnością. Mogłaby tylko wygrać w totolotka, to by ułatwiło realizację tego przedsięwzięcia. No i jest jeszcze jedno, ciągle niespełnione, intymne marzenie. O wielkiej miłości. – Na wszystko co mam, zapracowałam. Zdobyłam to dzięki wiedzy, umiejętnościom, sile charakteru. Ale prawdziwa, romantyczna miłość jeszcze nie przyszła. I to właśnie o niej marzę w tych chwilach „sam na sam” ze sobą, z kubkiem herbaty, ulubionym filmem. Marzy mi się cudowny, ciepły, inteligentny mężczyzna, z którym będę mogła się tym wszystkim dzielić. Wyobrażam sobie jak ten facet łapie dobry kontakt z moim synem, jak spędzamy razem czas. I jak się kiedyś razem starzejemy. Marzenia dla mojego syna? Myślę, że o wszystko co, może osiągnąć, może zawalczyć sam.

Agata, która ma 49 lat marzy o tym, by zanurkować na Wielkiej Rafie Koralowej. To marzenie nie zmienia się od trzydziestu lat i do tej pory nie udało się go zrealizować. – A to nie miałam pieniędzy, a to poważnie zachorowałam i marzyłam, żeby znów chodzić, a to dzieci były małe… Zawsze coś. Odkładałam na później. Ale w tym roku podjęłam decyzję i konsekwentnie dąże do spełnienia mojego marzenia. Kurs nurkowania już zrobiłam. Teraz planuję wyjazd.

Jej córki, 15-letnie bliźniaczki Ala i Helena, też marzą, ale ich myśli wędrują w zupełnie innych kierunkach… Ala byłaby w siódmym niebie, gdyby udało jej się dostać do prestiżowej szkoły baletowej w Nowym Jorku. Wie, że tu cudów nie ma, aby to marzenie się spełniło, trzeba ciężko pracować. Więc Ala pracuje, zaciska zęby i uśmiecha się do swojego marzenia. Wierzy, ba, nawet wie, że uda jej się je zrealizować. Jej siostra interesuje się badaniami nad wszechświatem i chciałaby pracować w NASA. Szlifuje więc angielski i w każdą sobotę uczestniczy w specjalnych, ponad trzygodzinnych zajęciach z fizyki i astronomii na Uniwersytecie w swoim mieście.

Bo współczesne Polki częściej, niż kiedyś i coraz wcześniej budują swoje marzenia wokół konkretnych sukcesów i życiowych celów. Z drugiej strony, częściej również odważają się wracać do niezrealizowanych marzeń z wczesnej młodości czy nawet dzieciństwa. Nie można generalizować. Marzenia, to sfera tak intymna i indywidualna, że trudno analizując ją, wyciągnąć jakieś jednoznaczne wnioski.

Więc o czym marzycie? I czy sięgacie po wasze marzenia?


Lifestyle

„Kiedyś myślałam, że moja mama nie zasługuje na miłość. Dziś mówię: „Wybaczajcie, rodzice odchodzą nagle, a to my zostajemy z gniewem”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
18 listopada 2015
Fot. iStock / brickrena
 

O Magdzie pisałam kiedyś tekst. Temat: „Jak nasze matki wpływają na nasze życie”. Magda wyrzucała z siebie: „Moja matka jest jak balast, ciężar, niezałatwiona sprawa. Antybohater”. A co w niej podziwiasz? – spytałam.  Magda mówiła, że to taki kolorowy ptak jej dzieciństwa, niezależna, stawiająca na swoje potrzeby, inspirująca. „Mam nadzieję, że jak umrze zamkną się wszystkie nasze sprawy, odetchnę”.

Kilka tygodni temu Magda napisała: „Mama nie żyje. Nie czuję ulgi. Jest ból, żal. Nie zdążyłam powiedzieć, że ją kocham”.

Poniżej wspomnienia Magdy. Ku rozwadze? Ku refleksji?

Rok temu

Gotuję kurczaka. Próba codzienności. Dziś niedziela. Nie uciekam do przyjaciółek, które też mają dzieci. Nie zostawiam Werki u niani i nie jadę do knajpy pracować. „Porysujemy może potem, co? ” pytam. Werka kiwa głową. Rzadko ma mnie tylko dla siebie. Ale jest coraz lepiej. Uczę się.

Czasem myślę: „Kim jestem?”. To porządkuje. A tęsknota do stabilności jest we mnie ogromna. Jestem więc kobietą sukcesu, pracuję jako tłumacz. Codziennie odbieram kilka telefonów z dużych wydawnictw, czy firm. Jestem niezależna. To jaśniejsza strona mojego życia. Ciemniejsza: mężczyźni i matka. Jestem córką kobiety, która od lat choruje na stwardnienie rozsiane.  Już właściwie nie chodzi. Od lat też matkę utrzymujęe. Płacę za lekarzy. Pielęgniarki, które siedzą z nią po kilkanaście godzin na dobę, panią do sprzątania. Mama całymi dniami czyta, rozwiązuje krzyżówki. Czasem myślę: „Gdzie są ci wszyscy ludzie, którzy tak ją kiedyś kochali?”. Telefon milczy. Może nie jestem lepsza – nie chcę, żeby  mieszkała ze mną i Weroniką. To zaburzyłoby poczucie bezpieczeństwa córki.

Nie, to nieprawda. Nienawidzę matki, to przez nią nie wiem, jak wygląda normalna niedziela.

Jak dziewczynka

Moje niedziele sprzed lat. Te najwcześniejsze, gdy jeszcze mieszkamy z ojcem. On kiedyś ze złości drze na sobie sweter. „Chcę normalnego obiadu!”. Ona go przytula: „Ale ja nie umiem gotować takich rzeczy”, mówi. Jak dziewczynka. Ojciec łagodnieje, idziemy na obiad do restauracji. Koleżanki mi zazdroszczą. Nikt nie chodzi wtedy  do restauracji.

Ale już popołudniu mama znika – idzie do przyjaciółki. Ojciec się złości, ja płaczę.

Niedziele później, gdy już się wyprowadzamy z domu. Mama na cały dzień zawozi mnie do swojej przyjaciółki. Przyjaciółka ma córkę w moim wieku. U nich jem śniadania, oglądam telewizję, chodzę z nimi do zoo. Wieczorem mama ma po mnie przyjechać, ale zawsze się spóźnia. Siedzę w ładnej łazience u tych goszczących mnie miłych ludzi i płaczę. Też chcę mieć normalny dom. Kotlety schabowe, wycieczki do zoo i kolorowy telewizor.

Mama nosi kwieciste sukienki, kolorowe chusty na głowie, dużo się śmieje. Ale zawsze mam poczucie, że inni interesują ją bardziej niż ja. Jest pedagogiem – uczy w liceum, jej uczniowie przewijają się przez nasz dom.

Na wszystko mi pozwala, nie stawia granic. Mam 15 lat, gdy wracam do domu o trzeciej nad ranem, a ona zachwycona pyta: „Dobrze się bawiłaś?”. Kupuje mi prezenty. Czasem potrafi być bardzo blisko mnie, ale za chwilę znika. Potem, wiele lat później zrozumiem. „Robiła coś dla mnie i kosztowało ją to na tyle dużo, że natychmiast musiała potem zrobić coś dla siebie”.

Tak bardzo chcę być inna od niej, że zawsze wiąże się z poukładanymi chłopakami, najczęściej z tradycyjnych domów. Wściekam się na te tradycję, a zarazem ci chłopacy są moją namiastką normalności. Tyle, że w końcu i tak od nich odchodzę. Za matką powtarzam:„Jestem jak mustang”.

Jak matka

Wiele lat później, gdy Weronika ma rok, idę z nią i mężem do galerii handlowej. Nie mogę wytrzymać dziecięcego jazgotu. „Skoczę połazić po sklepach”, mówię do Michała. Wracam po dwóch godzinach. Na obiedzie zamawiam podwójny kieliszek wina. To Michał zajmuje się biegającą po całym lokalu Werką. „Ty nie lubisz być z własnym dzieckiem!” – stwierdza. Odrzucam tę myśl. Ale przecież wiem, że ma rację. Relacja z Michałem do złudzenia przypomina relację matki z ojcem.  Ten związek to pomyłka. Równo poukładane szklanki w barku i niedzielne kino. Jest skrajnie prawicowy, nie lubi Żydów i nie ma pojęcia o historii. Chcę odejść. Tylko, że mamy dziecko. Szamoczemy się ze sobą jeszcze rok. Matka zaczyna chorować, nie chcę kolejnych dramatów. Poza tym zaklinam samą siebie: „Wytrwaj w normalności. Przecież wiesz, jak kończą kolorowe ptaki”.

Ale kłócimy się z Michałem o wszystko. „Jesteś poj**aną wariatką. Kobietą demolką” – mówi on za każdym razem. W końcu idę do kościoła. Modlę się i przepraszam, że nie potrafię utrzymywać fikcji. „To koniec”, mówię wieczorem Michałowi. Słyszę: „zniszczyłaś dom”, „jesteś dziwką”. Zamykam oczy: słyszę co matka, też skończę jak ona. Poczucie winy – z tym muszę się zmierzyć. Chętnie oddaję Michałowi Werkę na trzy, cztery dni w tygodniu – to mój czas. Pracuję, potem piję wino, jeżdżę na rowerze, chodzę po knajpach z facetami poznanymi w internecie. Odżywam.

Dni, gdy jestem z  córką są trudne.  Mam obsesje stawiania granic. I wiem, że je stawiam, bo jestem egoistką. Też chcę być wolna, jak matka, tylko używam do tego innych narzędzi. Boję się, żeby Werka nie weszła mi na głowę. Zasypia o 20.00, bo mi tak wygodniej. Bawi się w swoim pokoju czasem – bo dzięki temu mam czas dla siebie. Uczę ją angielskiego, jeżdżenia na rolkach, pływania – bo nie wyobrażam sobie tkwienia w stanie „nic”. I za wszystkim stoi lęk, żeby nie miała chaotycznego domu. Panicznie boję się też, że Werka mnie nie kocha. Galeria handlowa. Tutaj umówiłam się z Michałem na odbiór małej. Podjeżdżają. Ona wczepiona w tatę, nie chce do mnie iść. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. W oczach Michała widzę triumf.

Wypłakuję się przyjaciółce. Ale ona nie chce dawać mi wsparcia. Brutalnie mówi: „Musisz ją  mieć więcej! Ty nie miałaś dokąd uciekać przed swoją niestabilną matką, ona ma ojca. Chcesz, żeby za dziesięć lat powiedziała: odczep się, nigdy cię nie było”. Tupię nogami jak dziecko: „Matka mnie nie kochała tak jak twoja! Co ty wiesz? Jak mam przelewać z pustego w próżne”.

Przyjaciółka mówi jeszcze szczerze: „Nie rozumiem tego, że nie weźmiesz mamy do siebie! Masz ogromne mieszkanie, ona choruje”. Jestem na nią zła, bo jako jedyna nie głaszcze mnie po głowie. „Od 20 roku życia na nią pracuję, wiesz?! Bo ona ma depresję”. „Ale ona kiedyś pracowała na ciebie”, przyjaciółka wzrusza ramionami. Nienawidzę przyjaciółki, nie pomagam matce. Wolę dla niej wynająć opiekunkę. Kolekcjonuję jej winy. I tak miesiącami, latami. Aż ona umiera.

Nigdy nie jesteś przygotowany na śmierć rodzica. Nawet, jeśli myślisz, że jesteś. I ta śmierć zawsze boli, choć myślałeś, że nie ma więzi. A przecież więź jest zawsze. Dlaczego nie widzimy tego wcześniej?

Czasem patrzę na Weronikę i myślę: „Czego nauczyłam ją do tej pory? Jakie będą jej wspomnienia?” Kolorowa matka, która nienawidzi robić kotletów. Zapracowana? Uciekająca do koleżanek?

PS. SMS od Magdy: Żałuję, że nie przebaczyłam mamie, gdy był jeszcze czas. Może napisz o tym? Jesteśmy „przepsychologizowani”, rodziców obwiniamy za wszystko. A potem zostajesz sama i myślisz sobie: „Trzeba było kolekcjonować dobre. A nie złe.  Trzeba było tłumaczyć matkę, tak jak wciąż tłumaczysz siebie. Że zmęczona, smutna, pogubiona. Trzeba było rozumieć”.

Róbmy to, dopóki możemy, pal licho, że rodzice nie są idealni. My też nie jesteśmy. Nawet nie wiemy, co wypomną nam dzieci.


Lifestyle

Facet, który chodzi w szpilkach. „Kobiety zawsze czekają, aż założę buty na obcasach i czuję, jak pochłaniają mnie wzrokiem”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 listopada 2015

Organizuje warsztaty, zakłada szpilki i pokazuje, jak się w nich poruszać. Z Pawłem Bednarskim – specjalistą od chodzenia w butach na obcasie rozmawiamy, jak się poruszać w szpilkach, jak dobrać buty i sprawić, by pięknie, a nie pokracznie w nich wyglądać.

Paweł Bednarski trenował zawodowo zapasy. Silny mężczyzna. Sportowiec. Dziś jest fizjoterapeutą. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że od czasu do czasu zakłada szpilki, by uczyć kobiety jak prawidłowo poruszać się w butach na obcasie.

Ewa Raczyńska: Skąd pomysł na uczenie kobiet chodzenia w butach na obcasie?

Paweł Bednarski: Studiowałem na akademii medycznej i właściwie już wtedy jakoś blisko mi było do problemów zdrowotnych kobiet. Tą drogą poszedłem, bo pierwsza moja praca po studiach to rehabilitacja kobiet po zabiegach ginekologicznych. Zresztą zacząłem nawet pisać pracę doktorancką w tym temacie. Czeka na skończenie (śmiech). Także pomysł „obcasowy” nie jest pierwszym dotyczącym kobiet, choć teraz wysunął się na plan pierwszy.

A skąd się wziął? Z potrzeby moich pacjentek, z którymi prowadziłem rehabilitację po urazach kolan, a także z tymi, które skarżyły się na bóle kręgosłupa. Urazy uniemożliwiały im chodzenie w butach na obcasie.                                                              

Ale, żeby od razu zakładać buty na obcasie?

 Nie tak od razu. Na początku analizowaliśmy, poprawialiśmy i ćwiczyliśmy z całkiem niezłym skutkiem. Ale miałem cały czas niedosyt. Jestem praktykiem. Jakoś trudno mi uczyć czystej teorii, czegoś czego sam nie doświadczyłem. I w końcu zamówiłem sobie pierwsze buty.

Rozmiar?

42. Nie jest łatwo dostać damskie buty na męską stopę, muszę kupować na zamówienie. W sklepie rzadko mogę takie dostać. Raz znalazłem w ciuszku na wagę, ale jeden mi spadał.

Fot. Screen z TVP INFO

Fot. Screen z TVP INFO

Jak długo uczyłeś się chodzić na obcasach?

Regularnie ćwiczę już dwa lata. Na początku nagrywałem siebie, żeby wyłapać błędy, zobaczyć, co robię źle. Cały czas coś poprawiam. Właściwie na każdych warsztatach, które prowadzę, widzę coś nowego, co warto poprawić, wypróbować. Tak zdobywam wiedzę, jak pomóc dziewczynom. Przygotowywałem się do tego projektu ponad sześć lat praktycznie i merytorycznie. Myślę, że mam wiele do pokazania i powiedzenia na ten temat, ale wciąż pozostaję pokorny wobec tego czego jeszcze nie wiem i nie umiem. Jak we wszystkim.

Jak kobiety reagują, kiedy zakładasz buty na obcasie?

Zawsze czekają aż założę buty na początku zajęć i czuję, jak pochłaniają mnie wzrokiem (śmiech). Ale kiedy zaczynam mówić i pokazywać konkretne rzeczy to wtedy mam poczucie, że już to, że jestem facetem, nie jest dla nich najważniejsze.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Uczysz chodzić tylko swoje pacjentki?

Tak było na początku. Dzisiaj uczę chodzenia także kobiety biznesu, dyplomacji, modelki, studentki, a nawet młode dziewczyny przygotowujące się do studniówki.

Kobiety nie potrafią chodzić na obcasach?

Duża grupa kobiet niestety nie potrafi. Ne umie też zapanować nad obcasami. Najczęściej powodem są źle dobrane buty – nie adekwatnie do umiejętności poruszania się w nich. Ale żeby je dobrać, trzeba coś wiedzieć o chodzeniu w szpilkach. Kobieta, która zakłada wysokie obcasy chce wyglądać atrakcyjnie. Moim zdaniem kobiety w szpilkach wyglądają bardziej elegancko i sexy pod warunkiem, że idzie za tym odpowiedni sposób chodzenia.

A jeśli nie idzie?

Cóż, jeśli chodzi się źle w obcasach nie dbając o higienę poruszania się, higienę mięśni, wygodę stóp, to poniesiemy zdrowotne konsekwencje, cierpią stopy, kolana i kręgosłup. Dodatkowo nabywa się złych nawyków oraz zniekształcenia sylwetki.

Widzisz kobietę i myślisz: „Ona nigdy nie powinna zakładać butów”?

Tak, zdarza się. Obcasów nie powinny nosić kobiety, które kompletnie nie potrafią zapanować nad swoim ciałem. Często robią wielkie kroki, są pochylone w pasie i idą jak w zwykłych butach.

Nie ma dla nich żadnej nadziei?

Te kobiety powinny zacząć uczyć się chodzenia od początku niezależnie od stażu chodzenia w obcasach. Można dużo zmienić i ułatwić chodzenie tak, żeby stało się po prostu przyjemne. Ale na to trzeba pracy, jak we wszystkim. Trzeba pamiętać, że ucząc się chodzić w obcasach walczymy o zdrowie na przyszłość.

No dobrze. Idę do sklepu. Chcę kupić buty na obcasie i dobrze w nich wyglądać. Jakie wybrać?

But musi trzymać stopę i musi być wygodny. Dobiera się buty tak, żeby podczas chodzenia po sklepie nie zmieniały nas pod swoje dyktando. Jeśli czuję, że chodzenie jest uzależnione od butów i nie potrafię nad tym zapanować idąc dłuższym i szybszym krokiem, że gubię sylwetkę, to muszę je zmienić albo zejść na niższy obcas. Jeśli buty przeznaczamy do chodzenia i są to wysokie szpilki to powinniśmy zostawić sobie możliwość oderwania obcasów od ziemi na choćby dwa centymetry przy wspięciu się na palce. Jeśli to się nie udaje, to buty będą służyły tylko do „wyglądania”, a nie chodzenia.

Istnieje idealny obcas?

Choćbym nie wiem, jak obcas był idealnie dobrany, to nie będzie za nas chodził. Im wyższy tym bardziej trzeba się do niego ustawić panując nad sylwetką. Oczywiście nie wszystkie kobiety mogą chodzić w wysokich szpilkach. Są takie uwarunkowania, które przemawiają za stosowaniem niższych lub szerszych obcasów.

Jak chodzić w butach na obcasie i dobrze w nich wyglądać?

Najlepiej chodzić jak najczęściej, ale nie tylko wychodzić, ale też ćwiczyć poruszanie się na nich. Trzeba tych butów po prostu doświadczać i szukać sposobu wygodnego poruszania się na obcasie. To ma być fajne narzędzie do pokazywania swojej urody w ruchu, więc trzeba tym narzędziem nauczyć się posługiwać. To mit, że kobiety urodziły sie z umiejętnością chodzenia na obcasach. Wszystko trzeba ćwiczyć. Tyle że jak we wszystkim – jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej.

W jaki sposób dać odpocząć nogom po całym dniu w szpilkach?

Rozciągać mięśnie łydek i pleców w odcinku lędźwiowym. Najlepiej w pozycji skulonej na plecach albo na boku. Warto też pójść na masaż stóp, albo położyć nogi wysoko i wygodnie tak, żeby krew spływała do dołu, po czym zginać i prostować palce. Dobrze robi przygłaskiwanie łydek kostkami lodu w kierunku do kolana, kiedy leżymy z podniesioną do góry nogą.

Paweł Bednarski – fizjoterapeuta, trener przygotowania motorycznego, biegania. Prowadzi warsztaty, na których uczy kobiety poruszania się na obcasach. Właściciel Rehmedis – centrum rehabilitacji w Gdańsku.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

 


Zobacz także

Ogólnopolskie Spotkanie Kobiet. Zapraszamy na konferencję

Małe dziecko – aktywator mądrego wydawania

Siedem rzeczy, na które warto „zmarnować” swój czas. Nie czekaj!