Lifestyle Psychologia

Nadal nie rozumiemy czym właściwie jest depresja. Nie mówcie proszę więcej, że ten kto z nią przegrał, to tchórz

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 lipca 2017
Fot. iStock/cyano66
 

Ledwo muzyczny świat otrząsnął się po śmierci wokalisty Soundgarden, Chrisa Cornella, a już dobiegła do nas informacja o samobójstwie jego przyjaciela, innego muzyka- Chestera Benningtona . I znowu szok, niedowierzanie, ogromny smutek. Może również chwila refleksji. Odebranie sobie życia to tak dramatyczny, desperacki i „ostateczny” krok, że niewielu z nas potrafi zrozumieć, co musi dziać się w umyśle osoby, która się na niego decyduje. Co takiego musi się w człowieku stać, żeby postanowił, że już dłużej „nie może”?

Choć obaj wokaliści nie ukrywali, że od lat zmagają się z depresją i uzależnieniami, nie zabrakło krzywdzących komentarzy. „Miał wszystko”, „Był egoistą, zostawił żonę i dzieci”, „Najłatwiej umrzeć, najtrudniej walczyć o siebie i żyć”, „To zwykłe tchórzostwo” – możemy przeczytać pod artykułami o samobójstwach tych artystów. Jest to jasny sygnał, że o depresji wciąż wiemy niewiele, że stale nie rozumiemy jej istoty i wolimy ferować bezmyślne wyroki niż poświęcić chwilę na zgłębienie tego, co dzieje się z głowie i sercu osoby, która cierpi na to niebezpieczne zaburzenie psychiczne.

Nie nazywaj „tchórzem” kogoś, kto pod wpływem depresji decyduje się na tak desperacki krok, jakim jest odebranie sobie życia. Jego wewnętrzny ból staje się obciążeniem nie do wytrzymania. Nie potrafisz pojąć, że depresja odbiera całą wewnętrzną moc, wolę życia, chęć walki o siebie, a co dopiero o innych. Nie wiesz jak wielka jest ta siła.

Uwierz, naprawdę można mieć miłość, miliony dolarów na koncie, można mieć świat u swoich stóp, można to wszystko zauważać i doceniać, i nadal – nie chcieć żyć. To nie żaden grzech. Tak działa ta straszna choroba.

To znamię, brzemię, niesione w samotność (bo nawet ze wsparciem najbliższych, pod opieką specjalisty, mając do dyspozycji najlepsze lekarstwa, z depresją mierzymy się jedynie „sam na sam”) nie ma nic wspólnego z logiką, ani uczuciami, jakimi darzysz swoich bliskich.

Wyobraź sobie, że budzisz się pewnego dnia i czujesz się nic nie warty. Może z powodu błędów, które popełniłeś,  a może z jakiś innych powodów, na które zupełnie nie masz pływu. A może w ogóle bez powodu. Nie pomaga racjonalne tłumaczenie twojego partnera, że przecież jesteś kimś wyjątkowym, wspaniałym, że na koncie masz tyle osiągnięć. Odtąd, nosisz w sobie ciągłe poczucie niepokoju, odczuwasz brak stabilności emocjonalnej, nie widzisz szans na poprawę tej sytuacji. Nie. Bo nie…

Ogarnia cię rozpacz, która jest tak wyczerpująca, że nie masz siły by rano wstać, a wieczorem nie możesz zasnąć. Ale zachowujesz to wszystko dla siebie, ponieważ nie chcesz być dla nikogo ciężarem. I nic, naprawdę nic już nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia, czy jesteś studentem, mamą, księgowym czy znanym artystą.Nie ma znaczenia, czy o depresji wiesz wszystko, bo pisałeś o tej chorobie artykuły, bo zbadałeś ją jako naukowiec, czy może spotykasz się z nią pierwszy raz.

Nie ma znaczenia, czy jesteś bogaty, czy biedny, wykształcony, czy nie.

Depresja sprawia, że ​​czujesz się zupełnie sam. Myśli o śmierci pojawiają się jako realny sposób na to, by się od niej uwolnić. Możesz nosić na zewnątrz maskę, a w domu codziennie płakać, lub godzinami patrzeć się w ścianę. Czuć nieokreślony bliżej, niewytłumaczalny ból, coś czego nie potrafisz zdefiniować i to przeraża cię jeszcze bardziej, bo najgorzej walczyć z czymś, czego nie potrafisz sobie racjonalnie wytłumaczyć.

Jeśli na to pozwolisz, depresja okaże się silniejsza niż twoja mądrość i wartości, które wyznajesz. Silniejsza niż miłość, bo jest podstępna i wytrwała. Może sprawić, że poczujesz się jak stary mężczyzna w wieku 27 lat. I może sprawić, że poczujesz się zagubiony jak dziecko w wieku 52 lat.

Rozumiejąc to wszystko, nie zapytasz, jak to możliwe, że ktoś, kto na ekranie był osobą tak pogodną i radosną jak Robin Williams, nie radził sobie z prawdziwym życiem. Oczywiście „nieradzenie sobie z życiem” jest tutaj sporym, może nawet krzywdzącym uproszczeniem. Walka z chorobą jaką jest depresja to przecież walka nierówna, bo wciąż tak naprawdę nie wiemy, co sprawia, że nas dopada, dotyka, tłamsi i zmienia na zawsze naszą codzienność. Pamiętajmy, że zachorować może każdy z nas, a jeśli trzeba – szukajmy pomocy.


Lifestyle Psychologia

W co gra narcystyczny facet w związku? W trzy gry, dzięki którym tobą manipuluje

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 lipca 2017
Fot. iStock / Pekic
 

Narcyza nie zmienisz. Nie ma szans, zwłaszcza, gdy na początku właśnie jego narcystyczna osobowość cię pociągała. Oj tak, oni potrafią być niezwykle czarujący uwodząc, flirtując i prawiąc nam setki komplementów, byleby tylko wzbudzić nasz zachwyt nad nimi. Cóż, jednak gdy przychodzi szara rzeczywistość życia z narcyzem przestaje już być tak kolorowo.

I uwierz dopóki on nie zrozumie, że swoją postawą, zachowaniem cię bardzo mocno rani, nie zmieni się. Jemu jest tak wygodnie, jest przyzwyczajony do tego, że jego musi być na wierzchu, że on ma być najważniejszy, zawsze w świetle fleszy. Możesz grać w jego gry, którymi umniejsza twoją wartość i twoją pewność siebie.

Narcystyczni faceci w związku grają w trzy gry

Gra pierwsza: „Beze mnie świat się zawali”

Scenariusz:

Ona: „Kochanie, wyjedź z nami w tym roku na dłuższy urlop, a nie tylko kilka dni, w końcu to jedyna okazja, żebyśmy mogli spędzić trochę czasu razem”.

On: „Zwariowałaś? Jak ty to sobie wyobrażasz, mam gorący czas w pracy, nawet nie myślę o urlopie. Znajdź coś, a ja do was dojadę”.

Klasyka przypadku. Tobie zależy, żebyście pobyli razem, żebyście w końcu zrobili coś wspólnie, tymczasem dla pana JestemNajważniejszy nie ma to najmniejszego znaczenia. Bo przecież bez niego świat się zawali, coś pójdzie nie tak. On nieustannie musi podkreślać, jak jest ważny, że nic bez jego obecności się nie uda i chce, żebyś ty w to wierzyła. Zawsze będzie mówił o sobie, co zrobił, czego dokonał, jakie decyzje podjął, co za ile kupił, kogo spotkał. Nie licz na to, że spyta co u ciebie, ja ci minął dzień. A nawet jak spyta, pytanie, czy wysłucha…

Gra druga: „Ma za swoje, pewnie mu się należało”

Scenariusz:

Ona: (płacze) „Wiesz, że mąż Moniki (przyjaciółki) ma raka. Właśnie do mnie dzwoniła załamana. Jezu, nie wiem, co robić, jak jej pomóc…”.

On: „A co on sobie myślał, widziałaś jak wygląda? W ogóle o siebie nie dba, przytył z 10 kilo, fajki po kryjomu dalej palił, to ma”.

Zero empatii. Narcyz nie pochyli się na czyjąś krzywdą, nad potrzebą pomocy. Zawsze będzie umniejszał znaczenie innych, tylko po to, by samemu być czuć się lepiej, być ważniejszym, mądrzejszym, ponad to wszystko, co dotyka innych. Nie licz na zrozumienie, gdy sypie ci się sytuacja w pracy, czy pokłóciłaś się z przyjaciółką. On zawsze wbije ci szpilę, żebyś czasem nie poczuła, że masz prawo do swoich uczuć. Szybciej wzbudzi w tobie poczucie winy, niż przytuli i powie, że wszystko będzie w porządku.

Gra trzecia: „Daj spokój, jestem świetny, lepiej spójrz na siebie”

Scenariusz:

Są ze sobą już dobrych kilka lat, ona go zna, wie, że jest wrażliwy na swoim punkcie

Ona: (delikatnie) „Kochanie, a może na urodziny kupię ci karnet na siłownię, otworzyli podobno świetną na naszym osiedlu…”

On: „A po co mi siłownia? Przecież ja świetnie wyglądam jak na faceta w swoim wieku, widziałaś tych wszystkich z brzuchami? Co sugerujesz? Lepiej spójrz na siebie, tobie siłownia by się przydała”.

Narcyz nienawidzi krytyki, jest wyczulony na jakiekolwiek negatywne uwagi pod swoim adresem tak bardzo, że bardzo często od razu reaguje złością i agresją. Jemu nie można nawet zasugerować, że mógłby się zmienić. Słysząc: „jesteś pieprzonym egoistą” odpowie ci, że to ty jesteś egoistką, bo myślisz tylko o sobie. Eliminuje z towarzystwa wszystkie te osoby, które mogłyby podważyć jego kompetencję, obnażyć słabe strony.

Narcyzi są bardzo uroczy i inteligentni. Krzywdzą w związkach, ale kiedy widzą, że przesadzili, bardzo szybko reagują próbując udobruchać kobietę tak, by ta znowu się nimi zachwycała. Nieustannie wpędzają w poczucie winy pod tytułem: „nie jestem dla niego zbyt dobra, nie jestem wystarczająco dobra dla tego związku”. Odpychają i przyciągają do siebie – i tak w kółko. Czy mogą się zmienić? Jeśli sami będę tego chcieli, z pewnością.


inspiracja: yourtango.com

 


Lifestyle Psychologia

„I chociaż mnie wkurzasz, chociaż nie raz myślę o tym, żeby wyjść i trzasnąć drzwiami, i już nigdy nie wrócić, to kocham cię”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 lipca 2017
Fot. Unsplash / Alex Hockett / CC0 Public Domain

Tak często cię przeklinam. Myślę sobie: „Rety, o ile moje życie byłoby prostsze, gdyby ciebie w nim nie było”. Jesteś przyczyną moich frustracji, złości. Wkurzasz mnie do granic możliwości, zwłaszcza gdy po raz kolejny mówisz: „zaraz”. A ja wiem, że to twoje „zaraz” wcale za chwilę nie nastąpi, tylko trzeba poczekać, aż dojrzeje, aż ty do niego dojrzejesz.

Patrzę na ciebie ze złością upatrując źródła moich problemów właśnie w tobie. Bo przecież łatwiej się żyje w pojedynkę, nie trzeba tych wszystkich kompromisów, dyskusji, zrzekania się tego, co ja właśnie chcę, żeby ciebie nie krzywdzić. Ile razy myślałam: „A idź ty sobie do diabła”? Marząc, żebyś pewnego dnia nie wrócił do domu, żebym mogła leżeć i nic nie robić, nie mówić, nie słuchać. Bo nie. Bo nie mam nastroju. Bo tak, boli mnie głowa. I nie mogę słuchać, że pewnie to znowu wszystko przez mój okres. Uwierz nie raz miałam ochotę skoczyć ci do krtani….

I patrzę na ciebie, jak śpisz. Padłeś zmęczony po ciężkim dla ciebie dniu. Tak śmiesznie układasz ręce, twarz ci się marszczy. Masz takie ładne brwi, włosy ci trochę posiwiały, może trochę bardziej niż ostatnio, gdy zwróciłam na nie uwagę. Nie przykrywam cię, bo wiem, że nie lubisz spać, gdy ci ciepło, a na dworze przecież duchota. I myślę sobie, że tak rzadko ci mówię, że kocham. Nie,” kocham” mówię często, ale tak automatycznie, jak dzień dobry nad ranem, gdy otwierasz oczy i uśmiechasz się do mnie każdego dnia. Tak, chyba nie było poranka, kiedy byś się nie uśmiechnął. Czasami, gdy wyjeżdżasz, brakuje mi tego uśmiechu, rozglądam się wtedy nieprzytomnie po sypialni zastanawiając się, jak można wstać, gdy nikt do ciebie się nie śmieje, gdy nie mówi wiedząc, że musisz już wstać: „zrobię kawę” i jej zapach dopiero wytrąca z sennego letargu.

I chociaż mnie wkurzasz, chociaż nie raz myślę o tym, żeby wyjść i trzasnąć drzwiami, i już nigdy nie wrócić, to kocham cię.

Kocham cię za ten poranny uśmiech i kawę, nawet tę czasami za mocną.

Kocham cię za pewność, którą dzięki tobie mam, bo wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć, że gdyby mój świat legł w gruzach, ty będziesz tym, który na swoich barkach te gruzy będziesz dla mnie za wszelką cenę trzymał. Będziesz mówił, że jesteś, że przecież ty jesteś, więc musi być dobrze, choćby nie wiadomo, jak źle było.

Kocham cię za to, że znosisz moje nastroje, za pytanie: „Ale o co ci naprawdę chodzi?”, które stawia mnie do pionu i każe zmusić do myślenia i szukania faktycznej przyczyny mojej złości, a nie czepiania się brudnej ścierki w kuchni. Wiesz, że czasami za to pytanie cię nienawidzę, zwłaszcza, gdy chcę jedynie dać upust swojej frustracji, a ty wytrącasz mnie z mojego szału.

Kocham cię za to, że dzięki tobie jestem lepszym człowiekiem. Że uczę się siebie nieustannie pytając siebie, czego chcę, czego mi brak, by nasz związek też był lepszym, by każde z nas o sobie pamiętało. Tak, ty nauczyłeś mnie myśleć o sobie. Powiedziałeś: „zrób coś ze swoim życiem”, gdy kiedyś marudziłam, że wszystko, co robię, jest do dupy. Pomyślałam wtedy: jakim swoim? Przecież teraz jest nasze? Myliłam się, jest nasze życie, ale jest też moje i twoje, nasze przestrzenie i enklawy, gdzie realizujemy wszystko to, czego pragniemy. Chyba nigdy ci nie powiedziałam, że to, gdzie jestem dzisiaj zawdzięczam tobie, bo nigdy nie trzymałeś mnie kurczowo za rękę, pewnego dnia zrozumiałeś, że potrzebuje wolności, że muszę trochę sama, czasami bardziej sama niż razem, żeby móc do ciebie wrócić szczęśliwszą i spokojniejszą.

Kocham cię, bo na mnie czekasz, bo wiesz, że w swoim zapędzeniu w końcu się zatrzymam, że tak mam i muszę lecieć do przodu. Rozumiesz, bo też tak masz, bo nagle dostrzegamy, że się mijamy, że brakuje nam wspólnego czasu i potrafimy usiąść i skupić się na nas, nim byłoby za późno.

Kocham cię, bo pokazujesz mi, że nie wszystkim trzeba się przejmować, nie wszystko brać sobie do serca. Że można powiedzieć: „mam to w dupie” posługując się męską logiką, że dopóki coś się nie wydarzyło, to po co dramatyzować.

Kocham cię, gdy ściskasz mocniej moją rękę na spacerze w tak banalny sposób zaznaczając swoją obecność.

Kocham cię za przyjaźń, którą mi dajesz, za szczerość i zaufanie. I za kłótnie i awantury i zupełnie chwilami odmienne zdania, które potrafimy uszanować dyskutując zacięcie.

I wiesz, kocham cię za to „zaraz”, które zaraz nie następuje, choć nigdy ci się do tego nie przyznam. Bo to jesteś ty w całości.  Z zarostem, którego nie chce ci się golić, z brudną ścierką w łazience, z rozrzuconym w sypialni praniem, ze spóźnieniami i tym, że „za godzinę” rzadko bywa godziną (coś masz z tym poczuciem czasu).

Kocham cię każdego dnia i każdego dnia mocniej. Kocham za to, jakim jesteś ojcem, jak byłeś przy mnie, gdy nasze dzieci opuszczały nasz dom idąc już swoją drogą. I wiesz, nigdy się nie bałam, że gdy ich zabraknie, to nas już nie będzie.

Dzisiaj jesteśmy spokojniejsi, pewniejsi siebie i siebie nawzajem. Ostatnio usłyszałam: „Widać, że wam się dobrze żyje”. I tak, mam dobre życie, to nasze wspólne, za to życie cię kocham.

Może jednak cię przykryję, bo chyba grzmi i burza nadchodzi. Wsunę się obok ciebie i zasnę przytulona do twoich pleców. A rano… rano poczekam na twój uśmiech i zapach kawy.


Zobacz także

Rozwiązanie konkursu „Odnajdź w sobie radość dziecka”

Taniec słonia w obronie godności mojego biustu!

Co oznaczają słowa „będę cię kochał”, w zależności od znaku zodiaku