Lifestyle

Marcin Kydryński: „Od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 maja 2016
Marcin Kydryński
Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego
 

Niektórzy znają go z radiowej Trójki i popołudniowej, niedzielnej „Siesty”. Inni z tego, że jest fotografem i podróżnikiem.

Marcin Kydryński przez 25 lat podróżował do Afryki, jak sam mówi, tam odnajdywał spokój, szczęście, ale też był świadkiem cierpienia i okrucieństwa. Tam mierzył się ze swoimi lękami i słabościami. 25-letnie doświadczenia postanowił zebrać w książce „Biel”. I trudno powiedzieć, czy to książka bardziej o Afryce, czy o nim samym. Podobnie, jak nasza rozmowa. 

Ewa Raczyńska: Dlaczego Afryka?

Marcin Kydryński: Ze stu powodów. Także dlatego, że kiedy zacząłem po niej podróżować 25 lat temu, było tam mało ludzi. A ja pustkę i spokój lubię, może w ten sposób Afryka odpowiadała na moje największe potrzeby.

Jednocześnie doznanie świata w Afryce było dla mnie znacznie bardziej intensywne niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Ten kontynent wydał mi się soczewką, w której każdy drobiazg, z jakich składa się nasze życie, ogromnieje i staje się ważny. Jestem fotografem w związku z tym poszukuję piękna. Oczywiście wiadomo, że piękno jest w oku postrzegającego, więc jest kwestią bardzo indywidualną. A ja znajduję je w Afrykanach. W mniejszym stopniu w mieszkańcach mongolskich jurt, albo w wioskach wysokich Andów, wśród Eskimosów, czy Aborygenów. Natomiast w Afryce mógłbym spędzić resztę życia portretując jej mieszkańców.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Łatwiej opisywać obrazem czy słowem?

W moim przypadku to się uzupełnia. Mój mistrz i przewodnik Ryszard Kapuściński miał na ten temat inną teorię. Twierdził, że słowo musi wystarczyć i nigdy bez wyjątku nie umieszczał w swoich książkach, za życia przynajmniej, swoich fotografii. Osobno ukazywały się albumy z jego zdjęciami. Zdaniem Kapuścińskiego słowo i obraz wykluczały się nawzajem. Być może uważał, że fotografia ograniczała wyobraźnię.

Wychowałem się na piśmie National Geographic, w którym zdjęcia i tekst niejako istniały obok siebie, dopowiadając się nawzajem. Moim guru był Robert Caputo: pisarz i fotograf, choć często bywało tak, że inna osoba pisała, a inna robiła zdjęcia do tekstu. Operując na podstawowym poziomie i słowem i obrazem uznałem, że są sytuacje, których nie umiem opowiedzieć inaczej, jak tylko fotografując. Jednak jakkolwiek fotografia może być pasem startowym dla wyobraźni, to wszelako głębszych myśli może nie unieść, zwłaszcza jeśli nie chcemy pozostawiać odbiorcy zbyt dużej przestrzeni dla jego własnej interpretacji obrazu, jaki widzi. Kiedy chcemy być precyzyjni. Wtedy potrzeba celnych słów.

W czasie swojej podróży po Afryce spotkał Pan Andy’ego, który nie robił ani notatek, ani zdjęć.

To dawna historia. Do dzisiaj nie wiem lub nie pamiętam, co nim kierowało. To było prawie 25 lat temu, widzieliśmy się raptem może dzień, może dwa. Spędziliśmy niewiele czasu razem, podczas którego on opowiadał o swoich podróżach, wówczas mi imponując, bo ja byłem na początku swojej drogi, a on wędrował długo.

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Pamiętam, że zdumiało mnie, że wędrował latami z małym plecakiem. I rzeczywiście nie notował i nie fotografował, co mnie z jednej strony ujęło, bo bez skupiania na zapiskach czy fotografii pewnie wszystko co wokół przeżywa się znacznie głębiej. Ja często obserwuję ludzi, którzy przychodzą w wyjątkowe miejsca tylko zrobić zdjęcie i nawet przez sekundę nie są w stanie przeżyć urody napotkanego krajobrazu, jakby odgradzając się aparatem od rzeczywistości.

Doceniam, że ktoś potrafi wyłącznie przeżywać. A z drugiej strony myślę, że może zbyt filozofuję na temat Andy’ego i być może był on postacią nieskończenie płytką, która nijak nie potrzebowała utrwalać swoich refleksji, ponieważ nie miał ich zbyt wielu, a fotografować po prostu nie umiał.

Ale zatrzymał Pana… Poświęcił mu Pan fragment książki.

Bo ta książka, a w niej Afryka, jest jedynie pretekstem do rozmowy o różnych sprawach, takich właśnie jak ta, o którą Pani zagadnęła. O tym wszystkim można by rozmawiać nad książką z Warszawy, tekstach o Mazurach czy Lizbonie. Jednak ja związany jestem z Afryką od 25 lat, więc siłą rzeczy jest ona dla mnie taką soczewką w której każde doświadczenie ogromnieje, nawet tak błahe, jak historia Andy’ego i daje przyczynek do dyskusji, do stawiania pytań.

Mówi Pan, że książka bardziej jest o Panu niż o Afryce.

To spacerownik. Spacerujemy po tej Afryce długo i daleko, i rozmawiamy tak naprawdę o wszystkim, w znikomym stopniu o kondycji tego kontynentu, bo od tego są inni pisarze, historycy, ekonomiści, politolodzy. Ja się na nich powołuję, czerpię z nich  pełnymi garściami, bo zawsze jeżdżę z plecakiem książek. Ale nie o historycznych przemianach, jest ta książka, choć przecież dotyka historii. Ta książka – proszę wybaczyć pewną górnolotność – o życiu jest.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Czy jest alegorią Pana życia? Pisze Pan o lękach, o okrucieństwie i spokoju – wszystko to odnajduje Pan w Afryce.

”Biel” można czytać jako najczystszej formy autobiografię. Aby jednak takie czytanie sprawiło przyjemność, wypadałoby mnie uważać za kogoś ważnego. Takich osób jest niewiele, ten trop bym zatem odradzał. Nie to jest istotą rzeczy. W znacznym stopniu udaje mi się dotykać spraw uniwersalnych, wobec których stawiam pytania. Wierzę, że są to pytania, które każdy z nas uzna za istotne. Dotyczą przemijania, miłości, muzyki, religijności i wiary, które nie są bynajmniej tożsame. Szukają źródeł okrucieństwa w człowieku, zastanawiają się nad filozofią podróży, ekologią, ludzkimi postawami wobec sytuacji krytycznych.

W obliczu śmierci stawia Pan sobie pytanie, czy zasłużył na życie.

Pytań jest dużo. Niewiele gotowych odpowiedzi. My, żyjąc przeważnie w mieście, spiesząc się, mając mnóstwo spraw do załatwienia nie zadajemy ich sobie wystarczająco często. A wierzę, że warto je sobie zadać, żeby stać się odrobinę lepszym.

Albo zatrzymać się i nie nadążać…

O tak, to jedno z moich ulubionych sformułowań, bo od nienadążania jestem wybitnej klasy specjalistą.

Dzisiaj może Pan powiedzieć, że Afryka, podróże po niej, w jakiś sposób ukształtowały Pana?

Moje podstawowe doświadczenia zogniskowały się właśnie w Afryce. Być może to kwestia rozrzedzonego powietrza, być może upału, w którym wszystko ogromnieje. Próbowałem żyć wspólnie z Afrykanami. Wędrować, dzielić chatę, pożywać. Patrzyłem, jaki wysiłek wkładają każdego dnia, nie żeby wytwarzać strawę dla ducha, a żeby zwyczajnie przetrwać do następnego świtu. My, którzy na co dzień tego nie dostrzegamy, już nie mówiąc o docenianiu, nagle uzyskujemy odmienną optykę. W tym sensie Afryka na pewno mnie ukształtowała. Myślę, że też  wyostrzyła moją uważność na sprawy drugiego człowieka i na urodę świata. Powstrzymała mnie także przed powszechną dziś plagą oceniania innych.

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Pisze Pan, że ma sentyment do powszedniości, ale Afryka nie jest dla większości powszednia.

Podróżując po Afryce nie byłem na froncie, choć wokół trwały wojny i rzezie, jak w Somalii czy Sudanie Południowym. Szczerze? Bałem się, po prostu. A ponieważ nie pracuję dla New York Timesa lecz dla siebie, nie miałem też wiary, że moje słowa lub fotografia zmienią świat. Tylko ludzie o tym przekonani mogą ryzykować życie dla zdjęcia. Było tam wówczas wielu reporterów. Jednak ci po wszystkim wyjeżdżali na kolejny front i zostawiali za sobą ludzi, którzy właśnie doświadczyli ostatecznej potworności. A ci musieli dalej w tym świecie żyć, układać sobie codzienność, tę ich powszedniość właśnie. W niej musiało być miejsce na szczęśliwe chwile, na miłość, na dobroć. To mnie zawsze najbardziej fascynowało. Jak żyć w Sierra Leone, czy w Liberii, po koszmarze, który się wydarzył. Kiedy tam jechałem, byłem już sam, nie deptałem po piętach innym reporterom. Interesuje mnie krajobraz po apokalipsie.

Zaprzyjaźnia się Pan szybko?

Zaprzyjaźniać się to za dużo powiedziane. Nie jestem przesadnie towarzyski. Staram się być uważnym wędrowcem. Mam w sobie dużo serdeczności dla ludzi. Nigdy nie chowam urazy. To już jest dobry start, żeby się zaprzyjaźnić, prawda?

Opowiada Pan historie Marii, która odwiedza Pana w nocy, za seks nie chce pieniędzy, wychodzi, a Pan już nigdy jej nie spotyka. Jakie są kobiety Afryki?

To Pani powiedziała, że za seks. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma go wcale w tym opowiadaniu. Są dwa, trzy pocałunki, pełne czułości. Tylko tyle, prawda? Maria to historia z 1994 roku. Opowiadanie, które można uznać za feministyczne. Afryka jest kontynentem, który poddaje kobiety represji właściwie w każdej sferze a ja z wdzięcznością i z miłością patrzę na każdy przejaw ich uwolnienia. To są sytuacje rzadkie, ale jedną z nich opisałem w historii o Marii.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński

Możemy długo rozmawiać o kobietach Afryki, skupić się na tym, jak ciężki jest ich los, ciężki nieporównywalnie z innymi miejscami na ziemi chociażby ze względu na klimat, na kulturę, na tradycję. Ta właśnie nakazuje kobietom, albo siedzieć w domu i szczelnie łącznie z oczami być spowitą w czarne szaty, albo każe im codziennie iść po 10 km po wodę z 20 litrowym kanistrem, albo każe im być niewolnicami seksualnymi. Więc można o tym rozmawiać bardzo długo. W piekle, jakim jest Somalia, powszechnie okalecza się kobiety, jakby sam skwar i wojna nie wystarczyły dla doświadczenia koszmaru. Podobnie jest w serdecznym Sierra Leone, gdzie wskaźnik okaleczania dziewcząt wynosi 98%, jest jednym z najwyższych na świecie. W turystycznym Egipcie. W od prawieków chrześcijańskiej Etiopii.

Jak widać, to nie musi być wściekle islamski kraj, by praktykować barbarzyńskie wobec kobiet obrzędy. Możemy o tym mówić, ale niewiele nasza rozmowa zmieni. Zmiana musi wyjść z wnętrza samych społeczeństw. Nie może zostać przez nas narzucona, jakkolwiek buntowalibyśmy się przeciwko tym zbrodniom. Skupiłem się na wyzwolonych, szczęśliwych kobietach. Nielicznych,  jak Maria, która ma miejsce w moim sercu, chociaż dzisiaj, blisko ćwierć wieku później, już nie pamiętam jej twarzy.

Pisze Pan: „Prawdziwym wojownikiem jest ten, który staje do walki z sobą, wypowiedzianą własnym wadom i słabościom”.

Tak, to pierwotna definicja dżihadu. W tym sensie sam jestem dżihadystą odmawiając sobie codziennie pizzy, piwa, zmuszając do ćwiczeń. Niech mi pani wierzy, jaki wielki to jest wysiłek…

To są dla Pana słabości?

To są ogromne słabości. Bo ja najchętniej leżałbym na sofie i czytał książki. Dosłownie każda aktywność, jaką podejmuję, a która  poza tę sferę wychodzi, to jest mój dżihad. Wie Pani, to historia przeinaczyła znaczenie tego pięknego słowa. Sami muzułmanie, mieczem zdobywając kolejnych wiernych. U początku dżihad był zmaganiem jednostki w trudnej sztuce samotnego dochodzenia do Boga. Warto o tym pamiętać. Podoba mi się hinduska myśl, że szczęśliwy byłby świat, w którym byłoby tak wiele religii, jak wielu jest ludzi. Chciałbym żyć w kraju, w którym wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Bo czyż nie jest to najbardziej intymna sfera?

Afryka to 25 lat Pana życia, jednak mówi Pan, że nadal jest Pan tam tylko obserwatorem. Nigdy nie poczuł się Pan częścią tego miejsca?

Tam pozostanę obcy, choć ludzie są bardzo życzliwi i otwarci. Ale są też tacy właśnie dlatego, że ja jestem od nich odmienny i traktują mnie z charakterystyczną dla Afryki gościnnością, szczególną wobec przybysza z daleka. Albo też, choć na szczęście zdarza się to coraz rzadziej, z odrobiną respektu, który przez pokolenia był im wpajany wobec białych najeźdźców. Ale nijak nie uznają mnie za swojego, bo mają świadomość w jak różnych i odległych od siebie światach żyjemy. To są osobne planety.

Fot. Arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Fot. Arch. prywatne Marcina Kydryńskiego

Wracam pamięcią do dnia, kiedy podróżowałem starą ciężarówką przez jedną z najdzikszych puszcz kontynentu, na granicy Kamerunu i Konga, drogą wyrytą przez miejscowych drwali. Ten las był niezmierzony, nie da się do niego przeniknąć. Na postoju wszedłem kilka metrów w tę puszczę i pomyślałem wtedy: „jestem tu gdzie chciałbym być, jestem tu szczęśliwy, ten las jest dla mnie gościnny, czuję, że mnie przyjmuje z miłością”. Parę godzin później śmiertelnie zachorowałem. Pomyślałem sobie wtedy, że może przedwcześnie uznałem się częścią tej urody świata, a ona każdego dnia będzie dawała mi odczuć, że jestem dla niej nieistotny i zbędny. Za wcześnie poczułem się częścią Afryki. Być może to nigdy się nie stanie.

Pan wracał do Afryki przez 25 lat, a jednak my częściej wracamy do miejsc, gdzie czujemy się jak u siebie.

Po 25 latach czuję się wciąż gościem. Ogromnie wdzięcznym, ale ciągle gościem.

Dużo w tym pokory?

O tak, bo ten kontynent uczy pokory bardziej niż czegokolwiek innego.

Zamknął Pan jakiś etap swojego życia tą książką?

Tak. Moja mama nawet się ucieszyła myśląc, że już nigdy tam nie pojadę. Tego nie mogę obiecać, bo mam teraz w planie kilka podróży, podczas których jestem przewodnikiem dla ludzi ciekawych Afryki i ciekawych fotografii. To jest zupełnie innego typu podróżowanie, także niebezpieczne, jak każde wyjście z domu, ale jednak nie mające kompletnie nic wspólnego z samotnym wielomiesięcznym podróżowaniem przez afrykańską puszczę. Te długie wyprawy odwiesiłem, jak stary kapelusz. Na razie. Kto wie, może za kilka lat wciąż będzie na mnie pasował.

Fot. Marcin Kydryński

Fot. Marcin Kydryński


Lifestyle

Jak zepsuć związek na 4 sposoby. „Poradnik” dla znudzonych swoim szczęściem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 maja 2016
Jak zepsuć związek
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Zakochałaś się, masz u boku wspaniałego partnera, wymarzony układ lub budzisz się szczęśliwa rano? A może tak było kiedyś, jeszcze wczoraj? Masz dość miłosnej utopii? Przeczytaj koniecznie, to poradnik dla ciebie, stosując którąś z tych metod bez wątpienia szybko i skutecznie pozbędziesz się ze swojego życia:
– miłości
– szczęścia
– spokoju
– i oczywiście JEGO (bezpośredniej przyczyny powyższych niepożądanych stanów).

Dajemy stuprocentową gwarancję rozpadu, obniżenia nastroju i pogorszenia życia (co najmniej miłosnego)…

Zdziwieni? Na pewno. Po takim wstępie z pewnością nie zastosujesz żadnej z tych metod, ale uważaj – prawdopodobnie kompletnie nieświadomie, codziennie stosujesz przynajmniej jedną nich.

Jak zepsuć związek na 4 sposoby?

Poznaj nasze bohaterki, specjalistki od szczęścia utraconego.

Czarodziejka: „Nie bój się zmian, szczególnie cudzych. Zawsze możesz je wymusić”

W sumie to w życiu Czarodziejki panuje harmonia. Jest dom i ogród, praca, kawa z przyjaciółką, kot. Jest i on – Śmiertelnik, który za bardzo nie zna się na czarodziejskim świecie, ale właśnie za to go pokochała. Czarodziejka dba o swoją krainę. Starannie dobiera zaklęcia, decyduje jak spędzić czas czy rozwiązać konflikt. Bo te, przecież nawet w Nibylandii, się zdarzają. Czarodziejka jest mistrzynią monologu, bo potrafi w monolog zamienić nawet dialog. Wystarczy odrobinę podkręcić swoją moc, żeby żadne błędne głosy już nie zaburzały harmonii.

Bo przecież, to oczywiste, że Czarodziejką jest się po coś i się wie.. i nawet kiedy naprawdę (nawet w opinii mieszkańców zwykłych miast) się ma rację – to już wystarczający powód, by pozostałą część świata (tę niewłaściwą) wygumować. Na co komu błędy, w końcu…?

Czarodziejka wkurza się, gdy Śmiertelnik nie wstaje na czas rano – umówmy się, że nawet czarodziejki musza skorzystać z lusterka, tak po ludzku, żeby bliżej ludzi być. Czarodziejka czasem znieść nie może, że śmiertelnik nie wyobraża sobie wakacji plackiem na leżaku i do tego wszystkiego zamiast pomóc czarować świat na lepszy, leży jak ten „dziad” na bardzo gustownej sofie. Zwykli ludzie w swoim zwykłym świecie – tez muszą mierzyć się z takimi problemami. Nie mają czarów, więc jakoś sobą radzą:
– ustalają, że skoro ktoś musi wstać wcześniej pierwszy korzysta łazienki, a potem dobiera siada przy kawie z gazetą (wtedy drugi śmiertelnik udaje się do łazienki)
– nie jadą na wakacje i nie zamieniają się placki, tylko wybierają inną opcję np.: jeden placek + jeden turysta na fakultatywnych wycieczkach i spędzają wspólne wieczory, albo nie jadą (czasem ich drogi, zbyt różne i wiodące w przeciwne strony rozchodzą się).
– innym razem ten”dziad” podejmuję niewyrównaną walkę ze swoimi słabościami lub ustalają zadowalający harmonogram pracy i „dziadowania” obu stron.

Ale są tylko ludźmi, nie mają czarów, które spowodują, że problem zniknie. Czarodziejka ma się lepiej – nie musi długo i żmudnie wprowadzać niepewnych ludzkich rozwiązań, najpierw zastanawia się, które z jej rozwiązań jest najlepsze – potem pach! ledwo machnie różdżką i już. Śmiertelnik winien pogodzić się z mądrością, której mu brakuje i brakiem magicznej mocy również. Wszak z czarami nie da się konkurować!

Niewidzialna: „Uciekaj przed trudnym, czego oczy nie widzą, a uszy nie słyszą – tego umówmy się, że nie ma”

Niewidzialna jest kobietą z tradycjami. Wiele wyniosła ze swojego domu. Matka, babka, siostra też – przekazały jej trudną sztukę uniku. Jest mistrzynią pokojowego rozwiązywania związkowych trudności. Stonowana, z klasą. Gdy robi się gorąco, to ona jest gwarantem domowego bezpieczeństwa. ucieka, unika lub odwraca się na pięcie. I czeka.

Cierpliwość to jej główna cnota. Czeka cierpliwie, aż cała sytuacja rozejdzie się po kościach. Bo przecież zbyt wiele jest do stracenia by ryzykować. Mają całkiem spory rodzinny dywan – taka rodzinna pamiątka, która zawitała w ich domu z dniu ślubu. Starannie i bardzo dokładnie zamiata pod niego złe. To co zagraża, burzy poczucie bezpieczeństwa, jest inne.

Pod dywanem natomiast powstał nowy świat. I mimo, że Niewidzialna jak co sobotę odkurza pieczołowicie całe mieszkanie, tam ciągle pełno wszystkiego. Pewnego dnia chcąc przejść do wypoczywającego małżonka, po drugiej stronie pokoju – zdarzyło się coś niesamowitego. Niewidzialna stąpając ostrożnie między kwiatowym wzorem a strzępionym ręcznie rąbkiem, potknęła się o swoja zakopaną dawno godność. Gdy już myślała, że opanowała niefartowną sytuację, krok po kroku wdeptywała w żal, gorycz i porzucone marzenia – aż w końcu upadła z hukiem.  Chwyciła w prawą rękę swoją dumę, która bezczelnie wystawała spod przesuniętego dywanu; w lewą złość, która już zdążyła potoczyć się po parkiecie. Nie było już odwrotu – raz z lewej, raz prawej – strzeliła pana Męża w pysk z pianą na ustach.

Po tym incydencie, Pan i Pani stanęli po dwóch różnych stronach dywanu, jednak za każdym razem, gdy jedno z nich chciało przedostać się do tego drugiego – potykało się wrzeszcząc „to ty do cholery, tam to wsadziłaś/eś. Przez ciebie się przewracam”. Historyczny dywan trzeba było wyrzucić, a terapeuta, który zarządzał ekipą remontową, zalecił ograniczyć schowki i szafki w domu do minimum. Pani i Pan prze półtora roku, regularnie przynosili terapeucie swoje „niepotrzebne” rzeczy, które jeszcze długo znajdowali w domu. Po tym czasie nauczyli się sami porządkować życie na bieżąco.

Lepsza: „Nie okazuj słabości, bo przeciwnik cię pożre. Gardzę tobą, brzydzę się – stosuj regularnie”

Słowa to tylko słowa – mawiała Lepsza – Jestem, jaka jestem. Wiedziałeś, o tym! – dodawała nonszalancko. Bo nie zamienia się lepszego, na gorsze albo zwykłe. Nie, po prostu nie. Lepsza mimo całej swojej miłości do Zwykłego, żyła przekonaniem, że jest Lepszą. Zresztą sami pewnie doskonale znacie takie oceny, gdy patrzycie na znajomych i pytacie się w duchu – Co ona robi z takim brzydalem/ On taki przystojny, a taką sobie wziął szarą myszkę. Ona taka zaradna a on, no cóż życiowy nieudacznik. On  robi karierę, a ona nie jest na to dość „lotna – lub na odwrót. Prawie naturalnie dokonujemy ocen otaczających par. Zawsze jest ten lepszy – motor związku, gwarant szczęścia i ten gorszy – ten którego spotkała jakaś łaska, który ustrzelił swoją małą „6-stkę”na loterii – no bo przecież to musiał być przypadek!

Ale w tym związku, nie było łaskawych – No, przestań, przecież wiemy, że to nieprawda – albo chociaż łagodnych – daj spokój, na pewno tak nie myślą – jakoś tak wyszło. W tym związku Lepsza pielęgnowała z najwyższym trudem, własnoręcznie przekonanie, że są lepsi i gorsi – i w tym wypadku to drugie, to na pewno nie ona.

Gorszy długo żył pogodzony ze swoim położeniem – no bo przecież nie dyskutuje się z oczywistym. Aż pewnego dnia spotkał Gorszą. Usiedli razem na krawężniku, omawiając swoja beznadziejność. o paru godzinach odeszli razem ku zachodzącemu słońcu, żyli podobno szczęśliwie, zmienili nazwisko na „Zwyczajni”. Pani Lepsza była smutna, została zdradzona – mimo tak przeważającego kapitału włożonego w ten związek. Musiała porzucić swoje imię, nie mogła być już „Lepsza”, bo nie miała od kogo… Szuka nowego imienia, jeszcze nie znalazła.

Odchodząca (cyklicznie): „Masz atut, argument – wykorzystuj go za wszelka cenę. Zobaczymy jak zaśpiewa, kiedy mnie nie będzie”

Była piękną zadbaną kobietą. Ale miała jedną wadę – jej impulsywność i wybuchy zawsze kończyły się szantażem. Kocha to poczeka! No, jasne.

Nie wyszedłeś z psem, zostawiłeś okruszki. Pokłóciłeś się ze mną. Seks był nietrafiony? A może wróciłeś podchmielony ze spotkania firmowego – o nie, kochany – jeszcze pożałujesz. A że Odchodząca dobrze wie, że kara jest „najlepszym” narzędziem wychowawczym – Kary miała na każda okazję. Banał, ale skuteczny, nie rozdrabniajmy się – niech poczuje ile ma do stracenia. Bo on wciąż w klęczki i z kwiatami. Gdy ona znikała bez słowa lub gdy krzyczała „To koniec, nie muszę znosić tego wszystkiego”. I kajał się z szczerego serca, bo kochał przecież.

I kiedyś, gdy tak kłócili się o to kto coś bardziej, a kto mniej – gdy już wszystko szło całkowicie ni po jej myśli i właśnie miała trzasnąć drzwiami – on wstał, wrzucił do teczki szczoteczkę do zębów, koszulkę, którą kiedyś u niej zostawił i wyszedł.

Odchodząca oniemiała. Jak śmiał tak? Usiadła w kuchni przy stole i zapatrzyła się w miejski horyzont. Próbowała kilka razy zadzwonić, ale abonent był zawsze niedostępny. Sąsiedzi mówią, że za ścianą zrobiło się tak cicho, że słychać tylko czasem wieczorem prze uchylone w kuchni okno jak mówi do siebie „To koniec? Przecież tak się tylko mówi…”.

PS: Jeżeli z jakiegoś powody metody nie działają zbyt skutecznie lub efekt jest zbyt nieociągnięty w czasie, należy używać często tych słów: „Bo ty zawsze”, „A ty nigdy”, „Ale, gdybyś…” i rzuć czasem mięsem.

PS2: Każda z bohaterek może być i bohaterem. Psucie związków jest bardzo gender – każdy może to zrobić, sam w domu.

PS3: Czarodziejka, Niewidzialna, Lepsza i Odchodząca nie zawsze kończą swoje bajki w tak bajkowy sposób. Czasem siedzą całe życie w swoich światach z nimi, ale to nie oznacza, że ich związek jest tak silny, że nawet to potrafi przetrwać. Zawsze na końcu okazuje się, że nawet gdy nikt nie wydziera kartek – każde z nich opowiada swoją inną i całkiem odrębna historię. Psucie związków to zadanie trudne dla jednej osoby, bo by skutecznie popsuć trzeba mieć dość siły lub nie napotykać na żaden opór po drodze. Nie taka łatwa to sprawa. Więc Śmiertelnik, Pan Mąż, Gorszy i Pan „Jestem” też mają swoje za uszami. Bo bierność w związku potrafi być równie niszczących grzechem, upewniającym każdego dnia te druga osobę, że nadal idą razem tym „słusznym” kierunku.  nie da się być w związku solo… Po prostu.


Lifestyle

Sutki grozy, czyli czego Facebook nie pokaże, a powinnaś wiedzieć!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 maja 2016
Fot. Screen z Facebooka / Mamamia

Badanie piersi. Każda (prawie każda) z nas zarecytuje coś na ten temat – kiedy, ile razy i że koniecznie trzeba wykonywać, ba! że ginekolog podczas wizyty powinien zbadać piersi, ale…

Ale:
– kiedy ostatnio badałaś swoje piersi?
– czy wiesz jak to zrobić?
– na pewno?!

Facebook i Instagram pałają wyjątkową niechęcią do kobiecych sutków, więc dziś prezentujemy wam niesamowitą instrukcję samobadania piersi – dobrą, zabawną i trochę na przekór tej social-obłudzie 😉 Obejrzyjcie, zbadajcie i podajcie dalej!


Zobacz także

Jamie Dornan i Dakota Johnson po raz ostatni w kulminacyjnym zakończeniu wyjątkowej trylogii. Nowe oblicze Greya

Jesteś beksą? Bardzo dobrze, bo to zdrowo sobie czasem popłakać

Kobieto, kiedy wreszcie uwierzysz, że jesteś mądra?