Podróże

Odkryj skarby Jury Krakowsko-Częstochowskiej

Redakcja
Redakcja
12 kwietnia 2021
 

Gdzie wybrać się na weekend? Wiele z nas zadaje regularnie zadaje sobie to pytanie. Okazuje się, że wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby zobaczyć piękne miejsca i przeżyć przygodę. Bartek Osumek – dziennikarz i podróżnik, wydał ebook „Gdzie szukać skarbów?”, w którym zachęca do rodzinnych wypraw po Jurze Krakowsko-
Częstochowskiej. Zamki, jaskinie, legendy, niesamowite historie – wszystko to czeka na nas w tym magicznym zakątku Polski. To co? Pakujemy plecaki i ruszamy na szlak? W ebooku Bartka Osumka znajdziecie wiele malowniczych tras wycieczkowych – m.in. „Zamki i jaskinie pełne skarbów”. I właśnie od tej polecamy wam rozpoczęcie zwiedzania Jury.


Mirów i Bobolice

Już w trakcie drogi warto zainteresować nasze dziecko opowieściami o miejscu, do którego zmierzamy. Mogą to być ciekawostki, historyczne wydarzenia lub legendy, których mnóstwo krąży na temat jurajskiej krainy. Jedna z nich dotyczy celu naszego wyjazdu, dwóch zamków – Mirowa i Bobolic. Mieszkali w nich dwaj bracia. Jeden w jednym, a drugi w drugim. Któregoś razu ten z Bobolic wyjechał na wojnę i po zwycięskiej bitwie wrócił z ogromną ilością kosztowności i piękną kobietą u boku. Jej uroda była tak wyjątkowa, że brat z Mirowa również się w niej zakochał. W chwili, gdy ten z Bobolic opuścił swoją twierdzę i udał się na dłuższą wyprawę, brat z Mirowa potajemnie spotkał się ze śliczną niewiastą w zamkowych lochach. Połączyło ich głębokie uczucie. Po pewnym czasie jednak dowiedział się o tym brat z Bobolic. Aby przekonać się, czy to prawda, uknuł podstęp. Oznajmił swojej wybrance, że wyrusza w kolejną podróż. Opuścił zamek, ale po trzech dniach nieoczekiwanie wrócił i zaczął w środku nocy szukać swojej żony. Znalazł ją w lochu w objęciach swojego brata. Co wydarzyło się dalej? Tego wam już nie zdradzę. Zachęcam was do tego, żebyście sami zgłębili tę historię na miejscu.

Mirów i Bobolice to dwa zamki, które dziś są w prywatnych rękach i z roku na rok zyskują na wyglądzie. Na zamku w Mirowie prace rekonstruktorskie nadal trwają, a w tym drugim – remonty zakończyły się już jakiś czas temu i dziś możemy oglądać odbudowany zamek w pełnej okazałości. Jego obecny wygląd świetnie pokazuje, jaką moc miały jurajskie warownie. To, że były one budowane bezpośrednio na skałach, pozwalało obserwować teren wokół nich ze wszystkich stron. Dzięki temu dobrze spełniały swą funkcję obronną i trudno było je sforsować wrogom. Oba zamki połączone są Grzędą Mirowsko-Bobolicką. Tłumacząc dokładniej, to skaliste wzgórze o długości około dwóch kilometrów. Najlepiej podróż zacząć od zamku w Mirowie, a następnie Grzędą dotrzeć do zamku w Bobolicach. Odcinek ten spokojnie można pokonać całą rodziną. Oczywiście z zachowaniem należytej ostrożności. Zajmie nam to jakieś 45 minut. Już z oddali dostrzeżemy bobolicką fortecę. Obecnie teren ten jest ogrodzony, a wejście na szlak płatne. Mimo tego zachęcam was, żebyście odwiedzili to miejsce, bo zwłaszcza w pogodne dni to świetna atrakcja – zarówno dla dzieci, jak i dla was samych. Pokonywanie skalnych schodów i momentami stromych podejść ułatwią wam kijki. Warto zabrać je ze sobą. Jeśli zaś nieoczekiwanie złapie was burza, będziecie mogli skryć się w restauracji zlokalizowanej tuż obok zamku w Bobolicach i przy okazji zjeść tam coś pysznego.

Jaskinia Głęboka

Po podziwianiu jurajskich pejzaży możemy przejść do podziwiania tego, co pod naszymi stopami. Jaskinia Głęboka zlokalizowana jest przy drodze do Kroczyc. Daje ona młodym odkrywcom szansę na poznanie tego, co kryje się pod powierzchnią ziemi. W jej pobliżu znajduje się siedziba Fundacji Centrum Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturowego, która sprawuje opiekę nad jaskinią. W asyście przewodnika, który ciekawie opowie nam o geologicznej historii Jury, będziemy mieć okazję eksplorować podziemny świat. Jaskinia ma długość 190 metrów. Częściowo pokonywać ją będziemy pośród skalnych dróg, a częściowo – przemierzając schody. Mieszkają tam nietoperze, więc musimy być skupieni, ostrożni i niezbyt głośni. Temperatura w środku jest niezmienna i o każdej porze roku wynosi 8°C.


fot. Bartek Osumek

Dlatego warto pamiętać, żeby wziąć ze sobą coś ciepłego do okrycia. Po zwiedzaniu, w budynku Fundacji można kupić lokalne pamiątki. Wśród nich znajdziecie prawdziwy kalcyt z Jaskini Głębokiej, drewniane ozdoby czy owieczki wykonane z masy solnej, które nawiązują do prowadzonego w tym regionie projektu wypasu owiec na murawach kserotermicznych.
Jeśli będziecie mieli więcej czasu lub zacznie padać, to koniecznie poproście przewodnika o puszczenie filmu prezentującego skarby przyrodnicze tej okolicy. Naprawdę warto go obejrzeć!

Ogrodzieniec

Najlepszym zakończeniem tej wyprawy będzie wizyta na zamku w Podzamczu. Zanim tam się udamy, warto odwiedzić biuro Związku Gmin Jurajskich w Ogrodzieńcu, o którym już wspominałem. Możemy tam zaopatrzyć się w ciekawe przewodniki, informatory i mapy Jury, dzięki którym dowiemy się więcej na temat jurajskiej krainy i lepiej poznamy historię zamku. Warto pamiętać o tym, że zamek Ogrodzieniec jest dość popularną atrakcją turystyczną w tym regionie, więc w weekend może być tam sporo osób. Nie zapominajcie więc o tym, by zatroszczyć się o wasze bezpieczeństwo – zwłaszcza w dobie koronawirusa. Jeśli chcecie ominąć największe tłumy, wybierzcie się tam rano.


fot. Bartek Osumek

Zamek w Podzamczu robi ogromne wrażenie! To największa tego typu budowla w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Niezwykle interesująca jest jej historia związana z osobą króla Kazimierza Wielkiego. To jego decyzją właśnie tu powstał murowany zamek, który w swojej historii miał wielu gospodarzy. Dzięki rodzinie Bonerów w 1523 roku zamek przebudowano.
Wraz z upływem lat zyskiwał on coraz większą potęgę i rozgłos. Jego zabezpieczenia przed najazdem wrogów sukcesywnie były unowocześniane, aby jak najlepiej spełniały swoją funkcję. Konkurował tylko z Zamkiem Królewskim na Wawelu. Jednak siła armat potopu szwedzkiego spowodowała jego znaczne zniszczenie, a następnie ograbienie go z najcenniejszych skarbów.
Kilka lat temu zrekonstruowane zostały drewniane krużganki, którymi możecie wspinać się ku górze. Gdy już dotrzecie na szczyt wieży widokowej, waszym oczom ukaże się w oddali m.in. drewniany gród na Górze Birów, zamek w Smoleniu oraz Góra Janowskiego (516 m n.p.m.) – najwyższy punkt skalny Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Co ciekawe, jest ona elementem muru obronnego, który okala cały zamek. Zachęcam was do spaceru wokół niego, a później do odwiedzenia Parku Miniatur Zamków Jurajskich, który zlokalizowany jest tuż
obok. Dla dzieci będzie to z pewnością ciekawa lekcja historii, architektury i budownictwa.
Znajduje się tam aż 16 zrekonstruowanych jurajskich warowni. Co ważne, tenże park również zlokalizowany jest na świeżym powietrzu.

Więcej pomysłów na weekendowe wyjazdy z rodziną znajdziesz w multimedialnym ebooku Bartka Osumka „Gdzie szukać skarbów? Podróże z dzieckiem po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej” dostępnym na platformie How2.


Podróże

Pamięć smaków – co pamiętasz z dzieciństwa?

Redakcja
Redakcja
12 kwietnia 2021
istock.com
 

Zmysłów używamy świadomie, ale na co dzień nie zastanawiamy się nad ich dobrodziejstwami lub przekleństwami. Każdy jest niezwykle ważny i z każdym, z upływem czasu, mamy problemy w ich funkcjonalnym utrzymaniu. Widzimy, słyszymy, czujemy, węszymy, smakujemy. Pamiętamy, co widzieliśmy, usłyszeliśmy, poczuliśmy, zdegustowaliśmy. Albo: nie pamiętamy. Dla usprawiedliwienia braków pamięci w mózgownicy (lub niedostatków wiedzy, ale do tej ułomności się nie przyznajemy) mówimy, że pamięć mamy doskonałą, ale krótką.

Weźmy pod rozwagę pamięć smakową. Jakie smaki i których potraw pamiętamy od dni pierwszych? Na pewno nie będzie to mleko matki. Ani w proszku, kupione przez rodzicielkę w sklepie. Nie pamiętamy też smaków kaszek i innych noworodkowych „przysmaków”. Ale nawet wtedy płaczem mogliśmy zasygnalizować, że „to coś” jest paskudne. Pomińmy milczeniem opiekuńcze przymusowe „metody żywieniowe”.

Jednak jakoś udało nam się w zdrowiu dotrwać do wieku, w którym rozróżniamy smaki, potrawy, a nawet pamiętamy okoliczności ich degustowania. Ale, dlaczego wiemy, że coś nam smakuje, a coś nie? Bo został z nami smak dzieciństwa. Jeśli jako dziecko byliśmy karmieni „na słodko”, to w dorosłym życiu – wiedząc, że cukier wcale „nie krzepi” (Melchiora Wańkowicza krzepił) – jest nam szalenie trudno przestawić się na gorycz zajadaną ze zdrowotnego rozsądku. A sól? Jeszcze gorzej. Czy ktoś wyobraża sobie choćby jajko na twardo lub pomidora bez tej „białej śmierci”? Otóż, nie. No, chyba, że bezsolnie był karmiony od maleńkości.

Oglądacie programy Magdy Gessler, Roberta Makłowicza czy Tomasza Jakubiaka? To wiecie, że ta kucharząca trójca za pierwszą zasadę zdrowego żywienia podaje smaczność, a nie katowanie się korzonkami. Wiadomo bowiem, że nośnikami smakowitości są sól, cukier i tłuszcz. Dopiero później idą przyprawy. Tak więc, jedząc smacznie – jemy zdrowo. Oczywiście, jeśli ktoś obżera się bez umiaru, to ma (lub będzie miał) zdrowotnie przechlapane.

Jako się rzekło, pyszne jadło daje radość. Po zdrowym posiłku należy się uwieńczenie doznań smakowych czymś równie „zakazanym”. Wskazane jest schrupanie czegoś słodkiego. Dobrym wyborem będą wafelki Góralki o różnych nadzieniach smakowych.

GÓRALKI ZAPRASZAJĄ DO KONKURSU

PYSZNA RADOŚĆ!
POKAŻ JĄ!

Wafelki Góralki są już znane zwolennikom dobrej jakości słodkich przekąsek. Nie wszyscy jednak wiedzą, iż rodzina wafelków nieustannie się powiększa. Nadszedł więc czas poznania pełnej gamy marki Góralki, o smakowitej różnorodności, dającej pozytywną energię i codzienną radość z życia i do życia.

Oto oryginalne wafelki Góralki: mleczne, z czekoladą, peanut butter (NOWOŚĆ), orzechowe, nugatowe i kokosowe. Na lato polecają się Góralki Nagie: extra kakaowe i kremowo waniliowe, a także edycja limitowana o nowym smaku (będzie to niespodzianka).

Najlepiej poznacie wszystkie wafelki Góralki biorąc udział na Instagramie @goralki w kreatywnej zabawie: PYSZNA RADOŚĆ! POKAŻ JĄ! Wybierzcie wafelek (wafelki) o dowolnym smaku, zróbcie zdjęcie waszej zajawki, czyli pasji, hobby, w których towarzyszą wam Góralki i podzielcie się nim na Instagramie. Zdjęcia zajawek, oznaczone
#PysznaRadość #PokażJą, wrzucajcie od 7 do 25 kwietnia.

Na finalistów wybranych przez jury będzie można głosować od 30 kwietnia do 16 maja.
Laureaci otrzymają kozackie nagrody!


Podróże

Ewa Woydyłło-Osiatyńska: „Jesteśmy nieszczęśliwi, bo mamy skłonność do osądzania i egocentryzmu. To przeciwieństwo empatii bez której nie ma szczęścia”.

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 kwietnia 2021

Empatia to nie jest tylko rozpoznawanie cierpienia. To wrażliwość na co dzień. Widzisz, że ktoś idzie i się modli, to ty mijając go, ściszysz głos” – mówi terapeutka Ewa Woydyłło Osiatyńska w wyjątkowej rozmowie o empatii.

Jest pani dla siebie empatyczna?
Jestem świadoma siebie, umiem nazywać swoje uczucia, ale to jedna strona empatii. O pełnej empatii możemy mówić, gdy potrafimy odebrać to, co czują i myślą inni, zrozumieć ich. Nadmierne skupienie na sobie, to egocentryzm.

Przeciwstawia się pani współczesnemu nurtowi? Ludzie po to chodzą na terapię, żeby nauczać się stawiać granice, nie reagować tak bardzo na emocje innych, zająć sobą.

Nie przeciwstawiam się, ale akurat to nie ma nic wspólnego z empatią, choć terapia może pomóc stać się bardziej empatycznymi ludźmi.

Dlaczego dopiero wtedy? Zawsze myślałam, że to ludzie z trudnych domów są mistrzami empatii?

To są mity. Osoby, które nie miały w dzieciństwie poczucia bezpieczeństwa, bały się bliskich, boją się też w dorosłym życiu. Bardziej są czujne niż empatyczne. Owszem, zwykle odczytują stany emocjonalne innych, mają skłonność do poświęcania się i wyrzekania siebie. Na przykład, Dorosłe Dzieci Alkoholików (DDA), łatwo rozpoznają ludzi cierpiących. Ale empatia to nie jest tylko rozpoznawanie cierpienia. To wrażliwość na co dzień. Widzisz, że ktoś idzie i się modli, to ty mijając go, ściszysz głos. Wchodzisz do domu, gdzie partner siedzi nad książką, z daleka macha ręką na powitanie, ale znów wraca do czytania, to jesteś cicho, nie włączysz radia. I nie mówisz: „Znowu o mnie nie dbasz”. Tak z kolei często reaguje osoba, która jest zajęta głównie sobą i trudno jej zrozumieć, że ktoś ma teraz inną potrzebę, na przykład potrzebę spokoju i wyciszenia.

To jakie są składniki empatii?
Bardzo istotna jest uwaga. Jeśli przychodzi pani do mnie, zaczynamy rozmawiać, moja uwaga jest całkowicie poświęcona pani. Nie wybiegam myślą w przeszłość, w przyszłość. Nie myślę, co będę jeść na obiad, na kolację, jaką mam sukienkę i że mi oczko poszło w rajstopach. Jestem skupiona. To jest to, czego dziś uczymy się na treningach uważności.
Kolejnym składnikiem empatii jest umiejętność słuchania. Gdy opowiada mi pani, że czymś się cieszy, albo martwi, to słucham i wczuwam się. Nie mówię i nie doradzam.

A my mamy straszną skłonność do osądzania i radzenia?

Tak. Ale tego nas uczono, proszę powiedzieć, w ilu domach inni ludzie nie są tematem rozmów? Słyszeliśmy, jak nasi rodzice oceniali, robimy to samo. Oceny zresztą towarzyszą nam w każdej sytuacji. Córka przyjeżdża do rodzinnego domu i słyszy, że jest za gruba, za chuda, za mało się uczy, za dużo, nie powinna być z tym partnerem albo nie powinna być sama. Ta sukienka zła, tamta niedobra. Wielu z nas uważa, że może nieustannie wyrażać swoje oceny. Nawet jeśli kogoś ranią. Ale to jest raczej brak empatii.  Ocenianie wiąże się z brakiem poczucia własnej wartości, bo gdy kogoś skrytykuję, to sama poczuję się lepsza.

To jak być empatycznym?

Załóżmy, że moja koleżanka się rozwodzi. Przejmuję się tym wydarzeniem, poświęcam koleżance uwagę. Ona może mi opowiedzieć, jak czuje się zawiedziona, rozczarowana, boi się przyszłości, jest oburzona na męża, który od niej odchodzi, niespokojna o dzieci.  Śledzę burzę jej emocji, jestem przy niej. Ale nie zajmuję się w tym sobą. Nie opowiadam, jak mi strasznie przykro, jak się martwię, jak współczuję. Wielu z nas towarzyszenie cierpiącej osobie wykorzystuje do tego, aby pokazać jacy są mądrzy, dobrzy, jak wiele wiedzą. Empatia to też zrozumienie, czego dana osoba potrzebuje. Jedni chcą się wyżalić, porozmawiać, a inni mogą potrzebować wsparcia praktycznego, na przykład pomocy przy dzieciach.

Często myślimy, że empatia to odczuwanie emocji innych i bardzo silne, przeżywanie ich. To komplikuje?

Tak. Nadmierne przeżywanie cudzych spraw jest charakterystyczne dla młodych terapeutów, przychodzi do nich ktoś w ciężkiej sytuacji, w kryzysie, a oni przeżywają to, jakby to spotkało ich. Doświadczony chirurg sam nie odczuwa bólu brzucha, który tnie, nie czuje fizycznie zagrożenia życia, choć zdaje sobie sprawę z powagi i dramatyzmu sytuacji. Ale czy przestanie chodzić do szpitala, bo tak go dużo kosztują pacjenci? Tak samo jest z
doświadczonym terapeutą. Nie wchłaniam uczuć innych, nie osłabiam się tymi uczuciami. Chociaż czasami po ludzku przejmuję się trudnymi przypadkami. Ale moim głównym zadaniem jest wzmocnienie drugiej osoby, podążanie za jej potrzebami.

Trudniej jest nam być empatycznymi wobec osób, których stylu życia nie rozumiemy?

Do tego potrzebna jest tzw. empatia poznawcza, zdolność do poznania sposobu myślenia drugiej osoby i postrzeganie rzeczywistości z jej perspektywy. Ta umiejętność może ułatwić komunikację z nieznajomymi lub pochodzącymi z innych grup kulturowych, ponieważ osoba empatyczna respektuje inny system  wartości. Niedawno byłam w niedużej miejscowości, rozmawiałam z kobietą, która głosowała na PIS. „Dzięki PIS–owi czuję się bezpiecznie, moje dzieci nie są głodne, cała nasza miejscowość żyje dzięki wsparciu państwa” mówiła. Zobaczyłam, jak się żyje w tej miejscowości, rzeczywiście cała wieś dostaje pomoc, 500 plus, czy inne zasiłki, które pozwalają się utrzymać. I to nie jest związane z wyuczoną bezradnością, ale z realną sytuacją, bo w tej miejscowości jest za mało miejsc pracy. I tam potrzebna byłaby lepsza polityka społeczna. Gdy to dostrzegłam, zrozumiałam ludzi, którzy funkcjonują na granicy biedy. Nie atakowałam, nie pogardzałam, chociaż jestem zdania, że lepiej jest dawać ludziom wędkę, a nie rybę. Również dlatego, że ich dzieci nauczyłyby się pracować, a nie wyciągać rękę po zapomogi.

A mniej polityczny przykład?

Choćby mama, która uderzyła dziecko. Załóżmy, że widzę, że przyjaciółka trzydziesty raz powtarza pięciolatkowi, żeby nie podchodził do kuchenki. Sama gotuje kaszkę młodszemu, a przy piersi ma jeszcze jedno dziecko. Gdy pięciolatek znów podchodzi do kuchenki, ona bierze ścierkę i daje dziecku po pupie. Co robię? Nie atakuję jej, nie mówię, że jest niestabilna, a ja zaraz wezwę policję, czy zgłoszę ją do rzecznika praw dziecka. Oczywiście, jako psycholog wiem, że to, co zrobiła nie jest dobre, ale szukam lepszego wyjścia. Podchodzę do płaczącego dziecka i mówię: „Chodź, pozwolimy mamusi dokończyć to, co robi, poczytamy albo wyjdziemy na spacer”. To jest empatyczna reakcja. Bo rozumiem koleżankę, że nie dała rady, umiem się wczuć, nie osądzam. Dlaczego jedni potrafią to doskonale, a inni nie? Znałam kobietę, która chciała wzywać policję do przyjaciółki, która miała kochanka. Chciała ją oskarżyć, że niedostatecznie dobrze opiekuje się dzieckiem, bo na 10 minut zostawiła trzynastolatka w domu. Chciała to zrobić, choć dziecko jej przyjaciółki było samodzielne i doskonale dawało sobie radę.

To bardzo mało empatyczna reakcja, za to bardzo osądzająca. Jesteś niemoralna, należy ci się kara. Dobra koleżanka spytałaby raczej, jak może pomóc. Ale z drugiej strony, przykład z kochankiem jest nieco dwuznaczny i z tych dwóch zdań nie wiadomo, jak czuło się dziecko, co mogło przeżywać i jakie konsekwencje mogły spotkać tę rodzinę z powodu tego pokątnego romansu…

Nasz poziom empatii zależy od trzech czynników — biologicznych, psychicznych i społecznych. Rodzimy się zaprogramowani na określony poziom empatii, bo mamy określoną liczbę tzw. neuronów lustrzanych w mózgu, które za empatię odpowiadają. Ale wiele też zależy od tego, jaką mamy osobowość i jak byliśmy wychowani. Psychologowie twierdzą, że osoby empatyczne były wychowywane w poczuciu odpowiedzialności, czyli świadomości konsekwencji swego postępowania. Osoby wykazujące niższy poziom empatii zwykle wychowywały się w poczuciu bezkarności oraz braku odpowiedzialności swoje czyny.

A bardziej konkretnie?

Jeżeli ktoś jako małe dziecko dorastał w środowisku bezpiecznym, czyli wolno mu było czuć to, co czuło, każdy w rodzinie był uważny wobec siebie, nie płakało się po kątach tylko otwarcie, zawsze można było liczyć na wsparcie drugiej osoby, przytulenie, ciepło, nie mówiło się, chłopaki nie płaczą, czy bądź grzeczna — to taka osoba będzie bardziej empatyczna. Niestety, w naszej kulturze mamy wpisane, że dobre są rzeczy złe: wojna, wrogość, walka. A te wszystkie rzeczy są odwrotnością empatii.

Ale są też tacy, którzy czują za bardzo. Moja koleżanka, z rodziny DDA często mówi, że oszaleje, bo ją męczy to przejmowanie emocji innych. Chciałaby się nauczyć czuć mniej.

Już rozmawiałyśmy o tym, że to nie jest empatia. To nadmierne współczucie, przedkładanie potrzeb innych nad własne, poświęcanie się. To jest destrukcyjne. W empatii nie poświęcasz się. Drugiemu człowiekowi potrafimy dać wyłącznie to, co sami mamy. Jeśli chcesz dać siłę komuś słabemu, to musisz zadbać o swoją siłę. Dziecko w rodzinie DDA musi dawać i uczy się dawać więcej niż ma, i potem jako dorosła osoba wyrzeka się siebie, swoich planów, ma straszne poczucie winy, jeśli myśli o sobie, najpierw wobec rodziców, potem innych osób. To nie ma nic wspólnego z empatią. DDA czasem pomaga innym, żeby mieć kontrolę, robi to zupełnie nieświadomie. Albo dlatego, że woli myśleć o innych niż zmierzyć się ze swoim życiem.

A co z tymi, którzy mają za mało empatii?

Cóż, potrafią być bardzo skutecznymi liderami. Dzięki empatii nawiązujemy prawdziwie głębokie relacje z innymi, lepiej się z nimi komunikujemy. Jesteśmy po prostu szczęśliwsi. Warto też uświadomić sobie, że osoba pozbawiona empatii lub o jej bardzo niskim poziomie może narzucać innym swoją wolę i nie dostrzegać, że taka bezkompromisowość jest źródłem konfliktów i negatywnych emocji.

Empatii można się nauczyć?

Tak, oczywiście, choć nie zawsze, bo czasem brak empatii jest jednym z zaburzeń osobowości, w tym osobowości narcystycznej czy psychopatycznej. Choć nawet w więzieniach uczy się empatii, to część resocjalizacji, spotkania z osobami niepełnosprawnymi, nauka języka migowego. Terapia uzależnienia idzie w stronę nauczenia się empatii. Pierwszym krokiem jest to, że uzależniona osoba sama jej doświadcza. Przychodzi na leczenie i w grupie terapeutycznej, w ciągu paru tygodni zachodzi zmiana. Naprawdę można rozbudzić w człowieku człowieka, da się to wyzwolić, ale jedynie w bezpiecznym miejscu. A bezpieczne miejsce to takie, gdzie nie boisz się powiedzieć, co czujesz, co myślisz. W grupie AA mówisz tylko o sobie, nie oceniasz. Jeśli piłam i opowiadam, że po alkoholu wyrzucałam dziecko na mróz, ludzie mnie słuchają i nie mówią „Jesteś zbrodniarką”. Mówią „Musi ci być być z tym bardzo ciężko”.
Człowiek uczy się empatii, gdy w jego życiu następuje zmiana systemu wartości, zaczyna zauważać innych, a wcześniej był zajęty tylko osiąganiem sukcesu.
*
Ewa Woydyłło – Osiatyńska, doktor psychologii, terapeuta uzależnień.


Zobacz także

First minute czy last minute? Jak zwiedzić świat za grosze i wybrać zaufane biuro podróży?

Turystyka piesza: jakie korzyści płyną z trekkingu i spacerów

Polowanie na zorzę polarną. Aurora borealis – czym jest i gdzie można ją zobaczyć?