Lifestyle

Każda lojalność ma swoje granice. Oceń sama, gdzie leżą twoje

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 lipca 2016
Fot. iStock/poba
 

–  Nie wydam go, nie mogę, nie zrobię mu tego – powiedziała pewna znajoma, kiedy odkryła, że jej brat, żonaty ojciec dwójki dzieci prowadzi podwójne życie. – Czy więzy krwi są naprawdę  ważniejsze niż szczęście dwóch małych chłopców i ich matki? – zastanawiałam się głośno. Gdzie leżą granice lojalności i czy naprawdę jesteśmy ją winni bezwarunkowo naszym najbliższym?

Agata ma 30 lat. Jej ojciec był w domu agresywny, jako dziecko nieraz była świadkiem wyzwisk, krzyków i awantur. Ale nikomu nie wolno było jej się z tego zwierzyć. – Jeśli powiesz komuś o tym, co się wydarzyło – powiedział jej kiedyś ojciec po „kolejnym razie” – to znaczy, że nie jesteś godna, żeby być częścią naszej rodziny. To znaczy, że jesteś obca, nie należysz do nas. Tylko obcy mógłby tak postąpić.

Agata milczała więc, dusząc w sobie rodzinną, okrutną tajemnicę. Mama milczała razem z nią. W końcu sama kiedyś usłyszała od swoich rodziców: ”Kobieta, która zostawia męża, jest zwyczajną dziwką”. Nie robi się tego mężczyźnie, który cię wybrał.  Jej córka rosła w przekonaniu, że nie ma wyjścia, że jeśli powie, że mamie i rodzeństwu dzieje się krzywda, postąpi źle i niewybaczalnie, na zawsze utraci miłość najbliższych. Dziś płaci za to milczenie wysoką cenę. W relacjach z innymi ludźmi jest wycofana, samotna. Nie potrafi zaufać, otworzyć się głębiej. Ma żal do swojej matki, choć jest z nią bardzo silnie emocjonalnie związana. Jej dotychczasowe związki nie były idealne, ale kiedy działo się w nich naprawdę źle, nie potrafiła nikomu o tym powiedzieć.

Przyjaciółka Beaty zaplanowała odejście z pracy. Od dawna nie układało jej się z szefem, zaplanowała więc założenie własnej firmy i pewnego dnia oświadczyła, że odchodzi. Od Beaty zażądała dowodu lojalności. – Przyszłyśmy tu razem, uważam, że powinnaś odejść razem ze mną. Jesteś mi to winna – namawiała ją. –Tak właściwie to dzięki mnie jesteś tu, gdzie jesteś. Teraz powinnyśmy razem zbudować coś nowego.

Kiedy Beata nie zdecydowała się zaryzykować stabilnej i dobrze rokującej posady, przyjaciółka zaczęła zostawiać jej wiadomości pełne wyrzutów. „Zawiodłam się na tobie” – wystukuje SMS-y. – „Jesteś nielojalna” – pisze w mailu. Poczucie winy osacza Beatę, ale ostatecznie postanawia ograniczyć kontakt z przyjaciółką.

Mateusz jest nałogowym alkoholikiem, jest także nerwowy i wybuchowy. Właśnie rozwodzi się z żoną. W sądzie jego rodzice zeznają na jego korzyść. Więc nie pamiętają, żeby zaniedbywał dzieci, żeby stosował przemoc. Są prawie pewni, żeby był wzorowym ojcem. W stosunku do nich jest przecież cudownym dzieckiem. Co będzie jeśli sąd ograniczy mu kontakty z córkami?

– To nasz syn, chcemy dla niego jak najlepiej – mówią synowej przez telefon. – Nie trzeba przecież mówić wszystkiego. Bądź lojalna, dzięki niemu masz gdzie mieszkać i za co żyć.

Ilu ludzi, tyle historii czyjejś (nie)lojalności. Każdy z nas znalazł się, bądź znajdzie się choć raz w życiu w sytuacji, gdy jego sumienie zostanie poddane próbie. Jak postąpić? Komu i czemu być wiernym? Wystarczy wziąć sobie do serca jedną regułę. Lojalność w stosunku do najbliższej osoby nie obowiązuje, jeśli:

– na skutek jej działań komuś dzieje się krzywda,

– na skutej jej działań tobie dzieje się krzywda i popadasz w kłopoty,

– jej działania uderzają w twoje poczucie tego, co jest dobre, a co złe.

Nie ma lojalności bezwarunkowej, nie wierz w ten stereotyp.

Jeśli najbliższa ci osoba błądzi, nie masz obowiązku kryć jej za wszelką cenę. Lojalnym trzeba być przede wszystkim wobec samego siebie. Nie wymaga to wielkiej odwagi, ale życia według pewnych zasad i wybierania zawsze prostej drogi – drogi prawdy. Jeśli starając się być przede wszystkim w porządku wobec kogoś, a dopiero potem w stosunku do siebie, czujemy się źle, to najlepszy znak, że obraliśmy najgorsze z możliwych rozwiązanie.


Lifestyle

Jestem chora. Kochany, uciekaj, póki na to czas!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 lipca 2016
fot. iStock/lechatnoir
 

Kochany,

W czasie jednej z twoich podróży napisałam ci o moim największym marzeniu – miłości walczącej do samego końca. Po powrocie spałam obok ciebie wykończona kolejnymi badaniami, gdy czytałeś tę wiadomość kolejny raz. Słyszałam, jak cicho płaczesz. Ucałowałeś mnie w czoło, szepcząc, że kochasz. Moje marzenie już się spełniło, choć do końca całej tej zabawy zwanej chorobą daleka droga.  Walczysz, choć może niepotrzebnie…

Powinniśmy planować wspólne życie, a nie kolejne wypady do specjalistów. Nawet jeżeli to idealne życie wcale nie byłoby tak perfekcyjne, spełnilibyśmy marzenie o tej drugiej osobie, która jest przy nas pomimo wszystko, czyż nie?  Znamy się tak krótko, przeszliśmy razem tak wiele. Zamiast tradycyjnych randek zmuszałeś mnie do wizyt u kolejnych lekarzy, badań i oszczędzania siebie. Czasem zastanawiam się, skąd bierzesz tyle siły, by co chwilę doprowadzać mnie do porządku – że nie będzie tak źle, że damy radę, że przecież muszę być zdrowa, bo ktoś musi pchać twój wózek na starość, bliższą niż się nam czasami wydaje.

Kiedy siedzieliśmy wtuleni w siebie na moim szpitalnym łóżku, w drzwiach stanęła pielęgniarka. Tak, ja też jej nie zauważyłam. Kiedy przyszła wieczorem zmienić kroplówkę, z stwierdziła, że już dawno nie widziała takiej miłości, którą czuje się każdym zmysłem na kilometr. Tacy właśnie jesteśmy – niemożliwi, jak z filmu, perfekcyjni w naszej niedoskonałości. Wtedy na przeszywającym do szpiku kości oddziale neurologii ciągle powtarzałeś, że stwardnienie rozsiane to nie wyrok, tylko małe utrudnienie, a lekarze mogą się przecież mylić. To była nasza wspólna mantra przez ostatnie kilka miesięcy, ale może czas spojrzeć prawdzie w oczy.

Chciałabym pewnego dnia obudzić się przy tobie i pomyśleć, że to wszystko, ten rok u lekarzy i wysłuchiwania coraz to nowszych rewelacji był po prostu złym snem, a nasze prawdziwe życie to wspólny dom, jeż, dwa koty i weekendy w górach, choć wiem, że wolałbyś nad morzem. Zamiast tego, kiedyś otworzę oczy i z przerażeniem stwierdzę, że nie potrafię zapanować nad ręką czy nogą, a ty z przerażeniem takim samym jak dziś w czasie rzutów, będziesz próbował masażem sprawić, że znów poczuję, że znów przestanie boleć… Czy na pewno tego chcesz?

Dziś żyjesz wyparciem, że to ciągle może być coś innego, że może przecież ktoś się pomylił, tak samo jak świat, który nie pozwala nam na normalne, nudne życie, kłótnie o to, że wyszedłeś z kolegami na piwo i zapomniałeś mi o tym powiedzieć, że wydałam za dużo pieniędzy na kolejną sukienkę, którą potem i tak z rozkoszą ze mnie zedrzesz, czy na wymigiwanie się od niedzielnych obiadów z twoimi rodzicami lub moją mamą. Pamiętasz naszą pierwszą, poważną kłótnię? Płakałam po niej całą noc. Spacerowaliśmy po parku późnym wiosennym wieczorem. Oświadczyłam, że mam dość chodzenia po lekarzach i nie pójdę na kolejną wizytę. Twoje słowa pamiętam do dziś: „dopiero się zakochałaś i już chcesz umierać?!”. Nie chciałam, dalej nie chcę.

Wszystko czego bym chciała i o czym marzę to twoje szczęście, uśmiech w tym burzowych ślepiach, które przeszywają mnie do szpiku kości. Obiecałam, że nie będę już więcej uciekać, że nie odejdę, myśląc, że tak będzie lepiej, ale czy na pewno by nie było? W czasie ostatniego nasilenia wszystkich możliwych objawów miałam wrażenie, że świat rozpada się na najdrobniejsze kawałki. Świat czyli My. Krzyczałam, kazałam ci szukać ładniejszej i zdrowszej dziewczyny, a ty tak po prostu pozwoliłeś mi ochłonąć rano pisząc tylko: „dzień dobry, przerażona królewno”. Masz rację, jestem przerażona.

Wyobrażasz sobie mnie na wózku? Nie potrafiącej biegać, żeby tylko dopiąć wszystko na ostatni guzik, zdążyć przed dedlajnem i widzieć na twarzy uśmiech kolejnych ludzi? Ja nadal nie potrafię dopuścić do siebie tego, że to już, zaraz, za chwilę… A przecież to ja miałam opiekować się tobą, czekać wieczorem z kolacją, wyciągać na weekendowe imprezy i wypady do naszego ukochanego miasta, w którym chcieliśmy zamieszkać.

Kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, ale przede wszystkim nie wyobrażam sobie, że będziesz musiał poświęcić dla mnie tak wiele. Może nie dzisiaj i nie jutro, ale kiedyś. Tak, wiem; wyraziłeś się jasno – nigdzie się nie ruszasz, już wybrałeś i zdecydowałeś. Jesteś dla mnie ostoją, ogromnym wsparciem, rycerzem, który walczy, bo inaczej nie potrafi. Nie wiem, co nas czeka, czy dobrze, że wybierasz schorowaną dziewczynę. Jako twoja przyjaciółka powiedziałabym ci, że cię podziwiam. Jako twoja ukochana… dziękuję. I obiecuję, że się nie poddam. Nie poddamy.


Lifestyle

Tak sabotujesz siebie w pracy – 9 zachowań, które musisz zmienić, by odnieść sukces

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
19 lipca 2016
Tak sabotujesz siebie w pracy
Fot. iStock / Poike

Awanse, pochwały ze strony szefa, premie za dobrą pracę albo tytuł pracownika miesiąca – niemal każda z nas marzy o tym, by w życiu zawodowym coś więcej osiągnąć. Czasem jednak pomimo starań, nadgodzin i wytężonego wysiłku czujemy, że utknęłyśmy, nasze działania przynoszą mizerne skutki i właściwie efektów nie widać. Jeśli takie poczucie jest ci bliskie, czas przyjrzeć się sobie i sprawdzić, czy nieświadomie nie sabotujesz swojej pracy i nie działasz na własną niekorzyść.

Za dużo na siebie bierzesz

Niby od przybytku głowa nie boli, ale z obowiązkami jest trochę inaczej. Sama dobrze to wiem – im więcej mam do zrobienia, im więcej muszę, tym mniej robię! Stres związany z tym, że powinnam, zobowiązałam się, że nie chce nikogo zawieść, działa na mnie paraliżująco i zamiast zrobić coś w godzinę, potrzebuję dużo więcej czasu i wysiłku, by wykonać dobrze zadanie. Spokojna głowa i luz wbrew pozorom są sprzymierzeńcami w pracy.

Działasz bez zastanowienia

Zaczynasz jedną rzecz, w połowie przeskakujesz do drugiej, a w głowie już planujesz trzecią i czwarta. W efekcie masz rozgrzebanych kilka spraw i żadnej załatwionej na sto procent! Pośpiech i chaotyczne działanie są najgorszymi doradcami. Zatrzymaj się na chwilę, zastanów, a nawet zapisz na kartce plan działania – przekonasz się szybko, że efektywna praca, to dobrze przemyślana praca.

Zapominasz o przerwach

Siadasz przed komputerem i dopiero kiedy oczy zaczynają już zezować, a za oknem robi się ciemno, przypominasz sobie, że warto zjeść, napić się, wyjść do ludzi lub zwyczajnie chwilę odpocząć. Długa praca nie oznacza bardziej wydajnej – przerwa jest twoim obowiązkiem i wpłynie korzystnie na kreatywność i jakość pomysłów. Zmęczony umysł jest złym doradcą. Chcesz jeszcze bardziej podkręcić swoja inwencję? Wybierz aktywność fizyczną – ruszając się dotlenisz organizm, wpłyniesz na stymulację mózgu i zaopatrzysz się w hormony szczęścia.

Nieustannie spóźniasz się

Prace zaczynasz o 8.00, ale jakoś nigdy nie możesz zdążyć na czas. Wpadasz potem do biura zziajana, zdyszana i… ze złym wrażeniem! Twój szef pomyśli, że lekceważysz swoją pracę, nie umiesz się zorganizować i nie zależy ci na swojej posadzie. Współpracownicy zaś mogą odnieść wrażenie, że uważasz swój czas za cenniejszy od nich i waszych wspólnych obowiązków i jesteś niejako ponad ogólnymi zasadami firmy – gdy ty się spóźniasz, ktoś inny musi cię zastępować i pracować za dwoje. Dobra rada – pilnuj swojego porannego czasu i nastaw budzik kwadrans wcześniej.

Brakuje ci autorefleksji

Uważasz, że wszystko robisz wspaniale, bezbłędnie i jesteś wręcz niezastąpiona, więc nie sprawdzasz swoich działań, nie musisz ich oceniać i właściwie nie wyciągasz żadnych wniosków ze swojej pracy.  Albo odwrotnie – nieustannie ganisz się, krytykujesz i wystawiasz sobie złe noty, często niesprawiedliwie i zbyt surowo. Tymczasem nie ma nic złego w chwaleniu się i nagradzaniu za wysiłek, ani nic złego w składaniu samokrytyki i dostrzeganiu własnych błędów. Byle nie przesadzać w żadną stronę.

Działasz solo

To, że poprosisz o pomoc i wsparcie innych, nie znaczy, że jesteś mniej zdolna lub niekompetentna. Czasami przyda się świeże spojrzenie kogoś z zewnątrz i druga opinia, by znaleźć najlepsze rozwiązanie. Henry Ford (ten od samochodów) powiedział kiedyś „połączenie sił to początek, pozostanie razem to postęp, wspólna praca to sukces”. Nic dodać, nic ująć.

Robisz z igły widły

Te emocje, co one z nami wyrabiają! Stres, napięcie, oczekiwania przełożonych powodują, że mały problem urasta do rangi tragedii, a ty zachowuje się niczym z opery mydlanej. Przestań dramatyzować i zamiast robić z igły widły zastanów się na spokojnie jak wybrnąć z danej sytuacji. Potraktuj nowy problem jako jedno z wyzwań na drodze do sukcesu i nie pokazuj szefowi, że sobie nie radzisz i jesteś w rozsypce – w końcu jesteś profesjonalistką!

Zostajesz w cieniu

Niepewność siebie i swoich pomysłów, brak odwagi i trzymanie się zasady „lepiej się nie wychylać i nie wychodzić przed szereg” z pewnością nie pomogą w zawodowym sukcesie. Za każdym razem, gdy nie zadajesz pytania, choć bardzo chcesz, nie mówisz głośno o pomyśle, który przyszedł ci do głowy lub milczysz, gdy widzisz coś złego, stawiasz się w cieniu i pozbawiasz się szansy na zaistnienie. Jak szef ma cię dostrzec, skoro nie dajesz mu ku temu okazji?

Załamujesz się każdą najmniejszą porażką

Szef odesłał twój raport do poprawy, klient zgłosił zastrzeżenie, koleżanka nie zachwyciła się twoim pomysłem, a ty ryczysz, rozpamiętujesz każde słowo i rozważasz złożenie wypowiedzenia. Kobieto, opanuj się i nie poddawaj! Nie każdy dzień w pracy jest dniem sukcesu. Nie każdy pomysł jest genialny i wyjątkowy. Wyciągnij wnioski, popraw co trzeba i działaj dalej. Droga do sukcesu to nie piękna asfaltówka bez najmniejszej dziury i wybojów, ale stroma, górska ścieżka z wystającymi korzeniami i kamieniami.


Na podstawie: www.bustle.com


Zobacz także

Sztandarowe zdania manipulatora – miej się na baczności, gdy je słyszysz!

Dlaczego warto łączyć steki z czerwonym winem?

#NoMakeUp challenge - jak mam wyjść z domu bez makijażu?

#NoMakeUp challenge – jak mam wyjść z domu bez makijażu?