Lifestyle

Kamil Maćkowiak: Nie wstydzę się powiedzieć, że pokonałem uzależnienie i depresję

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
15 listopada 2021
Kamil Maćkowiak fot. Joanna Jaros
 

Grał w wielu bardzo popularnych serialach, m.in. „Na Wspólnej”, „Przyjaciółki”, „Komisarz Alex”, „Barwy szczęścia” . Ale jego największą pasją jest teatr. Wzorem Krystyny Jandy oraz Michała Żebrowskiego zorganizował własny teatr w Łodzi i wyprodukował już 14 spektakli. 20 i 21 listopada premierę będzie miał najnowszy „Zombi”. Mówi się, że w spektaklach Maćkowiaka jest wiele wątków terapeutycznych. Nic dziwnego, aktor sam jest bardzo zainteresowany tym tematem, od dziesięciu lat z przerwami chodzi na terapię. Pokonał depresję i uzależnienie. Nie wstydzi się o tym opowiadać, jest szczery, utalentowany i bardzo pracowity. Takich mężczyzn kochamy!

Kamil, co myślisz o facetach z twojego pokolenia czterdziestolatków? Wydaje mi się, że jesteście w głębokim kryzysie.

Nie daję sobie prawa, by oceniać wszystkich mężczyzn. Mogę tylko mówić o sobie. Wiem, że gdyby nie moja terapia, to byłbym dziś w głębokim kryzysie. Już dziesięć lat temu zacząłem sprzątać swoje życie z najbardziej autodestrukcyjnych mechanizmów. Nie twierdzę, że dziś jestem facetem, który ma wszystko poukładane, ale czuję się mężczyzną, który na szczęście ma minimalizowaną ilością kompleksów. Gdybyś mnie spytała, czy jestem szczęśliwy, to pierwsza moją odpowiedzią będzie „tak”. To dla mnie przełom, bo jako nastolatek budziłem się jako osoba głęboko nieszczęśliwa, dla której szklanka zawsze była do połowy pusta.

Zadam to pytanie inaczej. Zastanawiałeś się, jacy jesteśmy dzisiejsi czterdziestolatkowie?

Sądzę, że nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, mają dziś narzuconych zbyt wiele ról, którym nie potrafimy sprostać. Ale jeśli pytasz o mężczyzn, to nieustannie widzę w nas tę mityczną pogoń za byciem odpowiedzialnymi, zaradnymi i silnymi. Natomiast u tych, którzy nie mają zbudowanej odporności, kończy się to na murowaniu pozornej fasady, za którą kryje się jakiś dramat: kompulsja, nałóg, przemoc albo załamanie. Prywatnie uważam, że terapia jest dobrym rozwiązaniem, ale najważniejsze, byśmy trafili do odpowiedniej osoby.

Dziś żyjemy w czasach bardzo bogatej oferty coachingowej i psychologicznej z wielu nurtów, więc łatwo się w tym wszystkim pogubić. Sam spotkałem się z terapią, która jedynie budowała pozory, a nie pomagała w głębokim poszukiwaniu deficytów, które odbierały mi pewność siebie. Przeraża mnie, gdy słyszę porady w stylu: „Każdy dzień zacznij od uśmiechu”, „Bądź asertywny”, „Głośno komunikuj swoje potrzeby”. Ale co za tym wszystkim stoi? Gdzie poszukiwanie przyczyn objawów?

 

Co dało ci 10 lat terapii?

Nie wstydzę się powiedzieć, że pokonałem uzależnienie i depresję. Nie wiem, czy słowo „pokonałem” jest tu najwłaściwsze, bo nie mam stuprocentowej pewności, jak będzie wyglądało moje życie dalej. Dziś czuję się silniejszy dzięki temu, że żyję w totalnej abstynencji od używek. Odstawiłem wszystko, nawet nikotynę. Oczywiście to nie działo się z dnia na dzień. Nie było tak, że nagle obudziłem się i stałem się silny. To była wieloletnia praca nad sobą, która doprowadziła mnie do przekonania, że w moim przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie całkowita trzeźwość. Nie chcę tu wpadać w moralizatorskie tony i mądrzyć się, ale dopiero teraz czuję, że jestem gotowy brać odpowiedzialność za siebie, za relacje i za swoją firmę, czyli Fundację Kamila Maćkowiaka.

Nie mam w sobie pychy, która mówi mi, że jestem genialny i ze wszystkim już sobie poradziłem. Wprost przeciwnie, nowością jest dla mnie to, że czuję pokorę. Staram się być czujny, bo nie mogę być pewien, że kiedyś nie wrócę do aktywnego uzależnienia. Moja terapia nie dała mi gotowych recept typu: każdego ranka odprawiaj mantrę dziękczynną lub skoro świt uśmiechaj się do siebie w lustrze. Na mnie takie rzeczy nie działają.

Trudno ci wytrwać w abstynencji?

Moją używką była marihuana. Mówię o tym otwarcie, ponieważ widzę, że wiele osób w mojej branży traktuje ją jako umiarkowanie szkodliwą. Ja jednak mam osobowość kompulsywną i dlatego nie potrafiłem z tego korzystać. To, co mogło być okazją, stawało się dla mnie codziennością. A jeśli twoje życie jest zdeterminowane przez jakikolwiek nałóg, to problem zaczyna narastać. Oczywiście nie leżałem w rowie, tylko ciężko pracowałem i to było jeszcze gorsze, bo dawało złudzenie, że wszystko gra. Marihuana dla mnie była bardzo groźna właśnie dlatego, że stwarzała iluzję świata, który nie był prawdziwy, a w którym było mi lepiej niż w tym realnym.

Mówisz, że teatr stworzyłeś, wychodząc z depresji i że on uratował ci życie.

Życie uratowała mi możliwość grania, choć staram się nie traktować tego autoterapeutycznie. Ale wzięcie odpowiedzialności za fundację i za teatr, który stworzyłem w Łodzi dało mi konieczność codziennego zmagania się z rzeczywistością. Metodą prób i błędów uczyłem się zarządzać fundacją, zespołem, a wieczorem wchodziłem na scenę, by dawać ludziom emocje. To była moja motywacja do życia.

Z twoją depresją zbiegły się inne trudne wydarzenia: śmierć mamy i rozpad wieloletniego związku. Mówisz jednak w wywiadach, że był to też czas, w którym na nowo zbliżyłeś się do swojego ojca. Czy możesz o tym opowiedzieć?

Mój tata przez lata był kapitanem żeglugi morskiej, a ja od 10 roku życia mieszkałem w internacie przy szkole baletowej. Dlatego tak naprawdę jako dziecko nie udało mi się zbudować z nim relacji, bo większą część roku spędzał na morzu. Oczywiście oboje rodzice przyjeżdżali do mnie na premiery spektakli do Łodzi, ale prawda jest taka, że jako dorosły facet nigdy z ojcem nie gadałem nawet przez telefon. Zawsze pytałem mamę, co u taty i ona mi opowiadała. A kiedy ona odeszła dość niespodziewanie, otworzyliśmy się na siebie nawzajem. Szybko też postanowiliśmy, że tata z Gdyni przeprowadzi się bliżej mnie do Łodzi. Wyobraź sobie, że zanim on wyremontował swoje lokum, to przez rok mieszkaliśmy razem tylko we dwóch i przyznam, że to było śmieszne, bo ja miałem wtedy 36 lat, a dopiero wtedy zaczęliśmy budować relację ojciec – syn. Właśnie to doświadczenie dołożyło mi co najmniej metr fundamentów, których przez lata mi brakowało.

Ja tego domu nie miałem wcześniej, bo szkoła baletowa, bo szkoła aktorska, bo praca. A teraz… po próbie mogę przyjechać do taty na obiad i to jest dla mnie nowe, cenne i nieznane. Jednego wieczora potrafimy przegadać tyle, ile nie rozmawialiśmy przez 10 lat. Zbliżyła nas ogromna tragedia — śmierci mamy. Do dziś często rozmawiamy o niej, to dla nas ważny emocjonujący temat.

Dlaczego sztuki wyprodukowane przez ciebie są tak mocno terapeutyczne?

Zaczęło się kilka lat temu od „Diva show”, spektaklu, który jako pierwszy określił profil mojego teatru. Diva, która ma osobowość borderline, rozmawia z ludźmi na widowni i dzięki temu spektakl co wieczór jest inny i często staje się zbiorową terapią. Widzowie nie tylko bawią się, ale opowiadają otwarcie o rzeczach intymnych. Nigdy bym nie przypuszczał, że to show będzie ewoluowało w tę stronę. Diva mówi o braku ojca, samotności, trudnej relacji z matką i ciągłej potrzebie zakładania maski. Dla mnie ten spektakl był próbą zmierzenia się z tym, co dziś znaczy być prawdziwie męskim. Dlatego właśnie zakładam koturny i perukę, by pozbyć się schematów. Powiem ci, że niedawno próbowałem się z tą sztuką pożegnać, ponieważ śmiganie w wieku czterdziestu lat na 17-centymetrowych koturnach w peruce Tiny Turner nie jest dla mnie już taką przygodą, ale okazuje się, że widzowie uwielbiają Divę i bilety nadal się sprzedają.

O czym jest wasz premierowy spektakl „Zombi”? Słyszałam, że próby zaczęliście jeszcze przed wydarzeniami na polsko-białoruskiej granicy i nagle okazało się, że temat jest jeszcze bardziej aktualny, bo dotyczy uchodźców.

Spektakl Teatru Kamila Maćkowiaka, którego premiera odbędzie się 20 i 21 listopada w Monopolis w Łodzi utrzymany jest w konwencji tragifarsy i stand-upu z trzema aktorami, trzema drag queen, które są gospodyniami wieczoru. Show dedykujemy widzom, którzy o ważnych problemach współczesności chcą rozmawiać w przewrotny i niekonwencjonalny sposób. „Zombi” Christiana Lollike to kalejdoskop skrajnych postaw na temat uchodźców, analizujemy temat z wielu różnych perspektyw. Oczywiście też z tej naszej wygodnej europejskiej, która polega na pozornej empatii. Na zachowawczości z dominującym lękiem przed nieznanym. Robimy ten spektakl, by zrozumieć, z czego wynika strach przed inną kulturą, strach przed „obcymi” i co może w naszym kraju zmienić, chociażby wpuszczenie uchodźców przez granicę z Białorusią.

Wyprodukowałeś już 14 spektakli, masz na etatach ludzi, a czwarta fala covidu w rozkwicie. Jak sobie radzisz z odpowiedzialnością? Czy czujesz lęk, że nie podołasz tym wyzwaniom?

Nie uciekam od moich lęków, raczej przyglądam się im. Dziś już wiem, że pewne moje niepokoje idą takim autopilotem z dzieciństwa, mam np. obsesyjną potrzebę poczucia bezpieczeństwa. Dlatego wolę działać niż czuć się bezradnym. Staram się w fundacji otaczać kompetentnymi osobami, którym mogę delegować wiele odpowiedzialnych działań. Potrafię też czasem włączyć tryb samolotowy w moim smartfonie, by odetchnąć. Bo nawet podczas naszej rozmowy widziałem już kątem oka, że telefon dzwonił z fundacji już kilka razy. Do niedawna tego nie potrafiłem, chciałem mieć kontrole nad wszystkim.

Dziś zmieniłem strategię: mam vice prezes do zarządzania firmą, mam kierowników produkcji do każdego spektaklu. Zespołowi też dzięki temu jest lepiej, bo czują, że mają moje zaufanie. Sam nie dałbym rady. To wielkie wyzwanie, codziennie setki decyzji do podejmowania.

Czas pierwszej, drugiej fali pandemii był dla ciebie trudny jako aktora?

Był trudny dla przedsiębiorcy. Nie rozczulam się nad sobą jako nad aktorem, który nie mógł grać, bo wielu ludzi było w podobnej sytuacji. Ale moment, kiedy musiałem zwolnić prawie cały zespół etatowy, sprawił, że czułem się jak ojciec rodziny, który nie potrafi się nią zaopiekować i przyznam, że to była frustracja. Dziś staram się szukać sensu w trudnych sytuacjach, w myśl zasady „by truciznę zmienić w lekarstwo”. Oczywiście, żeby była jasność, ja na co dzień okropnie się wkurzam, nie jestem oazą spokoju czy krynicą refleksji. Mam jednak poczucie, że wszystko jest po coś.

Cieszę się dziś z wielu rzeczy, że nasz teatr mimo pandemii utrzymuje się cały czas z biletów, że mam w Łodzi wspaniałą widownię. A przed nami kolejne wielkie wyzwanie: zmiana lokalizacji, ale dziś mam pewność, że moja publiczność pójdzie za mną. Jesteśmy niczym firma rodzinna, wyróżnia nas autentyczna pasja i ciągła chęć podnoszenia sobie poprzeczki.


Lifestyle

„Jakim cudem on jej jeszcze nie rzucił?” Dlaczego faceci wybierają zołzy? Podają pięć powodów

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
16 listopada 2021
fot. Vagengeym_Elena/iStock
 

Wiele razy to widziałaś. Dziewczyna jest grymaśna, jędzowata, złości się z byle powodu i nie chce się zgodzić na coś, na co już wszyscy kumple powiedzieli „tak”, bo ona ma inny pomysł i tupie nogą. Jest tak samo ładna jak inne z twojego towarzystwa, nie ma jakiejś specjalnej figury czy urody, a jednak faceci za nią szaleją. To z nią chcą rozmawiać. To do niej wzdychają.

Albo inaczej… znasz kobietę, która ma świetnego partnera i od lat zastanawiasz się, jakim cudem on jej jeszcze nie rzucił. Laska ma bowiem zmienne nastroje, nie gotuje mu obiadów, robi totalny bałagan w mieszkaniu i karczemne awantury o głupoty. Przecież ten facet mógłby mieć zrównoważaną, spokojną, gospodarną i równie ładną dziewczynę. Zatem dlaczego woli być z szurniętą zołzą? Redakcja Oh!Me spytała o to zaprzyjaźnionych mężczyzn i oto, czego się dowiedzieliśmy:

1. Nie lubimy by od razu dostawać wszystkiego na tacy

Jeśli kobieta wspaniałomyślnie wszystko oddaje z miłości, szybko tracimy nią zainteresowanie. Jeśli dostajemy to, czego pragniemy pod sam nos, zaczynamy się nudzić. Nawet jeśli na tej tacy leżą same rarytasy, takie o których całe życie marzyliśmy i o których słyszeliśmy, że są najlepszym wyborem pod słońcem. Jeśli kobieta stara się ze wszystkich sił nas zadowolić, przypodobać się i spełniać nasze zachcianki, przestaje być wyzwaniem. Gdy wszystko jest jasne i oczywiste, nie chce nam się poznawać takiej dziewczyny.

2. Polowanie jest super!

Lubimy zdobywać. Jeśli trzeba wyprzedzić w walce o zołzę kilku kolegów, to potem czujemy się jak prawdziwi zwycięzcy. Dla nas już sam fakt pogoni za taką kobietą może być ekscytującą przygodą. A zołzy przecież kochają, by się o nie starać. Nie martwi ich fakt, że spóźnią się na randkę, albo że wybierają w knajpie najdroższą wersję posiłku, która nadszarpnie nasz budżet. Może to brutalnie brzmi, ale szaleństwo z powodu dziewczyny, która jest pewna siebie i sprawia wrażenie, że wie, jak wiele jest warta, tylko nas w wyścigu o nią nakręca.

3. Niegrzeczne i złe kojarzy się z więcej wartym

Grymaśna, zmieniająca zdanie bez powodu, zaskakująca pomysłami, emocjonalna, ale też otwarcie egzekwująca swoje potrzeby i potrafiąca o siebie zadbać – to właśnie naszym męskim zdaniem najlepszy opis zołzy. Dlaczego taka kobieta nas fascynuje bardziej niż ta stabilna, niewymagająca i przewidywalna. Przecież życie z tą drugą byłoby bardziej spokojne i przyjemne. Otóż chodzi o to, że kiedy udam nam się zadowolić swoją królewnę, czujemy się jak prawdziwi zdobywcy. Nie rozumiesz? Wyobraź sobie, jak czujesz się po trzykilometrowym spacerze przy umiarkowanym zachmurzeniu, a jak po wejściu na Giewont, kiedy wiatr świstał ci w oczy? Kiedy masz większą satysfakcję?! A my jednak lubimy rywalizować i wszelkie wyzwania nas podniecają. Szczerze, to zwłaszcza takie, którymi można pochwalić się przed kumplami. A zołzy mają opinie dynamitów w łóżku.

4. Nie zdrowie, ale zabawa

Zołza jest obietnicą dobrej zabawy, przygód, pikanterii i wyzwań! Gdybyś dziś zaoferowała facetowi krwisty befsztyk lub dietetyczną sałatę pełną antyoksydantów, jestem więcej niż przekonany, że znakomita większość z nas wybierze to pierwsze. Co z tego, że sałatka pewnie sprawi, że będziemy żyli dłużej? Tak samo jest z kobietami! Wolimy takie, które być może złamią nam serce, ale na daną chwilę wydają się zagadką, niż te miłe, oczywiste, spolegliwe, dbające podczas gotowania o pozom naszego cholesterolu. My jesteśmy mało perspektywiczni i lubimy żyć chwilą, a najbardziej lubimy przyjemności.

5. Bo liczy się tylko to, co tu i teraz

My naprawdę kierujemy się zmysłem estetycznym i emocjami. Rzadko szukamy kobiety ze zdrowym rozsądkiem. Nie pytamy siebie, czy to będzie dobry materiał na żonę. Takie cechy jak wyrozumiałość, spokój, zaradność obchodzą nas tyle co zeszłoroczny śnieg, albo gdy jesteśmy już po czterdziestce. Przynajmniej na początku związku. Może to głupie i mało praktyczne, ale jednak w znakomitej większości tacy jesteśmy. Szukamy kobiety, która nas fascynuje dokładnie tu i teraz. Nie myślimy o tym, czy polubi ją nasza mama i czy fajnie będzie się z nią wychowywało dzieci.

***

To tak po krótce, dlaczego w pierwszym odruchu wolimy zołzy od tych miłych dziewczyn. Ba czasem wybieramy je na całe życie, bo to jednak obietnica wyzwań i nieustannej przygody. Oczywiście nie jest prawdą, że tej miłej nigdy nie wybierzemy, bo jednak ten typ kobiet też ma swoich entuzjastów. Ale już przesadnie miła i układna może mieć kłopot w zalezieniu partnera. Taka dziewczyna poddającą szybko wszystko na tacy, nudzi i trochę przeraża, bo a nuż będzie od partnera wymagać podobnych zachowań. Nie chodzi o to, że my lubimy być dręczeni przez zołzy. Ale nie przepadamy też za ofiarami losu i zapatrzonymi w nas dziewczynami, które by nieba chciały uchylić, bo one kojarzą nam się bardziej z matkami. A w miłości przecież facetom nie o to chodzi!


Lifestyle

Nasze dzieci nie rozmawiają ze sobą, ale ze smartfonami. Reagujmy!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
15 listopada 2021
Fot. iStock/amazingmikael

Doszedłem do wniosku, że największym winowajcą odpowiadającym za obecny stan jest rozkwit telefonii cyfrowej połączonej z internetem. Pisząc o obecnym stanie, mam na myśli to, że ludzie przestali ze sobą rozmawiać, tylko się komunikują online.

Jeszcze w latach 80-tych i 90-tych, każdy znał większość swoich sąsiadów oraz trapiące ich problemy, biegaliśmy po cukier albo mąkę po piętrach bloków czy kamienic i było to całkiem normalne. Obecnie doszliśmy do momentu, że jak chcemy do kogoś zadzwonić, to wysyłamy mu najpierw smsa z pytaniem czy możemy? Nie trzeba być bardzo lotnym aby domyślić się , że wszystko idzie w gorszym kierunku, mam tu na myśli relacje międzyludzkie. Nasze dzieci za 10, 15 lat będą siedzieć w przepełnionych milczącymi ludźmi barach “rozmawiającymi” ze swoimi smartfonami.

Co robić? Trzeba działać! Przyszłość to dzieci, więc zacznijmy od nich

Nauczmy dzieciaki, jak mądrze i z umiarem korzystać z urządzeń mobilnych. W naszych czasach po prostu nie da się żyć bez telefonu i trochę staliśmy się jego niewolnikami, ale wcale nie musi to oznaczać, że całe nasze życie ma być temu podporządkowane. Wprowadzenie zasad korzystania przez nasze dzieci z urządzeń mobilnych , ale mądrych zasad, może przynieść bardzo pozytywne skutki.

W chwili, kiedy dziecko dostaje histerii, gdy zostanie mu odebrany smartfon, jest niestety za późno i oznacza, że popełniliśmy błąd. W takiej sytuacji, powinniśmy zgłosić się do poradni terapeutycznej uzależnień, aby pomóc młodemu człowiekowi poradzić sobie z problemem. Chcąc uniknąć takiej katastrofy należy postawić na uświadamianie. Przede wszystkim edukacja! I tutaj wychodzę wszystkim rodzicom na przeciw. Nie lubię tylko rzucać pustymi słowami, jestem człowiekiem czynu i napisałem książkę przeznaczoną dla dzieci i dla rodziców. Książkę w formie bajki na temat uzależnienia od telefonów komórkowych. Tytuł książki to „ Komórka Kasia I Jej Cyfrowa Rodzinka”. Jest wiele publikacji na tent temat dla dorosłych, jednak dla dzieci, które niestety najczęściej padają ofiarami uzależnienia, nie ma praktycznie nic. Główną postacią książki jest Komórka Kasia, która opowiada o swoich relacjach z właścicielami telefonów. Jednak moją ulubioną postacią jest Ciocia Uzależnienie, która rzuca zły czar w postaci uzależnienia na dzieci, które nie dają odpocząć Komórce Kasi.

Skala problemu jest ogromna, przeprowadzam w szkołach podstawowych i przedszkolach warsztaty na temat uzależnienia od telefonów komórkowych więc mam kontakt z rzeczywistością, a ta jest taka, że na pytanie zadane w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kto ma TiK Toka? … połowa klasy, niestety, podnosi ręce. Rozumiem, że jesteśmy zabiegani i nie mamy czasu już prawie na nic, ale myślę , że naszym obowiązkiem jako rodziców jest uświadamianie dzieci w tak ważnych kwestiach jak wpływ telefonów i Internetu na nasze życie.

Smartfony, tablety są niewątpliwie na szczycie listy prezentów. Wystarczy włączyć telewizor w okresie przedświątecznym i telefony same wypadają z ekranu, do tego przewiązane świątecznymi kokardami. Trudno się nie skusić. Pamiętajmy jednak, że pod tym pięknym opakowaniem znajduje się bardzo niebezpieczny przedmiot, który bez odpowiedniego przygotowania dziecka, jest jak przysłowiowy odbezpieczony granat!

 

Maciej Lisowski –  autor książek “Moda Na Modelkę” i Komórka Kasia i jej Cyfrowa Rodzinka”, z wykształcenia prawnik, wykładowca dziecięcy w temacie uzależnienia od gier cyfrowych i telefonów komórkowych. Przez  15 lat prowadził z międzynarodowymi sukcesami agencję modelek New Age Models, juror programu TVP „ Supermodelki” , ale przede wszystkim ojciec 10 letnich bliźniaczek Małgosi i Madzi. Od 4 lat prowadzi blog @matataojciec na którym dzieli się doświadczeniami samodzielnego rodzicielstwa. Jego sposób wychowywania, pozytywny wpływ rozmowy i aktywnego uczestniczenia w życiu  dzieci opisały między innymi  Voge.pl i inne znane media.


Zobacz także

Pamiętacie to przerażające wideo z seksem na plaży w Mielnie? Nie bądźcie tą parą, błagam! 5 wskazówek, jak uprawiać seks pod chmurką

„Odchudzamy Polskę”- śniadanie prasowe diety Cambridge

Mój syn to nie portfel, to nie sponsor, nie „chłopiec do bicia”. Słowo matki do ukochanej syna