Lifestyle

Czy współczesna rodzina jest w kryzysie?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 kwietnia 2016
Czy współczesna rodzina jest w kryzysie?
 

Rodzina ach rodzina… Ta współczesna to dziś nie ma lekko. Ale czy można mówić o kryzysie współczesnej rodziny? O tym, jak widzimy siebie w roli rodziców i jak naprawdę wyglądają nasze relacje z dziećmi, rozmawialiśmy na przygotowanej wspólnie z NEUROHM Polska konferencji, która odbyła się 7 kwietnia  w restauracji N31 restaurant&bar by Robert Sowa.

W przygotowanej przez NEUROHM Polska ankiecie pytaliśmy was między innymi o to jak wiele czasu spędzacie z waszymi dziećmi i jak dobrze je znacie. Wiarygodność odpowiedzi oceniono mierząc czas reakcji (odpowiedzi). Im szybszy, tym odpowiedz bardziej wiarygodna, bo pewna. Wyniki tego badania dotyczącego relacji rodzinnych podsumowała w specjalnym wykładzie Małgorzata Ohme.

konfa 11

 

Czego zatem dowiedzieliśmy się o naszych rodzinach? Przede wszystkim tego, że w sprawach podstawowych wcale nie jest tak źle. Ponad 80% naszych ankietowanych z całą pewnością stwierdziło, że mówi swojemu dziecku, że je kocha, a ponad 60%, że dużo z nim rozmawia. O ile jednak aż 70% respondentów było pewnych tego, że rozmawia ze swoim dzieckiem na każdy temat, o seksie umie rozmawiać już tylko 40% z nich. W dobie realnych zagrożeń związanych z wszechobecnością mediów społecznościowych i wolnego dostępu do Internetu warto się więc w tej kwestii podszkolić, drodzy rodzice :).k1

Ważną chwilą jednoczącą członków rodziny jest wspólne spożywanie posiłków. Nasze dzieci uwielbiają te momenty przy wspólnym stole i chętnie uczestniczyłyby w nich jak najczęściej. Niestety, z naszego badania wynika, że mimo, że prawie wszyscy respondenci stwierdzili, że jedzą wspólnie z dziećmi posiłki, to tylko połowa z nich była tym przekonana (odpowiedziała „tak”, będąc pewną swojej odpowiedzi).k5

Jeszcze gorzej przestawia się temat dzielenia z dziećmi wspólnej pasji, czy hobby. 65% badanych stwierdziło, że dzieli pasje z dzieckiem, ale tylko 26% było tego pewnych. A wspólne zainteresowania to przecież niejednokrotnie pole do naprawiania i budowania lepszych relacji z dzieckiem.

Ankieta pokazała, że brak nam czasu dla naszych dzieci i dla siebie wzajemnie. Co jest tego przyczyną?Na to pytanie starała się odpowiedzieć Małgorzata Ohme. Przede wszystkim zmienił nam się model rodziny. Mamy coraz więcej rodzin w których rodzice pracują w pełnym wymiarze godzin i coraz więcej rodzin niepełnych, z jednym rodzicem. Wzrasta także liczba tzw. rodzin rekonstruowanych, czyli takich, gdzie przynajmniej jeden z małżonków wprowadza do związku małżeńskiego dziecko z poprzedniego małżeństwa. Zaczynamy się gubić w tej sieci relacji i obowiązków domowych przemieszanych z zawodowymi.

Tymczasem rodzina to system wzajemnie powiązanych ze sobą osób, w którym każdemu z członków przypisuje się jakąś rolę. Ten system powinien działać sprawnie. W jego ramach  zawiązują się sojusze i koalicje (np. dzieci z jednym z rodziców przeciw drugiemu), zmieniają się układy sił (gdy np. jedno z rodziców, które dotychczas nie pracowało podejmuje pracę). Rodzina to „żywy organizm”, który rozwija się i przechodzi przez różne fazy. Możemy więc wyróżnić fazę małżeńską, fazę pary z małym dzieckiem, fazę rodziny z dzieckiem w okresach przedszkolnym i szkolnym, fazę rodziny  z natolatkiem, z dziećmi opuszczającymi dom… I  każdej z tych faz występują kryzysy, które kształtują, modelują rodzinę. k7

Problemy rodziny wpływają na jej członków i wzajemnie, to naturalny bieg rzeczy. Kryzysy pojawiają się w niej stale, są jakby przypisane do jej rozwoju. Najważniejsze dla pokonywania tych kryzysów są następujące elementy:

  • Zdolność adaptacji do zmian
  • Elastyczność w rolach
  • Czas, rozmowa, uwaga
  • Świadomość, że rodzina jest najtrudniejszym zadaniem, z jakim nieustająco się zmierzamy
  • Dobre wzorce
  • Determinacja i chęć walki
  • Miłość

Prezentację zakończyła ożywiona dyskusja zebranych i miła niespodzianka: zaproszenie od inemo.pl na warsztaty MindSPA.

k6k4 k2


Lifestyle

Uwolnij się od stresu. Najbardziej ograniczają cię przekonania

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
11 kwietnia 2016
Uwolnij się od stresu. Najbardziej ograniczają cię przekonania
Fot. iStock / Vladimir Piskunov
 

Stres. Towarzyszy nam dosłownie wszędzie. Oplata, paraliżuje – czasem pcha do działania. Zdarzyło ci się usłyszeć od starszych pokoleń, że mimo wszystkiego, mimo trudu sytuacji, w której żyli, im żyło się łatwiej? Dokonywali innego rodzaju wyborów? Jest w tym sporo racji, bo to co dziś jest naszym największym „dobrem”, jest też największą barierą jaką można mieć.

Ciągłe oczekiwania i wieczny wyścig. Gra, w której zasady ulegają nieustannym zmianom. I te warunki. To najtrudniejsze. Szczególnie, gdy odkrywamy jak wiele z tych „zasad” narzucamy sobie nieświadomie sami. A co, najbardziej nas ogranicza?

Grzech główny, największy. Rodzi prawie niekończące się i samoodnawialne ciężary…

Zadowalanie innych

Nosisz na plecach olbrzymią odpowiedzialność, bo zawsze jest ktoś lub coś, o czym/ kim musisz myśleć. Zawsze jest coś, co pojawia się i ustala priorytety. A ty? Musisz gnać, brnąć, robić, wygrywać i zmieniać. Myślisz, że ktoś od ciebie tego oczekuje, a skoro oczekuje – twoim zadaniem jest te oczekiwania spełnić. Ciągle musisz.

Stresujące, prawda?

Jak często zadowalasz siebie? Jak wiele razy robiłaś/eś coś wbrew własnym potrzebom czy planom, dlatego że,  pojawiało się jakieś ALE?
– olałbym to, ALE… ktoś potrzebuje mnie/mojej pomocy
– odmówiłbym, ALE nikt inny temu nie podoła
– a co, nie dam rady? JA?!
– strasznie tego nie lubię/nie chcę/nie potrafię, ALE nie mam innego wyjścia
– trudno, ALE moje plany/marzenia/zobowiązania, muszą zaczekać – bo sobie przecież mogę odmówić, ALE nie innym.

Moment, w którym zdasz sobie sprawę, z tego, jak wiele robisz tylko z powodu innych (często, tych których zdanie i poważanie wcale cię nie obchodzą) jest trudny, ale przełomowy. Zadaj sobie tylko jedno pytanie, następnym razem, gdy poczujesz, że ścigasz się z czymś kompletnie dla ciebie nieważnym: „Po co?”.

Od tego zadowalanie niewinnie się zaczyna. Nagle przygnieciony stresem, odkrywasz, że…

„Mogę (a raczej muszę) więcej (jeszcze więcej)”

Tego wyścigu z założenia nie da się ukończyć (nie wygrać, w ogóle ukończyć). Zawsze można jeszcze więcej (mieć, robić, osiągać) – pytanie po co? dla kogo? jakim kosztem? I każdy w pewnym momencie, dotrze do swojej granicy, tej po której przekroczeniu koszt zawsze będzie za wysoki.

Płacimy nieustannie za podążanie w myśl „im więcej wysiłku włożę, tym lepiej”. Tylko, że czasem bez względu na to ile z siebie damy, nie przyniesie to nam oczekiwanego lub adekwatnego rezultatu. Przyniesie za to sporo stresu. Stresu, że nawalamy, że nie potrafimy,  że zawodzimy siebie i innych. Przyniesie też wiele napięcia i frustracji. Bo tracimy zdolność do odpuszczenia. Sobie. Komuś. Okolicznościom. Tracimy wtedy cenną możliwość do rozwoju – elastyczność.

Więcej siły

Po prostu musisz mieć więcej siły, zawsze. Jeszcze trochę, bo…

– co by było gdyby… – może wszystko potoczyło by się inaczej, gdybyś miał więcej siły i przezwyciężył „to wszystko”
– nie możesz okazać swojej słabości
– nie ma innego wyjścia – na pewno ten stres jest wynikiem niedostatecznej siły, gdybyś ją miał, wszystko wyglądało by inaczej (znamy tę śpiewkę, wieczne racjonalizowanie, żeby jeszcze ciut, kapeczkę z siebie wycisnąć – oczywiście dla większego dobra…)
– proszenie o pomoc lub jej szukanie, to ryzyko (a przecież ryzyko to stres, więc nawet nie bierzesz pod uwagę tego, że już ponosisz – i poniesiesz jeszcze większe – koszty emocjonalne).

Tak to się zwykle zaczyna i toczy. Toczyć może się naprawie długo, zupełnie niepotrzebnie, bo przecież wszystkie argumenty są logiczne i sensowne. Nic w tym dziwnego, musisz przekonać najważniejszą osobę – siebie.

„Muszę mięć rację”

Bo mylić się, to:
– wyglądać źle w oczach innych
– przyznać się do niepowodzenia, błędu
– musieć się doskonalić, a nie ścigać
– potrzebować innych i być od nich zależnym.

To trudne, ale mieć zawsze rację – to być w ciągłym napięciu. Popełniaj błędy (przecież na nich najlepiej się uczyć i dzięki nim możesz wiedzieć następnym razem więcej) – przyjmij złość, frustrację czy smutek – nie martw się będą tylko chwilowym, przelotnym gościem. Taki gość – nawet nieproszony, który wpada na 20 minutową kawę, zawsze jest mniej uciążliwy niż ciocia klocia z dwumiesięczna wizytą – lub stres – twój prawdziwy lokator na dziko.

Szybciej

Skoro już powtarzałeś sobie, że możesz i musisz więcej – na pewno tez mówisz sobie, że możesz szybciej. To przecież takie oczywiste: więcej = szybciej, a szybciej = więcej, i więcej i szybciej i tak w kółko. Czy to może mieć swój punkt zwrotny? Miejsce, w którym wreszcie się skończy?

Przykro mi, ale prędzej czy później zaczniesz „zjadać własny ogon”.

„Moja wina…”

„Przyznaj się, przeproś i idź dalej” – mówi amerykańskie przysłowie. Ciągle rozpamiętywanie błędów, gaf – szczególnie tych popełnionych nieumyślnie nikomu nie pomoże, niczego nie naprawi. Idź więc dalej, stojąc w miejscu niczego nie zmienisz, oprócz własnego przekonania o swoje wartości, umiejętnościach, priorytetach… niestety na gorsze. Bo przecież, jak można było byc tak głupim/ślepym/nie dość dobrym… Przerwij to koło, zanim sam się ugryziesz.

Uwolnij się od stresu

To główni winowajcy twojego stresu. Pamiętaj o dobrej wiadomości, to przekonania, twoje przekonania i masz najlepszą broń, żeby z nimi walczyć, swoją świadomość. Nie pozwól na to by samemu zapędzić się w kozi róg. Nie zawsze wszystkie zmiany możesz wprowadzić „od ręki”, nie zawsze będą łatwe – ba! prawie nigdy, bo prawdziwa przepychanka trwa w twoim „myślę/nauczono mnie/ wparto, że powinienem lub muszę”, a tym, co po bezlitosnym obdarciu z przekonań zostaje naprawdę.

Życzę wam na tej drodze powodzenia i czasu na odpoczynek – szczególnie, gdy stres zjada was od poniedziałku do piątku, bo jak napisał Mike Clayton: „Nikt nie powiedział jeszcze na łożu śmierci: Żałuję, że nie pracowałem więcej…”*.


Źródło: *na podstawie: Zarządzanie stresem, czyli jak sobie radzić w trudnych sytuacjach, Mike Clayton.


Lifestyle

Nie uważam, że to prostytucja. Ja leczę kilka męskich dusz. Jestem lekarzem, dziewczyną do towarzystwa

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 kwietnia 2016
Fot. iStock/kaspiic

Umawiamy się w znanej kawiarni –  dużej, popularnej wśród rodzin z dziećmi. Zajmuję miejsce i zerkam na zegarek. Po dziesięciu minutach, lekko spóźniona, zjawia się młoda, piękna kobieta ubrana w obcisłe dżinsy i małą zamszową kurtkę. Na nogach ma trampki. Łapiemy się wzrokiem i wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Wstaję, wyciągam rękę i przedstawiam się.

– A to ja – mówi ona nie podając swojego imienia – Może pani o mnie napisać Maja. Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, dla którego musiałam być Mają. A w ogóle przejdźmy na „ty”. Będzie swobodniej.

Trochę onieśmiela mnie ta pewność siebie dwudziestolatki, która wygląda jak z okładki kolorowego pisma o modzie. Kiedy zamawia ciastko i latte, miękkim ruchem odgarnia długie, brązowe włosy. Dłonie ma zadbane, piękne, na nadgarstku jedna za drugą kilka cienkich kolorowych bransoletek.

Teraz też musisz być dla kogoś kimś, kim nie jesteś zazwyczaj?

Teraz jestem sobą. Na tym zarabiam. Nikogo nie udaję. Lubię moich mężczyzn. Lubię się z nimi spotykać, czuć, że mnie uwielbiają, że ich podniecam. Wiesz, nie tylko fizycznie, ale jako osoba, w ogóle. Lubię nawet z nimi po prostu porozmawiać. I oni rozmowy ze mną też szukają, nie tylko fizycznego spełnienia. Mogę ci pokazać SMS- y od jednego z moich panów – rozmawiamy o różnych, ważnych sprawach.

Ale nie powiesz mi, że twoi rodzice wiedzą, że spotykasz się z facetami za pieniądze. Wyglądasz młodo, ile masz lat?

W czerwcu skończę 27. Rodzina wie o mnie niewiele. Mieszkają na Śląsku, myślą, że pracuję w biurze tłumaczeń. I że znajomość języków to bardzo opłacalna umiejętność. Spotykamy się na święta albo w urodziny taty. W domu jest nas czwórka rodzeństwa, każdy opowiada inną bajkę, rodzice są szczęśliwi, że dobrze nam się powodzi, że się rozwijamy.

A jak jest naprawdę?

Naprawdę to mam wolny zawód. Robię tłumaczenia może raz na miesiąc.

Nie o to pytam.

A ty jakbyś nazwała to, co robię? Wstydzisz się powiedzieć? Ja leczę kilka męskich dusz. Jestem lekarzem, dziewczyną do towarzystwa.

Sprzedawanie ciała nie jest dla ciebie prostytucją?

Nie widzisz różnicy między tym, jak ja to robię, a jak robią to dziewczyny w klubach, czy już nawet na ulicy? Nie widzisz, że jestem kimś zupełnie innym? Ja nie podaję swojego ciała jak towar w sklepie, na wystawie. Do mnie trzeba było dotrzeć, a potem jeszcze na tyle mnie sobą zainteresować, żeby to była moja decyzja, że wchodzę w dany układ. Ja muszę chcieć się z nimi spotykać, pozwolić im na bliższy kontakt. No i muszą mnie też fizycznie pociągać. To ja wybieram.

To jak to nazwiesz? Sponsoring?

Może po prostu opieka? To ładne i odpowiednie słowo. Mam czterech stałych opiekunów. To moi stróże. Z resztą dbamy o siebie wzajemnie. Oni mnie potrzebują, a i mi jest z nimi dobrze, bezpiecznie. Jesteśmy jak Julia Roberts i Richard Gere.

Ale ona grała prostytutkę…

Chodzi mi o to, że oglądałaś to i zachwycałaś się ich miłością, a nie myślałaś, że to dziwka, prawda? Nawet pewnie ją polubiłaś, nie oceniałaś jej pod względem moralnym. Zajęłaś się tym co między nimi.

To prawda.. I trzeba przyznać, że Julia ostatecznie dobrze na tym wyszła…

Możesz zapytać mnie o pieniądze wprost, dla mnie to nie jest tabu .Mam wynajęte mieszkanie, kawalerkę, ale dość sporą. Opłaca mi ją, dajmy na to Krzysztof.  Do tego dostaję miesięczne kieszonkowe. Coś jak dwa razy średnia krajowa. (ostatecznie ustalamy, że chodzi o  kwotę 4000zł – przyp.red.). Krzysztof jest prezesem dużego banku, nie ma dzieci, to stać go na mnie. Drugim opiekunem jest, powiedzmy Paweł. Ma świra na punkcie moich stóp. Właściwie to kocha się głównie z moimi stopami. Na początku mnie to strasznie śmieszyło, teraz już trochę go rozumiem. Paweł zostawia mi gotówkę po każdym spotkaniu. Czasem 500zł, czasem dużo więcej. Dwóch pozostałych panów dodatkowo zabiera mnie na zakupy. Jeden jest sportowcem, drugi pracuje w dużej spółce, ale nic więcej ci o nich nie powiem, bo obaj są żonaci i mają dzieci. Nie powiem ci, jak ich poznałam, to  jedyna rzecz, której nie mogę powiedzieć.

Czego oni właściwie od ciebie chcą? Dajesz im lepszy seks, młodsze ciało, ale żeby wydawać na to aż tyle pieniędzy…

Ja tworzę z nimi związki… To nie jest jednorazowe pójście do łóżka, to jest coś głębszego i trwalszego. Nie, nie kocham ich, ale bardzo ich lubię. I jeszcze szanuję ich za to, że tak wiele osiągnęli. To są bardzo pracowici i mądrzy faceci. Spalają się jednak psychicznie, bo mają odpowiedzialne stanowiska. Wracają do domu, a tam zero zrozumienia. Wiesz, żona tylko niezadowolona, bo chciałaby, żeby on się tymi dzieciakami zajął i awantura, że on może jednak chciałby odpocząć. Ciągłe wyrzuty, pretensje. A ja ich rozumiem. Plus oczywiście pójście ze mną do łóżka, też jest dalekie od tej rutyny, którą maja po kilkunastu latach małżeństwa. Jeśli kiedyś wyjdę za mąż, będę się starała być inna.

 Miewasz wyrzuty sumienia w stosunku do ich żon, dzieci?

Dzieci? Nie, dzieci przecież w żaden sposób nie krzywdzę. No jak? A żony? W pewnym sensie robię im przysługę. Mąż wraca do domu ode mnie szczęśliwy, spokojniejszy. Ja w ogóle o nich nie myślę. Za dużo stresu.

Ale idziesz do łóżka z facetem, który należy do innej kobiety, dzielisz z nim intymność, pewnie jeszcze opowiada ci szczegóły dotyczące tego, jak jest między nim a jego żoną, to nie jest zdrada?

No wiesz, to on zdradza, nie ja. Przecież ja żadnej z tych kobiet nie zagrażam. Z resztą, nie mają o mnie pojęcia. Sportowiec wywozi mnie na zakupy do innego miasta, żeby się z żoną nie spotkać w jakiejś galerii handlowej. Kiedyś mieliśmy taką sytuację, że zobaczył kogoś podobnego do niej, kiedy jedliśmy obiad w restauracji. Prawie wszedł pod stół. Miałam z tego dobry ubaw.

Ale w życiu, w ogóle starcza ci taka forma czułości, miłości? Nie brak ci bliskiej, bezinteresownie bliskiej osoby?

Oni nie są interesowni. Kochają mnie na swój sposób. Tak to czuję. Między nami jest naprawdę dużo ciepła. To nie jest tak, że wpadają tylko na szybki numerek, dla higieny. Zawsze dopytują, czy czegoś nie potrzebuję. Jak byłam chora, Paweł przysyłał mi kuriera z zakupami. A w łóżku też starają się bardzo, żeby i mi było dobrze. To prawdziwi mężczyźni, wiedzą jak zaspokoić kobietę. Pytasz, czy o sobie wzajemnie wiedzą? Krzysztof nie wie o pozostałych opiekunach. To typ zazdrośnika, chciałby mnie na własność. A ja muszę zarabiać. Ale on wpada tutaj może cztery razy w miesiącu. Mam swój grafik. Właściwie zostaje mi dużo wolnego czasu. Ja przy tym wszystkim jestem bardzo niezależna, wolna.

A ty kochasz któregoś z nich?

Mam do miłości bardzo racjonalny stosunek. Mogłabym wybrać, w którym z moich opiekunów mogłabym się zakochać, ale po co? To wszystko komplikuje. Nie, nie mam nikogo poza nimi.

Co będzie dalej? Z twoim życiem? Skończyłaś studia, mogłabyś normalnie pracować.

Nie myślę o tym. Wiem, że kiedyś to wszystko się skończy i staram się jakoś zabezpieczyć, wiesz finansowo. Robię różne kursy, teraz zapisałam się na zaawansowany hiszpański. Chcę zdać egzamin i uzyskać uprawnienia tłumacza tego języka. Te pieniądze są mi bardzo potrzebne.

Rozmowę przerywa dźwięk dzwonka telefonu, Maja odbiera i miłym, uległym głosem tłumaczy, że za chwilę będzie na miejscu. – Przepraszam– rzuca w pośpiechu – On już jest. Jakoś wcześniej. Muszę lecieć.

Wolna i niezależna „Maja”, a może Kasia czy Paulina, wybiega z kawiarni na szybką randkę z „Krzyśkiem”, który odczuł nagłą potrzebę, by ją zobaczyć, pomiędzy ważnym spotkaniem biznesowym, a partyjką squasha. A potem Maja odrobi ćwiczenia z hiszpańskiego i zadzwoni do Pawła, tego od stóp. Paweł dawno się nie odzywał, może znalazł sobie inną Maję, albo co gorsza, kogoś na stałe…?


Zobacz także

Co za dużo to niezdrowo, czyli o publicznym (i wylewnym) okazywaniu sobie uczuć

Co lepiej usunąć z diety, by schudnąć – tłuszcze czy węglowodany? Znamy odpowiedź

Eksperymentalny dzień dobra. Dla siebie. Kto z nami?