Dieta Zdrowie Zioła

Aloes, lek w doniczce. Co sprawia, że warto mieć go w domu?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
13 października 2021
Aloes
Fot. iStock
 

Aloes jest pospolicie spotykaną rośliną doniczkową, która radzi sobie nawet w niespecjalnie sprzyjających warunkach. Nie ma szczególnych wymagań, za to poświęcając mu minimum uwagi można wyhodować na własnym parapecie nie tylko żywą ozdobę, ale i przy okazji naturalny lek na różne dolegliwości oraz wsparcie dla urody. Warto mieć aloes pod ręką, ponieważ jego liczne zalety są trudne do przecenienia.

Aloes — charakterystyka

Aloes jest sukulentem spotykanym w naturze na wschodzie Afryki, na Madagaskarze, na Półwyspie Arabskim, oraz w Chinach. Należy do rodziny roślin liliowatych Liliaceae, a na świecie rozróżnia się ponad 360 różnych gatunków aloesu. Z całej tej puli tylko 20 z nich posiada prozdrowotne działanie. Najczęściej w domach spotykamy odmiany takie jak: Aloe vera (aloes zwyczajny); Aloe arboresces (aloes drzewiasty); Aloe ferox (aloes kolczasty).

Aloes nietrudno rozpoznać. Charakteryzuje się rozgałęzionym, stale zielonymi i mięsistym liśćmi, które po przekrojeniu odkrywają gęstą galaretowatą masę kryjącą cenne substancje odżywcze. Miąższ wewnątrz liści aloesu aż w 96% składa się z wody, a reszta to składniki odżywcze odpowiedzialne za jego prozdrowotne działanie. Do najważniejszych bioaktywnych substancji obecnych w aloesie zaliczamy: polisacharydy, glikoproteiny, enzymy roślinne oraz związki polifenolowe. Zawartość poszczególnych substancji  jest zależna od warunków uprawy, pory roku zbiorów, czy położenia geograficznego uprawy. Według informacji spotykanych na różnych stronach w sieci, z suchej masy aloesu naukowcy wyszczególnili ponad 270 składników biologicznych aktywnie.

Aloes

Fot. iStock/Aloe vera

Właściwości lecznicze aloesu

Aloes to równie zasobne źródło witamin z grupy B, witaminy C oraz mikroelementów takich jak: sód, potas, wapń, magnez, fosfor, cynk, żelazo, chrom, mangan, miedź, kobalt, nikiel, molibden, stront i bar. Substancje obecne w miąższu wykazują działanie prozdrowotne, w tym: przeciwzapalne, przeciwutleniające, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, grzybobójcze. Ponadto działają przeciwbólowo, immunosupresyjne,  ochronnie przed promieniowaniem ultrafioletowym.

Wspiera układ pokarmowy

Aloes reguluje pracę jelit, a co za tym idzie, normuje rytm wypróżnień. Dzięki temu pomaga łagodzić, leczyć, a  także i zapobiegać zaparciom.  Roślina ta stosowana jest pomocniczo w zaburzeniach funkcji wątroby, działa jako środek żółciotwórczy i żółciopędny. Aloes zapobiega również uszkodzeniom wątroby spowodowanych nadużywaniem leków przeciwbólowych. Doceniany jest jako wsparcie w leczeniu wrzodów żołądka i dwunastnicy – łagodzi ból, przyspiesza gojenie się nadżerek i owrzodzeń. Zwalcza szczepy Helicobacter pylori, które zwiększają ryzyko rozwoju wrzodów żołądka.

Fitosterole roślinne poprawiają także wskaźniki hiperlipidemii i pomagają w walce z otyłością brzuszną. Sok z aloesu stosowany jest także podczas leczenia zespołu jelita drażliwego oraz wrzodziejącego zapalenia jelita grubego.

Aloes kontra tłuszcze i cholesterol

Aloes wywiera pozytywny wpływ na gospodarkę lipidowo–węglowodanową. Wysoka zawartość wapnia wpływa na wydzielanie insuliny i  umożliwia wyrównanie poziomu glukozy we krwi. Wapń również ogranicza syntezę kwasów tłuszczowych i aktywuje uwalnianie nadmiaru trójglicerydów z komórek tłuszczowych. Wysoka zawartość błonnika w miąższu aloesu pozwala na utrzymanie prawidłowego poziomu cholesterolu we krwi i pomaga osiągnąć  prawidłową masę ciała.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Wspiera układ odpornościowy

Aloes działa jak naturalny antybiotyk. Ogranicza rozwój drobnoustrojów chorobotwórczych, wykazuje działanie bakteriostatyczne. W organizmie wywołuje efekt przeciwzapalny, ponieważ przyspiesza produkcję cytokin biorących udział w procesie odpowiedzi immunologicznej. Polisacharydy są konieczne do rozpoczęcia reakcji obronnej, oraz dla prawidłowego przebiegu procesu regeneracji organizmu. Aloes stosowany jest w czasie powrotu do zdrowia, szczególnie po przebyciu długotrwałych i poważnych zachorowaniach.

Przeprowadzone badania wykazały, że aloina i aloeemodyna utrudniają rozwój grzybów Candida albicans, a aloeemodyna hamuje rozwój wirusa ospy oraz grypy.

Wspiera działanie antyoksydacyjne 

Obecne w miąższu aloesu związki fenolowe i różne enzymy chronią komórki organizmu przed szkodliwą działalnością wolnych rodników. Aloes wytwarza antyoksydanty takie jak: witamina E i A, karotenoidy, flawonoidy i taniny, dzięki czemu zdecydowanie wzmacnia układ odpornościowy w walce z nowotworami.

Aloes na skórę

Liście aloesu stosowane na skórę głęboko oczyszczają, nawilżają i ściągają. Chroni skórę przed niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi (promieniowanie słoneczne, mróz, wiatr). Aloes jest znany dzięki zastosowaniu na poparzenia i odmrożenia. Zapobiega starzeniu się skóry i utrzymuje jej właściwą elastyczność. Aloes może się przydać do zwalczania stanu zapalnego jamy ustnej, przyzębia oraz kandydozy, czyli grzybicy.

Aloes — przepis na sok do picia

Miąższ powinien pochodzić z roślin rodzaju Aloe vera, przynajmniej 3-letnich, ale nie starszych niż 5-letnie. Roślinę, z której pozyskasz liście, nie podlewaj przez dwa tygodnie przed tym. Liście na sok z aloesu utnij ostrym nożem u nasady i włóż do lodówki na 24 godziny, aby dobrze się schłodziły. Zerwane liście w lodówce mogą leżeć maksymalnie 2 tygodnie.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Składniki:

  • 1 liść aloesu Aloe vera;
  • 1/2 szklanki wody (100 ml);
  • opcjonalnie 1 łyżka stołowa miodu (25 g) lub kilka kropel soku z cytryny.

Sposób przygotowania:

  1. Odetnij liść, przekrój go wzdłuż nożem i zdejmij ze środka żel;
  2. wypłucz żel wodą, aby usunąć ewentualne zanieczyszczenia;
  3. włóż go do blendera, dodaj wodę, zmiksuj,
  4. smak możesz poprawić dodatkiem miodu lub soku z cytryny.

Sok przelej do ciemnej butelki. Można go trzymać w lodówce maksymalnie przez tydzień.

Jak dawkować sok z aloesu?

Ponieważ aloes jest rośliną o silnym działaniu i należy używać jej z umiarem. Dzienne spożycie soku aloesowego powinno być ograniczone do 30–40 ml na dzień (ok. 3-4 łyżki). Zbyt duża ilość aloesu w diecie może  wywołać silne działanie przeczyszczające, wywołać stany zapalne jelit, utrudniać przyswajanie witamin i minerałów.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Jak uprawiać aloes w doniczce?

Aloesy kochają światło, a gdy go brakuje, ich liście zaczynają się wyciągać do słońca, co negatywnie wpływa na wygląd rośliny. Doniczkę z aloesem najlepiej ustawić blisko dużego okna, szczególnie zimą, gdy światła słonecznego jest o wiele mniej. Aloes jako sukulent nie znosi nadmiaru wody i znacznie lepiej przechodzi przesuszenie, niż przelanie podłoża. Odpowiednia ilość słońca i podlewanie raz na kilkanaście dni, gdy podłoże przeschnie, sprawia, że roślina nie będzie wymaga dodatkowych zabiegów pielęgnacyjnych. Z tego względu to dobry wybór na pierwszy kwiat dla osoby, która nie miała dotychczas szczęścia w samodzielnej uprawie roślin doniczkowych.


źródło: dietetycy.org.pl  www.poradnikzdrowie.pl 

Dieta Zdrowie Zioła

Slow sex nie oznacza, że trzeba robić to powoli. To nieporozumienie! Chodzi o to, by kochać się… uważnie.

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
13 października 2021
 

„Slow sex to żaden złoty środek, czy błyskawiczne remedium na problemy. Wymaga od nas wysiłku, zaangażowania, wyjścia ze strefy komfortu. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi, nie jest zbiorem pozycji, które uczynią z nas erotycznych akrobatów”, piszą autorki nowego rozszerzanego wydania książki „Slow Sex”, która właśnie wyszła nakładem wydawnictwa Agora. Dziennikarka Hanna Rydlewska oraz Marta Niedźwiecka, certyfikowana sex coach i psycholożka kliniczna, twierdzą, że korzyści z praktykowania seksu w wersji slow są nie do przecenienia.

Według autorek slow sex stymuluje apetytna miłość, uczy prawidłowego oddechu oraz interpretowania sygnałów z ciała, co potęguje rozkosz. W nowym wydaniu książki Rydlewska zawarła dodatkowe rozdziały np. o LGBT+ (opowieść o tym, że nasza seksualność to proces, a nie jednorodna i sztywna struktura.) oraz o praktykach BDSM (skrótowiec od słów dominacja i uległość). Naprawdę wato przeczytać. Tym bardziej, że dialog autorki i psycholożki prowadzony jest fachowo, ale w narracji utrzymanej w konwencji rozmowy dwóch dojrzałych przyjaciółek. Odnajdzie się w nim każda kobieta, ale też i nie jeden mężczyzna. Z tej okazji przedstawiamy fragmenty niezwykle ciekawej rozmowy Hanny Rydlewskiej z Martą Niedźwiecką.

 

Dlaczego ten lepszy seks ma być slow?
Slow sex, podobnie jak slow food, zrodził się z niezgody na bylejakość. Chodzi o to, żebyśmy zmienili nasze przekonania i naszą postawę. Żebyśmy wydajność, pośpiech i powierzchowne sensacje zamienili na jakość i przyjemność. To oczywiście oznacza również zmiany w sposobie, w jaki będziemy uprawiać seks. Nie to, żeby od razu kochać się trzy godziny. Jeżeli ktoś z czasem do tego dojdzie, to znakomicie. Przecież wszyscy chcemy się kochać długo i mocno. Slow sex oferuje zestaw metod, które pozwalają uprawiać seks przez trzy godziny, ale również trzydzieści fascynujących minut. Bo najważniejsze, żeby nasz seks był jakościowy, uważny i świadomy.

Co to znaczy jakościowy seks?
Mogłabym mówić po prostu o dobrym seksie. Tylko co to znaczy w seksie „dobrze”. Często? Dużo? A może właśnie rzadko, ale za to zgodnie ze szczególnymi oczekiwaniami, jakie ktoś ma wobec seksu? Powiedzieć, że chcę mieć „dobry seks”, to nic nie powiedzieć. Dlatego wolę mówić o jakości seksu. Bo gdy mówimy o jakościach, otwieramy szersze pole znaczeń, takie, w którym każdy znajdzie te właściwe dla siebie. Możemy na przykład szukać w seksie namiętności, ale to nie jest uniwersalne. Dla jednych bliskość będzie tym, o co warto się starać. Inni będą szukali bezpieczeństwa. Do seksu wnosimy przeróżne potrzeby i warto je sobie zdefiniować, wtedy pojęcie „dobry seks” nabiera sensu. A skoro mówimy o jakości, to przyda się jeszcze jedno wyjaśnienie. Pojęcie „slow” jest przeciwieństwem „fast”. Ale wcale nie w znaczeniu szybko-wolno, tylko uważnie-nieuważnie. Najważniejszy przekaz ruchu slow brzmi: robiąc różne rzeczy szybko, jesteśmy powierzchowni. Szybko jedząc, podróżując, uprawiając seks, pomijamy to, co najważniejsze. Wpadamy w rutynę i działamy na autopilocie. A rutyna jest mordercą przyjemności.

Więc nasz codzienny, rutynowy seks jest jak cheeseburger, a ty chcesz nam zaoferować wykwintną sałatę? Nie ma w tym jakiegoś poczucia wyższości wobec nas, zwykłych zjadaczy buły z kotletem?
Tak, właśnie tak jest. I biorę za to pełną odpowiedzialność. Kiepski, nieuważny seks jest jak śmieciowe jedzenie. Nie twierdzę, że cheeseburger to czyste zło, zagrożone karą piekła. Chodzi o to, że jeżeli cały czas żywisz się tylko cheeseburgerami, to kończysz jako otyły kandydat do zawału, którego przyjemności życiowe zostały zredukowane do sapania w fotelu przed telewizorem. Jeżeli w tobie jest na to zgoda, niech tak będzie. Żadne „slow” tu nie pomoże. Ale jeżeli chcesz cieszyć się różnorodnością, zjeść kawior, egzotyczną rybę czy owoce, skosztować prawdziwego curry, zrozumieć coś z picia wina, to wchodzisz w świat, w którym przydadzą ci się pewne narzędzia do wywoływania i „obsługi” tych doznań. Jak nie wiesz, jak znaleźć dobrą – co nie znaczy najdroższą – restaurację, to będziesz się żywić cheeseburgerami w Rzymie, bo tak jest bezpieczniej.

Co jest w seksie odpowiednikiem napychania się cheeseburgerami?
Seksualny przesyt połączony z brakiem satysfakcji. A także niechęć do zmian mimo odczuwania dyskomfortu. Wiesz, ile razy słyszałam w moim gabinecie opowieści o obiecujących randkach, które skończyły się beznadziejnym seksem? I głębokim niesmakiem? Słyszałam je od ludzi, którzy robili to po raz dziesiąty, trzydziesty i nadal nie chcieli przyjąć do wiadomości, że za pięćdziesiątym razem wciąż będzie beznadziejnie. Fundujemy sobie nadmiar, nie biorąc pod uwagę, że zbyt wiele bodźców prędzej czy później przynosi znużenie i znudzenie. Nic nas nie cieszy, a jednocześnie żądamy, żeby regularnie targały nami kosmiczne orgazmy. Żeby było jasne – nie utożsamiam seksu z miłością. Tym bardziej nie uważam, że do udanego życia intymnego niezbędna jest miłość po grobową deskę. Ale zdecydowanie w seksie potrzebujemy więcej niż fizjologii i popędu.

Czego właściwie?
O tym jest ta książka. O pięciu podstawowych zagadnieniach, które powinniśmy poznać i zrozumieć, żeby później samemu sobie wręczyć świadectwo dojrzałości z seksu. Pierwsze to uświadomienie sobie znaczenia czasu w naszym życiu seksualnym. Oczywiście chodzi o to, żeby stało się ono bardziej „slow”, co jednak wcale nie znaczy, że ma być powolne. Chodzi raczej o znalezienie własnego tempa. Z czasem związane są również nawyki, jakie przylgnęły do nas w naszym nerwowym i pośpiesznym życiu. Powinniśmy sobie uświadomić, że powodują one erozję przyjemności w ogóle, zaś przyjemności seksualnej w szczególności.

A drugi „filar”?
To modyfikacja stosunku do naszego ciała. Chodzi o to, żebyśmy przestali go używać jak przedmiotu, narzędzia, za to zbudowali z nim głęboki kontakt. Trzeci i czwarty punkt to uważność oraz świadomość. To kategorie zaczerpnięte z praktyki mindfulness. Pomagają one myśleć i działać skuteczniej, żyć milej i czuć pełniej. W końcu piąty element: rytuały. To prosty sposób na podniesienie jakości seksu, który uprawiamy w „maratońskich” związkach. A więc czas, ciało, uważność, świadomość i rytuały. To wielka piątka nowoczesnej ars amandi. Oczywiście, moglibyśmy poznawać każde z tych pojęć osobno, studiować zawarte w nim elementy buddyzmu, tantry, mindfulness, jogi… Ale na koniec doszlibyśmy do zbliżonych konkluzji. Tylko mogłoby nam na to wszystko życia nie starczyć. Także dlatego potrzebujemy slow seksu. Bo jest efektywny, bo w prosty do zastosowania sposób pokazuje, na czym się skoncentrować, żeby się seksualnie rozwijać. I to poczynając od fundamentów naszej seksualności. Bo zdecydowanie zbyt często zadowalamy się drobnymi zmianami, które dają powierzchowne, krótkotrwałe efekty.

A czy nie uważasz, że slow sex jest jakimś wydumanym pojęciem? Kolejną modną wydmuszką? Nie bolą cię od tego zęby?
Być może tajemnica trendów na tym polega, że nazywają coś, co nagle wszyscy chcą robić.

Hanna Rydlewska – dziennikarka i redaktorka. Obecnie dyrektorka wydawnicza i szefowa digitalu „Vogue Polska”. Wcześniej była m.in. szefową newsroomu i zastępczynią dyrektora serwisów informacyjnych Gazeta.pl, wicenaczelną „Przekroju” i NaTemat.pl. W radiu Chilli Zet prowadziła audycję „Hani Bal”, dziś odpowiada m.in. za podcast „Ciało ma głos” w Vogue.pl. Książki to, obok rozmów z ludźmi, jej największa pasja.

Marta Niedźwiecka – pierwsza polska certyfikowana sex coach, psycholożka kliniczna. Autorka podcastu „O Zmierzchu”. Od ponad dekady pracuje z parami i solistami w obszarze seksualności, relacji i wyzwań emocjonalnych, zarówno w ramach terapii, jak i na warsztatach rozwojowych. Wierzy, że świadoma seksualność zmienia życie na lepsze.

 

Prezczytaj także: Miłość i krzywda. Serial „Sceny z życia małżeńskiego” obnaża prawdę o naszych związkach


Dieta Zdrowie Zioła

Bicze szkockie odprężą, pomogą przy cellulicie i rwie kulszowej. Dla kogo jest ten rodzaj masażu?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
13 października 2021
Bicze szkockie
Fot. iStock

Bicze szkockie to jeden z rodzajów masażu, który zdobył uznanie nie tylko ze względu na właściwości relaksujące, ale i terapeutyczne. Masaż wodny, odpowiednio wykonany, przynosi szybko odczuwalne skutki, szczególnie doceniane w rwie kulszowej czy przy bólach mięśni. Na czym polegają bicze szkockie, jakie mają zalety i kto może z nich skorzystać?

Czym są bicze szkockie?

Bicze szkockie to zabieg wodoleczniczy, polegający na biczowaniu ciała strumieniem wody o zmiennej temperaturze. Zabieg ten wpływa na organizm uspokajająco i relaksująco, rozszerza naczynia krwionośne, co niesie ze sobą wiele pozytywnych skutków dla organizmu. Bicze wodne, ze względu na silne działanie, są wykonywane jedynie na zlecenie lekarza, po rozpatrzeniu wskazań i wzięciu pod uwagę przeciwwskazań do zabiegu.

Bicze szkockie

Fot. iStock/Bicze szkockie

Kiedy warto wykonać ten zabieg?

Bicze szkockie najczęściej polecane są w przypadku:

  • Przewlekłych chorób reumatycznych mięśni i stawów;
  • Rwy kulszowej i neuralgii;
  • Bólów i stanu przeciążenia mięśni;
  • Zaburzeń miesiączkowania oraz ze strony układu pokarmowego;
  • Otyłość, zwiększony poziom cholesterolu i trójglicerydów;
  • Przeciążenia mięśni.

Zalety biczy szkockich

Bicze szkockie silnie wpływają na organizm człowieka. Przez działanie wody na zakończenia nerwowe w skórze, pośrednio wpływają na poprawę pracy narządów wewnętrznych. Poddanie skóry natryskowi raz zimną, raz ciepłą wodą powoduje naprzemienne zwężanie i rozszerzanie naczyń krwionośnych. Bicze wodne pobudzają krążenie krwi w skórze, co powoduje jej szybszy przepływ, lepsze dotlenienie i odżywienie. To dobrze wpływa na poprawę kondycji skóry, pomaga niwelować objawy cellulitu. Bicze wodne wywierają wpływ na efektywniejsze usuwanie toksyn i zbędnych produktów przemiany materii i toksyn. Przyspieszają także sam metabolizm oraz spalanie tkanki tłuszczowej.

Bicze szkockie działają na zakończenia nerwowe w skórze, pobudzając unerwienie narządów wewnętrznych, co poprawia ich pracę. Szybszy oddech podczas zabiegu doskonale dotlenienia mózg, co poprawia jego pracę, przynosi odprężenie fizyczne i psychiczne. Zmniejszenie napięcia mięśni, pogłębia efekt rozluźnienia i zrelaksowania. Działanie na rozluźnienie mięśni i zmniejszenie ich bólu docenią sportowcy po intensywnym wysiłku fizycznym.

Bicze szkockie

Fot. iStock/Bicze szkockie

Bicze szkockie — jak wygląda zabieg?

Zabieg odbywa się w specjalnym pomieszczeniu. Pacjent stoi, mogąc przytrzymać się specjalnych obręczy. Masaż zazwyczaj rozpoczyna strumień ciepłej wody, o mniejszym ciśnieniu wody. Bicze wodne najpierw pobudzają lewą stronę ciała, począwszy od dołu (od stóp do góry) i zewnętrznej strony. Kolejno bicz wodny kierowany jest z powrotem w dół ciała. Następnie czynność powtarzana jest na prawej części ciała. Każdą z sesji powtarza się w trakcie jednego masażu wodnego dwa razy. Po zakończeniu masażu zaleca się półgodzinny odpoczynek. Najlepszy efekt dają bicze szkockie powtarzane co drugi dzień przez 2 tygodnie.

Zazwyczaj jeden cykl obejmuje natrysk wody o temperaturze 40 °C przez 1-2 minuty oraz natrysk o temperaturze 20 °C lub niższej przez 20-30 sekund. Ważne jest, aby masaż zakończył się zimną wodą. Przy masażu biczami szkockimi fizjoterapeuta omija delikatne części ciała pacjenta, takie jak głowa, szyja, nadbrzusze, piersi, a także narządy płciowe.

Jak przygotować się na bicze szkockie?

Do zabiegu biczy szkockich należy się wcześniej odpowiednio przygotować. Pacjent powinien skorzystać z kąpieli, usunąć z ciała lecznicze kremy i pielęgnacyjne kosmetyki. Należy usunąć biżuterię z okolicy poddawanej zabiegowi. Bicze szkockie zaleca się na nagie ciało, ale wiele osób krępuje się nagością, więc można skorzystać z zabiegu mając na sobie dwuczęściowy strój kąpielowy lub kąpielówki, oraz czepek chroniący włosy przed zamoczeniem. Do pomieszczenia zabiegowego należy zabrać ze sobą na zabieg klapki basenowe oraz ręcznik kąpielowy. Pacjent poddawany biczom szkockim nie może należeć do grupy osób z przeciwwskazaniem do wykonania zabiegu. Skóra na jego ciele nie może być uszkodzona, posiadać owrzodzeń czy wyprysków.

Bicze szkockie

Fot. iStock/Bicze szkockie

Bicze szkockie — przeciwwskazania 

Bicze szkockie, mimo iż mają wiele zalet dla zdrowia, a także i urody, nie mogą być wykonywane u każdego pacjenta. Do głównych przeciwwskazań do stosowania biczów szkockich należą:

  • Procesy zapalne, ostre infekcje i stany podgorączkowe;
  • Żylaki i zakrzepy;
  • Hemofilia, skłonność do powstawania krwiaków i wybroczyn podskórnych, krwawienia i zagrożenie krwawieniami;
  • Choroby serca i układu krwionośnego;
  • Osłabienie i wyniszczenie organizmu;
  • Zwiększona wrażliwość nerwowa;
  • Nadpobudliwość;
  • Utrudniony kontakt z pacjentem;
  • Podeszły wiek;
  • Wątła budowa ciała.

źródło:  www.poradnikzdrowie.pl, fizjoplaner.pl

Zobacz także

6 oznak niedoboru potasu w organizmie. To nie tylko bolesne skurcze mięśni

Dieta śródziemnomorska

Dieta śródziemnomorska dla każdego? Sprawdź, na czym naprawdę polega

przekąski

Jak pohamować nadmierny apetyt? Znajdź przyczynę podjadania