Książki Kultura

Miłość nie zadaje pytań, ale może właśnie Ty powinnaś?

Oh!Books
Oh!Books
14 lutego 2020
Fot. iStock
 

Parkiet wibrował, a duszne powietrze oblepiało skórę potem, choć klimatyzacja dmuchała chłodem. Marcelinie coraz mniej podobała się atmosfera, postanowiła jednak robić dobrą minę do złej gry. Na wieczorze panieńskim nie wolno stroić fochów.

Przez kolejne trzy godziny przekrzykiwała koleżanki, kołysała biodrami na parkiecie i od czasu do czasu zamawiała dla wszystkich drinki. Sama stroniła od alkoholu, głównie z powodu cukrzycy. Widząc jednak, jak Daria staje się coraz bardziej wstawiona, cieszyła się ze swojego wyboru. Zerknęła na Karo – na policzki przyszłej panny młodej wkradł się rumieniec, oczy jej błyszczały. Dobrze się bawiła, a więc zadanie zostało wykonane. Kamień z serca, przyjaciółka może iść do ołtarza z myślą, że niczego nie traci. Amen.

Marcelina znów z zaciekawieniem popatrzyła na barmana. Jak on mógł pracować w tak potwornym hałasie? Czy klub wypłacał jakiś ekwiwalent za uszczerbek na zdrowiu? I czy taką pracę można wykonywać do końca życia?

Z zamyślenia wyrwało ją światło. A właściwie blask. Na lewo od ich stolika, w odległości kilku kroków, stał mężczyzna. To od niego biła owa przedziwna, hipnotyzująca łuna. Marcelina wlepiła wzrok w jego twarz. Boże, co za ciacho, pomyślała, badając każdy szczegół. Nigdy nie widziała nikogo równie atrakcyjnego. Jego uroda była onieśmielająca i doskonała, a jednocześnie bardzo męska. Wysoki i dobrze zbudowany. Szczupły i wyprostowany, na luzie, choć z klasą. Szatyn. Twarz o proporcjach, jakich nie powstydziłby się sam Michał Anioł, a do tego piękny uśmiech. Takim uśmiechem otwiera się drzwi, wygrywa każdą sprawę, można nim kupować wszystko, nie mając grosza w portfelu.

Rozmawiał z kimś. Stał oparty o bar i spoglądał z uwagą na swoją rozmówczynię. Lekki zarost tylko podkreślał jego usta, zmysłowe i fascynujące, można było patrzeć na nie przez długie minuty. Marcelina straciła rachubę czasu. Ile już gapiła się na tego obcego faceta? To musiało dziwnie wyglądać. Właśnie zamierzała w końcu oderwać od niego wzrok, gdy nagle mężczyzna podniósł oczy i spojrzał prosto na nią. Uśmiech nie zniknął z jego ust, może nawet stał się jeszcze piękniejszy. Ten moment trwał kilka sekund. A może całą wieczność. Wystarczająco długo, by serce Marceliny zaczęło walić jak młotem. Tymczasem mężczyzna nie przestawał patrzeć, jakby chciał ją do czegoś sprowokować. Marcelina zebrała całą siłę woli, by wreszcie zerknąć na barmana, i ruszyła w jego stronę, zamierzając odebrać drinki.

Zapomniałaś, jak się chodzi? Najpierw jedna stopa, potem druga, upomniała się w duchu. Postanowiła udawać, że mężczyzny tam nie ma. Sęk w tym, że on nie tylko był, nadal wysyłał fale, ultradźwięki, które Marcelina odbierała ukrytymi, nieznanymi sobie wcześniej zmysłami. Jakaś podniecająca siła ciągnęła ją ku niemu, więc w akcie rozpaczy chwyciła się kurczowo blatu. Barman uniósł lekko brwi, bo nie wyglądała na pijaną. Może pomyślał, że zasłabła? Niewiele się pomylił.

Wróciła do stolika, gdzie dziewczyny właśnie wręczały Karo prezent, kusą bieliznę i piżamę z dziurą w kroczu. Zaśmiewały się do rozpuku, widząc zaczerwienioną twarz przyszłej panny młodej.

– Laska! Aż takie kolejki do barmana? Nie było cię chyba z pół godziny! – rzuciła Donia i natychmiast upiła spory łyk ze swojej szklaneczki.

Marcelina odpowiedziała jej uśmiechem i opadła na skórzany puf. Czuła się wyczerpana, jakby przetańczyła całą noc. A dopiero minęła pierwsza.

– O, ja pierdzielę, dziewczyny, widziałyście TO? – Daria wypięła pierś i wyprostowała plecy, przyjmując kolejną seksowną pozę.

Spojrzały wszystkie na parkiet, gdzie stał oczywiście nie kto inny, jak mężczyzna z baru. W ręku trzymał szklaneczkę z mocnym alkoholem, która pasowała do niego idealnie, jakby był właścicielem tego miejsca.

– Chyba raczej GO. Masakra. Ale ciacho. Nigdy nie widziałam tak zajebistego gościa. Aż się, normalnie, spociłam – sapnęła Donia.

– Bez kitu, startuję do niego. Raz się żyje. Taki to może mnie przelecieć i nawet potem nie zadzwonić. Niech stracę! – zachichotała Łutka, choć Marcelina dostrzegła, że tamta nie żartuje. Trochę ją to ubodło. Ba, nawet poczuła nutkę zazdrości. Ale czy można być zazdrosnym o kogoś obcego, kogo widziało się przypadkiem i przelotnie?

Nagle stało się coś, czego żadna nie mogła przewidzieć. Daria zakrztusiła się drinkiem, a Karo pisnęła:

– Dziewczyny, kto to? To jakaś niespodzianka? On tu IDZIE. Jezu, co za bóstwo!

– No przecież widzę, ślepa nie jestem. Dziewczyny, on jest mój – odparowała Daria.

– Masz męża, idiotko! – odkrzyknęła Donia.

Szybkim ruchem poprawiła wycięcie sukienki, by wyeksponować pełny biust. Marcelina siedziała sparaliżowana nieznaną sobie emocją. Dziewczyny zachowywały się jak napalone nastolatki, choć łatwo to było zrozumieć. Obecność nieznajomego oszałamiała. Może pracował jako anestezjolog i znieczulał pacjentów bez użycia żadnych środków medycznych? Tymczasem mężczyzna był już naprawdę blisko. I patrzył na nią, Marcelinę, co sprawiło, że nagle poczuła się dziwnie lekka. Muzyka ucichła, a paplanina przyjaciółek dobiegała do niej jakby z oddali. Usłyszała tylko jego głos. Wyraźny, głęboki, niski.

– Cześć. Dasz się zaprosić do tańca?

Wyciągnął rękę. Marcelina podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się zdecydowanym ruchem.

Fragment książki „Twoja wina”

Miłość nie zadaje pytań, ale może właśnie ty powinnaś?

Marcelina poznaje swojego przyszłego męża w trakcie wieczoru panieńskiego swojej najbliższej przyjaciółki. Nigdy dotąd nie spotkała kogoś takiego: Adam jest chodzącym ideałem o urodzie hollywoodzkiego aktora. Nie może uwierzyć, że wybrał właśnie ją, bo przecież mógłby mieć każdą!

Jednak miłość nie zadaje pytań, więc dziewczyna daje się ponieść euforii. Woli nie zauważać, że Adam ma swoje dziwne sprawy, do których jej nie dopuszcza. Marcelina z radością przyjmuje oświadczyny i daje się wciągnąć w wir szokujących wydarzeń, które odmienią wszystko. Na ile możemy poznać drugiego człowieka? Ile może w naszym życiu zmienić jeden człowiek?

Każdy z nas zna ten typ mężczyzny. Niesamowicie przystojny, inteligentny i pewny siebie, roztacza wokół niezwykły czar, któremu nikt się nie oprze…

„Twoja wina” to wciągająca opowieść o toksycznym związku i człowieku, który uwielbia niszczyć innych. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie udzieli on sam. Czy Adam ma jakiekolwiek zasady? Czy potrafi kochać? Czy cokolwiek jest w stanie go powstrzymać? I czy wielka miłość pozwoli Marcelinie przejrzeć na oczy?

Danuta Awolusi, rocznik ‘86 – Ślązaczka, mieszkająca obecnie w Warszawie. Pisarka, autorka tekstów, w tym powieści psychologiczno-obyczajowej „Macochy”. Od kilku lat prowadzi blog recenzencki „Książki Zbójeckie”. Wokalistka Gospel w warszawskim chórze Soul Connection Gospel Group.


Książki Kultura

Zbyt często sekrety są ukrywane. Jak wypowiedzieć je na głos?

Oh!Books
Oh!Books
20 marca 2020
Fot. iStock

Niebezpieczne sekrety… świat tak dobrze je zna. Palące i rozbijające duszę na kawałeczki, ale nigdy nie wypowiedziane na głos. Gdy dzieje się nam krzywda, za wszelką cenę usiłujemy ją głęboko ukryć. Ta nazwana, obnażona i zdemaskowana zdaje się boleć jeszcze mocniej. Jednak by poradzić sobie z lękiem lub traumą, trzeba przede wszystkim przyznać przed samym sobą, że istnieją. To pierwszy krok do emocjonalnego uzdrowienia.

Nakładem Wydawnictwa Czarna Owca ukazały się kolejne już tytuły z cyklu „Terapia Traumy”:

  • TRAUMA. Od przemocy domowej do terroru politycznego,
  • OBLICZA LĘKU. Skąd się bierze i jak sobie z nim radzić.

Serdecznie polecamy Wam lekturę. To znacznie więcej niż poradnik. Książki ukazują zjawisko, przyczyny oraz metody leczenia, prowadzą czytelnika za rękę tam, gdzie nie zawsze sami zajrzymy. Lektura obowiązkowa, jeśli sami jesteśmy trakcie przepracowywania swoje traumy  i jeśli chcemy zrozumieć, jak zło potrafi ukryć się w czyjejś duszy.

TRAUMA. Od przemocy domowej do terroru politycznego

TRAUMA. Od przemocy domowej do terroru politycznego  Judith Herman

Fot. Materiały prasowe

 Judith Herman

Gatunek: praca naukowa, poradnik psychologiczny

Wydawnictwo: Czarna Owca

Przełomowa praca na temat traumy i jej terapii. To bez wątpienia najważniejsza książka Judith Herman, która zrewolucjonizowała podejście do traumy oraz leczenia ofiar przemocy.

Judith L. Herman –  amerykańska psychiatra, badaczka i wykładowczyni, autorka prac skupiających się na zrozumieniu i leczeniu przyczyn traumy.

W Traumie ukazany jest konflikt pomiędzy chęcią wyparcia tragicznych wydarzeń a wykrzyczenia ich głośno. Zbyt często sekrety są ukrywane; dopiero ich ujawnienie może rozpocząć proces leczenia, zarówno dla pokrzywdzonych, jak i ich bliskich. To jednak niełatwy proces. Obraz wydarzeń bywa fragmentaryczny i skomplikowany do poskładania, trudno nawet znaleźć słowa, by zacząć o tym mówić.

Autorka, sięgając zarówno do własnych badań, jak i literatury, pokazuje zaskakujące paralele między tragediami prywatnymi i publicznymi. Indywidualne doświadczenia stają się w ten sposób częścią szerszego, politycznego kontekstu. W takim podejściu trauma może być zrozumiana jedynie w odniesieniu do społeczeństwa – proces jej leczenia przebiega więc również podobnymi ścieżkami.

Judith Herman prezentuje główne etapy leczenia, na które składają się zapewnienie bezpieczeństwa, rekonstrukcja traumatycznej historii oraz odbudowa więzi między zdrowiejącą osobą, a wspólnotą, do której należy. Ilustruje je powieściami osób dotkniętych traumatycznymi zdarzeniami i studiami przypadków zaczerpniętymi ze zróżnicowanej literatury. W swojej pracy łączy perspektywę kliniczną i społeczną, nie gubiąc przy tym ani złożoności indywidualnego  doświadczenia, ani skali politycznego kontekstu.

Trauma to precyzyjnie udokumentowana, wstrząsająca praca, wykorzystująca zeznania ofiar, dzienniki więzienne i literaturę. To owoc dwudziestu lat doświadczeń i pracy badawczej, który odmienia nasze myślenie.

OBLICZA LĘKU. Skąd się bierze i jak sobie z nim radzić

OBLICZA LĘKU. Skąd się bierze i jak sobie z nim radzić Fritz Riemann

Fot. Materiały prasowe

Fritz Riemann

Gatunek: praca naukowa, poradnik psychologiczny

Wydawnictwo: Czarna Owca

Jedno z najbardziej dogłębnych studiów psychologicznych dotyczących lęku. Riemann  próbuje oswoić nas z lękiem, wskazać konstruktywne sposoby wykorzystania go. Pokazuje, że lęku nie wolno się bać, że trzeba się z nim zmierzyć.

Lęk w sposób nierozerwalny wiąże się z naszym życiem. Towarzyszy nam w różnych formach od narodzin, aż do śmierci. Ludzkość w swej historii nieustannie podejmowała nowe próby ujarzmienia go, osłabienia i przezwyciężenia.

Magia, religia i nauka – wszystkie te dziedziny próbowały to czynić. Poczucie bezpieczeństwa odnajdywane w Bogu, miłość pełna poświęcenia, badanie praw natury lub asceza wyrzekająca się uroków życia, czy mądrość filozofów nie usuwają wprawdzie lęku, jednak pomagają go znosić, a nawet czynić owocnym dla naszego rozwoju. Ciągle jeszcze istnieje iluzja, którą po cichu pielęgnują w sobie wszyscy ludzie: wiara w to, że można przeżyć życie bez lęku. Lęk stanowi jednak część naszej egzystencji, jest odbiciem naszych zależności i przekonania o tym, że kiedyś umrzemy. Możemy tylko próbować używać sił jemu przeciwnych: odwagi, ufności, wiedzy, siły, pokory, nadziei, wiary i miłości, co pomaga zaakceptować lęk, rozpocząć zmaganie się z nim, pokonywać go ciągle miarowo.

~Fragment Wprowadzenia

Cenna pozycja zarówno dla osób zawodowo zajmujących się psychologią, jak i dla wszystkich zainteresowanych zagadnieniem lęku w życiu człowieka.

Fritz Riemann – niemiecki psycholog i psychoanalityk, żył w latach 1902-1979. W latach trzydziestych kształcił się pod kierunkiem Therese Benedek, Felixa Boehma, oraz Haralda Schulta-Henckego. Był współzałożycielem powstałego w 1946 roku Instytutu Badań Psychologicznych i Psychoterapii w Monachium. W latach 1956-1967 piastował stanowisko dyrektora Instytutu. Oblicza lęku to jedna z najważniejszych książek autorstwa Riemanna.

Książki należy do serii wydawniczej TERAPIA TRAUMY w której do tej pory ukazały się:

 Strach ucieleśniony Bessel van der Kolk   

Kompendium współczesnej wiedzy na temat traumy, będąc jednocześnie głęboko osobistą, pełną pasji opowieścią o szukaniu dróg pomocy ludziom cierpiącym z powodu traumatycznych przeżyć. Autor – wybitny psychiatra, badacz i klinicysta – zaprasza do zrozumienia traumy i odkrywania kolejnych metod wyzwalania z jej uścisku. Książka pozostawia głęboko humanistyczne, pełne optymizmu przesłanie: niezależnie od tego, w jak okrutne okoliczności rzuci nas życie, możemy zmobilizować w sobie siły nie tylko do przetrwania, ale także do uleczenia ze skutków przytłaczających doświadczeń.

Obudźcie tygrysa Peter A. Levine

Proponuje nową i pełną nadziei wizję traumy. Postrzega człowiecze zwierzę jako unikalną istotę, wyposażoną zarówno w instynktowną zdolność do uzdrawiania siebie, jak i intelektualnego ducha, który potrafi ten wewnętrzny potencjał wykorzystać. Zadaje intrygujące pytanie: „dlaczego zwierzęta żyjące w naturze, na wolności, chociaż wciąż doświadczają rozmaitych zagrożeń, nie cierpią na skutki traumy?”, oraz na nie odpowiada. Zrozumienie dynamiki, która sprawia, iż dzikie zwierzęta nie mają praktycznie objawów traumy prowadzi do odsłonięcia tajemnicy, dlaczego podlega im człowiek.

Trauma i pamięć Peter A. Levine

Dr Peter A. Levine mierzy się w tej książce z jedną z najbardziej kontrowersyjnych kwestii związanych z terapią traumy – czy możemy ufać własnym wspomnieniom? Według niektórych wspomnienia traumatycznych wydarzeń nie są wiarygodne i nie ma z nich żadnego pożytku, inni zaś podkreślają ich kluczowe znaczenie w zrozumieniu tego, co nas spotkało. Dr Levine przekonuje, że każda ze stron ma trochę racji. Choć wspomnieniom można zaufać, najbardziej wartościowe w terapii są te, które początkowo uznajemy za najmniej wiarygodne – pamięć ciała, przeważnie niedostępną dla naszej świadomości.

Uleczyć traumę Peter A. Levine

Trauma jest zranieniem. Nasza psychika i dusza, może odnieść ranę tak samo jako ciało. Trauma jest naruszeniem ochronnej bariery zabezpieczającej przed nadmiernymi bodźcami. Dlatego trauma jest w układzie nerwowym, a nie w wydarzeniu. Prowadzi do poczucia obezwładniającego strachu, przytłaczającej bezsilności i przerażenia. Negatywnie wpływa na nasze postawy i zachowania, prowadzi do uzależnień i utrudnia podejmowanie decyzji. Odbija się na życiu rodzinnym i relacjach międzyludzkich, może też wywołać fizyczny ból oraz poważne choroby. Ale trauma nie musi być wyrokiem na całe życie! Można się z niej wyzwolić. Książka wyjaśnia, co się dzieje w naszym ciele i w naszej psychice, gdy doznajemy traumy. Pokazuje też, jak mądrość ciała pomaga traumę przezwyciężyć, i jak znów można się cieszyć pełnią życia.

Głos wnętrza Peter A. Levine

Trauma najczęściej kojarzy się z zaburzeniem psychicznym. Peter Levine po raz kolejny wyprowadza nas z błędu. Udowadnia, że ciało jest główną ofiarą traumy i uczy, jak odzyskać naturalną odporność organizmu. Autor w obrazowy sposób wyjaśnia wrodzone reakcje systemu nerwowego na głębokie psychiczne zranienia i przebieg procesów terapeutycznych. W swojej książce opiera się na najnowszych osiągnięciach w dziedzinie biologii, neurobiologii i psychoterapii zorientowanej na ciele.


Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarna Owca


Książki Kultura

Ballada o Sylwii 

Oh!Books
Oh!Books
17 grudnia 2019
Fot. iStock/kitzcorner

Historia, w której wszystko co złe, brudne i pospolite z biegiem czasu staje się coraz bardziej wynaturzone i przerażające. Sylwia balansuje pomiędzy realnym a wymyślonym, pogrąża się w chaosie swojej głowy. Dziewczyna jest przebiegła, infantylna i zawistna. Ma plany i marzenia, ale brakuje jej predyspozycji i perspektyw na ich zrealizowanie. Popada w obłęd, a szary świat widziany jej oczami zmienia się w fantastyczną, chociaż groźną krainę.

Książka jest opowieścią o konfrontacji nadwrażliwej jednostki z bezkompromisowym światem, który usiłuje zwalczać każdą inność.

W świecie umysłu Sylwii słowa, przedmioty, osoby przeplatają się ze sobą, powracając jak refren, rymując się ze sobą, wchodząc w interakcje, może przede wszystkim słowne. Bo język jest w tej opowieści jednym z najważniejszych budulców przestrzeni i fabuły – tyle tylko zobaczymy, ile zechce nam powiedzieć bohaterka, tylko tak to zobaczymy, jak widzi to ona i jak zechce, lub zdoła nam przekazać.

Nie sposób nie docenić przy tym kunsztu autorki, która nawet na moment nie odpuszcza, nawet jednym zdaniem nie wycofuje się z tej formy opowieści, jaką narzuca nam od początku – to powieść skonstruowana i napisana perfekcyjnie, w której zapominamy, że czytamy fikcję, zdaje się nam raczej, że to zapis prawdziwego monologu osoby intelektualnie innej od nas, fascynującej, ale i chwilami przerażającej.   
Przemysław Poznański, Zupełnie inna opowieść

Katarzyna Kubicka pisze gęstą, przerażającą chwilami powieść o autodestrukcji i rozmaitych odcieniach strachu przed życiem. Świeży jest styl i stałe zacieranie granic między tym, co rzeczywiście przeżyte, a tym, co wyobrażone. Mroczna wizyjność tej powieści każe zastanawiać się także nad tym, co może być dla bohaterki synonimem spokoju i końca udręki.

(…) proza Kubickiej nie określa wprost modelu funkcjonowania w małej społeczności, ona ten model dekonstruuje – nikt nie jest tym, kim się wydaje, nikt nie jest na miejscu i w porządku. A główna bohaterka bardzo sugestywnie wyraża wstyd. Wstydzimy się siebie, przerzucając wstyd na innych.
Jarosław Czechowicz, Krytycznym Okiem

Ballada o Sylwii to powieść szalenie sugestywna. Oddziałuje tak mocno na czytelnika za sprawą swej sfery stylistycznej i językowej. Wywołuje dezorientację. Niepokój. I każe zastanowić się nad tym, w jak bardzo opresyjnym świecie na co dzień żyjemy, jak – nieświadomie – agresywne zachowania czasami przejawiamy. To bardzo mocny, wyrazisty, ambitny – choć niełatwy pod względem formy – debiut.
Sławomir Krempa, Granice.pl

Katarzyna Kubicka – ur. w 1988 roku w Białej Podlaskiej. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Mieszka na warszawskiej Ochocie. Debiutantka.

 

Fragmenty

1.

Ciało Sylwii się wzdryga. A co się pytali? No przecież wiesz. Sylwii głowa puchnie. A co im powiedziała? Nic. Przecież mama wie. Ja nic nie wiem, bo ty nigdy nic mi nie mówisz. Ja już kierownika podgadywałam, on nie będzie robił problemów. Byłby skłonny, mówi mama. Czemu nie chcesz? Praca w fabryce to pewne pieniądze. Nie wiem.

Zobaczysz, inni cię prześcigną i będzie nieszczęście. Będzie nieszczęście. Zobaczysz, że tak będzie. A ja i ojciec nie młodniejemy. Nie młodniejecie. Nie młodniejemy. I co wtedy będzie? Co z toba będzie? A co ma być? Coś z tobą musi być. Co ma być, to będzie. Pomóc nam musisz. My nie młodniejemy… Nie młodniejecie. Ty nam musisz przynieść radość na starość. Ja? A kto inny? Ty jesteś naszą jedyną córką. Najpierw ja dbałam o ciebie, teraz ty musisz dbać o mnie.

Zapadła głucha cisza. Masło, chleb, sól wypakowane z torby, ustawione w rzędzie na stole, stoją równo, w równym rzędzie. Sylwia nie wie, gdzie podziać ręce. Patrzy w dół na ręce, czyste, białe ręce, niespracowane ręce, odpoczywające, swoje własne ręce. Wzięła sól. Wysypała się krzta soli na stół.

Będzie nieszczęście.

Sól na nieszczęście.

2.

Dzidzia układa usta w dziób, mimo wad, jest przecież jego ukochanym pieszczoszkiem. Może nie? Smętnie jej siedzieć na kanapce, trudno cokolwiek powiedzieć, skubie strupa na kolanie, jakoś jest markotno, brzydko, na łapu-capu, patrzy na zielone firanki, ona chce się poprowadzać, spragniona wiaterku, spacerku, a tu parno i gwarno od jęków z kasety wideo, której taśma wije się jak węgorz w odtwarzaczu. Niby są we dwoje, ale tamta na ekranie kołysze się na dwóch szczudłach w białych rajstopach, których zdejmować nie potrzebuje, bo wszystko przez nie widać gołym okiem. Kołysze się aż do złudzenia, że zaraz stamtąd wyjdzie i siądzie na kanapce obok Sylwii okrakiem. Tamta inna, nie Sylwia, wkłada zgarbiony palec pod rajstopy i wydaje z siebie głośne O jak w słowie oliwa, Sylwia siedzi za to do ekranu bokiem, mości się kościstym tyłkiem na niebieskiej kanapce, ale wylizała rzuconą kość, widzi, jak tamta przewraca oczami, jak na tle czarnej ściany błyskają jej białka. Ładna kobietka obróciła się i jeszcze raz się obróciła, wygięła plecy, wygląda jak półksiężyc w nocy, jest włochata i piękna.

Suka, beczy Sylwia, skąd ją wytrzasnęli, jęczy schowana pod stołem, czepia się nogi, sprawdza drętwiejącymi palcami, dokąd prowadzą kable ciągnące się od telewizora, ale one, głupia, po prostu znikają w ścianie, bo to jest magia, i Sylwia otwiera oczy w zdumieniu, nie chce wyjść spod stołu, nigdy już stamtąd nie wyjdzie, bo wie, że gdzieś tam żyje piękność włochata, nikt jej sobie nie wymyślił.

Ballada o Sylwii