Żaden związek nie jest idealny i nigdy nie będzie. Można tylko uczynić go zdecydowanie lepszym, jeśli pewne rzeczy odpuścimy

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 lipca 2018
Fot. iStock/GiorgioMagini
 

Ostatnio co i rusz słyszę, że faceci są do bani, że mężowie rozczarowują, że związki zamiast nas uszczęśliwiać, tylko ciągną w dół, odbierają energię.

Faceci są be, bo nie rozmawiają, nie słuchają, nie są czuli, są powolni, zbyt szybcy, mało zainteresowani, nie dość uważni, zbyt bardzo skupieni na sobie. Za to my jesteśmy na nich skupione na maksa. Na naszych mężach, partnerach, stałych czy nowych związkach. Jesteśmy skupione, jakby od tego jednego mężczyzny zależało nasze być czy nie być. Nasze życie, zdrowie, szczęście, szacunek, poczucie bycia kochaną – wszystko!

Wyobrażacie sobie takie brzemię? To, że ktoś was obarcza wszystkimi oczekiwaniami, własnymi pragnieniami i marzeniami. Spotykacie faceta, który mówi wam: „Teraz ty masz mnie uszczęśliwić. Masz być idealna, taka, która będzie kochać wbrew wszystkiemu i wszystkim, która wypełniać będzie wszystkie moje braki i odpowiadać na każde potrzeby”.

Dobra, ja nie jestem żoną idealną. O matko – do idealności naprawdę wiele mi brakuje. Potrafię być wredną suką, czepliwą krową, sfochowaną księżniczką. Wiem, gdzie włożyć szpilkę, by zabolało, jak uderzyć, by zostawiło ślad (nie wprost oczywiście). To, że mój facet ze mną wytrzymuje naprawdę zasługuje na nagrodę, choć on ostatnio przyznał, że podobnie w drugą stronę, więc trochę jesteśmy kwita.

Ale wiecie, jak go poznałam, wiedziałam, że będę mieć z nim dzieci. Taka wizualizacja – zobaczyłam nas z dwójką dzików, którzy scalą nas na maksa. I tak właśnie jest – to, co scala najbardziej, to dzieci. Ch*j z tą miłością, czułością, świetnym seksem – to wszystko przemija, wygasa, na chwilę ulega zapomnieniu, ale są dzieci, które każą nam przy sobie trwać na dobre i złe. Pytanie, jak długo tak wytrzymamy i czy to złe jest do przełknięcia i w efekcie do pokonania.

Ale oprócz dzieci jesteśmy jeszcze my – roszczeniowe. Bo on nie wysłał SMS-a, nie zadzwonił, nie przyniósł kwiatów, nie porozmawiał, nie wysłuchał, nie zauważył, że dzisiaj miałyśmy zły dzień, nie zaprosił na kawę, nie kupił kwiatów.

Szczerze – rzygać mi się chce od takich żalów i pretensji. Nie mogę słuchać tych, które same ze sobą nie są szczęśliwe, ale winy całego zła świata, które je dotyka, upatrują w facecie, z którym żyją.

Drogie Panie – przestańcie się zawieszać na tych facetach, na waszych związkach. Przestańcie w końcu za jedyną wytyczną waszego dobrego życia uznawać związek, w którym żyjecie. Jasne, można mówić, że to jego wina, że gdyby go nie było, to nikt by was nie ograniczał, lepiej by się wam żyło, wtedy to dopiero góry byście przenosiły. Można. Można też próbować go nieustannie zmieniać, żeby słuchał, żeby był czuły, żeby dawał zrozumienie i wsparcie, kiedy same nie jesteśmy w stanie sobie tego zapewnić. Ba – możemy chcieć, by on wierzył bardziej w nas, niż my same. W końcu to on na pytanie: „Kochanie, jak wyglądam w tej sukni”, powinien bez wahania odpowiadać, że olśniewająco, a my i tak mu nie uwierzymy, jeśli olśniewająco nie będziemy się czuć. Ale wiadomo – to jego wina, bo nie potrafi być szczery, bo zbyt krótko na nas popatrzył, źle ocenił, nie zauważył niuansów. Ja pie*dolę, na litość boską – serio?

Mój mąż ostatnio mi powiedział, że już dawno miałby dość związku, w którym musiałby się zawsze ze mną gdzieś pokazywać, że trzymałabym go kurczowo za rękę, nie wypuszczała samego z domu, kontrolowała i sprawdzała, gdybym tylko czekała w domu, aż wróci, by zasypać go opowieściami mijającego dnia. I wiecie co – ja to szanuję.

Jasne, że zajęło nam trochę czasu – i lekko nie było – przejście przez wszystkie burze i zawirowania naszego związku (jak mówiłam – łatwym typem do życia nie jestem). Ale dziś wiem jedno – największa krzywda, jaką można sobie wyrządzić, to przekonanie, że na związku nasze życie się kończy. Tu jest jego początek i ostateczny koniec.

Żaden związek nie jest idealny i nigdy nie będzie. Można tylko uczynić go zdecydowanie lepszym, jeśli pewne rzeczy odpuścimy, jeśli przeniesiemy punkt ciężkości także w inne obszary naszego życia, a nie jedynie na „mój ci on”.

Zastanów się, czego chcesz, kobieto? Bo to, że nie można mieć wszystkiego już dawno powinnaś wiedzieć. Masz zaradnego chłopaka, który gniazdko przykręci, auto naprawi, pokój pomaluje, kafelki położy? To się ciesz, a że mruk i pogadać z nim nie można? Masz od tego przyjaciółki, z którymi na kawę i wino się umawiaj i staremu daj spokój, kiedy on zmęczony po pracy. Masz typa, który znowu dużo gada, uwielbiacie dyskutować, rozmawiać, spierać się i nawzajem inspirować? Tylko on w domu nic nie zrobi? Wklep sobie numer do pana złota rączka, który wszystko zrobi i ciesz się, że masz w domu faceta, który daje ci to, co dla ciebie ważne.

Bo przede wszystko warto zastanowić się, co dla ciebie jest najważniejsze – poczucie bliskości, bezpieczeństwa, akceptacji? Co on ci daje? A jeśli są braki, to czy możesz je zalepić gdzie indziej? On nie dzieli twojej pasji? Nie musi! Ty uwielbiasz biegać, chodzić po górach, pływać na żaglach – bardzo dobrze, znajdź sobie towarzyszy, a jemu daj spokój, niech on zajmie się tym, co lubi, a później nawzajem sobie o tym opowiecie. Kto powiedział, że związek to kurczowe trzymanie się siebie? Kochasz go? To przyjmij go jakim jest, ze wszystkim co ma i czego mu brakuje. Tak jak on przyjmuje ciebie. I zajmij się sobą, rób to, na co masz ochotę. On jest. Jeśli się boisz, że odejdzie, bo przestaniesz wkładać maksimum swojej uwagi w związek, trudno. Widocznie nie było to warte twojego poświęcenia.


„Pie*dolę to. Mam dość”. Bo naprawdę mam. I powtórzyć – o ironio – słowa piosenki, której nie cierpię: „Ja wysiadam”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
31 lipca 2018
Fot. iStock/pixelfit
 

Mam dość. Ja wiem, że lato, słońce i z założenia każdy powinien się uśmiechać i być szczęśliwym, bo jak nie teraz, to kiedy? A mi się nie chce. Rzygam już tymi zdjęciami plaż, wycieczek. Każdy prześciga się w zdjęciach wakacyjnych, gdzie to nie był, co robił, jak się nie bawił. Szczęśliwe rodzinki na zdjęciach, które na co dzień skaczą sobie do oczu. Dawno się już przekonałam, że im więcej szczęścia na Facebooku czy Instagramie, tym proporcjonalnie mniej go w prawdziwym życiu. I niech każdy rozstrzyga to według własnego sumienia. Mnie nic do tego, mam to w dupie, ale choć się staram, to jednak nadal obok obłudy i hipokryzji przejść obojętnie nie potrafię.

No więc – mam dość. Mam dość skwaru, uśmiechów, achów i ochów nad kolejnymi opowieściami, jak to jest cudownie. Mam dosyć uśmiechania się do znajomych znajomych i odpowiadania na tysiące pytań: a ile lat mają dzieci, a jakich języków się uczą, a ty gdzie pracujesz, twój mąż. Mam ochotę czasami wywiesić na plecach listę, ile zarabiam, gdzie mieszkam i jak się ostatnio bzykałam z mężem, byleby już nikt mnie o to nie pytał.

I nie, moja złość nie jest skierowana do świata, do ludzi. To nie ich wina, że chcą być mili, ciekawscy, czasami nawet wścibscy. To ja mam problem, bo zamiast wykrzywiać usta w sztucznym grymasie, chciałabym uciec. Spieprzyć na drugi koniec świata, tak by nikt mnie nie odnalazł.

Mam dosyć moich dzieci, męża, mojego życia. Ile kobiet ma odwagę się do tego przyznać? Ile z was nie dopuszcza nawet takiej myśli do głowy? A ja pozwoliłam się jej rozpasać, a niech się wygrzewa w słońcu i czerwienieje z wściekłości.

Mam dość odpowiadania od rana na setki pytań:

– Mamy jakieś plany? (czytaj: jaką atrakcję dzisiaj dla nas wymyślisz)

– Co na śniadanie? (jakby nie wystarczyło zajrzeć do lodówki)

– Co na obiad? (dlaczego to zawsze ja mam wiedzieć)

– Kiedy pojedziesz na zakupy? (nigdy)

– Gdzie są moje kąpielówki?(w dupie)

– O brokuł w lodówce, coś z nim zrobić? (wyrzucić?)

– Co robisz?

– O czym myślisz?

Mam dość zwracania uwagi, dopytywania, myślenia, zastanawiania się, co komu po co i dlaczego. Tak, wiem, już słyszę te głosy: „Sama sobie zrobiłaś, to tak masz”. Tyle, że mnie nie znasz. Naprawdę na wiele rzeczy mam wyrąbane, naprawdę siadam wieczorem z książką, a dzieciaki same sobie robią kolację, naprawdę jadąc z mężem na wakacje się świetnie bawię. Ale czasami mam dość. Czasami chciałabym, żeby wszyscy dali mi święty spokój. Żebym mogła uciec, zaszyć się gdzieś w jakieś głuszy, gdzie nie dosięgną mnie pytania dzieci i uwagi męża. Gdzie nie będę musiała uśmiechać się do pani w sklepie, która do mnie zagaduje, a ja z grzeczności i uprzejmości odpowiadam, bo myślę sobie, że starsza i pewnie nie ma z kim porozmawiać.

Mam ochotę wyjść ze swojej skóry, stać na chwilę potworem i oznajmić światu, żeby na jakiś czas się ode mnie odpie*dolił. Zapomniał. Żeby wypluł mnie ze swojego gardła i zostawił oniemiałą gdzieś na brzegu.

Chcę wypić rano kawę w ciszy i w spokoju i nie musieć wstawać o szóstej rano, żeby tego doświadczyć. Chcę się zatrzymać. Niech wszystko wiruje wokół, a ja chcę stanąć w miejscu. Tu i teraz, na jakieś zielonej (koniecznie dzisiaj zacienionej) łące i poczuć jak pachną kwiaty, jak pachnie ziemia, usłyszeć ptaki i świerszcze, spojrzeć w niebo. I nie mieć niczym zajętej głowy, a jedynce co czuć, to wdzięczność. Wdzięczność za życie jakie mam, za te wrzeszczące i ciągle coś chcące dzieciaki. Za męża, który choć wkurza, to kocha. Za życie z nim, które staramy się czynić lepszym, co nie jest ku*wa łatwe (tak, tej walki o to, żeby było dobrze, też mam czasami dość). Za to, co mam, bo to w sumie bardzo, bardzo dużo. Za ludzi, których spotykam. Tych, którzy mnie uczą raniąc i tych którzy uczą wspierając i dając swoją przyjaźń. Za każdy poranek, kiedy mogę wstać i uśmiechnąć się. Za to, co było i co jeszcze przyjdzie. Za możliwość wyborów, tych trudnych i tych banalnych. Za próby (czasami tak dalece nieudolne) bycia sobą. Za to kim i gdzie jestem.

Kiedy mam dość. Kiedy ogarnia mnie frustracja granicząca z kurewsko wściekłą furią zamykam oczy. I staję na tej łące, żeby sobie przypomnieć, o co w tym życiu chodzi. Gdzie jest w nim moje miejsce. Czego ja chcę i czego pragnę. Żeby nabrać dystansu i powiedzieć: „Pie*dolę to. Mam dość”. Bo naprawdę mam. I powtórzyć – o ironio – słowa piosenki, której nie cierpię „Ja wysiadam”. A potem, poczuć łzy na policzkach. Pomyśleć, że o to właśnie chodzi. Żeby czuć, żeby się szarpać, bać się, śmiać się, burzyć i budować na nowo. I czasami mieć dość. I znaleźć miejsce, gdzie będzie można się zaszyć i spojrzeć w niebo ze uspokojoną głową. Takiego miejsca też wam życzę, z którego dostrzeżecie, co to w tym popieprzonym, ale jedynym życiu jakie mamy, chodzi naprawdę.


Tymczasem nasza autentyczna prawda rzadziej brzmi jak „dziękuję”, a częściej jak „zamknij się, ku*wa”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
26 czerwca 2018
Fot. iStock/lechatnoir

Najlepszą rzeczą jaką dla siebie zrobiłam, to przestałam być dobrą i grzeczną dziewczynką, która za wszystko przeprasza i o każdą rzecz prosi.

Nie, nie zostałam wychowana w duchu: „Dziewczynki są grzeczne i miłe”. Szczerze nawet sobie nie przypominam, żeby kiedykolwiek moi rodzice coś takiego mi powiedzieli. Nie miałam brata, który mógł wszystko. Kiedy dzisiaj o tym myślę, wydaje mi się, że to presja społeczna tworzy w nas pewne schematy zachowań, że to panie w przedszkolu podkreślały, w jaki sposób – odpowiedni dla płci, powinniśmy się zachowywać. I jakbyśmy nie były w tamtych czasach „zbuntowane”, to jednak wrzucone do jednego worka z dziewczynkami, zaczynamy śpiewać jak wszyscy. Później szkoła i tam to się zaczyna hard core. Dziewczynki lepiej się uczą, lepiej się zachowują, sadzane są z chłopcami, by ich utemperować, by pomóc im w nauce, by oni byli grzeczniejsi. Ja pie*dolę właśnie zdałam sobie sprawę, że tak jest od początku. Dziewczynki mają być pomocne, usłużne. Sama siedziałam z takim chłopakiem, choć fakt, że waliłam go w trzeciej klasie podstawówki linijką po łbie, jak czegoś nie wiedział… Hmm ciekawe na kogo wyrósł.

Całą podstawówkę byłam jedną z tych, którą stawiano za wzór. A kiedy wyrwałam się z podstawówkowego systemu, od razu poczułam w sobie bunt. Rozciągnięte swetry, imprezy, picie taniego wina podczas wakacyjnych wypadów nad morze. I chociaż moja mama powtarzała mi: „Ja bym tak chciała, żebyś nosiła spódniczki i malowała paznokcie”, nie dałam się w to wciągnąć. Nie, to nie było dla mnie, to nie byłam ja. I pewnie tylko dlatego, że nigdy nie miałam problemów z nauką, moi rodzice przetrwali ze mną ten czas i nie zamknęli mnie w klatce, żebym całkiem nie zdziczała. Pomalowałam nawet której zimy szyby w oknie pokoju na czarno, żeby nie widzieć szarości – na znaku buntu i oczekiwania na wiosnę. Nikt nie kazał mi tego zmyć, nikt w domu nie łamał mi kręgosłupa, nikt nie mówił: „Bądź grzeczna”.

A jednak jesteśmy, grzeczność wraca do nas jak bumerang. Poznajmy faceta, który zdaje się nam być tym na całe życie i znowu stajemy się miłe, usłużne, zrobimy wszystko, żeby go zatrzymać, a przykład, który wytycza nam drogę pokazuje, że to najlepsza metoda, w końcu nasze matki i babcie takie były.

A później drogi mamy dwie – zostać miłymi i grzecznymi albo zawalczyć o siebie. I wybór wcale nie jest łatwy. Wbrew pozorom więcej kobiet wybiera tę pierwszą opcję, bo drugiej nawet nie znają, bo nikt im jej nie podrzucił. Ba, myślą, że ich na nic innego nie stać. Boją się, że kiedy w końcu powiedzą czego chcą i tupną nogą, ich świat się zawali, odrzuci je, zostaną niezrozumiane i zupełnie same. Każda z nas tam była. Każda. Która postanowiła wyjść?

Ładne, miłe i grzeczne dziewczynki całe życie uczą się, że muszą płacić za akceptację innych, za uznanie, aprobatę. Muszą połknąć wściekłość i ukryć swoją furię. Przez cały czas muszą być niezwykle uprzejme. Muszą się nagiąć do innych, podczas gdy to inni przekraczają ich granice. Muszą pozwolić na to, by inni traktowali je jak gówno, podczas gdy one zawsze mają do buzi przyklejony uśmiech.

Tymczasem nasza autentyczna prawda rzadziej brzmi jak „dziękuję”, a częściej jak „zamknij się, ku*wa”.

Uczy się nas trzymać język za zębami, nie wtrącać się w trakcie rozmowy. Przepraszać tonem przepraszającym za to, że w ogóle istniejemy. Przestać zajmować zbyt dużo cholernej przestrzeni. . Przestać obnażać się ze swoją seksualnością, ale nadal być seksi. I jeszcze stłumić emocje, które sprawiają, że wyglądamy histerycznie i emocjonalnie.

Tymczasem faceci mogą być źli, odważni, mogą wtrącać się w trakcie rozmowy, być nieuprzejmi i protekcjonalni z dużą większą swobodą i z mniejszym strachem, że zostaną odrzuceni. Mogą odmówić seksu albo wziąć go, kiedy mają ochotę. Mogą wyrażać siebie bez ogródek i przeprosin.

Grzeczne dziewczynki czekają na swoją kolej, muszą mieć naprawdę poważny powód, żeby zabrać głos, udają, że nie mają pragnień i myślą, że godząc się na seks zyskają więcej, niż gdy odważą się odmówić.

Bycie dobrą dziewczynką jest wyczerpujące i tak naprawdę rzadko kiedy przynosi jakieś nagrody. Bo w efekcie każda z nas musi znaleźć drogą powrotną do siebie, do miejsca, które pokaże kim jest naprawdę.

Powiem wam jedno – czasami opłaca się odwiedzić swoją ciemną stronę. Zdecydowanie wolę być niegrzeczną i bywa c wku*wioną dziewczyną, czyli taką, która wie, czego chce i idzie po to bez pardonu. Powiewa mi, gdy ktoś mówi, że jestem szorstka czy nieuprzejma – to ich opinia i oni mają z tym problem. Nie ja. Ja walczę o swoje, bo mam jedno życie, jedną szansę do wykorzystania, kolejnej nie będzie.

Każdego dnia pytam siebie: „Czego ty ku*wa chcesz” i znajduję odpowiedź, choć nie zawsze jest prosto i czasami droga do celu jest poplątana na maksa. Jednak przestałam pozwalać ludziom jeździć po mnie, wchodzić mi na głowę. Zaczęłam walczyć o swoje, pozwoliłem sobie na luksus odczuwania wszystkich mrocznych emocji, których inni mi odmawiają.

I – jak na ironię – bycie złą dziewczyną stało się najmilszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem – dla siebie. Polecam.