Słaba płeć… Kobieto, jak to dobrze, że chociaż na ciebie zawsze można liczyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 listopada 2015
 

Mniej więcej rok temu wydarzyła się w moim (choć nie tylko moim) życiu sytuacja, która spowodowała lawinę refleksji. O tym jak silne są kobiety i z czego to wynika. Niestety, wzniosłym tym myślom, towarzyszyły inne, bardziej przyziemne, dotyczące panów.

Znajomi zaprosili nas na kawę i ciastka. Długo się nie widzieliśmy, na tyle długo, że oni nie zdążyli jeszcze poznać naszego półrocznego syna. My natomiast nie zdążyliśmy poznać pewnej niepokojącej informacji dotyczącej stanu zdrowia Ali. – Mam nowotwór piersi. Czekam na zabieg mastektomii – powiedziała, krótko i bez ogródek, podając nam z uśmiechem łyżeczki do malinowego sorbetu. Przełknęłam ślinę. – No, to walczymy? – wypaliłam głupio. – Jak najbardziej. Nie wyobrażam sobie, żeby miało się nie udać – usłyszałam w odpowiedzi. Przytuliłyśmy się mocno, tak mocno, że poczułam w sobie jej wewnętrzną energię i wolę walki. To była jedna z tych chwil, które zapadają w pamięć i które przywołuje się w chwilach zwątpienia, czy załamania.

Kątem oka zdążyłam dostrzec przerażoną minę mojego męża. Wyglądał zupełnie tak, jakby guz piersi był wirusem roznoszącym się przez dotyk lub prądkowanie. Albo jakby podczas lotu samolotem właśnie ogłoszono, że na pokładzie znajduje się dziesięciu dżihadystów. Spojrzałam na męża Ali, jego łzy w oczach, bladą jak elegancki papier listowy cerę i drżące dłonie. W jednej chwili zrozumiałam, kto tu jest dla kogo wsparciem w tej trudnej sytuacji.

Nie spodziewałam się jednak, że trzy tygodnie później Wojtek zdezerteruje i wyprowadzi się do mieszkania po swojej babci. Ala zabieg usunięcia prawej piersi, okres rehabilitacji i oczekiwania na następne wyniki przeżyła przy gorącym wsparciu swoich rodziców (choć tata przeszedł w tym czasie załamanie nerwowe) i przyjaciółek. Mąż wysłał dwa smsy: „Mam nadzieję, że dobrze się czujesz i wszystko jest w porządku. Wybacz mi, tak bardzo się o Ciebie bałem, że musiałem odejść” oraz „ Zapłać proszę rachunek za komórkę, bo zapomniałem. Kocham Cię.”

Podobno dzwonił w zeszłym miesiącu. Chciałby wpaść na święta, może nawet się z powrotem wprowadzić. Dowiedział się od wspólnych znajomych, że wyniki Ali i rokowania są dobre.
Kilka miesięcy po pamiętnym spotkaniu u Ali i Wojtka, ówczesna szefowa mojego męża borykała się z chwilowymi problemami finansowymi swojej firmy. Podjęła decyzję o zwolnieniu jednego z pracowników. Dylemat, ale krótkotrwały pojawił się w momencie wyboru między bardzo kompetentną i solidną pracownicą, a przeciętnym i niezbyt rozgarniętym pracownikiem. – Wiesz, ty sobie poradzisz, jesteś kobietą – usłyszała Ona odbierając od swojej szefowej dokument o rozwiązaniu umowy – Paweł by się kompletnie załamał, nie mogę mu tego zrobić. Wiesz, jak to jest z facetami.

„Ona” poradziła sobie bardzo dobrze. Utratę pracy, którą traktowała jako pasję okupiła jednak zdiagnozowanymi przez lekarza początkami depresji, niewielkim długiem oraz poczuciem ogólnej niesprawiedliwości.

Mam sąsiada. Rubaszny pan w średnim wieku o bliżej nieokreślonej profesji, większość czasu spędza na podwórku pod blokiem, komentując rzeczywistość z właściwym sobie, wyostrzonym dowcipem. Wczoraj, gdy lokatorka spod trójki, pchając wózek zapełniony siatami z Leclerca, siłowała się z żelazną bramą naszej furtki, on był na miejscu i nie zawiódł mnie. Dziewczyna jedną nogą przytrzymywała wózek, drugą zagradzała drogę zwiewającemu gdzie pieprz rośnie, rozwrzeszczanemu dwulatkowi. Jednocześnie siłowała się z ciężką furtką.

– Ma kobita krzepę – cmoknął z podziwem, nie ruszając się na milimetr z ulubionej miejscówki. – Nie wstyd panu – nie wytrzymałam, spiesząc Matce Polce na ratunek – Widzi pan, że ciężko i nawet pan palcem nie ruszy – hamowałam cięty język, jak tylko mogłam. – E tam – odparował sąsiad – Widać, że wyćwiczona. Poradzi sobie. Niby delikatna, niby słaba płeć, a obróci raz-dwa jak koń w polu. Miała siłę urodzić, to i da radę kluczyk przykręcić – wybuchnął śmiechem, tak bardzo spodobał mu się ten żarcik.

Zacięłam się dziś w palec. Nieuważnie, przygotowując ulubioną zupę pana domu, uruchomiłam blender zbyt spiesznie (przecież ON jest głodny, nie może czekać). Krew trysnęła jak w horrorze klasy D, a ja słabym głosem zawołałam: – Kochanie, przynieś mi proszę, plaster z łazienki. Przycięłam sobie palec. Odpowiedź nadeszła natychmiast: – Idź sama, jak bardzo nie leci. Wiesz, że nie mogę patrzeć na krew. Zawsze się denerwuję, że coś poważnego ci się stało… Poza tym, muszę się położyć, mam chyba katar.

Kobieto, jesteś wielka! Siłę do walki z przeciwnościami losu odnajdujesz nawet wtedy, gdy ten, dla którego walczysz dawno już dał dyla. Zaciśniesz zęby, otworzysz tę furtkę, pokonasz chorobę, znajdziesz nową pracę. A w międzyczasie nie przestaniesz być silnym, męskim ramieniem dla wszystkich, którzy tego potrzebują. Jak to dobrze, że choć na ciebie można liczyć!


Nigdy nie wiesz na kogo trafisz w autobusie…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 listopada 2015
Fot. Flickr / CC BY
 

Nie wierzę w pecha przyniesionego przez czarne koty, piątki 13-go, czy przechodzenie pod drabinami. Na widok kominiarza nie łapię się za guzik i nie spluwam przez lewę ramię. Rude nie oznacza dla mnie „fałszywe”, a z ludźmi głoszącymi teorie spiskowe jest mi zdecydowanie nie po drodze…

Jednak, jak wiecie, istnieje takie niespisane prawo w przyrodzie, że przeciwieństwa się przyciągają… Znacie to? Wsiadacie do autobusu, wyjmujecie książkę (tę, „komunikacyjną”, do czytania w drodze właśnie), a kiedy na następnym przystanku kierowca otwiera drzwi, pojawia się w nich ON. Albo ONA. Istota płci wszystko jedno jakiej, która ma tylko jeden cel: przekonać jak najwięcej osób do jedynej słusznej racji. Do swojej racji. A racja ta może dotyczyć: inwazji kosmitów, katastrof lotniczych z udziałem głów państwa, nadchodzącej zagłady, najazdu Hunów, ostatniej reklamy soków „Tymbark”, sześciolatków w szkole, dziewięćdziesięciolatków na ławce w parku, piosenek na festiwalu Eurowizja, kobiet w sejmie i ogólnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju i na świecie.

Tak, czy siak, wiesz dobrze, że gdy takie indywiduum nie daj Boże złapie z tobą kontakt wzrokowy, to umarł w butach. Zostałeś wybrany.

Ja zostałam wybrana wczoraj rano, wracając z przychodni po rutynowym badaniu kontrolnym i to nawet bez kontaktu wzrokowego. Spokojnie, nie spodziewając się ataku, stanęłam przy oknie i wyciągnęłam ulubiony tygodnik, otwierając go na stronie z felietonem ulubionego autora. – Oj – usłyszałam dwie sekundy później, tuż za prawym uchem – Sprzedają jeszcze takie szmatławce? Niech pani się nie ogłupia. Młoda osoba powinna mieć swój rozum.

Niewysoka pani w średnim wieku i w czerwonym palcie mruga do mnie porozumiewawczo: ona mi teraz wszystko wytłumaczy.

Uśmiechnąć się grzecznie w milczeniu czy nie zareagować wcale? Wybieram to drugie, bo wewnętrznie zaczyna mną telepać. Spokój, tylko spokój. Przechodziłaś przez to nie raz, dasz radę i tym razem. Kontynuuję lekturę, niewzruszona na zewnątrz, a w myślach liczę ile to jeszcze przystanków. – Niech pani nie udaje – pada za chwilę – Jeszcze nie jest za późno. Ja mam tutaj taką książkę, gdzie jest wszystko napisane, wytłumaczone… Jak oni nami sterują, proszę pani.

Oj, niedobrze. Trafił mi się typ: misjonarz. Nadal nie mówię nic, ale kątem oka łapię radosne spojrzenia współpasażerów. Wyglądają, jakby się cieszyli, że mają taką urozmaiconą podróż. Milczeć, przesiąść się, grzecznie poprosić o zaprzestanie ofensywy?… Czytałam gdzieś, że w takich sytuacjach należy bezwzględnie zachować spokój, żeby nie prowokować i nie pogorszyć sytuacji. W końcu nigdy nic nie wiadomo…

– Im zależy na tym, żeby pani w to wszystko wierzyła. Te kolorowe zdjęcia, te reklamy. Oni chcą panią kupić! – moja prześladowczyni już prawie krzyczy, stoi też teraz zdecydowanie bliżej niż na początku naszej wspólnej podróży. Kolejny raz mój brak asertywności daje mi się we znaki. Jeszcze jakieś 20 minut jazdy. Przez ten czas wiele się może wydarzyć.

– Ma pani rację – mówię więc tak przekonująco, jak tylko potrafię – Im nie można ufać. Manipulują nami jak się da. Ostentacyjnie składam ulubiony tygodnik i wrzucam go do torby. – A w ogóle, chrzanić to wszystko! Naprawdę jestem zbulwersowana.

Nieświadomie wywołuję reakcję, której się zupełnie nie spodziewałam. Pani w czerwonym palcie otwiera szeroko usta, i jeszcze szerzej, szaro-niebieskie oczy.
– Tak pani myśli?… – jej niepewne pytanie dodaje mi skrzydeł.

– Oczywiście – płynę dalej – Ja uważam, że to w ogóle skandal, to co oni robią, proszę pani, tak po prostu nie można! Trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej będzie coraz gorzej! Ja mam nawet kilka pomysłów, żeby im w końcu pokazać!

Czerwony paltocik ucieka gdzie pieprz rośnie, czyli na drugi koniec autobusu, kryjąc się za plecami pokaźnego jegomościa ze skórzaną teczką.

– Niech pan uważa – słyszę jej teatralny szept – To jakaś wariatka. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi w takim autobusie…


Moje, twoje… rodzinne przepychanki. Nie myśl, że u ciebie będzie inaczej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 listopada 2015
Fot. Pixabay / Public Domain CC0

Kiedy łączy się ze sobą dwoje ludzi, to rzecz oczywista następuje pewna fuzja życiowo-rodzinnych doświadczeń. Skoro wyfrunęliśmy spod różnych skrzydeł i opuściliśmy inne gniazda, to delikatnie rzecz ujmując pogląd na nasze rodzinne rytuały i tradycje też mamy inny. Początkowo nam to nie przeszkadza, bo miłość wyłącza nam czujniki wykrywające potencjalne konflikty i odbiera nam zdolność przewidywania niedalekiej przyszłości. A problemy, o ile nie jesteśmy mistrzami dyplomatycznego wypracowania „złotych środków”, pojawią się  w krótszym czasie niż ten, którego potrzebuje twoja teściowa, żeby rano pojawić się pod drzwiami waszego mieszkania.

Mamusia P. (znajomego z pracy) lubiła, kiedy synek wpadał w niedzielę do domu. Obiad razem zjedli, na spacer do lasu poszli, a wieczorem „Mam talent” czy inne fajerwerki. Porządek jakiś był. Niestety P. poznał  K. i nagle wszystko stanęło na głowie. U K. w niedzielę każdy odpoczywa jak chce. Tata na rowerze, mama z książką pod kocem, a K. najchętniej na wycieczce za miasto. Kiedy tylko K. i P. zalegalizowali związek za pomocą umowy najmu pewnej przytulnej kawalerki, zaczęły się telefony. – Na obiad byście przyszli, pójdziemy na spacer, a potem obejrzymy coś w telewizji. – narzekała mama (wiadomo czyja) – Jak to do kina? W niedzielę to trzeba odpocząć. Co to za przykład dla dzieci będzie?! –  wlewała w nich poczucie winy (nie wiadomo z jakiego powodu). Nieśmiałe uwagi młodych, że oni by chcieli ten czas spędzić po swojemu, skomentowała krótko: – Po swojemu to by było tak, jak u nas.

Przez pierwsze kilka miesięcy dzielili więc weekendy w miesiącu na te spędzane u mamy P. (trzy na cztery) i te, podczas których odpoczywali. Potem nastąpił kryzys. Podczas jednej, burzliwej wymiany zdań (sąsiadka z dołu bez trudu wyłapała wszystkie szczegóły konfliktu) K. wykrzyczała,  że ona do cholery ma już 32 lata i naprawdę nie musi z mamusią (zwłaszcza nie swoją) tych trzech weekendów w miesiącu obowiązkowo! Ani tego spacerku do lasu odbębniać już nie będzie, ani śmiać się z żartów Prokopa, które nawiasem mówiąc w ogóle jej nie śmieszą. Ona ma swoje plany, swoje życie. A potem usiadła na kanapie i odetchnęła. Od roku do mamy w niedzielę razem chodzą okazyjnie: na imieniny, świąteczny obiad albo pochwalić się rosnącym brzuszkiem (K.). A mama? Cóż. Mama nie składa broni. Po cichu liczy na to, że jak pojawi się wnuczka, uda się wykończyć przeciwnika i wszystko wróci na swoje miejsce.

Przypadek P.i K. to nie wyjątek. U mojej przyjaciółki czara goryczy przechyla się co roku w okolicach  1. listopada. Świąteczne podchody zaczynają się już dwa tygodnie przed końcem października. Dyskretne telefony od teściowej przypominają:  – W zeszłym roku nie byliście na grobach dziadka i stryjenki. Cała rodzina była, tylko wy nie! U nas tak się robi, nie wiedziałaś, jak wychodziłaś za Marcina?

W rodzinie męża mojej przyjaciółki listopadowe „pójście na groby” to nie tylko tradycja, to logistyczne przedsięwzięcie połączone z przygotowywaniem na tę okazję specjalnych przysmaków. Konsumuje się je potem wspólnie popijając herbatą z termosu w kółeczku stojąc przy rodzinnym grobowcu.

I tu pojawia się konflikt. Moja przyjaciółka cmentarz odwiedza zapewne częściej niż raz w roku, najczęściej na wiosnę i w okolicach Bożego Narodzenia. Kiedy jest ciepło, kładzie stokrotki na grobach taty i dziadka, słucha śpiewu słowików. Ona wie, że Dziadek Maniek, niech mu ziemia lekką będzie, ma to listopadowe święto poniżej prawego piszczela. On najbardziej lubi, gdy przychodzi się do niego na wiosnę. A ciotka Zośka? Gdy żyła, nie znosiła tego „listopadowego jarmarku i cyrku, tłumów objadających się pańską skórką”, jak to sama o tym mówiła. Śmiała się śmierci tak, jak życiu – prosto w twarz.  Taką właśnie się ją wspomina, nie raz do roku, tam nad grobem, ale o wiele częściej przeglądając rodzinne albumy z kieliszkiem wina i pudełkiem jej ukochanych bombonierek…

W zeszłym roku przygotowałam kilka wigilijnych potraw. Dumna i blada 24. grudnia wkroczyłam do domu rodzinnego mojego męża prezentując swoje kulinarne dokonania. Jak wkroczyłam… tak i wyszłam, kilka godzin później. Teściowa zapakowała mi z troską mojego karpia, kapustę i barszcz z uszkami (nie tknął ich chyba nikt poza moim dzielnym ukochanym) tłumacząc bezlitośnie: – Wiesz, u NAS to się zupełnie inaczej robi. Musisz do mnie przyjść na korepetycje.

W tym roku Wigilię spędzimy sami. Taka NASZA nowa rodzinna tradycja.