Panowie, czas się w końcu wziąć z krytyką za jaja, ogarnąć się i pokazać kobiecie, że wam na niej zależy. Inaczej – lepiej spadajcie. Serio

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 listopada 2017
Fot. iStock/HbrH
Fot. iStock/HbrH
 

No i krew mnie zalewa jak czytam coś takiego: „od swojej kobiety oczekiwałem jedynie świętego spokoju”. Nie dość, że od swojej – jakby była jego własnością, to jeszcze świętego spokoju.

Przeczytałam wczoraj wynurzenia faceta, który stwierdził, że to żona popchnęła go do zdrady, bo była nieufna i czepliwa (chcecie przeczytać, jest TUTAJ). Dwa razy czytałam próbując dopatrzeć się ironii, sarkazmu, jakiegoś drugiego dna, że gość jednak nie jest jełopem i jaja sobie tylko robi, tak naprawdę cierpiąc z powodu rozstania. To znaczy, jak dla mnie – wcale cierpieć nie musi, ludzie się rozchodzą, tak już jest. Jedni płaczą, inni się otrzepują i idą dalej. I okej. Niech każde będzie szczęśliwsze niż dotychczas, w innym życiu, może w innym związku. Tylko dlaczego na miłość boską od razu szukać winnych?

Zobaczcie jak to jest – przecież facetowi nikt kobiety do łóżka i życia nie wpycha. Ani on ślepy ani głuchy, żeby nie wiedział z kim się wiąże, prawda? No w końcu jak już trochę razem pożyją i pomieszkają, to widzi, czy będzie miał ten wymarzony święty spokój, czy jednak nie. Swoją drogą, ciekawe, co przez ten spokój rozumie? Bo mi się coś wydaje, że on chciał, by żona mu kapcie podawała, zupkę grzała, żeby w domku czysto było, a on w spokoju (a jakże) mecz mógł obejrzeć. Tyle tylko drogi panie, jak już pan sobie kobietę do domu sprowadzasz, to ostatnia rzecz, o jakiej powinien pan myśleć, to święty spokój. A co do skarpet pan sobie sam nie może wyprać, kubka po kawie umyć, i gaci na suszarkę powiesić?

Nóż mi się w kieszeni otwiera, jak słyszę takie dyrdymały. A jak jeszcze do tego dodać, że on nie wie właściwie o co cała afera, że sobie w internecie z inną laską flirtuje, to z tego noża pragnę zrobić słuszny użytek.

Nie, no jasne, nic się nie zmieni na tym świecie, jeśli głośno nie zaczniemy mówić, że to nie my jesteśmy od zapewniania świętego spokoju facetom! A gdyby tak odwrócić sytuację i powiedzieć: „Kochanie, na obiad chcę zapiekankę z bakłażanem, majtki czyste mi się kończą, możesz wstawić pranie? A ja tymczasem porozmawiam sobie z nieznajomym. Taki się wydaje interesujący, a ty taki nudny z tym twoim gotowaniem, pranie i sprzątaniem”. Identyczna sytuacja, a jednak drodzy panowie inna – prawda? A niby dlaczego, to co wy możecie, nam jest zakazane? My też możemy flirtować, jasne i to robimy, ale nie przekraczając pewnych granic, które tylko są dla was zastrzeżone. Wy za to, macie to w głębokim poważaniu. Wystarczy jedne mały problemik, jeden foszek za dużo i już znajdujecie tysiące wymówek pod tytułem: „Moja żona mnie nie rozumie, jestem taki samotny”.

Która kochanka tego nie słyszała? „Bo ona to tylko dom i dzieci, mnie w tym wszystkim już nie ma, myślę, że nic dla niej nie znaczę”. A co zrobiłeś ośle jeden, żeby znaczyć? Co zrobiłeś, żeby być dla niej ważny, żeby cię szanowała i doceniała? Masz taką listę na boku? Oj tak, stary, ja wiem, że ty nie jesteś niczemu winien, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo przecież pracujesz, dziećmi w sobotę, kiedy ona sprząta, się zajmujesz, jak da ci listę, to zakupy zrobisz. Co prawda już ich nie wypakujesz, bo przecież nie chcesz jej mieszać w tych półkach i półeczkach, lepiej niech ona sama sobie wszystko poukłada. A ty sam z siebie nie możesz się zorientować, gdzie w której szafce, co stoi? Nie no to już za wielki wysiłek zapamiętać, że przyprawy – lewa górna szuflada, a chleb w szafce nad blatem. A nie daj Boże ona się jeszcze przyzwyczai? Co nie? Ja wiem, jak to z tymi babami jest – daj jej palec, to zaraz całą rękę ci upie*doli, jeszcze okna każe myć i łazienkę szorować. Co ty wtedy kolegom powiesz? Że na mecz nie wpadniesz, bo żona ci sprzątać kazała? I co o tobie pomyślą? Że mięczak jesteś, tak? Że zamiast świętego spokoju, to do roboty cię zagoniła?

To ty chociaż w ramach rekompensaty sobie panny pozaczepiasz w internecie. Poflirtujesz, pożalisz się, powiesz, że byś ją bzyknął, gdyby była zaraz obok, a może ona choć zdjęcie w bieliźnie ci wyśle, jesteś gotów nawet błagać żaląc się, że żona cię już nie kręci.

A kiedy żona całą tę korespondencję odkrywa, to zdziwiony, o co awantura. Przecież nic się nie stało, do niczego na żywo nie doszło. Ot tak, takie głupoty się ciebie trzymały. I zaskoczony, że żona nagle zaufania nie ma, że się wścieka. Wiesz czemu? Bo ona już wie, że zmarnowała na ciebie ostatnie lata, że poświęciła całą swoją uwagę i energię na kogoś, kto okazał się zwykłym dupkiem!

Oburzony? Oj tak, wiem, przecież się starałeś? A czy ty ją kiedykolwiek spytałeś, czy czegoś jej brak, czego oczekuje od ciebie, że może ma jakieś pragnienia, potrzeby? O nie, tobie było wygodnie, że ona milczała. Czułeś, że coś ją gryzie, w końcu głupi nie jesteś. Że jakoś się oddaliła, że cię odepchnęła – w końcu na to skarżysz się swoim kochankom. Ale czy ty zrobiłeś chociaż krok w jej stronę? Powiedz szczerze, co takiego zrobiłeś? Zabrałeś na weekend organizując opiekę nad dziećmi, tak by ona już o nic nie musiała się martwić? Kupiłeś bilet na koncert jej ulubionego zespołu? Zaprosiłeś do kina pamiętając, że jednak trzeba to zaplanować z wyprzedzeniem i wiedzieć, kto na kilka godzin z dziećmi zostanie? Czy może powiedziałeś: „Kochanie, zjedzmy razem śniadanie” czekając oczywiście aż ona je zrobi, a najchętniej pobiegnie po ciepłe bułki do sklepu, w końcu i tak biega co sobotę rano.

Faceci, wy się weźcie w końcu otrząśnijcie. Weźcie wy się ogarnijcie. Zależy wam? To zacznijcie się starać, pokażcie kobiecie, że jest dla was ważna, że ją szanujecie i podziwiacie – czyż nie tego oczekujecie też od niej? To, co dajecie wraca, i to z ku*ewsko mocną siłą, dając wam w pysk spakowanymi walizkami i jednym „wypie*dalaj” albo cicho zamykanymi drzwiami. Nieważne. Tak, ja wiem, my też bywamy zołzami, ja taką też bywam, ale ten tekst nie jest o nas (obiecuję, że taki napiszę), tylko o was, drogie dupki. Czas wziąć się w końcu z krytyką za jaja, wziąć do serca, co wam powiedzieć chcemy, i zrozumieć, że z nami to wy nigdy świętego spokoju ni e zaznacie, wtedy już lepiej bądźcie sami i flirtujcie z wirtualnymi pięknościami, a nam dajcie (nomen omen) święty spokój!


Jak mi ktoś powie, że kobieta w domu to w sumie nic nie robi, to przysięgam – skoczę do gardła i przegryzę aortę

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
14 listopada 2017
Fot. iStock/cookelma
Fot. iStock/cookelma
 

Zwolnienie. Cały miniony tydzień spędziłam w domu. Jelitówka – o dzięki ci za wirusy. Żeby nie było – w moim przypadku jelitówka to ból brzucha, głowy i ogólne osłabienie, więc źle nie jest, wiem, że niektórzy przechodzą ją znacznie drastyczniej. Ale że to wirus, a ja nikogo zarazić nie miałam zamiaru, więc na tydzień wylądowałam w domu.

Jak ja się cieszyłam. Tydzień spokoju, dzieciaki w szkole. A ja filmy pooglądam, książki coraz wyżej piętrzące się na półce w końcu poczytam. Po prostu cud, miód i malina. Jak się trafia taki tydzień wakacji w środku niemalże listopada, to jak się nie radować.

I to by było na tyle tej radości. Dobra. Pierwszy dzień faktycznie słabo się czułam, więc przedpołudnie i wczesne popołudnie przespałam. Reszta domowników sama się ogarnęła, coś mrożonego na czarną godzinę z lodówki wyciągnęli i obiad ogarnęli. Luz. Tak mi było dobrze się wyspać. Jest kilka rzeczy, które w życiu kocham – dobrze się wyspać, zjeść coś dobrego, wziąć gorący prysznic, gdy przemarznę – to jeden z nich. Jak się człowiek wyśpi, to świat od razu jawi mu się jako piękniejszy i bardziej przyjazny. I jakoś sił ma się więcej, zresztą zawsze powtarzałam, jak moje dzieci były małe – jak śpią, to znaczy, że zdrowieją. Tego się trzymam. No, ale nie o tym.

I kiedy tak jeden dzień gnaty wyleżałam, kiedy już trochę wiercić się z nic nie robienia się zaczęłam, zrobiłam najgorszą rzecz na świecie – wstałam. Po ch*j, dzisiaj się siebie pytam. Na diabła jakiego ruszyłam się z tego wyra, nie lepiej było mózg oszukiwać, że chora, że słaba i w ogóle kiepsko, a nie szukać sobie w domu zajęcia.

Jak mi ktoś powie, że kobieta w domu to w sumie nic nie robi, to przysięgam – skoczę do gardła i przegryzę aortę. Nie żartuję. Ja do perfekcyjnych pań domu nie należę, ba, nie zamierzam nawet ubiegać się o to wątpliwej wartości miano. A jednak, po całym tygodniu zrozumiałam, że jednak w pracy, to ja sobie odpoczywam.

Bo wyobraźcie sobie. Nie pracujecie, jesteście w domu. Fajnie, mąż dużo kasy zarabia, a wy nie musicie. Jakoś przestałam marzyć o tej sytuacji, choć do niedawna wydawała się bardzo atrakcyjną. Siedzieć w domu i nic nie robić, bo przecież okien co drugi dzień myć nie będę, a skoro odkurzam dwa razy w tygodniu, to częściej, nawet będąc w domu, nie mam zamiaru.

A jednak. Wstajesz rano, bo głupio trochę spać, jak wszyscy się spieszą. No więc wstajesz, bo chcesz zrobić śniadanie. Ty masz czas, tobie nikt spóźnień wyliczać nie będzie. Robisz kanapeczki, kawkę herbatkę, kroisz nawet jabłuszka do pudełka, a ja już wszyscy wychodzą , twoim oczom ukazuje się masakra. Jak można rano zrobić taki syf? Pomijam kuchnię, ale niepościelone łóżka, ręcznik na podłodze, szczoteczka w zlewie, zlew zapluty od pasty, gacie na podłodze, bo dzieci jakby nie wiedziały, gdzie kosz na pranie.

Okej, pierwszy dzień cię to bawi. Przynajmniej masz zajęcie. Każdy kolejny zaczyna lekko wku*wiać, zwłaszcza, że musisz po zakupy wyskoczyć i obiad zrobić. I nagle z ósmej rano, robi się jedenasta, a ty nadal w piżamie. No tak, jakby teraz ktoś do ciebie wpadł, to by powiedział: „A ty w domu, ty to masz dobrze, jeszcze w piżamie”. Tyle, że ja tej cholernej piżamy nawet ściągnąć nie zdążyłam, bo ogarniałam poranek rodzinny i po porankowy burdel!

Okej, tylko spokój nas uratuje. Zapomnij o bieganiu po sklepach i przymierzaniu nowych kiecek. Nie ma takiej opcji. Z jęzorem wywieszonym wpadasz do sklepu, kupujesz, co potrzebne na obiad i wracasz do domu, żeby zdążyć z gotowaniem, nim cała banda wróci. I kiedy już siadasz (w końcu!) z ciepłą kawą w fotelu, domofon. Kurier. Za chwilę znowu – poczta. Ciśnienie już ci się podnosi, zerkasz nerwowo na fotel… Kto wygra oni czy ty? Nim zdążysz zamknąć drzwi, zagaduje cię sąsiadka z pytaniem, czy nie masz może sprawdzonego przepisu na biszkopt, bo u ciebie to zawsze tak ładnie pachnie ciastem… Raz, dwa, trzy, cztery. Czas minął.

Drzwi się otwierają, tornister ślizga się rzucony po podłodze, a od drzwi słyszysz: „Cześć, co na obiad?”. Jeden się zameldował. Cierpliwie tłumaczysz, że czekacie na wszystkich, bo w ciągu godzin, każdy powinien zlądować w domu. I tym samym fundujesz sobie: „A zrobisz mi kanapkę” łamane na „Mogę serek” łamane na „Nic nie ma do jedzenia” choć lodówka pełna. Wymiana uprzejmości typu co w szkole, jak koledzy, kiedy sprawdzian, co zadane. I nagle kolejny tornister mknie po podłodze. Przechodzisz ten sam rytuał – co do jedzenia, jak w szkole, mogę kanapkę, kupiłaś jogurt?

I kiedy opanowujesz sytuację, drzwi otwierają się po raz trzeci. „Co tak ładnie pachnie?” – słyszysz. Czyli czas na obiad. Jest miło. Siadacie wszyscy przy stole, rozmawiacie, sprzeczacie, śmiejecie – tak jak miało być. I nagle – wszyscy znikają. Każdy ma coś do zrobienia, jedno dziecko trzeba zawieźć na zajęcia, drugie ma sprawdzian. A ty znowu w tej kuchni, z tym syfem, a przecież już było tak czysto.

Po ch*j ci ten nowy ekspres do kawy, jak nawet kawy nie masz kiedy wypić. I co? I znowu sprzątasz. Sprawdzasz lekcje na razie razy jeden, odpytujesz przed sprawdzianem. Wraca drugie – już niech ojciec lekcje sprawdzi, bo ty gnasz do sklepu po zestaw małego rysownika, bo się starszemu przypomniało, że na jutro potrzebuje. „Mamooo, a wyprałaś na jutro białą koszulkę? Na wuef potrzebuję”. „A właśnie, mamo – nie wiesz, gdzie moja biała koszula, jutro muszę założyć”.

To jest jakaś niekończąca się historia, bo nagle znowu wszyscy głodni i kolacja. A ty jeszcze pranie musisz wstawić, jedno złożyć, drugie powiesić. A przecież okien jeszcze nie umyłaś. Lodówkę chciałaś posprzątać, przegląd szafy dzieciom zrobić.

Dobra, jutro. Tyle, że jutro wpadasz w ten sam schemat. Nożeż, ja pie*dole. Na dupie nie ma czasu usiąść, książki poczytać, telewizję śniadaniową to jednym okiem jeszcze ogarniesz, ale nic więcej.

A jak jeszcze któraś ma małe dziecko na głowie, wolę nie myśleć…

I tak podłogi nie umyłam, okna olałam, a w cholerę z tym wszystkim. Się człowiek po pachy urobi, a jeszcze wieczorem przeczytasz, jak jeden z drugim w internecie komentuje, że baba to w domu nic nie robi albo TYLKO sprząta i TYLKO gotuje. To ja zapraszam do świata takiej baby, do jej codzienności.

No nic, na szczęście wirus poszedł sobie w p*zdu. Wróciłam do pracy i w końcu mam gdzie wypić ciepłą kawę. Zakupy zrobi mąż, zupa na dwa dni zrobiona, a gacie i ręczniki z podłogi jakimś cudem znikają, jak się dwa razy huknie, że o porządek w domu każdy powinien dbać. No.


Po śmierci Hanki Mostowiak nic już nie jest takie samo… Tak, obejrzałam popularne seriale i… słów mi brak

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 listopada 2017
smierc ww kartonach
 

Wiecie, jaki dzisiaj jest dzień?  7. listopada, pamiętna data, kiedy jadąca z siostrą samochodem Hanka Mostowiak wjeżdża w ułożony na poboczu (jakim cudem?) stos kartonów. Ale nie ma co tu się śmiać i sięgać po sarkazm. To wcale nie kartony – jak większość memów w Internecie chciała nam wmówić, to tętniak w głowie Hanki pękł, a ukochana przez tłumy bohaterka jednego z najpopularniejszych polskich seriali, zmarła nie mając szans na pożegnanie się z najbliższymi.

Co to się działo, co to się działo. Pół Polski przez noc całą płakało. Za to dzisiaj ja chcąc uczcić pamięć po Hance Mostowiak, bo niestety miesięcznic nikt na jej cześć nie urządza, a w necie można jedynie wzmianki o kolejnej rocznicy znaleźć, postanowiłam zajrzeć do polskich seriali. I teraz z góry was przepraszam, jeśli zacznę dalej bełkotać, ale przedarcie się przez kilka odcinków popularnych tasiemców, to jak na mój mózg zdecydowanie za dużo. Ale cóż, postawiłam sobie wyzwanie, przyjęłam, to i plan wykonałam, choć i tak mam wrażenie, że z marnym rezultatem.

Wiecie – ja kochałam „M jak miłość”, w nosie miałam te wszystkie przytyki do bliźniaków, że aktorzyny marne, ale chłopaki przecież dostali szansę i wyrobić się mogli. Za Hankę trzymałam kciuki, żeby zło ją opuściło, bo tak bardzo wierzyłam, że w gruncie rzeczy, to dobra dziewucha. A teraz? Ja pierdzielę, włączam ostatni odcinek, a tu Magda – miłość jednego z bliźniaków, w romansie z mężem albo niemężem tej córki prawniczki (to jeszcze kojarzę, bo ten aktor szalenie mi się podoba, więc pamiętam, że kilka odcinków z nim obejrzałam, ale nie mogłam znieść, jak ta Marta go traktuje). Szok.

Moja mama widząc, co oglądam mówi: „No, bo ona się rozwiodła z tamtym lekarzem”. Jakim lekarzem? „Co to jego kochanka jej mieszkanie zdemolowała”. Ja cież nie mogę. Starszy bliźniak (nie wiem, czemu zawsze wydawał mi się starszy, teraz się na tym złapałam) nadal nie ma szczęścia w miłości, bo go właśnie żona w rogi walnęła i jeszcze w ciążę zaszła. Głupia. Bo może on nadal gra marnie (cóż, czas mu nie sprzyja, a może to wina kwadratowych dialogów), to jednak poczciwe chłopisko i firmę nawet jakąś ma, a wydawało się kiedyś, że źle skończy. Jak widać – dla każdego jest szansa, byleby tętniaka w głowie się nie miało.

Niestety nie wiem, co u reszty bohaterów, bo cofać się w czasie nie sposób, zresztą i po co. Tylko pamiętam moje zdziwienie, kiedy córki Hanki zobaczyłam, takie duże i ładne i przez to grające na nosie tym, co mówili, że takie szkarady w takim serialu grać nie powinny. Ha – widać szefostwo wiedziało co robi i przewidziało, na jakie piękne kobiety wyrosną. Zawoalowana przypowieść o brzydkim kaczątku – jest? Jest. Zawsze można marzyć, że z mało atrakcyjnej dziewczyny mieszkającej na wsi wyrośnie cudowna kobieta. Kobiety też mogą marzyć, że może przyjdzie taki czas, kiedy spotkają tego jedynego. Bo tu nikt nie pokazuje, że życie trzeba brać we własne ręce. Broń Boże, jeszcze ktoś zechce wziąć przykład.

Całkiem jak u bohaterek „Przyjaciółek”. Ja cież  pierdzielę. To jest dopiero mix. Cztery, po 30-tce, a właściwie przed 40-tką i każda z bałaganem w głowie. Jedna zdradza, druga pozwala się trzaskać po policzku – ciekawe, co będzie dalej, trzecia dała się uwikłać w rolę kury domowej, co to od kieliszka nie stroni w wyniku frustracji, choć teraz mąż ją zaczął zauważać, a czwarta chyba już nie pamiętam. A wiem, czwarta w ciążę zachodzi i nie wie z kim. Nożeż. I wszystkie zawsze tak ładnie ubrane, mające czas na wspólną kawę przed pracą. I pomimo wewnętrznych rozterek i kłopotów – czy do zdrady się przyznać, czy też nie, wiodących beztroskie zupełnie życie.

Bo beztroskiego życia, to raczej nie mają bohaterowie „Pierwszej miłości”, choć tytuł wskazuje na sielankę. Tu się połapać proszę państwa nie ma szans. Nawet jak ktoś chce mieć o czym rozmawiać z koleżankami z pracy i przez to zacząć oglądać ten serial… Próżna nadzieja na zrozumienie. Tam się żenią, później zdradzają, pojawiają się byłe żony, jedni mają dzieci z romansu, inni z przypadku. Są tacy, którzy na nowo się schodzą i znowu biorą ślub i tacy, którzy wracają do siebie po kilka razy. I wszystko dusi się we własnym sosie, bo ma się wrażenie, że tam to już chyba każdy z każdym spał, jak to się ładnie mówi – wszyscy są szwagrami. Masakra jakaś.

Tak wiem, są jeszcze „Barwy szczęście” mój kolega gra tam jednego z gejów, wiem tylko, że ostatnio niemal nie zginął, ale czy władze telewizji długo będą tolerować gejów w popularnym serialu… Kto to wie. A „Na Wspólnej”? Jakby mogła zapomnieć, w końcu to na tej ulicy rodziły się gwiazdy i ich rozpoznawalność. Pamiętacie jeszcze początek? Kiedy to dwóch przyjaciół stworzyło spółdzielnię mieszkaniową? Ile tam ludzi zdążyło się rozwieść i na nowo związać. Ile intryg zostało utkanych, ile zmian nastąpiło, ilu alkoholików wyszło z nałogu.  Na Wikipedii są nawet opisani: bohaterowie dawni, i bohaterowie obecni, co by nikomu się nie myliło i jak włączy przez przypadek telewizję, żeby nie szukał Lichoty (którego uwielbiam z mojej ukochanej „Watahy”), bo jego to już kamery tego serialu nie widziały od lat. Chyba zaginął, z tego co pamiętam, ale moja pamięć w tej kwestii może mnie zwodzić.

Ostatnio siedzę w szatni po siłowni, ledwo ruszając członkami, widzę jak jedna z dziewczyn się szybko ubiera i nie mogę wyjść z podziwu. Chyba zobaczyła mój wzrok, bo usłyszałam: „Lecę, bo już „Barwy szczęście/”Na Wspólnej”/”M jak miłość (wybierz co chcesz) się zaczęło”. Niezła motywacja, pomyślałam będąc szczęśliwą, że seriale, które mnie wciągają mają raptem po kilka odcinków i nie wymagają ode mnie skupienia, kto z kim się przespał, kto czyją jest teraz kochanką i czy dziecko przypadkiem nie urodzi się czarnoskóre. A jak już się trafi fajny facet, to czy ona będzie zachowywała się jak rozkapryszona dziewczynka  ukrywając przed nim jakieś tajemnice. Ja pierd**e. To dla mnie zdecydowanie za dużo. Zdecydowanie.

I tak naprawdę po śmierci Hanki Mostowiak już nic nie jest takie samo. Ja kiedyś się zastanawiałam, co za idiota uparcie na telegazecie próbuje mi wmówić, że oglądam „Na dobre i na złe”, skoro ani aktorzy nie ci sami, a szpital też zgoła inny. Eh.

Cóż, po bardzo powierzchownym przeglądzie, czym współcześnie polski serialowy taśmowiec stoi stwierdzam, że okej – zdrady się zdarzają, jakieś afery również, ale na miłość boską, to jest kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Można się tylko zdołować widząc, jak te kobiety w tych serialach wyglądają, jakie mają mieszkania, domy, no przecież łeb spada i tylko pociąć się można. I chociaż pokazywane są jako mądre – nawet te złe – jednak są sprytne, to serio panie scenarzysto? Dorosłe kobiety nie mają pojęcia o antykoncepcji? Nie wiedzą, jak się zabezpieczyć przed przypadkową ciążą, zwłaszcza jak jednorazowo lądują w łóżku ze znajomym fotografem? Serio muszą wyskakiwać od razu z majtek, kiedy tylko nawinie się jakiś dla nich interesujący facet? Porzucają rodziny, wdają się w romanse, a później płaczą nad rozlanym mlekiem błagając o zrozumienie i litość. Normalnie kulka w łeb. I te sceny, kiedy ona sztywno mu siedzi na kolanach, jakby odliczali chwile do momentu, kiedy ktoś im szepnie „kamera JUŻ poszła”. Rety… No tak, ale tłum chce igrzysk, to je ma. Miłość, płacz i tajemnice. I czas. Wiecie, że właściwie, jak o 18:00 zasiądzie się przed telewizorem oglądając „Pierwszą miłość”, to 40 minut po zakończeniu odcinka – akurat czas, żeby dzieciom kolację zrobić i lekcje sprawdzić, zaczyna się maraton – najpierw dwa odcinki „Barw szczęścia”, potem „M jak miłość”, z którym można spędzić czas nawet do 21:30, a w międzyczasie nagrać „Na Wspólnej”, bo, co za pech, godziny się emisji się nachodzą. Ale właściwie, jak uwiniemy się szybko z sobotnim sprzątaniem i zakupami, to powtórki w soboty można zobaczyć. Gorzej pod koniec tygodnia, kiedy „Przyjaciółki” i „Barwy szczęścia” kurczę no jak na złość o tym samym czasie lecą…

Tak, po śmierci Hanki Mostowiak już nic nie jest takie samo…. Trudno wszystkie seriale na raz oglądać… Ale na szczęście – przez pół roku można nie oglądać ulubionego serialu i wystarczy jeden zabłąkany odcinek w jakąś sobotę, by wiedzieć, co się wydarzyło. Nie polecam tym, podatnym na serialowe uzależnienie. Dobra, ja wiem, że odmóżdżacz, ale serio, są lepsze.

P.S. O rety, a „Klan” jeszcze leci???