Odchodziłam długo. Dwa lata odkładane na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiele zrobiłabym inaczej, by się nie zadręczać

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Rozstanie to nigdy nie jest łatwa decyzja. Nie da się po prostu odejść. Dzisiaj mówię ci „odchodzę” i już, po wszystkim. Odchodziłam długo. Dwa lata nosiłam w sobie tę decyzję. Dwa lata odkładane na „jeszcze nie teraz”, na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiem, jak wiele rzeczy zrobiłabym inaczej, zamiast zadręczać się tym odchodzeniem.

Dlatego piszę do ciebie, do tej, która się zastanawia, wątpi, myśli, analizuje. Ja już jestem po drugiej stronie. W miejscu, w którym powinnam znaleźć się już dawno, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Wiesz, to jest tak, że ta decyzja w tobie dojrzewa. Najpierw przebąkuje coś o swojej obecności. Że może to już nie ma sensu, że już nie masz siły, że już chyba nic się nie zmieni. Dopóki ciągnie za sobą te wszystkie „chyba”, „może” nie mów, że jesteś zdecydowana, bo nie jesteś.

Rok straszyłam, że odejdę, że mam dość, że to już koniec. Straszyłam siebie i jego. Rok dyskusji kompletnie bez sensu, bez żadnych wniosków, za to z bolesnym konsekwencjami. On przestał mi wierzyć, że odejdę, a ja czułam się jak w potrzasku, bo przecież mówię, że to koniec, ale ten koniec się nie dzieje.

Odejdź, kiedy jesteś pewna

Kiedy nie ma już w tobie wątpliwości, nie ma strachu i miliona wymówek, bo wspólne mieszkanie, bo kredyt, bo dzieci. Może wcale nie chcesz odejść, straszysz odchodzeniem, a może motywujesz do walki o was. Nie odchodź, gdy nie masz pewności, bo jeśli macie się rozstać, to przyjdzie moment, w którym poczujesz, że to już. Ja nie wiedziałam, że taka chwila przychodzi. Gdybym wtedy wiedziała czekałabym cierpliwie, zamiast stwarzać piekło sobie i jemu. To przekonanie, że już, że to naprawdę koniec. Czujesz jak wielki kamień spada ci z serca. Czujesz ogromną ulgę, bo w końcu wiesz, w którą stronę chcesz pójść. Tej uldze towarzyszy smutek, tak naturalny po stracie, też go poczujesz. Smutek, że was już nie ma, żałoba po stracie tej miłości i tego związku.

Odejdź, kiedy wiesz gdzie

Nie mów: „odchodzę”, kiedy nadal jesteś. Właśnie tak odchodziłam wiele razy. Nie zliczę, ile razy trzaskałam drzwiami, wychodziłam i… wracałam. Bo gdzie miałam odejść, bo wtedy wcale odejść nie chciałam, bo było we mnie mnóstwo nadziei, że po kolejnym trzaśnięciu drzwiami zamknę te z naszymi problemami na zawsze. Tak się nie działo. Dlatego, jeśli chcesz naprawdę odejść i nim o tym powiesz zaplanuj, dokąd pójdziesz. Miej swoje miejsce, gdzie się zatrzymasz, gdzie pomieszkasz, gdzie będziesz czuć się bezpiecznie.

Odejdź bez złości

Jeśli jesteś pewna, że to już koniec nie będzie w tobie złości, będzie ogromny żal, będzie ból, bo to zawsze boli, ale już nie będzie złości. Już nie będziesz do niego krzyczeć, że zmarnował ci całe życie, nie będziesz pytać, czy kiedykolwiek cię kochał, nie powiesz, że go nienawidzisz. Odjedziesz pogodzona z tym, że to koniec. Te wszystkie emocje zostają za tobą. Nie pakujesz ich już do swojej walizki. Ja pakowałam wiele razy. Krzyczałam, płakałam ze wściekłości, jakby im głośniej tym skuteczniej miało do niego dotrzeć, że tak naprawdę odejść nie chcę, że chcę, by on wykonał jeden ruch, gest, by coś zrobił, by mnie zatrzymać. Raniliśmy się do bólu słowami wypowiadanymi w złości. Dziś żałuję, bo mogliśmy tego uniknąć…

Odejdź nie marząc o powrocie

Jesteś w stanie wyobrazić sobie życie bez niego. Zamknij oczy i pomyśl o sobie za pół roku. Gdzie jesteś, co robisz? Długo tego nie potrafiłam. Wpadałam w panikę, gdy myślałam o tym, że będę musiała o pewne rzeczy zadbać sama, że nie będę mogła mu powiedzieć, że to jego zakichany obowiązek. Wiele rzeczy się na to składa – płacenie rachunków, nawet rozliczenie ze skarbówką może cię przerosnąć. „Jestem sama, nie mogę na niego liczyć” – mów to sobie, powtarzaj, oswajaj tę myśl. Ja płakałam w poduszkę, kiedy zepsuło mi się auto, byłam gotowa do niego wrócić po dwóch tygodniach tylko dlatego, że myślałam, że sobie nie poradzę z samochodem i znalezieniem mechanika. Nawet nie wiesz, ile takich trudnych momentów ci się trafi, ale świadomość, że teraz już naprawdę jesteś sama, pomaga. Zasypiaj z tą myślą. Sprawdź, czy nie znajdziesz tysiąca rzeczy, dla których nie możesz zostać sama. Jeśli one są, nie odchodź, może nadal kochasz, a może to jeszcze nie ten czas.

Odejdź planując najbliższy czas

Pamiętam pierwszy weekend. Dzieci pojechały do niego. A ja siedziałam i nie wiedziałam, co ze sobą począć. Wyłam z bólu, z obawy, że nie dam rady, że po co mi to wszystko, płakałam, że tyle we mnie strachu, a przecież ta pewność była. Ale głowa podsuwa ci różne obrazy, chce wrócić do bezpiecznego domu, gdzie nieszczęśliwie, a jednak znajomo, przewidywalnie. Dziś wiem, że te łzy były tez potrzebne, ale po co ich aż tyle. Zapisz się na zajęcia, ćwiczenia, warsztaty, umawiaj się wolnym czasie z przyjaciółkami, ale nie roztrząsaj już swojego związku, w końcu to nowe życie, rozmawiajcie o tym, co przed tobą, o twoich planach. Kiedy je wymawiasz głośno stają się jakoś łatwiej osiągalne.

Zaplanuj swoje odejście. Odchodzenie to proces, to nie dzieje się tu i teraz. Nigdy. Ale kiedy zapada w tobie decyzja, kiedy przychodzi pewność to znaczy, że odeszłaś, że już jesteś sama. Że od tego momentu już nie ma odwrotu. Patrzysz w przyszłość, bez analizowania już tego, co było. To trudne, ale krok po kroku zaplanuj, co zrobisz. Gdybym to wiedziała, zrobiłabym wszystko by moje odejście takie właśnie było – zaplanowane. Z tą pewnością, z miejscem do którego odchodzę, z pozostawionymi emocjami. Nie szarpałabym się przez dwa lata, nie straszyłabym, nie groziła. Ten czas zamiast na szantaż wykorzystałabym jeszcze na szansę dla nas, na możliwość naprawy tego wszystkiego, co zepsuliśmy.

Odeszłabym w końcu, kiedy przyszła pewność, że już nic nie da się uratować, że to już czas, by każde z nas poszło swoją drogą, kiedy brakowało już wymówek, dla których chciałabym zostać.

Powiedziałabym: „To koniec, odchodzę”. Bez scen, bez awantur, spakowałabym się i wyszła do mieszkania, które zdążyłam wynająć, do swojego życia, które choć w minimalny sposób już sobie ułożyłam. Bolałaby mnie każda część ciała, gdybym zamykała drzwi, ale zamknęłabym je tym razem spokojnie wiedząc, że otwieram zaraz nowe, że to wszystko zostawiam za sobą.

Tak bym zrobiła, gdybym to wszystko wiedziała. Szybciej pozwoliłabym sobie na szczęście, na uśmiech, na radość. To wszystko oczywiście przyszło, ale wiem, że mogło wcześniej. Może chociaż ty skorzystasz z mojego doświadczenia, choć wiadomo, że każdy najlepiej uczy się na własnych błędach.


Otwarty związek. Czy to w ogóle może się udać?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
2 czerwca 2016
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

– Wiesz, mamy otwarty związek. – Jak to otwarty?!? – trudno mi było ukryć zdumienie. Nie widziałyśmy się kilka lat, nasze dzieci w tym czasie urosły. Z małych bobasów, które woziłyśmy w wózkach na wspólnych spacerach, a później bawiłyśmy na placach zabaw, stali się uczniami. Przyjaźniłyśmy się. Same w obcym mieście, poznałyśmy się w szkole rodzenia i tak jakoś zaraz przypadłyśmy sobie do gustu.

Sześć lat temu wyprowadziliśmy się, a Agata została, z mężem, synem i córką, która zdążyła się urodzić, nim wyjechałam na stałe. Jeszcze na początku widywaliśmy się raz na jakiś czas. Oni wpadali do nas w weekend, my do nich. Raz nawet wyjechaliśmy wspólnie na wakacje. A później Agata wróciła do pracy. Ja urodziłam drugiego syna i jakoś czasu zaczęło nam brakować. Musiały wystarczyć telefony, trochę Facebook – zawsze mogłyśmy popodglądać, co u której słychać.

Agata miała fajny związek. Jakoś tak do siebie pasowali, nie trzeba było wiedzieć, że są razem, wystarczyło na nich spojrzeć i wszystko było jasne. Zazdrościłam jej, gdy on zajmował się dzieciakami. Z moim wiecznie o to była wojna. Ja na fitness, a po 15 minutach telefon,  gdzie mleko, czy jest kaszka i czy na pewno ta pidżama jest Janka, a nie Stasia. Wrrrr. Ale wiadomo. Dzieciaki wywołują w nas mordercze instynkty względem partnera. Dzieci rosły, my się dogadywaliśmy, zażegnaliśmy kryzys i dobrze nam razem.

I kiedy Agata zadzwoniła, że wpadnie z dzieciakami za trzy tygodnie i czy może, to w ogóle nie było o czym mówić: – Jeny, dawaj. Marzę o winie z tobą. Nawet fajki kupię, choć nie palę. Ale z tobą – zawsze. Bo Agata nie przestała palić. W ogóle schudła, choć zawsze należała do tych szczupłych. Niby ta sama, a jednak trochę inna. Zerkałam na nią znad kuchennego blatu szykując dla nas kolację. Dzieciaki się wyszalały, dostały kolację, i zaległy przez telewizorem oglądając wspólnie jakiś film. – Wszystko ok? – spytałam, gdy już usiadłam na tyłku. – Tak, jasne. Rety jakie duże te nasze dzieciaki. Janek jest taki wielki, a Stasiek – czysty ty.

– Pytam czy u ciebie wszystko ok. Wzdycha głęboko. – Co mam ci powiedzieć. Niby tak, ale sama nie wiem.

Okazało się, że to kolejny związek pod tytułem: „Przecież tak świetnie razem wyglądaliście. Co się stało?!?”. A stało się. Jej potrzeba niezależności finansowej i rozwoju zawodowego. On z pretensjami, że go wrobiła w pieluchy i zrobiła z niego niańkę dla dzieci. No, ale on przecież też pracował. Wyjeżdżał na delegacje, wtedy ona była z dziećmi. Gdy chorowały dzielili się zwolnieniami. Po równo. Tylko to ona zaczęła awansować, a on chyba trochę utknął w zastygłej strukturze. Zaczął umawiać się z kumplami na wspólne wyjścia. „Dzisiaj mnie nie będzie” – oznajmiał jej. A ona miotała się. Bo był w niej bunt, bo dlaczego on w ten sposób chce ją ukarać za to, że jej się udaje?

Poszli na terapię. On wylewał swoje żale. Miał do niej o wszystko pretensje. O za mało seksu, o za zimny obiad, o to, że zasypiała na kanapie, że nie zrezygnowała z awansu, tylko „poświęciła” rodzinę pracy. – Rozumiesz? Poświęciłam. Ryczałam jak głupia. Jak on mógł. To był czas, kiedy pracowałam na najwyższych obrotach. Wieczorami gotowałam obiad na kolejny dzień, prasowałam, prałam. Wiesz, to ten czas kiedy wpadasz w potrzebę perfekcyjności, od której robi ci się niedobrze, ale nie możesz się zatrzymać. Ja myślałam, że między nami jest wszystko dobrze. Naprawdę. Że mamy kryzys, stąd terapia, bo nie dało się z nim w domu gadać. W sumie to miały być tylko konsultacje, a ja usłyszałam tyle słów, że nie mogłam tego ogarnąć. Nigdy nie miałam poczucia, że go ograniczam. Chciał jechać na ryby – jechał, z kumplami na mecz, na weekend – proszę bardzo.

Agata załamała się. Nie miała kompletnie pomysłu, co powinna zrobić. „I co teraz?” – spytała go. „Nie wiem” – tyle usłyszała. Postanowiła przeczekać, ale nie było lepiej. Próbowała rozmawiać. „Dajmy sobie trochę czasu” – więc dawała. On zaczął częściej wychodzić, to na urodziny kumpla, to na mecz z kumplami, na basen. Ok. Czekała. I się doczekała. Otwartego związku. Taka propozycja wyszła od niego.

– Tak, też byłam zaskoczona. Bo w końcu 13 lat razem. Więcej było tych lat dobrych niż złych. Spytałam go, jak to sobie wyobraża. Na spokojnie, bez nerwów, pomyślałam, że to może jest jakiś sposób, jakieś rozwiązanie.

Zaproponował układ. Żyjmy razem, tak jak dotychczas. Zapewniał, że kocha, ale dusi się w związku. Potrzebuje przestrzeni, wolności. Nie chce kontrolowania, ograniczania. I to samo daje w drugą stronę. Miał wszystko przemyślane.

Kasa

Każde z nas miało założyć osobne konta. Na wspólne mieliśmy przelewać stałą kwotę na nasze wspólne życie, reszta miała być do dowolnej dyspozycji. „Wiesz, będziesz chciała gdzieś pojechać, wyjść, nie będziesz musiała się tłumaczyć, liczyć wspólnej kasy, mieć – jak to ty mówisz – poczucia winy, że wydajesz na siebie”. Kto ile sobie dorobił, zarobił dostał w nagrodach, ze zwrotu podatku – nieważne. Wspólna kasa jest wspólna, a reszta nas nie interesuje.

Czas wolny

Mówił o tym, że musi mieć czas dla siebie. Dzieci coraz większe, już nas tak nie potrzebują, łatwiej sobie z nimi poradzić nawet w pojedynkę. Zresztą fajne te nasze dzieciaki. Bezproblemowe. „Zobacz, czasami mówisz, że przydałby ci się wolny weekend. Jeden w miesiącu będę miał ja, jeden ty. Resztę spędzamy wspólnie. Ustalmy sobie grafik tygodniowy, tak, żeby każde z nas miało po jednym wieczorze wolnym. Mogło sobie wyjść”.

Bez tłumaczeń

Oczywiście wszystko ma się opierać na zaufaniu, które do siebie mamy. Czyli nie pytam, gdzie kto jedzie, co planuje, z kim się spotyka, co robi. To właśnie rozumiał mówiąc o braku ograniczeń, i tak rozumiał teraz zaufanie.

– Zgodziłaś się? A seks? O to też masz nie pytać? Okazało się, że o seksie nie wspomniał. Tak ładnie ubrał swoją wizję ich nowego małżeństwa, że Agata postanowiła w to wejść. To wtedy kochali się przez pół nocy, dziękował jej za to, że jest taka wyrozumiała. Powtarzała, że jest taka mądra. Kolejnego dnia oznajmił, że dzisiaj on wychodzi.

Kiedy przyszedł jej wieczór wyszła i łaziła po mieście. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ale postanowiła grać w tę grę. Zapisała się na jogę. On wyjeżdżał. Ona na pierwszy weekend pojechała sama w góry. Połazić. Przemyśleć wszystko. Nikomu się nie przyznała, że ma teraz taki „układ” w małżeństwie. Miała nadzieję, że to szybko się skończy. Zwłaszcza, że w ich „wspólnym” czasie było wszystko ok. On tylko czasami zamykał się w łazience, puszczał wodę, ale było słychać, że rozmawia przez telefon. „Masz kogoś” -nie wytrzymała w końcu. „Mieliśmy o tym nie rozmawiać” – odpowiedział dodając: „Zobacz, nigdy nie było nam lepiej”. Niby tak. Więcej się śmiał, nie czepiał się, dawał jej rano buziaka, przytulał. Ale ona czuła, że pod tym jest coś jeszcze.

Wyjechała na weekendowe warsztaty jogi. Instruktor ją namówił. Namówił ją też wtedy na spacer. I zwierzenia. Nie wytrzymała i otworzyła się. Mówiła o małżeńskim układzie, o tym, że jemu chyba i tak tylko chodziło o seks na boku, że nie wie, ile tak jeszcze wytrzyma, bo widać, że on nie chce wracać do „starego” rytmu. Z tym instruktorem po powrocie wychodziła na kolację, umawiali się do kina. W końcu wylądowali razem w łóżku, na kolejnych warsztatach, na które pojechała w „swój” weekend.

Teraz, w „jego” weekend zabrała dzieci i przyjechała do mnie. Rozwalona kompletnie. – Nie wiem, jak to się stało. Ja go nawet nie kocham, owszem lubię bardzo i tyle, to raczej była potrzeba zemsty. Umawiałam się z nim gdzieś podświadomie mówiąc „a masz – ty możesz się spotykać z kim chcesz, ja też”. I marzyłam, że on w końcu spyta, z kim wychodzę? Czy kogoś mam? Ale nie pytał… W końcu mamy otwarty związek… Tylko, czy to w ogóle jeszcze związek?


„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie”. O zapomnianej miłości

Z życia kobiety
Z życia kobiety
17 maja 2016
„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie". O zapomnianej miłości
Fot. iStock / o-che

Patrzę na nich, siedzą naprzeciwko mnie. Ona w białej bluzce, widać, że trochę znoszonej, długie blond włosy upięte jakby przypadkiem. I zmęczenie na twarzy. On z tych mężczyzn, którzy im starsi tym lepiej wyglądają. Wysoki, lekko siwiejący, brązowe oczy może straciły trochę blasku, a może dziś są jakieś takie przygasłe. Tylko sylwetka wysportowana. Są w tym samym wieku, choć ona wygląda na kilka lat starszą.  

Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie. Uprzejmi, on podaje jej miskę z sałatką, a ona jemu cukier do kawy. Nawet na siebie przy tym nie patrzą. Właściwie, gdyby rozeszli się każde w swoją stronę nie byłabym zdziwiona.  Tak, jak nie zdziwiłby mnie fakt, gdyby za chwilę weszła jego żona i jej mąż. Mogłabym spojrzeć jak ich oczy rozpromienia miłość, jak na ich twarzach pojawia się taka wyjątkowa ulga, że w końcu jest, że usiądzie obok i poczują się lepiej i pewniej mając obok siebie kogoś, kogo kochają, kogo potrzebują, kogoś za kim tęsknią  w tej chwili.

Ale nic takiego się nie dzieje. I wiem, że się nie wydarzy. Ona rozmawia z kobietą po jej prawej stronie, on przez stół dyskutuje z kolegą. Dwie zupełnie odrębne osoby. Jakby ktoś wyciął im żart sadzając ich razem, może chcąc ich zeswatać. Ale nie ma między nimi chemii, nie ma muśnięcia ręki przy przesuwaniu łyżki. Nie ma dyskretnego położenia ręki na plecach, poprawieniu jej włosów, i jej pełnego czułości uśmiechu w podziękowaniu. Siedzą sztywno obok siebie, jakby trochę znudzeni, trochę poirytowani nawzajem swoją obecnością. Kiedy ona o coś go pyta (nie słyszę, bo moja córka akurat podbiegła z rozwiązanym butem), on niecierpliwie macha ręką. Ona obrusza się, wzdryga ramionami nie rozumiejąc zupełnie skąd bierze się jego ton. I znowu wracają do rozmów przy stole z zupełnie kimś innym, byle nie z sobą.

Na chwilę stanowią jedność, gdy podchodzi do nich ich nastoletnia córką. Oboje skupiają na niej uwagę, to jest jedyny moment porozumienia, spojrzenia w tym samym kierunku. Uśmiechają się do niej spokojnie. Ona na coś się zgadza, on nie zgłasza sprzeciwu. Obserwuję tę chwilę, gdy widać, że przyszli tu razem, że są razem, że są rodzicami pięknej dziewczyny, która przez chwilę ich połączyła. Po tej chwili znowu wracają, każe zajęte sobą. Nawet ich krzesła się nie dotykają, jakby bali się dotknąć siebie nawzajem. Gdy podnoszę z podłogi chusteczkę zauważam, że nawet ich stopy są zwrócone w odmiennych kierunkach. Dziwne. Tak wiele szczegółów, które zaprzeczają temu, kim dla siebie są, a może kim byli.

Bo przecież poznali się dość dawno temu. Jeszcze w szkole średniej. Ona uśmiechnięta, pełna energii, on z tych najprzystojniejszych. Stanowili piękną parę. Oczu od nich nie można było oderwać, kiedy ona wybuchała śmiechem odrzucając na bok włosy, podczas gdy on mówił jej coś na ucho. Trzymali się za ręce. Byli nierozłączni. Nawet osobno, wśród przyjaciół szukali siebie wzrokiem, wymieniali się tylko dla siebie zrozumiałymi spojrzeniami. Przyciągali się jak magnes. Naturalne dla wszystkich było to, że tam gdzie on, tam i ona – i odwrotnie.

Pamiętam, jak dowiedziałam się, że biorą ślub. Uśmiechnęłam się i poczułam takie ciepło w środku, gdy myśli się o ludziach, którzy są ze sobą szczęśliwi. Których łączy miłość taka prawdziwa i szczera. Bez szemrania, pomówień. Znali się przecież tak dobrze. Przecież nic nie mogło zagrażać ich szczęściu.

Gdzie są dzisiaj? On i ona? Tak blisko siebie siedzący, a będący tak bardzo daleko. Jak dwoje ludzi, którzy poznali się na godzinę przed imprezą i nie przypadli sobie do gustu. Jakby różniło ich wszystko – radość życia, chęć doświadczania nowego, poglądy od tych dotyczących prywatnych rozterek po polityczne. Tak, jakbyśmy spotkali na imprezie kogoś, z kim raczej wolelibyśmy się nie widywać.

Ale oni musieli. Bo przecież przyszli razem. Ale na szczęście nie są na siebie skazani mając wokół innych ludzi, do których mogą się zwrócić, z którymi mogą porozmawiać. Nie muszą się znosić nawzajem. Bo ktoś inny wysłucha, że ją znowu od kilku dni boli głowa, a on opowie komuś innemu, co ostatnio wydarzyło mu się w pracy. I ktoś inny ich wysłucha, a nie tylko prychnie z niechęcią, że znowu to samo i że ile można.

Już nie szukają się wzrokiem, nie dotykają niby przypadkiem. Są sobie tak obcy, jak kiedyś byli bliscy.

„Co się stało” – pytam przyjaciółkę wskazując na nich głową. „Życie” – odpowiada. I milczymy. Życie, które zabiło tę wyjątkową miłość. Codzienność, która ich pogrzebała, której nie stawili czoła, która z nimi wygrała. Widać, że ona niespecjalnie o siebie dba, lekko przygarbiona, w spodniach i płaskich butach wygląda jak dużo starsza koleżanka innych kobiet. Koleżanka tak zmęczona walką z prozą życia, że jej porażka wpisana jest w nią całą. Myślę o niej – dziecko, praca. Dorosłe życie. Mają dom. Psa i dwa koty. Jej mama z nimi mieszka, niby z osobnym wejściem, ale jednak bardzo blisko. I ona do tej mamy taka stała się podobna, mówiąca o chorobach, o tym, że chyba jednak nie stać ich na wakacje, bo szkołę córki muszą opłacić i ogrodzenie poprawić, bo się sypie. Taka zmęczona i przytłoczona.

I on stojący do niej plecami wśród kolegów śmieje się głośno z czyjegoś dowcipu. Klepie kumpla po plecach. A jego oczy błyszczą. Opowiada, co chciałaby zrobić, gdzie pojechać, umawia się na wspólne wędkowanie na łódce i zmontowanie drużyny koszykówki do miejscowych amatorskich rozgrywek. Kiedy jego wzrok pada na jej plecy przez chwilę uchodzi z niego powietrze, ramiona opadają, znika uśmiech. Trwa to ułamek sekundy, ale jest tak znaczące, że dla uważnego obserwatora nietrudne do uchwycenia. Smutek wisi między nimi. Smutek i niewymówione na głos pretensje i rozczarowania.

Kiedy pytam ją, co u nich przykleja do twarzy uśmiech mówiąc, że wszystko dobrze: „Wiesz, tylko tej pracy tak dużo”, dodaje jakby się usprawiedliwiając. On dolewa mi wina. I słucha jak mówię o mojej córce. Opowiada o swojej, jaki jest z niej dumny. „Podobna do twojej żony” rzucam lekko. Zmarszczka pojawia się na jego czole. Nie komentuje. Zmienia temat. Wychodzimy na papierosa jak para starych znajomych. Widać, że szuka kogoś, kto skupi na nim uwagę, kto będzie go choć trochę podziwiał, uznawał za interesującego. A to fajny gość. Przystojny, który nadal głodny jest życia. Tylko jej się to życie przejadło. Nie mogą usiąść razem przy stole. Już nie teraz.

Wychodzą. On jeszcze z kimś rozmawia przy drzwiach. Ona zatrzymuje się i czeka, choć w ciemności już prawie jej nie widać. W końcu idzie w jej stronę. Przez chwilę mam nadzieję, że ją obejmie. Pogłaszcze ją po plecach i przyciągnie do siebie z czułością. Ale nic takiego się nie dzieje. Znikają za kolejną lampą, która dzisiaj postanowiła nie świecić.

Zastanawiam się, dlaczego są razem. Nadal. Dlaczego nie potrafią być ze sobą szczęśliwi. Dlaczego pozwolili, by to uczucie, które było przecież ich udziałem umarło. Nic nie ma między nimi, jest tylko córka, jedyny dowód tego, że byli tak bardzo blisko siebie. Nawet nie wiem, kiedy łzy zaczęły płynąć mi po policzkach… Płakałam nad ich miłością, o której oni zapomnieli.