Lifestyle

„Jestem kobietą całkowicie przezroczystą. Nie zawsze tak było, ale przez ostatnie 10 lat powoli blakłam”

Oh!Books
Oh!Books
29 maja 2022
 

Niewidzialność ma swoje plusy, bo sądzę, że rano mogłabym pójść nago po bułki do piekarni za rogiem i nikt by nie zwrócił na mnie uwagi. No, ale prawie nie jemy w domu jasnego pieczywa, więc tam nie chadzam. Ćwiczę za to wychodzenie z psem w koszuli nocnej. To znaczy ja w koszuli, pies na smyczy – pisze Magdalena Grzebałkowska w wydanej wspólnie z Ewą Winnicką książce „Jak się starzeć bez godności”.


Zimą narzucam na wierzch puchowy płaszcz i wsuwam gołe, nie zawsze ogolone nogi w botki, mogę więc wydawać się ekscentryczną artystką, która wyprzedza trendy. Trudniej jest latem, bo wtedy do koszuli nocnej wkładam jedynie klapki. Tuż po czterdziestce, kiedy było widać jeszcze moje kontury, w życiu bym tak nie wyszła na dwór. Nie jestem kobietą przesadną, jaką była moja mama. Ona nawet śmieci szła
wyrzucić w pełnym makijażu, a gdy zdarzało się, że nie była pomalowana i musiała natychmiast gdzieś wyjść – nawet nocą wkładała okulary przeciwsłoneczne. Ja takich cyrków nie robię, maluję się bardzo rzadko, jednak jeszcze dziesięć lat temu obawiałam się śmieszności spowodowanej nieodpowiednim strojem na ulicy. Wtedy jednak mój proces znikania dopiero się zaczynał. Dziś moja koszula z kaczuszkami
i ziewającym pieskiem nie robi na żadnym z przechodniów wrażenia. Po prostu nikt mnie nie zauważa.

Pochodzę z roku 1972, więc jestem osobą w wieku przedstarczym (zgodnie z teorią naukowców z kraju, którego podobnie jak Ewa nie zamierzam wymieniać, bo nie ma u mnie żadnego autorytetu). Wychowałam się w epoce gierkowskiej, gdy były cukierki w sklepach, i epoce jaruzelskiej, gdy w sklepach bardzo rzadko pojawiał się wyrób czekoladopodobny (prawdziwe ohydztwo). Mojemu dorastaniu towarzyszyło przekonanie, że powinnam się podobać chłopcom, a potem mężczyznom. Im bardziej będę widoczna, tym lepiej dla mnie i mojej świetlanej przyszłości u boku męża. Współczynnik nieprzezroczystości łatwo było policzyć: im więcej dziewczyna zaliczyła bolesnych ciosów śnieżką
zimową porą, im częściej była spychana z pomostu do jeziora latem, im więcej gwizdów słyszała, przechodząc obok budowy, tym bardziej była widoczna. I ja się przeciwko temu nie buntowałam.

Mój problem polegał jednak na tym, że zawsze trochę prześwitywałam. Śnieżką dostawałam z rykoszetu, do jeziora wskakiwałam sama, obok budów przechodziłam jak najszybciej, bo gwizdy były jednak upokarzające. Pamiętam też swój pierwszy dzień w liceum (rok 1986). Przy wejściu stali chłopcy ze starszych klas i wystawiali punkty za urodę pierwszoklasistkom przekraczającym próg szkoły (koszmarne doświadczenie, swoją drogą). No więc ja wtedy nie dostałam żadnego punktu.

Szybko zrozumiałam, że albo sama nadrobię wrodzone braki w pigmentacji, albo nikt mnie nigdy nie zauważy. Chwytałam się różnych sposobów, poczynając od dziwacznych fryzur i ubrań, przez bezczelne odzywki do nauczycieli, po gwizdanie na palcach w obecności milicjantów. Odkryłam, że mocnych kolorów nabieram, gdy robię z siebie klasowego błazna i dyżurną imprezową idiotkę, której nie trzeba dwa razy prosić o taniec na stole z butelką na głowie. Ćwiczyłam zapamiętale i do końca studiów nabrałam już całkiem wyraźnych konturów. Raz nawet jeden pan zaproponował mi na dworcu, żebym została jego fotomodelką, ale to był miejscowy pomyleniec, więc mu odmówiłam z godnością (w duchu się ciesząc, że mimo wszystko zwrócił na mnie uwagę). Los przezroczystych kobiet był mi wtedy zupełnie obojętny. Kto by się przejmował staruszkami po czterdziestce.

Miałam wtedy chyba 37 lat, a kobieta, która udzielała mi wywiadu, była dystyngowaną damą po sześćdziesiątce. Rozmawiałyśmy o jej życiu seksualnym (pisałam do „Wysokich Obcasów” reportaż o seksie Polek). Pamiętam, jak powiedziała: „Po czterdziestce zaczęłam płowieć, robić się transparentna. Przed pięćdziesiątką stałam się przezroczysta. Nikt mnie nie widzi na ulicy, obojętnie przechodzą obok mnie mężczyźni i kobiety. Skończyły się niewinne flirty z nieznajomymi, uśmiechy w tramwaju, przypadkowe muśnięcia dłoni. Nie ma mnie. Panią też to dopadnie”. No i dopadło. Okres adaptacji, który przypadł między 40. a 50. rokiem życia, przeszedł u mnie prawie bezboleśnie. Być może dlatego, że zawsze trochę prześwitywałam, nie czułam potrzeby rzucania się w oczy innym na siłę. Choć oczywiście nie jest to miłe, gdy za pierwszym razem zauważasz, że nikt cię nie zauważa.

Na szczęście nie straciłam zdolności przyciągania uwagi poprzez robienie z siebie koncertowej idiotki niemal w każdym miejscu, w którym się znajdę. To wciąż jest szalenie cenione przez nieznajomych ludzi w pociągach, czytelników na spotkaniach autorskich i przyjaciół na imprezach.

Wyznam, że przezroczystość jest uczuciem wyzwalającym. Po pięciu dekadach dbania o widzialność, przejmowania się coludziepowiedzyzmem, konwenansami, zmarszczkami, grubym tyłkiem, krzywą łydką, wąsikiem i siwym odrostem – nagle przestałam się tym przejmować. Oczywiście, nie przestało mi zależeć na mnie, sobie chcę się podobać, ale na moich warunkach. Więc jeśli któregoś dnia obudzę się i zdecyduję, że nie mogę żyć ze zmarszczkami – wypełnię je sobie botoksem i nikomu nic do tego. Być może jednak postanowię się zestarzeć jak buldog angielski – moja sprawa. Ja nic nie muszę, cudowna sprawa. W dodatku znalazłam bratnią duszę w Ewce Winnickiej.

Zamierzamy wkrótce opanować sceny świata i wschodniej Polski, gdzie jako słynne stand-uperki będziemy uczyć ludzi, jak wyraziste można mieć kolory na starość, mimo postępującej przezroczystości. I uwierzcie, trudno nas będzie przeoczyć. Mamy już nawet nazwę dla naszego show, którą wymyślił i podarował nam kolega Czesław Plawgo, za co mu dziękujemy – End-Uperki. Dobre, nie?

„Dlaczego uważasz, że moje życie się kończy i powinnam ci już tylko służyć?”. List matki do dorosłej córki