4 powody, by bez wyrzutów sumienia sięgać po masło orzechowe

Redakcja
Redakcja
2 listopada 2017
Fot. iStock/martinedoucet
Fot. iStock/martinedoucet
 

Masło orzechowe kojarzy się przede wszystkim z bombą kaloryczną, która wyjątkowo niszczycielsko działa na kobiecą sylwetkę. Mało kto nie lubi tego smarowidła, choć najczęściej sięgamy po nie rzadko i w dodatku z wyrzutami sumienia. Jak się okazuje, nie taki diabeł straszny, jak go malują i nawet rzeczona kaloryczna pułapka ma kilka zalet dla zdrowia.

Jak wiadomo, masło orzechowe powstaje z prażonych w wysokiej temperaturze orzechów, najczęściej ziemnych. Owszem, orzechy są bardzo kaloryczne, ale zawierają wiele cennych dla zdrowia substancji, takich jak kwasy oleinowe, roślinne białko, potas, magnez, witamina E i błonnik. By masło orzechowe było najzdrowsze, powinno być pozbawione cukru oraz soli i składać się wyłącznie z przetartych orzechów z minimalnym dodatkiem oleju roślinnego.

Fot. iStock/AlexPro9500

Fot. iStock/AlexPro9500

4 powody, które sprawią, że bez wyrzutów sumienia zaczniesz sięgać po masło orzechowe

1. Ochrona dla serca

Kwasy oleinowe obniżają poziom cholesterolu we krwi, przez co zapobiegają miażdżycy i chorobom układu krwionośnego. Naukowcy z Harvard Medical School w USA udowodnili, że spożywanie masła orzechowego pięć razy w tygodniu może prawie o 50% obniżyć ryzyko wystąpienia zawału serca.

2. Więcej dobrej energii

Orzechy dostarczają organizmowi kalorycznej, ale zdrowej energii z witaminami. Kanapka z dobrym masłem orzechowym jest znacznie lepszym źródłem energii od przegryzionego w naprędce batonika.

3. Lepsza koncentracja

Orzechy należą do najbogatszych źródeł roślinnych omega-3, które wspierają ogólny stan zdrowia mózgu. Obecność witaminy B niweluje problemy z pamięcią i koncentracją, wahania nastroju, zawroty głowy, problemy ze snem, uczucie zmęczenia.

4. Uzupełnia niedobory białka

Białko jest podstawowym budulcem organizmu, a szczególnie osoby na diecie wegetariańskiej mogą mieć problemy z niedoborem tego składnika. Duża zawartość roślinnego białka w maśle orzechowym pozwala uzupełnić braki.

źródło: www.fit.pl


Jaką rolę grasz w związku – dziecka czy rodzica? Dominujesz, czy jesteś pasywny?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 listopada 2017
Fot. iStock/nd3000
Fot. iStock/nd3000
 

Konflikt między dwojgiem ludzi w związku ma swoją dynamikę. Kłopoty zaczynają się często wtedy, kiedy jedna osoba staje w roli „rodzica”, druga w roli „dziecka”. Odgrywamy wówczas scenariusze, w których jedna za stron „przewyższa” drugą, nieustannie daje jej dobre rady, kieruje nią, odbiera jako osobę nieodpowiedzialną lub niezdolną do samodzielności.   

Partner „rodzic” może mieć skłonność do poprawiania, pouczania, mówienia drugiej osobie, co powinna zrobić. Partner „dziecko” często jest sfrustrowany, obrażony lub wściekły. Może płakać, mieć poczucie, że tkwi w pułapce lub używać pasywno-agresywnych strategii, aby sobie poradzić. Często czuje się poszkodowany przez swojego partnera, bezradny lub uzależniony od niego. Może również zachowywać się w sposób nieodpowiedzialny, prowokując i zachęcając do „zaopiekowania się” nim.  W razie konfrontacji, „dziecko” bardzo łatwo zranić, co jeszcze częściej prowadzi do „rodzicielskiej” reakcji partnera.

By przerwać ten cykl zachowań, warto przyjrzeć im się bliżej. Rozróżniamy kilka głównych typów relacji w takich związkach:

Postawa dziecinna lub uległa wobec dominującego partnera

„rodzic”– poczucie potrzeby kontrolowania drugiej strony

„dziecko” – chęć bycia zdominowanym

Oczywiście celem powinno być dążenie do równego traktowania, oboje partnerzy powinni z szacunkiem odnosić się do swojej indywidualności i niezależności.

Postawa pasywna i zależna od „napędzającego związek” i kompulsywnego

„rodzic” – popycha siebie i partnera do osiągnięcia tego, co jego zdaniem powinni osiągnąć, często używając negatywnej krytyki, w  sposób dający mu poczucie kontroli

„dziecko” – biernie kierowane przez partnera

Celem obu stron powinno być dążenie do aktywnego udziału w związku, realizowanie własnych celów i samostanowienie o swoim życiu.

Postawa „defensywna i zła” vs „sztywna i sprawiedliwa”

„rodzic” – jest zamknięty na inne punkty widzenia, potrafi „karać” swojego partnera, jest wyrocznią, nigdy nie zmienia raz powziętej decyzji

 „dziecko” – ma poczucie niesprawiedliwości, ucieka, odczuwa wewnętrzny gniew

Celem obu stron powinno być dążenie do jak najlepszego poznania partnera, docenienie konstruktywnej krytyki, która może pomóc im rozwijać się indywidualnie w tej relacji.

Postawa racjonalna i moralizatorska

„rodzic” – koncentruje się na tym, co realne, kosztem uczucia do partnera, może stać się nadmiernie krytycznym bądź cynicznym, często moralizuje

„dziecko” – zbyt często kieruje się emocjami, co przeszkadza mu racjonalnie ocenić swój związek i swoje w nim położenie, czuje się stale „kimś gorszym”

Celem obu stron powinno być pilnowanie by ich własne zachowanie było jak najbardziej „w porządku” w stosunku do siebie.

Postawa agresywnie dominująca

“rodzic” – przejmuje funkcję szefa, może nadużywać swojej władzy, zastrasza złością lub agresją

„dziecko” – może spróbować manipulować innymi grając ofiarę, kontrolować poprzez słabość i w ten sposób starać się zyskać to, czego chce

Oba te wzorce są niszczące. Zamiast dążyć do przejęcia kontroli nad drugą osobą, celem obu stron powinno być pracowanie nad własnymi, negatywnymi cechami.

Kiedy pary zaczynają zdawać sobie sprawę, że angażują się w owe wzorce, mają skłonność do obwiniania swojego partnera lub myślą, że najlepszym rozwiązaniem jest zakończenie relacji . To błąd, który sprawi, że kolejnych relacjach będziemy mieli tendencję do jeszcze szybszego odtworzenia tej samej dynamiki. Aby złamać ten cykl w obecnym związku lub uniemożliwić jego powtarzanie się w przyszłej relacji, należy zacząć od samego siebie. Zrozumieć, skąd biorą się w nas owe wzorce i dążyć do zmian wewnątrz siebie.


Na podstawie: psychologytoday.com


Rok po rozwodzie zaczęłam doceniać byłego męża. Ile bym dała, żeby cofnąć czas

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 listopada 2017
Fot. iStock/lolostock
Fot. iStock/lolostock
 

Położyłam właśnie nasze dziecko spać. Poszłam prosto do łazienki i zaczęłam płakać. Ryczeć. Wyć. To mój ostatni miesiąc w pracy. Dostałam wypowiedzenie. Mam miesiąc, żeby znaleźć nowe źródło utrzymania. Nie wiem, jak. Ale bardzo potrzebuję się wypłakać. Bardzo potrzebuję pomocy. I jedyną osobą, o której pomyślałam, jesteś Ty. 
Minął rok od rozwodu, ale właściwie nie żyjemy razem od prawie trzech lat. To dość sporo, jeśli patrzeć z perspektywy naszej 5-letniej córki. To więcej niż połowa jej życia. Pewnie nawet nie pamięta czasów, gdy żyliśmy wspólnie pod jednym dachem. Ja coraz częściej wspominam te lata. Podobno po czasie wspomina się tylko te dobre chwile. Coś w tym jest.

Pamiętasz ten pierwszy wieczór, gdy zostawiliśmy ją u Twoich rodziców? Miała prawie rok. Boże, jacy my byliśmy zmęczeni. To znaczy – ja. Miałam dość. Serio, myślałam, że dostanę szału. Pamiętam ten wieczór. Byliśmy wszędzie. No dobra, w czterech knajpach, które były najbliżej naszego domu, ale to też się liczy. Jedliśmy i piliśmy. Bawiliśmy się tak, jakby jutra miało nie być. A „jutro” nadeszło szybko, bo już o 7:00 budziłam Cię, żebyśmy po nią pojechali, bo się stęskniłam. Jacy my wtedy byliśmy beztroscy.

Nic takiego się nie stało

Tak, martwiliśmy się o pracę. Martwiliśmy się o dziecko i jego zdrowie. Ale MY, my byliśmy tacy szczęśliwi. Gdzie podziało się to szczęście? Czy uleciało wtedy, gdy znudziło mi się siedzenie w domu z dzieckiem i odnowiłam stare kontakty? Czy może uleciało wtedy, gdy zacząłeś coraz częściej zasypiać na kanapie, podczas gdy ja samotnie spałam w sypialni? Między nami nie wydarzyło się przecież nic na tyle strasznego i traumatycznego, byśmy musieli przed tym sądem stanąć. A stanęliśmy. Rok temu.

Czemu my właściwie wzięliśmy ten rozwód? Przecież była terapia? Na tej pierwszej babka urwała się z choinki. Na tej drugiej oboje nie mieliśmy już siły, by walczyć. Łatwiej było pieprznąć tym wszystkim i rozejść się. Każde w swoją stronę. Wiem, że walczyłeś. Pamiętam ten bukiet róż tuż po trudnej sesji u terapeutki, ale – jak Boga kocham – nie wiem, co się ze mną wtedy stało. Doznałam jakiegoś olśnienia, że ja mogę osiągnąć wszystko. Że zasługuję na to, co sobie wymarzę. Że chcę to dziś, teraz, już. I nie interesuje mnie to, co mam. Ten rozwód ma być i kropka. Bo ja, JA, ja zasługuję na motyle. Na euforię. Na tęsknotę i to drżenie w podbrzuszu. A Ty mi tego nie dawałeś w tej koszuli z krawatem i torbą z laptopem pod pachą. Ty byłeś tatuśkiem.

Nie kochasz

I tak się wyprowadziłam z dnia na dzień z pomocą rodziny, która nie była do końca przekonana do mojego pomysłu. I tak łapałam jedno zlecenie za drugim. I tak wiązałam koniec z końcem. Do czasu rozprawy. Za porozumieniem stron. Bez orzekania o winie. Tak, kontakty ustalone. Tak, alimenty ustalone. I wtedy sędzia zapytała Cię, czy kochasz żonę. Powiedziałeś, że nie. I że jesteś w związku. Zabolało. Ja nie byłam w związku. Ale też powiedziałam, że nie kocham. Ale czy nie kochałam? Nie.

Poniosło mnie. Jezu, jak to strasznie brzmi. Naprawdę mnie poniosło. Chyba za bardzo zostałam zcoachingowana tymi wszystkimi artykułami, które przeczytałam. Tymi opowieściami koleżanek. Że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Że zasługuję na najlepsze. Że życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalamy mu być. Otumaniło mnie chyba. I dziś życzyłabym sobie tego otumanienia. Dziś, gdy płaczę za Tobą w kiblu.

Bo prawda jest taka, że nie jesteś i nie byłeś złym facetem. Że to chyba mi odwaliło, ale nie mam odwagi, aby się do tego przyznać, bo słyszę od naszej córki, że masz fajny związek, że jesteś szczęśliwy. Dzisiaj to ja – silna, niezależna kobieta, która wie, czego chce – siedzę w łazience i płaczę. Bo nie mam wokół siebie nikogo takiego, jak Ty. Kogoś, kto zawsze stał za mną murem. Kogoś, kto mówił: „Spokojnie, jesteśmy razem, poradzimy sobie”.

Przepraszam Cię

Przepraszam Cię, że taka byłam rozchwiana emocjonalnie. Przepraszam Cię, że porównywałam Cię do innych, bo na przestrzeni tego, czego doświadczyłam przez ostatnie dwa lata, jesteś najlepszym gościem, z jakim byłam na randce. Czy jeszcze kiedyś z kimś będę oglądać seriale do rana i wcinać chrupki? Nie.

Wiem, że jeśli teraz o 23:46 zadzwonię, odbierzesz. Pewnie pomyślisz, że dzwonię, bo coś stało się z naszą córką. I chwała Ci za to. Problem w tym, że ja chcę zadzwonić, bo jest mi cholernie źle z tym, co robiłam i z tym, w jakim miejscu się znalazłam. Bo chcę, żebyś znowu, jak kiedyś, powiedział mi, że damy sobie radę. Ale Ty już nie jesteś mój. I nie wiem, co zrobiłeś ze swoją obrączką. Ja moją w euforii sprzedałam i kupiłam szampana. Miało być światowo.

Jutro wstanę i pójdę do mojego korpo. Ty do swojego. A nasze dziecko odprowadzę do przedszkola. Byle minął kolejny dzień. Byle do jutra. Życzę Ci dobrej nocy.

Taka miałam być silna. Taka niezależna. Taka pewna siebie i swoich decyzji. Boże, jaka ja byłam głupia.


Zobacz także

Fot. iStock / SolStock

Halo, ja tu marznę! Rozgrzej się ciepłym posiłkiem. I pamiętaj – rozgrzewający nie znaczy tłusty

Fot. iStock/South_agency

7 znaków, że twoje ciało potrzebuje pomocy

Fot. iStock / sudok1

„My, pielęgniarki nie jesteśmy z kamienia, też jesteśmy ludźmi”. List do redakcji