10 najgorszych rzeczy, jakie robimy, gdy jesteśmy zestresowani

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
21 stycznia 2018
Fot. iStock/SolStock
 

Dzisiejsze tempo życia sprawia, że wszyscy jesteśmy nieustannie poddenerwowani. Nieprzyjemna atmosfera w pracy, kredyty, chore dzieci, rodzinne kłótnie i nadmiar domowych obowiązków… Można sobie z tym radzić, stosując odpowiednie techniki relaksacyjne, jednak większość z nas robi coś kompletnie odwrotnego – nieświadomie podnosimy sobie poziom stresu. Jak to możliwe? Oto lista 10 najgorszych rzeczy, jakie możesz zrobić, gdy jesteś zdenerwowana lub zestresowana. 

Fast-food

Nowe badania wykazały, że spożywanie posiłków o wysokiej zawartości tłuszczu po stresującym dniu spowalnia metabolizm. W ogólnym rozrachunku organizm spala o 100 mniej kalorii. Zdaniem Janice Kiecolt-Glaser, dyrektora „Institute for Behavioral Medicine Research” na Ohio State University College of Medicine, hormony stresu skłaniają organizm do magazynowania tłuszczu. Gdy jesteś zdenerwowana, powinnaś sięgać po zdrowe, niskotłuszczowe posiłki.

Zwykłe drobnostki

Kiedy jesteś zdenerwowana, nawet zwykłe, codziennie czynności, takie jak ubieranie dzieci do wyjścia czy zakupy w sklepie spożywczym, mogą wyprowadzić cię z równowagi. Zrezygnuj więc z wykonywania (z pozoru prostych i banalnych) czynności, które ktoś może zrobić za ciebie. Nawet jeśli będziesz próbowała się uspokoić, na niewiele się to zda. Złość w końcu znajdzie ujście.

Alkohol

Nie od dziś wiadomo, że alkohol pomaga się odprężyć. Łatwo jednak przekroczyć pewną granicę. Po pierwsze, nagły przypływ energii jest tylko pozorny. Im więcej alkoholu wypijesz, tym gorzej będziesz się czuć. Najgorsza opcja? Duża ilość procentów tuż przed pójściem do łóżka. Owszem, uśniesz w mgnieniu oka, ale nie wypoczniesz. Gdy rano się obudzisz, będziesz jeszcze bardziej rozstrzęsiona i zdenerwowana.

Gotowanie

Jeżeli pichcenie nie jest czymś, co cię odpręża, lepiej zamów pizzę. Raczej marne szanse, że w stresie uda ci się ugotować coś smacznego lub chociaż zjadliwego. To jest jedna z tych drobnostek, które warto w takich sytuacjach odpuścić i świat naprawdę się nie zawali.

Intensywny trening

Wysiłek fizyczny pozwala rozładować napięcie, jednak ta reguła nie dotyczy stanów przewlekłych. Jeżeli notorycznie jesteś zdenerwowana i zestresowana, powinnaś raczej pójść na jogę, niż intensywnie jeździć na rowerze przez dwie godziny. Jak wynika z badań, przeprowadzonych w Teachers College na Columbia University w Nowym Jorku, przewlekły stres utrudnia regenerację mięśni po treningu.

Zgiełk miasta

Spacer po mieście lub wizyta w centrum handlowym, gdy jesteś zdenerwowana lub zestresowana odpada. Zgiełk i tłumy nie pozwolą ci się wyciszyć. Będziesz miała wrażenie, że pędzisz wraz z resztą ludzi. Dobrym pomysł będzie za to wypad do lasu lub na wieś. Kontakt z przyrodą pomaga się wyciszyć i uspokoić. Jeśli notorycznie jesteś zestresowana, powinnaś pomyśleć o dłuższym urlopie z dala od ludzi i miasta.

Telefon do przyjaciela

Kontakt z bliską przyjaciółką wydaje się najlepszy pomysłem, jednak… warto zachować ostrożność. Jeżeli występuje choć niewielkie ryzyko, że bliska osoba cię nie zrozumie lub zbagatelizuje twoje problemy, lepiej odpuścić. To tylko dodatkowo nadszarpnie twoje nerwy i sprawi, że poczujesz się gorzej. Lepiej porozmawiać, gdy emocje opadną.

Brak seksu

Świadomie rezygnujemy z bliskości, gdy jesteśmy poddenerwowane, a to bardzo duży błąd. Seks pozwala rozładować napięcie, a w trakcie orgazmu następuje prawdziwa eksplozja hormonów szczęścia. Długi, namiętny seks, poprzedzony grą wstępną, jest najlepszym, co możesz teraz dla siebie zrobić.

Odrzucanie połączenia…

…od mamy! Badania wykazały, że jej głos (nawet słyszany tylko przez telefon) działa odprężająco i podnosi poziom oksytocyny. Oczywiście zakładając, że twoja matka nie jest toksyczna i nie usłyszysz od niej (jak zawsze), że do niczego się nie nadajesz i znowu coś zawaliłaś. Jeśli masz normalne, zdrowe relacje ze swoją rodzicielką, jej głos pomoże ci się uspokoić.

Mała czarna

W ramach badań, opublikowanych w „Journal of Applied Social Psychology”, osobom pijącym kawę podawano zwykłą kawę oraz kawę bezkofeinową, a następnie poddawano ich stresującym zadaniom i zlecano wykonywanie testów pamięci. Podczas gdy wydajność mężczyzn była osłabiona, kobiety lepiej radziły sobie z zadaniami partnerskimi, nawet będąc zestresowane i jednocześnie popijając kawę. W przeciwieństwie do mężczyzn, kobiety mają tendencję do tworzenia sojuszy społecznych, co wzmacnia ich zdolność do efektywnej pracy z innymi. Zestresowanym paniom kawa nie zaszkodzi, ale mężczyznom już tak, dlatego ten podpunkt dedykujemy płci męskiej.

Źródło: Woman’s Day

 


„Kiedy w końcu ogarnęłam się w tym swoim trudnym macierzyństwie, to pierwsza myśl była taka, żeby inne kobiety nie musiały przeżywać tego, co ja”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
21 stycznia 2018
Fot. iStock / Saso Novoselic
 

W noc po rozmowie z Agatą-doulą, przyśnił mi się mój poród.

Ja rodziłam ale też mnie rodzono. To był ciężki poród. Odarty z intymności. Byłam bardzo daleko od swojego ciała. Wczesna lata siedemdziesiąte. Migające światło jarzeniówki i blade lamperie na ścianach. Ból. Zimne i ostre narzędzia.  Obudziłam się nagle cała zlana potem. (Bo jest we mnie mała dziewczynka urodzona w taki właśnie sposób. Dla kobiet w mojej rodzinie poród był traumą. Takie to były czasy.)

Wiele lat potem urodziłam dwoje dzieci i noszę w sobie obraz tego czasu jako najszczęśliwszego w moim życiu.

Kiedyś wydawała mi się, że poród dotyczy tylko dzieci, które przychodzą wtedy na świat, ale po latach zrozumiałam, że dotyczy też nas kobiet. I może być źródłem naszej siły.

– Bycie mamą pochłonęło mnie bez reszty. Macierzyństwo pokazało mi drogę, której wcześniej nie widziałam i nie miałam pojęcia, że chcę się na nią wspinać. To mój życiowy projekt. – mówi Agata na samym początku naszej rozmowy.

Agata-doula. Mama Janka i Jagienki. Doula z zamiłowania i z zawodu. Zaczynamy więc tę nasza rozmowę od początku. Czyli od porodu.

– Początek mojego macierzyństwa był bardzo trudny.  Nie od razu zakochałam się w swoim synu i nie było porywającej fali miłości.

– Teraz jak na to patrzę, to widzę, że ten mój pierwszy poród nie poszedł po prostu  tak jak chciałam. Hmm a może nie do końca się do niego przygotowałam? Owszem, przeczytałam kilka książek ale czy to wystarczy? (zastanawiamy się obie)

– Same złe wspomnienia w głowie, tak? – dopytuję.

– No wiesz, bo zaczęło się od tego, że lekarz anastezjolog prychał, że jestem za gruba (rzeczywiście niezły początek – myślę sobie).

– Ale najgorsze było to, że nie miałam przy sobie Janka przez te pierwsze i bardzo ważne kilkanaście godzin.  Ciało nie miało okazji zadziałać tak, jak powinno,  nie wytworzyła się od razu więź, bo na to trzeba więcej czasu. Dotyku. Bycia razem.

– A kiedy w końcu mi tego Janka przywieźli – kontynuuje Agata –  to zobaczyłam jego krzywe nogi (Janek urodził się z chorobą Stopy Końsko-Szpotawe), a ja wpadłam w panikę. Bo skąd niby miałam wiedzieć co robić?

Agata opowiada o tym czasie spokojnym i mocnym głosem. Nie słychać w nim żalu i roztkliwiania się nad sytuacją.

– Przyjechała do mnie moja przyjaciółka. Pełna euforii. Patrzy na Janka, który leży obok w tym szpitalnym łóżeczku-mydelniczce, potem zerka na mnie i pyta: co Ty nie bierzesz go na ręce? A ja sobie myślę – no przewijam, próbuję karmić, ale nie czuję tego co wszyscy nazywali szumnie miłością od pierwszego wejrzenia.

(A ja myślę sobie po cichutku, że wiele kobiet pewnie czuje się na początku podobnie…)

– A co z tą magiczną więzią? Działa? – pytam przekornie.

I wtedy Agata spokojnie wyjaśnia mi czym jest więź. I jak bardzo ważny jest pierwszy kontakt. I że wszyscy jesteśmy noszakami (uśmiecham się do tego słowa). Bo jesteśmy stworzeni tak, żeby nie rozstawać się z ciałem matki przez pierwsze miesiące swojego życia. Pierwszy kontakt nie ze szpitalną wagą czy narzędziami, ale z ciepłym i znajomym ciałem matki!

Więź. Ludziom wydaje się, że w tym słowie tkwi jakaś magia. A to czysta biologia przecież jest.

A potem przyszły zmagania z chorobą Janka…

Od początku widać było, że z nóżkami Janka jest jakiś problem.

Agata opowiada o jeżdżeniu z małym Jankiem po całej Polsce. O bezradności lekarzy.  Złych diagnozach. Zbieraniu pieniędzy na leczenie w Wiedniu i potem żmudnych operacjach i różnych bolesnych zabiegach.

– Kiedyś myślałam, że można pewne rzeczy zrozumieć nie mając doświadczenia, ale dopiero kiedy zachorowało moje dziecko dotarło do mnie, że to jest szczególna sytuacja. Wyobraź sobie, że musisz swojemu dziecko codziennie założyć cholernie niewygodne ortopedyczne obuwie lecznicze. Jesteś matką, zakładasz mu te buty, on ma już trzy i pół roku i  prosi cię – „mamusiu nie zakładaj mi tych butów” (Agata ma łzy w oczach).

–  On tego nie ogarnia, że jak będzie miał 16 lat to będzie miał proste stopy. Ty wiesz, po co to robisz. Ale on przecież nie wie…– dodaje Agata.

Agata opowiada mi jak Janek się kiedyś ich zapytał, dlaczego oni – rodzice nie kochają jego krzywych nóżek. Jak tu odpowiedzieć na tak postawione pytanie?

Kocham Cię synku najbardziej na świecie i każdy milimetr Twojego ciała kocham równie mocno!

Bycie mamą otworzyło mi głowę…

– Kiedy w końcu ogarnęłam się w tym swoim trudnym macierzyństwie, to pierwsza myśl była taka, żeby inne kobiety nie musiały przeżywać tego, co ja – mówi stanowczym głosem Agata.

I ja też pomyślałam o młodych mamach pozamykanych z malutkimi dziećmi w tych swoich M3 albo nawet w wypasionych willach, ale spędzających całe dnie samotnie. I że tak bardzo brakuje kobietom bycia razem. Towarzyszenia. Nie oceniania. Dawania wsparcia sobie wzajemnie.

– A może poszłabym na jakieś szkolenie albo kurs, żeby dowiedzieć  się czegoś więcej i móc się tym dzielić?  Tak wtedy pomyślałam – opowiada Agata.

– Bo doulowanie to właśnie takie towarzyszenie jest, wiedziałaś o tym? – pyta mnie Agata (tak naprawdę to mało do tej pory wiedziałam o doulowaniu…).

– Położna puszcza w końcu rękę rodzącej kobiety, ale doula jest cały czas obok. Dyskretnie, ale jest. To głos, który pokazuje różne drogi, ale nie ocenia wyborów – wyjaśnia Agata.

– Ale zdarza się, że para klientka-doula się nie uda? – dopytuję się .

– Pewnie, że tak! Dlatego trzeba się najpierw poznać. Być blisko. Bo to jest przecież szczególna relacja –  odpowiada Agata.

A mnie interesują początki. Bo w moich czasach,  kiedy staraliśmy się o dziecko nikt nie słyszał o doulowaniu. Agata opowiada więc, jak dawno temu, jeszcze w czasach licealnych przeczytała w Wysokich Obcasach artykuł o douli.

– Wow! Jaka ciekawa rzecz, pomyślałam sobie – mówi Agata.

Na świecie to wcale nie był nowy temat. Bo jak się ogląda jakieś stare ryciny to widać dwie kobiety przy rodzącej. Położna i ktoś jeszcze, kto daje bezwarunkowe wsparcie.  Ach, bo poród to przecież mocna kobieca energia, której mężczyźni nie powinni zaburzać (teraz już trochę wiem na temat doulowania).

– Czy ty wiesz Kasia, że kiedyś mężczyźni-lekarze czekali za drzwiami podczas porodów? – pyta mnie z uśmiechem Agata.

– Agato, Ty masz wielką robotę do zrobienia. Uświadamiać i iść z tym w świat  – wyrywa mi się.

– Ale ja tego tak nie traktuję. Myślę o tym bardziej jednostkowo. Dam wsparcie kobietom, które będą go potrzebowały – spokojnie tłumaczy mi Agata (i właśnie ten jej spokój w połączeniu z mocnym i stanowczym głosem sprawia, że ufam w to co mówi.)

I autentyczność Agaty wynikająca z tego, że szczerze opowiada o swoich przeżyciach.

– Bo wiesz, wszystko po kolei mi nie wychodziło. Tak wtedy myślałam. Poród. Dziecko. A potem jeszcze karmienie piersią. Karmienie, bo ma duży biust i płaskie brodawki. W szpitalu nie dostałam żadnego wsparcia, ale pomogła mi przyjaciółka, która była certyfikowanym doradcą laktacyjnym. Kiedy wyszłam ze szpitala to ona od razu przyjechała do mnie.  A ja zaparłam się choć bliska mi osoba powiedziała, że nie wierzyła, że mi się uda – opowiada Agata.

–  Miałam świadomość, co daje mleko mamy i jakim cudem jest karmienie piersią – kontynuuje.

– Kasia, a czy Ty wiesz, że karmienie piersią jest też zdrowe dla matki, bo na przykład zmniejsza ryzyko raka sutka?  (nie widziałam)

Agata po urodzeniu Janka skończyła kurs promotorki karmienia piersią.

Moja siła jest w moich słabościach…

I kiedy wydawało się, ze wszystko w życiu Agaty zaczyna się powoli normować, to okazało się, że jest w kolejnej ciąży.

– To było dla mnie koszmarnie trudne – mówi szczerze Agata – poczułam się jakby ktoś zabrał odrobinę mnie (ach, te stereotypy – drugi pasek na teście ciążowym a my powinnyśmy od razu  czuć wielką i niczym niezmąconą radość – myślę sobie).

–  Byłam potwornie zmęczona. Trudny początek macierzyństwa z Jankiem. Walka o karmienie piersią. Leczenie Janka. Zbliżał się jego roczek a tu nowa ciąża.

Ale  to właśnie  narodziny córki – Jagienki uświadomiły Agacie, że siła jest w jej słabościach. I że pomimo koszmarnego zmęczenia fizycznego, nawrotu choroby Janka, co tygodniowych wyjazdów do Wiednia na leczenie, walki o utrzymanie w tych trudnych warunkach karmienia piersią –  to jednak Agata daje radę.

– Dlaczego tak rzadko my – kobiety mówimy sobie: jesteś zajebista, dałaś radę?

– Bo ja teraz to mówię sobie – śmieje się Agata – i Tobie to mówię, napisz o tym (o tak! śmiejemy się już teraz obie).

– Zresztą siłę dają mi też moje klientki doulowe – kontynuuje Agata – wzmacniają mnie, to jest energia w dwie strony, taka energia przepływająca.  Pomyśl tylko – byłaś przy tym kiedy ona się stawała mamą – to jest niesamowicie ważne!

Agata opowiada o swojej pierwszej klientce Gosi i o tym jak jechały razem do szpitala.

– Byłam spokojna i czułam, że jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu.

A potem przy porodzie, jak rodziła się Gaja to razem z Agatą płakała też położna (położna Kasia zapewnia, że to normalne – matki nie płaczą, ale położne i osoby towarzyszące często.)

Siła kobiet i feminizm

Wysłuchiwanie  i obserwowanie kobiecych historii uświadomiło Agacie, że kobiety nie czują się umocowane w swoim ciele i w swojej cielesności.  Kobiety po różnych przejściach, które chciałyby urodzić kolejne dziecko naturalnie mówią: lekarz mi pozwolił albo lekarz mi nie pozwolił.  (Agata jest mocno zaangażowana w projekt Naturalnie po Cesarce).

– To jest tarcie na płaszczyźnie natury i zaufania sobie – tłumaczy Agata

– Mogę rodzić. Lekarz mi pozwolił. Jak to Ci pozwolił? – denerwuje się Agata –  To nie Ty decydujesz o tym jak chcesz urodzić swoje dziecko? W domu? W wannie? Ze swoim partnerem czy bez?

Jak to się dzieje, że większość kobiet oddaje decyzyjność w tak ważnej sprawie w ręce mężczyznom-lekarzom? – zastanawiamy się obie.

A poród to jest przecież kobieca energia. Od tego zaczęłyśmy naszą rozmowę, a teraz zastanawiamy się skąd zatem taka dominacja mężczyzn w świecie okołoporodowym.

Agata opowiada mi  o tym, jak usłyszała historię o rozwarciu: położna po badaniu stwierdziła, że pacjentka ma 7 cm rozwarcia, ale kiedy przyszedł lekarz to okazało się, że rozwarcie jest na 4 cm i ten ostatni pomiar został  wpisywany do karty.

– A może ta różnica w rozwarciu u kobiety była kwestią stresu związanego z badaniem przez osobę, której nie ufała i której sie bała? – zastanawiamy się obie.

Agata wspominając drugi poród  ze świetną położną Katarzyną opowiada o tym, że też nie obeszło się bez zgrzytów:

– Bo wiesz, wyobraź sobie: jestem w swoim świecie, akcja porodowa w pełni, 7-8 cm rozwarcia i nagle przychodzi lekarz, który żąda ode mnie odpowiedzi na różne, ważne (ale dla niego) pytania. A ja nie chciałam teraz odpowiadać, więc zachowałam się bardzo niemerytorycznie i pokazałam mu fucka. Niewerbalnie, ale stanowczo zadecydowałam o sobie.

(Cała Agata – myślę sobie.)

Siła bliskich mi kobiet

Agata doświadczyła życia w wielopokoleniowym domu. Domu kobiet. Mama, babcia i prababcia, która zmarła niedawno w wieku 104 lat.

– Wychowywaliśmy się wszyscy w jednym domu.  Dlatego mam wpojony szacunek do starszych osób i to żeby się trzymać się zawsze razem.

Agata wspomina zloty czarownic u nich w domu, czyli spontaniczne posiadówki u babci. I opowiada o niezwykłej  siostrzanej  więzi pomiędzy jej mamą a ciocią.

– Jak myślę o sile kobiet to myślę też o sile wynikającej z bycia razem. Tak jak moja mama i jej siostra, czyli moja ciocia. Mają siebie i chociaż są tak różne to jednak zawsze sobie pomagają.

Bo to jest rodzaj rodzinnego kręgu kobiet, z którego czasem się wychodzi ale zawsze się do niego wraca.

Agata opowiada, że mama i ciotka bardzo silnie związane są ze swoją matką. Babcia Agaty była księgową, po wojnie robiła maturę, uczyła się po nocach w łazience (mieszkały w pokoju z kuchnią wiec nie chciała przeszkadzać reszcie rodziny). Wszystko oczywiście ogarniała. Ich dzieciństwo było bardzo wesołe, pełne wybryków. Agata opowiada, jak mama i ciocia zaprosiły do siebie do domu kilkanaście dzieciaków z podwórka  i urządziły konkurs skoków z szafy na łóżko. A ja widzę w uśmiechu Agaty  zawadiackość i sama się uśmiecham do tych jej rodzinnych kobiecych opowieści.

Siła Agaty tkwi jest w jej słabościach, więc cały czas trzeba coś z tymi słabościami robić. Działać. Nie podawać się. Rodzice Agaty byli taternikami jaskiniowymi. Jej mąż też jest związany z górami, jest wspinaczem i górskim biegaczem. Agata w młodości również się wspinała i na pewno do tego wróci. Ale teraz jest mamą, która chce pomagać innym kobietom. Bo bycie mamą to mozolna wspinaczka, a właśnie z potknięć i kryzysów rodzi się siła do zmiany. Agata dobrze to rozumie.

„Bycie w naturze, wyjazdy w skałki, proste biwakowe życie wspinaczy nauczyło mnie czerpać radość taką zwyczajna, codzienną. Z dobrej kawy pitej w zimny poranek na plecaku pod skałami, z promieni słońca, które ogrzewają zmarznięte po nocy w namiocie ciało. Góry dają mi poczucie spokoju, wolności, harmonię i odpoczynek. Tam czerpię, żeby potem rozdawać J Kiedy tylko możemy całą rodziną uciekamy do naszego górskiego domu wybudowanego przez tatę. Kiedy to piszę siedzę właśnie w jego salonie i zerkam na zaśnieżony horyzont. Czasem chciałabym stąd nie wracać, bo tu nie dosięgają mnie żadne życiowe zakręty, ale po kilku dniach ładowania baterii przypominam sobie gdzie prowadzi moja droga i wracam do kobiet, które czekają na wsparcie. Istotne wydaje mi się jednak być to, że moja siła płynie właśnie stąd. I z miłości.

Jestem doulą, właśnie dlatego, że ciągle mam w sercu tą wolność i siłę górskich kobiet.”

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna  Szota – Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana, współtworzy Sunday is Monday oraz gliwicki Klub Książki Kobiecej. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Dziewczyna ze Śląska, wegetarianka, felietonistka i feministka.


Piękne dłonie zimą w czterech krokach

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
21 stycznia 2018
Fot. iStock / encrier

Piękne dłonie? Która z nas nie wścieka się zimą na przesuszoną skórę, pękające skórki i ból? Pielęgnacja dłoni staje się prawdziwym wyzwaniem. Doskonale znam ten problem, bo gdy tylko za oknem robi się chłodno, bezproblemowe dotychczas dłonie zamieniają się w pole walki.

Cztery drobiazgi skutecznie pogarszają zimą stan naszych dłoni. Naprawdę nie trzeba wiele, by przestać szkodzić skórze i poczuć ogromną różnicę! Wypróbujcie koniecznie.

1. Piękna skóra musi pracować

Skóra nieustannie pracuje nad wytwarzaniem nowych komórek, czyli nad samodzielną regeneracją. Aby skóra była gładka, świeża, dobrze absorbowała składniki odżywcze z kosmetyków, warto nieco pobudzić ją do takiej pracy.

Najlepszy sposób, to prosty peeling.

Prosty domowy peeling wykonasz z soli lub cukru oraz oliwy. Zmieszaj i wymasuj nim swoje dłonie, następnie spłucz. Jeśli dłonie są popękane lub twój kot lubi zabawy zostawić po sobie ślad 😉 – zdecydowanie zrezygnuj z opcji z solą (będzie szczypało).

2. Suche, nie wysuszone

Błahostka i najczęściej popełniany błąd. Pamiętaj, by dokładnie osuszyć dłonie po ich umyciu. Również między palcami.

3. Zaklęcie trzech kremów

Zaklęcie składa się z trzech  kremów. Dlaczego akurat trzech? Hmm, przypomnij teraz sobie te sytuacje (3 klątwy suchych dłoni):

Leżysz sobie w łóżku okryta miękką kołdrą, oczy ci się kleją i nagle: „wrrr, a miałam jeszcze posmarować ręce…”. Wstajesz, czy obiecujesz sobie, że zrobisz to z samego rana?

Jedziesz autobusem, a dłonie aż pieką, bo nagle i niespodziewanie chwycił mróz…

Siedzisz w biurze, twoje dłonie są suche jak papier – nie pomaga ci mydło w płynie w biurowej toalecie, ciągły bark ręczników, żeby dokładnie je osuszyć… a krem w domu.

Kupujemy trzy kremy – i już nigdy nie musimy żałować, biegać, pamiętać… proste, prawda?

Czary mary: krem, krem krem!

  1. do torebki/samochodu
  2. na biurko
  3. przy łóżku

    *zadanie z gwiazdką dla zapominalskich to krem z pompką na umywalkę!

4. Mydło zbrzydło!

Zbyt często zapominamy o oczywistym. To jakiego mydła używamy do mycia rąk ma ogromny wpływ na kondycję skóry. Niestety ukochane przez nas mydła w płynie (szczególnie te „biurowe”) bardzo mocno wysuszają skórę. U mnie zamiana „pompki na kostkę”, zdziałała cuda. Jakiś czas temu odkryłam genialne mydło w płynie (organiczne) i faktycznie czuć ogromną różnicę. Pamiętajcie, że preparaty antybakteryjne również mocno wysuszają skórę – jeśli musicie je stosować (np. pracujecie  służbie zdrowia) krem do rąk to obowiązek!

To w zupełności wystarczy na dobry, wspólny początek. Gdy przypomnicie sobie o pielęgnacji dłoni, te proste nawyki szybko się u was zadomowią. Powodzenia!

PS: Dobre kremy do rąk są dostępne w każdej drogerii i wcale nie muszą być drogie. Pytajcie również w aptece – czasem za kilka złotych można odkryć prawdziwe perełki!


Zobacz także

„Atrakcyjna”, czyli jaka? Wcale nie musisz mieć nóg do nieba i zgrabnej pupy

Nie musisz być na to gotowa. Jak sobie radzić z przemijaniem bliskich?

„Jedz szpinak”, czyli obalamy mity na temat niedoboru żelaza