Portret kobiety „na zakręcie”. Przeżyłam wystarczająco trudnych momentów, by nie bać się przyszłości

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 marca 2018
Następny

Nie mam już dwudziestu lat, od dawna. Bliżej mi do czterdziestki niż trzydziestki. Pierwsze zmarszczki zaznaczają mi się wokół oczu i wokół ust (dużo tych od śmiechu, ale od płaczu też są, tych nie znoszę). Nie jestem już dzieciakiem, który biegnie wciąż do przodu jak na skrzydłach, ciągle zaczynając coś nowego, ciągle pragnąc niemożliwego. Wiem, czego nigdy nie osiągnę. Ale wciąż mam marzenia, wciąż robię plany, o których inni mogliby powiedzieć, że są szalone. Ja je zrealizuję.

A kiedy się zakocham, to wiem, że znów będę nastolatką, która fruwa pod sufitem na dźwięk jego imienia i snuje się nieprzytomna po domu, przypominając sobie co powiedział, kiedy mnie całował i jak wtedy wyglądał. Jestem kobietą po przejściach, na zakręcie, z nadzieją na jeszcze coś więcej niż to, co mam teraz.

Jasne, że chcę jeszcze być szczęśliwa. Ale nie wiążę już tego szczęścia z obecnością konieczną jakiegoś mężczyzny. Może nawet bardziej pragnę mieć obok siebie dobrego przyjaciela, który będzie wsparciem w trudniejszych momentach? Nie, nie potrzebuję czyjegoś ramienia, by radzić sobie w życiu. Nauczyłam się polegać na samej sobie. Nie liczę na cud i na to, że zjawi się ktoś, kto poprowadzi mnie za rękę. Nie chciałabym tego. To ja prowadzę. Ja wyznaczam sobie cele, krok po kroku. Realizuje je w swoim tempie. Jednak coraz bardziej cenię sobie obecność i mądrość drugiego człowieka. Doświadczenia, którymi zechce się ze mną podzielić. Zniknął ten uparty dzieciak, który „wiedział lepiej”. Jest kobieta naprawdę ciekawa innych.

I tak, mimo, że zmagam się z wieloma problemami, to jestem w takim momencie, w którym czuję swoją siłę, mocniej niż kiedykolwiek. Jestem silniejsza niż dziesięć lat temu. Ta siła, to „poukładanie wartości” przyszło z czasem. Wszystko, co się w moim życiu wydarzyło zaprowadziło mnie do tej pewności, że cokolwiek się stanie, poradzę sobie. A jeśli nie, poproszę o pomoc.

Nie mam na koncie milionów. Wszystko, co mam to dokładnie tyle, by godnie przetrwać z dwójką dzieci, w wynajętym mieszkaniu. Jasne, że chciałabym więcej, bo to dałoby mi większy spokój o nie. Ale nie „już”, nie „natychmiast”. Nie „w tej chwili”. Nauczyłam się cierpliwości. Za jakiś czas osiągnę moje „więcej”. A potem może jeszcze więcej.

Mam spokój duszy i świadomość, że żyję zgodnie ze sobą, nie czuję lęku przed osobą, która zasypiała obok mnie, bo jej już obok nie ma.

Mam w swoich wspomnieniach cierpienie, którego nikomu nie życzę, ale też radość i ulgę z tego powodu, że to etap skończony i że to ja go zamknęłam. To ja kreuję swoje życie.

Mam znajomych, których zdanie cenię sobie bardziej i znajomych, których opinie puszczam mimo uszu. Cieszę się z tego, że są – i jedni, i drudzy. I jednych i drugich w jakimś stopniu potrzebuję w swoim życiu.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Praca, dzieci, zakupy, życie. Jestem wyjątkowa, że tak dobrze sobie ze wszystkim radzę. Dlaczego wcześniej tego nie widziałam?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 kwietnia 2018
Fot. iStock/Liderina
Fot. iStock/Liderina
 

Poranek taki, jak każdy. Godzina szósta rano, filiżanka kawy z mlekiem, krótka chwila z kalendarzem, żeby wiedzieć co mnie dziś czeka i czy na pewno nie przeoczyłam wywiadówki w szkole. Prysznic. Pół godziny później budzę dzieci. Jak każdego dnia i tym razem nie jest łatwo. Ale w końcu, mniej lub bardziej ubrani, mniej lub bardziej uśmiechnięci, siadamy w końcu do wspólnego śniadania. Ja i dwójka moich dzieci.  Punkt siódma trzydzieści wychodzimy z domu, by zrobić naszą codzienną trasę – najpierw do szkoły, potem do przedszkola. Po drodze rozmawiamy – o tym, co ważne i o tym, co nieważne, ale i tak ciekawe albo zabawne. O koleżance, która boi się pani od plastyki. I o tej, która ma małego kotka i jej tata przyniósł go wczoraj do przedszkola. Jak zwykle, jesteśmy na czas. Kilka buziaków, uśmiech i rozchodzimy się do swoich zajęć. Zanim zacznę pisać, zazwyczaj parzę sobie herbatę, przeglądam wiadomości i siadam do pracy.

Jak zwykle się udało. Dzieci zaprowadzone na czas do szkoły i przedszkola, kanapki na drugie śniadanie spakowane, lekcje sprawdzone, maluchy spokojne (w miarę) i zadowolone, że ich życie toczy się regularnym, rutynowym rytmem. Że, jak codziennie, odbiorę ich o tej samej porze i pójdziemy na ten sam krótki spacer, a potem do domu. Zjemy coś ciepłego, nieważne, czy to będzie domowy obiad, czy zamówiona w ulubionej restauracji pizza, przytulimy się i odrobimy razem lekcje, poczytamy, pobawimy się, siądziemy do wspólnej kolacji (kanapki). A kiedy dom zaśnie, usiądę zmęczona na kanapie z tym samym poczuciem: lepszy lub gorszy, ten dzień się udał. Znów.

Dziś też usiadłam przy stole, otworzyłam komputer i nagle poczułam się dumna… z samej siebie.  „Kurczę – pomyślałam, pierwszy raz w życiu – jak ja sobie z tym wszystkim radzę? To jest niesamowite. Jestem silna, niesamowita.” I zaraz potem zrobiło mi się głupio, że tak o sobie myślę. Ale nie na długo. Napisałam do koleżanki. „Super – odpowiedziała – ja też o tym nigdy nie myślę w taki sposób. A powinnam. Jestem naprawdę świetna”. To prawda, jest. Wychowuje dwóch, wspaniałych synów, przekazuje im wartości, o których większość z nas zapomina. No i jest naprawdę dobrą autorką. Podziwiałam ją, ale siebie – nigdy.

Czemu tak trudno nam przyznać przed samymi sobą, że jesteśmy wspaniałe, że wykonujemy świetną robotę? Nieważne, kim jesteśmy i jaka jest nasza sytuacja. Codziennie dokonujemy czegoś niezwykłego. Dlaczego tak rzadko same sobie to mówimy? Dlaczego cały ten szalony, codzienny multitasking uważamy za coś oczywistego, zwyczajnego? Przecież to wcale nie jest nic zwyczajnego.  To jest taki nasz mały, codzienny heroizm.

Mam kilka koleżanek, które mówią mi na pół ironicznie, na pół szczerze: „Podziwiam cię. Ja bym tak nie mogła”. Myślę, że się nie doceniają. Gdyby znalazły się w mojej sytuacji – mogłyby.

Nie zastanawiamy się na co dzień jak ważne jest to, co robimy – ciepły posiłek, książka przeczytana dziecku wieczorem, poczucie bezpieczeństwa jakie mu dajemy, ciepło, zakupy przyniesione ze sklepu, kiedy już wydawało ci się, że nie masz siły. Albo, jeśli nie masz dzieci – opieka nad schorowanym bliskim, partnerem, rodzicem. Lub też codzienne zmaganie się z chorobą.

Jasne, nie jest łatwo. I nie musi tak być. Z czasem dzieci podrosną, będą mogły bardziej uczestniczyć w domowych obowiązkach. Choroba stanie się codziennością, przywykniesz do tego czym jest i jak sobie z nią radzisz. Nadal – powinieneś być dumny, znać swoją wartość, wiedzieć, jaki wysiłek podejmujesz, ile osiągasz.

Zbyt rzadko jesteśmy z siebie dumni za „normalne”, codzienne sprawy. Bo przecież, mimo że normalne i codzienne, bywają dni, że są dla nas emocjonalnym Everestem.


W życiu każdej z nas przychodzi moment prawdy, czas na zmianę. To już, to teraz, nie zmarnuj tej szansy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 marca 2018
Następny

To może być o jedno słowo za dużo w twojej rozmowie z partnerem. Albo o jedną zdradę za daleko w waszej relacji. To może być moment, w którym rozumiesz nagle, być może pierwszy raz w życiu, że nie jesteś sobą, że nie jesteś z tym, z kim powinnaś być, że coś cię ogranicza, że jesteś nieszczęśliwa. Potrzeba zmiany i jednoczesny lęk przed tym, co nowe, paraliżuje cię i sprawia, że odczuwasz ogromny niepokój. Ale również, jakiś przebłysk radości. Wyzwolenie jest blisko. Teraz wszystko już będzie inaczej i nie uciekniesz przed tym. Nie znajdziesz też kolejnej wymówki. Nic tego nie zatrzyma. Dogoniła cię prawda.

Prawda boli, ale i zmienia na lepsze. Jaka jest twoja prawda? Dochodzi do ciebie z całą mocą, że żyłaś iluzją, że oszukiwałaś siebie i innych? Ale to nie o tych innych przecież teraz chodzi. To ty nie byłaś szczęśliwa, to ciebie bolało. I przyszedł moment, w którym nagle wiesz – cokolwiek się stanie, za nic w świecie nie chcesz tkwić dłużej w tym martwym punkcie. Prędzej oszalejesz. Dość tego. Odchodzisz, zostawiasz to za sobą, nigdy tu już nie wrócisz.

Nie, to nie jest łatwe – stanąć ze sobą twarzą w twarz i powiedzieć sobie „żyłam w kłamstwie”, popełniłam masę błędów. Teraz żałuję, to się nie powinno wydarzyć. Naprawię to. Wydostanę się z tej emocjonalnej pułapki. Zacznę żyć tak, jak chcę, jak potrzebuję.

Przed samą sobą jest ci trudno nawet nazwać po imieniu te wszystkie rzeczy, które „uwierają”, te relacje, które sprawiają, że jesteś bardzo niepewna siebie, nieświadoma swoich pragnień, że kręcisz się w kółko, wciąż powtarzając te same, szkodliwe mechanizmy. Że otaczasz się tymi samymi, toksycznymi ludźmi.

Co poszło nie tak, że potrzebujesz aż tak ogromnego wstrząsu, by wreszcie zająć się swoim życiem, pokonać lęk? Wykorzystano cię, kolejny raz? Przyjaciółka, dobra znajoma, ktoś komu bezgranicznie ufałaś –  zawiódł? Cios przyszedł z niespodziewanej strony. Ale w tym jednym momencie pojmujesz – powinnaś była być ostrożniejsza, lepiej pilnować swoich spraw, nie lekceważyć niepokojących sygnałów. Były przesłanki, zlekceważyłaś je. Możesz mieć pretensję tylko do siebie.

A może znów odmówiono ci prawa do realizowania marzeń? Znów podcięto skrzydła, przekreślono wszystkie plany jednym zdaniem, kilkoma słowami? Usłyszałaś od bliskiej osoby – może partnera, może rodziców – że i tak sobie nie poradzisz, bo jesteś do niczego? I dochodzi do ciebie, że już dawno powinnaś tupnąć nogą, powiedzieć coś „mocniej”, grzecznie, ale stanowczo zaznaczyć, że to życie należy do ciebie i cokolwiek zdecydujesz, nikomu nic do tego.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie