My wojną jesteśmy naznaczeni, ale dzisiaj – po Brukseli, boję się o moje dzieci

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
23 marca 2016
Fot. iStock / Mitja Mladkovic
Fot. iStock / Mitja Mladkovic
 

„To jest przegrana walka i trzeba nauczyć się z tym żyć” – napisał ktoś na Facebooku po informacji, o zamachach w Brukseli. Znajoma mieszkająca w Londynie ostrzegała, żeby ograniczyć w najbliższych dniach korzystanie z metra. Ktoś do mnie mówi: „Mają taki wywiad, tyle wiedzą, a oni jeszcze z tymi bombami potrafią się wcisnąć”.

Siedziałam wczoraj i słuchałam, choć chyba bardziej oglądałam to, co wydarzyło się w Brukseli. Przypomniał mi się okrutny poranek z tragedią w Paryżu w tle. Mocniej dotarły do mnie doniesienia o wybuchach, o wojnie, o konfliktach, także tych na Ukrainie.

Staram się nie widzieć świata w czarnych barwach, odsuwam od siebie wizje, które później spędzają mi sen z powiek. Wolę myśleć: „Nam nic się nie stanie, wszystko w końcu zostanie złagodzone, rozwiązane, załatwione”, niż nakręcać w sobie spiralę strachu. Ale znajoma napisała: „Lecę za chwilę do Europy. Szczerze – boję się”.

I pomyślałam, że od tego nie uda się uciec. Siedziałam i  płakałam ze strachu, z bezradności. Z poczucia, że to nie ja będę decydować o szczęściu moich dzieci. Że choćbym stanęła na głowie starając się, by ich życie było szczęśliwe, to nie wiem, w jakim świecie przyjdzie im żyć. Im i ich dzieciom.

I dzisiaj, gdy wychodzili rano do szkoły uśmiechnięci, z tornistrami na plecach, przepychając się w drzwiach stałam i patrzyłam na nich myśląc: „Oby jak najdłużej”. Oby ich życie jak najdłużej składało się z beztroski, ze wspólnych kłótni i przepychanek. Z kolegów, którzy odwiedzą ich po południu i lekcji, których nie chce im się odrabiać.

Dostaję wczoraj maila: „Przepraszam, odezwę się za kilka dni. Mam rodzinę w Brukseli. Przepraszam…”. Czytam, że ktoś zastanawia się, czy puścić swoje dziecko na wycieczkę gdzieś za granicę.

Ten strach jest realny, co więcej on jest namacalny. Jeszcze kiedyś krzyczałabym: „Nie dajmy się zastraszyć, ten strach jest najgorszy. Kiedy się boimy łatwiej nad nami zapanować, łatwiej manipulować i ograniczyć!”.

Ale dzisiaj boję się o moje dzieci. Boję się o to, że ich pokolenie i pokolenie ich dzieci będzie musiało poznać smak wojny. Noszę w sobie paskudne przekonanie, którego nienawidzę, że to się zdarzy. I z tym przekonaniem nie potrafię walczyć, uśmiechać się do tego ironicznie. Bo dziś wiem, że to jest realne.

My wojną jesteśmy naznaczeni, choć jej nie pamiętamy. Często nie pamiętają jej nawet nasi rodzice, ale nosimy ją w sobie. Nie tylko dlatego, że jako Polacy kochamy się w martyrologii, ale lubimy myśleć o sobie, że cierpieliśmy za miliony.

Nie chcę, by kolejne pokolenia niosły w sobie tę iluzję. Że wojna wyzwala, że ginie się w imię wyższej idei. Że nawet ci niewinni zasługują na miano bohaterów.

Nie chcę, by moje dzieci były takimi bohaterami. Nie chcę, by ktoś wykuwał dla nich czy dla ich przyjaciół tabliczki upamiętniające ich kompletnie bezsensowną śmierć.

Nie chcę, by musiały uciekać, by nagrywały telefonem filmiki, które później ktoś złoży w jeden długi film o ich czasach, o czasach życia w strachu, w czasach ucieczki i czającego się wokół zagrożenia.

Nie chcę, by opowiadały swoim dzieciom, jak wychodziły do szkoły z tornistrami przepychając się w drzwiach, jak o czymś, co dzisiaj jest (bynajmniej chwilowo – tak tłumaczyliby swoim dzieciom) niemożliwe.

Nie chcę, by rozsnuwały wizję spokojnego i szczęśliwego świata, który tylko był i który będzie być może kiedyś udziałem ich dzieci i wnuków i ich dzieciństwa, o którym tak rzadko pamiętają w obliczu tego co się dzieje.

Nie chcę myśleć, że ta wojna byłaby inna, bo tocząca się na poziomie gospodarczym, politycznym, w zaciszu gabinetów prezydenckich. Że na pierwszym miejscu stawiany byłby interes najbogatszych.

Nie chcę w ogóle myśleć o tej wojnie, bo boję się irracjonalnie nawet tego, że  to jak samospełniająca się przepowiednia.

Na stronie UNICEF-u czytam: Wojna dotyka pokolenie dzieci i młodych osób, które zostały wyrwane z systemu edukacji. Trauma, której doświadczyły, każe im coraz częściej patrzeć na przyszłość jedynie przez pryzmat przemocy.

I myślę, że nieważne o jakiej wojnie piszą, że nieważne, gdzie ona się toczy. Ważne, że zawsze dotyka ona tych najbardziej bezbronnych, tych pełnych marzeń, szczytnych idei. Którzy tak, jak teraz wcześniej, mówią: „Nie bójmy się”, choć budzą się w nocy zlani potem jeszcze nie wiedząc co ich czeka.

I najbardziej na świecie pragnę właśnie, by nigdy się tego nie dowiedzieli. By nigdy nie poczuli mojego dzisiaj strachu, smutku i miliona obaw. By te emocje nigdy nie stały się ich udziałem. By przemoc pozostawała nadal zamknięta w pytaniu: „Mamo co się dzisiaj stało” i w moim tłumaczeniu, że zginęli niewinni ludzie, że po raz kolejny, ktoś chce zburzyć nasz spokój.  I w przytuleniu się do mnie i w dziecięcym: „Ale nam nic nie grozi? Bo to nie w Polsce?”. Na to nie umiem już  odpowiedzieć… A tak bardzo bym dzisiaj chciała.


Za co kocham bycie mamą dzieci

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
30 marca 2016
Za co kocham mieć dzieci
Fot. Pexels/skitterphoto.com / CCO
 

To, że kochamy dzieci to oczywiste. To, że czasami chcielibyśmy odpocząć od bycia rodzicem – to naturalne. To, że nasze życie dzieli się na to „przed dziećmi” – którego najczęściej nie pamiętamy, i na „po dzieciach” – to zwykła kolej rzeczy.

Dzieci nas wzruszają i wkurzają, kochamy je i czasami miewamy serdecznie dosyć. Bo sprawdzają granice naszej cierpliwości, wyrozumiałości i tolerancji.

Czasami, zwłaszcza po dniu kiedy moje dzieci dały mi w kość i kiedy mogę poobserwować ich z boku lubię sobie przypomnieć za co kocham mieć dzieci.

Ale kocham być mamą, bo dzięki dzieciom:

Codziennie znajduję powód do uśmiechu

Właściwie nie ma dnia, żeby się nie uśmiechała. Na ich widok, kiedy wracają ze szkoły, na rozmowy przy stole, na opowiedziany żart, czy z dumy po jakimś ich osiągnięciu. Chyba nikt tak, jak one nie potrafi mnie rozśmieszyć do łez.

Przezwyciężam swoje słabości

Trudno powiedzieć, że czegoś mi się nie chce, że na coś nie mam ochoty. Łapię się na tym, że takie myślenie odchodzi w zapomnienie. Czasami myślę, że gdybym nie miała dzieci nie zrobiłabym nawet połowy rzeczy, które robię w ciągu dnia, bo zwyczajnie by mi się nie chciało.

Zrozumiałam, iż żadna wymówka nie jest dobra

Dosłownie żadna. Bo każda jest od razu zbijana. Nawet powiedzenie „za chwilę” bywa ryzykowane, bo ile trwa „chwila”, albo „moment”. Każde „nie chcę” zostaje odbite pytaniem „dlaczego”. A raz usłyszane od dziecka „bo nie” sprawia, że akurat tego argumentu zaczyna unikać się jak ognia. I nagle dochodzisz do wniosku, że faktycznie – wymówki są do niczego, po prostu trzeba coś zrobić, znaleźć czas, wytłumaczyć. I tyle.

Wiem, że nie ma pytań bez odpowiedzi

Kiedyś myślałam tylko, że nie ma głupich pytań. Dzisiaj wiem też, że nie ma pytań pozostawionych bez odpowiedzi. Chwała za internet, który pozwala ciągle i wciąż poszerzać naszą wiedzę. I znajdować odpowiedzi na naprawdę najdziwniejsze pytania.

Mogę bezkarnie oglądać bajki

I z wszystkim nowościami jestem na bieżąco. Do „Króla Lwa” mogę wracać ile razy będę miała ochotę i nikt nie będzie się dziwił. Ile bym fantastycznych bajek przegapiła, gdybym nie miała dzieci. W kinie wybierałabym jakieś dorosłe filmy zmuszające (bądź nie) do refleksji, a z dziećmi bez skrupułów wchodzę na seans bez obawy, że wyjdę rozczarowana.

Mogę wracać do książek z dzieciństwa

Ile razy w dorosłym życiu sięgnęłabym po „Opowieści z Narni” czy „Akademię Pana Kleksa”? Pewnie w życiu nie znalazłabym na to czasu, bo przecież tyle jest książek do przeczytania. A tak, dzięki dzieciom wracam do emocji z dzieciństwa, do historii, które pobudzały moją wyobraźnię, mogę znowu poczuć się dzieckiem czytając „Niekończącą się historię”.

Nie zapominam, że świat jest ciekawy

Przy dzieciach nie przegapię oznak wiosny, bo one zawsze wykrzyczą „bociany”, albo „przebiśniegi”. Cieszę się ze śniegu i możliwości wyjścia na sanki. To one przypominają, jak fascynujący jest świat wokół, jak wiele ciekawych rzeczy się wydarza i dzieje, jak ważne by doceniać to, co nas spotyka każdego dnia. By to przede wszystkim zauważać.

Nie pozwalają się zatracić

Zatrzymują mnie swoim: „Mamo posłuchaj”, „Musze coś ci opowiedzieć”, „Upieczesz ciasto?”. Wtedy muszę zwolnić, rozejrzeć się wokół i przypomnieć sobie, co jest dla mnie najważniejsze. Każdego dnia pozwalają mi znaleźć balans między tym co muszę a tym, co powinnam i co chcę.

Zawsze mam się do kogo przytulić

To cudowne, że gdy mi źle, smutno, ciężko zawsze znajdę chętnego do przytulenia się. A wiadomo, że nic nie działa na duszę tak leczniczo jak przytulanie się. Na dzieci w tej kwestii zawsze mogę liczyć. Kocham te ich ciała wtulone we mnie, takie bezpieczne. Wtedy czuję, że jestem kochaną. I to najbardziej na świecie. I czego chcieć więcej?


To jednak genialne, że dzieci rosną. Czasami naprawdę warto to docenić

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
27 lutego 2016
Fot. Unsplash/Annie Spratt / CCO
Fot. Unsplash/Annie Spratt / CCO
 

Mam w pracy koleżanki, które mają dzieci młodsze. Młodsze od moich. Dużo młodsze. Moje Dziki to już osiem i dziesięć lat, a ich to przedział od roku do pięciu lat.

I kiedy tak ich słucham, to czasami sobie myślę, że to jednak genialne, że dzieci rosną. Czasami naprawdę warto to docenić.

Dlaczego? Jak masz starsze dzieci to pewnych rzeczy nie musisz i pewne sytuację już cię nie dotyczą, bo możesz:

Ubrać się sama bez naciągania nikomu czapki i zakładania butów

Szybko się zapomina te wyjścia z domu, kiedy trzeba ubrać dwójkę i siebie i jeszcze najlepiej się przy tym nie spocić jak mops. A teraz – butów nikomu nie wciskasz, zamek od kurtki zapinasz tylko jeden – swój. I czekasz, aż reszta się ogarnie do wyjścia

Nie zaprzątać sobie głowy tym, kto co założy

Twój udział w garderobie dzieci ogranicza się jedynie do prania i wieszania ich ciuchów. Same już układają je w szafie, same też wybierają, co chcą założyć. Już nie ma: „Nie chcę tych rajtuz”, „Nie lubię tej bluzki”, „Ja chcę koszulkę w smoki”, a koszulkę w smoki diabeł przykrywał ogonem i nigdy nie można jej było znaleźć o poranku.

Nie przerywać nagle rozmowy

Bo okazuje się, że właśnie jednemu trzeba wytrzeć tyłek, a drugie dorwało się do szuflady z mąką u cukrem. „Przepraszam cię, muszę kończyć – kupa”. To zdanie już ciebie nie dotyczy. Jak i trzask rzucanej przez ciebie słuchawki, bo właśnie twoje dziecko wdrapało się na kanapę i chce skoczyć. I nikt nie mówi: „Halo, halo jesteś tam”, kiedy ty stoisz z otwartą buzią podziwiając mazaje na ścianie wykonane przez dziecko, które odkryło właśnie malarski talent. A czułaś, że coś jest za cicho.

Nie sprawdzać, czy masz jak dostać się do sklepu

Ile schodów pokonać, czy jest podjazd na wózek, czy winda wystarczająco szeroka. Zapominasz te wszystkie sposoby na wciągnie wózka po schodach – a przecież dochodziłaś w tym do perfekcji. Dziecko nawet się nie budziło, jak targałaś wózek na trzecie piętro do dziadków.

Zrobić spokojnie zakupy

Bez wjeżdżania między półki wózkiem, wyciągania z niego tego, co dziecko zdążyło przemycić. I bez pakowania zakupów – trochę w koszyk, trochę dziecku między nogi i torba, którą ciężko nieść i pchać wózek. Zawsze myślałam: „Za jakie grzechy sama to sobie robię, te zakupy i z nimi tachanie się”. A teraz. Cyk – samochód, koszyk, czyta przyjemność. Bez szukania dzieci między półkami. Kiedyś znajomy spotkał mnie w markecie i mówi: „Wiesz, jak już wszedłem, to wiedziałem, że jesteś – twoje dzieci było słychać…”. Taaaa J

Powiedzieć: „Zrób sobie sam kanapki”

I nie lecieć i pytać, co by zjadło. Studzić, chuchać i miksować. Martwić się, czy zje, czy nadal lubi marchewkę, czy może już mu się odwidziało. Co więcej, nawet niekoniecznie zawsze musisz biec do kuchni robić dziecku głodnemu jedzenie, bo ono samo zrobi sobie kakao, jajecznicę, budyń, czy płatki z mlekiem. Cudowne jest to wyliczanie, co potrafi zrobić samodzielnie do jedzenia.

Nie odprowadzać

Z językiem wywieszonym do przedszkola, żłobka. I jeszcze myśleć, czy dzisiaj przypadkiem nie ma dnia zabawki. Bo wiesz – dramat w szatni. Jak masz szczęście (mi się udało), że szkoła jest blisko domu, to wystarczy na lodówkę przyczepić plan lekcji i pilnować godzin wyjścia. Wychodzą sami, sami wracają, a jeszcze mają kolegów w pobliżu, do których też SAMI mogą iść. To prawie jak wolność :)

Poza tym starsze dzieci: same obcinają sobie paznokcie, myją głowę, rozczesują włosy, czytają wieczorem książkę, nalewają sobie sok do picia. I tak patrzę sobie na tych moich chłopaków, myślę, że znowu ze spodni wyrośli i że jeszcze jeden bochenek chleba by się przydał, bo to co jest na pewno nie starczy – wrócili z boiska. I że kurtki brudne. Rękawiczka zgubiona. Ale wiecie, fajnie, że są starsi. Pogadają, podskutują, ale nadal się przytulają. Także drogie koleżanki i mamy młodszych dzieci, jak czasami macie dość – wszystko się kiedyś kończy, a… zaczyna nowe. Ale o tym może kiedy indziej 😉