Wszystko jest powtarzalne, oni są tacy sami, schemat ten sam. Coraz częściej myślę, że nie ma już miłości

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
14 sierpnia 2016
Fot. iStock/lolostock
Fot. iStock/lolostock

„Jestem wypalona Tinderem” – to głos pani X, która powolnym ruchem nadziewa kawałek koziego sera na widelec. „Już mi się nie chce nawet odpisywać, wiecznie to samo. Jedno albo dwa spotkania, czasami trzecie zakończone seksem u mnie lub u niego. Poranne „dzień dobry”, wieczorne „dobranoc”, spacer po mieście, lunch w modnej restauracji, kino i każde w swoją stronę. Odpadam przy ciężkich rozmowach, nie chce mi się znów słuchać o byłej, walce o dziecko albo też samotnym życiu singla. Ble ble ble be”.

„Doskonale cię rozumiem” – głos pani Y, wiercącej otwór w sałacie, w który napycha pomidora, ogórka i ziarnko kukurydzy. „Moja ostatnia randka to noc kabaretowa. Najpierw jego twarz, która nic nie miała wspólnego z profilowym. Waga ciężka. Przyspieszony oddech, który wprowadzał mnie w napięcie. Co chwilę zerkał na telefon sprawdzić co na Tinderze. Luźna rozmowa o pracy, jak zwykle. Historie domowe, jakieś wspomnienie z dzieciństwa. W toalecie napisałam do tego drugiego. Po 22-ej byłam już w drugiej knajpie. A po północy z trzecim w klubie. Czy wiesz, że historię z kurczakiem opowiadałam tej nocy trzy razy? Niedługo zrobię z tego serial, mówię ci!”.

„To jest tak, jakby Pani zjadła całą torbę misio-żelek” – tłumaczy mi Y. „Różnią się kolorami, ale smak ten sam. Słodko-mdły. Mam prawie 34 lata i mam wrażenie, że nic mnie nie czeka. Wszystko jest powtarzalne, oni są tacy sami, schemat ten sam. Coraz częściej myślę, że nie ma już miłości”.

Wypaleni tinderowcy – tak ich nazywam. Mają charakterystyczny sygnał w telefonie, który nieustająco daje znać o nadchodzącej randce. Mają też puste oczy, bo cała nadzieja, która w nich była gdzieś przepadła w tysięcznej konwersacji. Portal randkowy zamienia się w supermarket, gdzie po kolei testuje się produkty. Na początku (to nowicjusze) z delikatnością bierzesz produkt do ręki, wąchasz, przyglądasz się, smakujesz. Po tysięcznej takiej eksploracji już na pierwszy rzut oka wiesz z czym (kim) masz do czynienia. – Ja to już chyba po trzech zdaniach orientuje się, czy warto rozmawiać dalej czy to strata czasu. Na metr wyczuwam wyświechtane frazesy, które metodą copy-past lądują u mnie i mi podobnych. Nauczyłam się szybko kończyć takie znajomości, choć nie ukrywam, że potrafię jednocześnie rozmawiać z kilkoma osobami- Pani X.

Niby nic nowego, bo przecież ludzie umawiali się na randki przez Internet od dawna. Mam wrażenie jednak, że rosnąca skala tego zjawiska powoduje pewnego rodzaju emocjonalne spustoszenie. Stajemy się powtarzalni, stajemy się kalką innych ludzi, innych doświadczeń, tracimy swoją wyjątkowość. Najlepszym tego obrazem są tak zwane „speed dating”, gdy jednego wieczoru bez żadnego skrępowania kupujesz udział w kilku lub kilkunastu randkach, odbywających się po kolei „na gwizdek”. Kim staje się człowiek w tym wszystkim? Dżemem na taśmie, która przesuwa tysiące nic nie odróżniających się od siebie słoików?

Może to naiwność, a może rodzaj niezrozumienia z mojej strony, ale gdy patrzę na to wszystko, towarzyszy mi smutek. Przypomina to topos miłości z „Lobstera”, w którym samotność człowieka jest zamykana w klatce i metodycznym schematem szuka rozwiązania w polowaniu. Stajemy się zwierzętami, a samotność sieje w naszych życiach spustoszenie i chaos.

Wypaleni są wszyscy ci, którzy zamieniają jakość na ilość. W gorączce poszukiwań mylą im się terminy, zacierają twarze, jedno wspomnienie zlewa z drugim. Łatwo w tym wszystkim przegapić coś (kogoś) wyjątkowego, kto nie zabłyśnie w pierwszych trzech zdaniach. Łatwo stracić świeżość i nadzieję, która jest niezbędna do zbudowania jakiejkolwiek relacji. Na poziomie emocjonalnym stajemy się ironicznymi starcami, którzy kręcą tylko pogardliwie siwymi głowami na hasło „miłość”.

Mój teść wypatrzył moją teściową w tłumie na paradzie w Lublinie. Była przebrana za kozła i miała pomalowaną na czarno twarz, ale nawet wtedy zobaczył, że to właśnie ta, spośród tysiąca innych wokół. Kochali się bardzo do końca życia. Rodzice mojego przyjaciela poznali się na prywatce, pies ojca wskoczył na kanapę, na której siedziała. Podarł jej rajstopy, które on próbował uratować. Od tego czasu są już jakieś 40 lat razem. Kto dziś zna takie historie?

Tylko człowiek może spotkać się z człowiekiem. Nie zapominajmy o tym. Ekran monitora? W porządku, nikt nie ma czasu. Ale spotkanie z drugim człowiekiem nie może być drogą na skróty, która zamienia się w jakiś algorytm. Ma być czymś wyjątkowym, bo tylko wtedy może zamienić się w coś wyjątkowego. A że facet nie ten? Trudno. Lepsza śmieszna historia dla potomnych, niż zamazana twarz, która zlewa się w jedno z tysiącem innych. Dżemów.


Samotność niesamotna… Wierzę, że ktoś się jeszcze pojawi, bo w moim sercu nadal jest miejsce na wiele rodzajów miłości

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
14 sierpnia 2016
Fot. iStock / KML_Creative_Group
Fot. iStock / KML_Creative_Group

– Tęsknisz czasem za byciem z mężczyzną? – pyta mnie mój znajomy, który od lat jest kawalerem.

– Chyba tak, ale tylko czasem – odpowiadam i zastanawiam się jak jest z tą tęsknotą.

Bywają chwile, wieczory, weekendy, kiedy rzeczywiście tak bardzo nie chcę być sama. Kiedy marzeniem jest przytulić się do męskiego ramienia, a raczej być przytuloną i tak sobie trwać bezpiecznie. Bywają noce, kiedy chciałabym ogrzać o kogoś zmarznięte stopy – o matko! Te noce dopiero przede mną, wszak póki co jest lato i potrzeba ciepła na szczęście  mniejsza. Ale za to pachnące wieczory, wypełnione magią dźwięków grających świerszczy, ciepłe i tak piekielnie romantyczne, same w sobie budzą naturalną potrzebę bliskości i intymności.  Więc chyba już lepsze te zimne noce i poranki – wszystkie tęsknoty można pokonać zakładając skarpetki i ciepłą flanelową piżamę.

No właśnie, mogę sobie spać, w czym tylko mi się podoba i w misie piżamę też posiadam. Nie przejmuję się zbytnio swoim wyglądem o poranku, a bywa on ostatnio coraz bardziej zaskakujący. Ale co tam – nikt mnie nie ogląda, dom śpi. Poprawiam włosy próbując im nadać jakiś ludzki kształt, ziewam i powoli docieram do kuchni. Przed spiżarnią spotykam kudłate towarzystwo wpatrzone wymownie w drzwi. „ Po prostu je otwórz… najpierw drzwi, a później puszkę” – taki jest jasny przekaz. Zanim jednak nakarmię kocią rodzinę, pokonam sen nastolatka i namówię, by powitał dzień nieco wcześniej niż w południe, pojawia się on. On bez względu na to, jak mało powabna jest moja piżama i powłoka cielesna, zawsze sika na mój widok. Ciekawa jestem, czy jakiś facet tak właśnie na was reagował? Na mnie tylko mój pies.

W każdym razie lubię te swoje „samotne” poranki, z kubkiem kawy, której nikt mi nie przyniósł do łóżka – ile wtedy ominęłoby mnie atrakcji na korytarzach własnego domu! Siadam z tą kawą i cieszę się faktem, że salon zastaję w takim stanie, jak go opuściłam wieczorem, bez porozwalanych gazet i innych szpargałów, że w łazience na podłodze panuje ład, bo syn buduje stosy z ubrań jedynie w swoim pokoju, że nie słyszę ciężkich kroków na deskach wydeptanych w złości w poszukiwaniu czegoś, co „ten ktoś” położył nie wiadomo gdzie i teraz piekli się od rana. Mam spokój, a spokój w pewnym momencie życia, to bardzo cenne zjawisko.

No dobra – z tym spokojem to trochę przesada, bowiem życie pod dachem z nastolatkiem przypomina niekiedy jazdę kolejką górską. Zdarza się, że wrzeszczę w poczuciu bezsilności i wtedy doceniam, że od sąsiadów oddziela mnie nie tylko płot, ale także fosa w postaci rowu i jeszcze szutrowy dukt. Jestem zupełnie niedoskonałą matką, a on jest maksymalnie denerwującym dzieckiem – czyli jesteśmy normalni na ten moment jego i mojego życia. I chociaż kłócimy się straszliwie, to zawsze do siebie wracamy – to jest miłość bezwarunkowa i najcenniejsza.

W mojej „samotności” zaraz po tej miłości jest jeszcze jedna. Wypełnia ją mnóstwo śmiechu, jest bezpieczna i bez niej nie potrafiłabym istnieć. Każda kobieta zasługuje na to, żeby mieć chociaż jedną bliską przyjaciółkę, która wesprze ją zawsze, o każdej porze dnia i nocy. Macie kogoś takiego wokół siebie?  Ja mam, najlepsze na świecie, w tym – jedną, jak siostrę.  Bez nich po prostu wyraz „samotność” musiałabym pisać bez cudzysłowu.

Moja A, chociaż mieszka tak daleko, zawsze jest blisko. Mogę popełniać błędy w życiu, mogę się miotać i co gorsza trwać w głupocie, a ona spokojnie powie: – Nie popieram, ale akceptuję. A później wysłucha po raz kolejny tej samej historii i setny raz powie: – On na ciebie nie zasługuje. To sk*rwiel i dupek. Na ciebie czeka wszystko, co najlepsze, a teraz dasz radę, jak zwykle. Moja A kilka dni później zadzwoni i powie: – Czy nas coś opętało, na stare lata? I będziemy śmiały się do łez, bo oto popełnia te same bzdury, co ja. Moja A napisze wiadomość: „Kocham cię” tak po prostu, bo przeczytała mój tekst i znalazła w nim tyle „mnie”.

„Hej Lalunia! Rowery dzisiaj?” – To moja J. na messangerze, od rana. Na rowery czasem pójdziemy, a czasem nie, bo utkniemy na kanapie.  Ale, kiedy w głowie mamy mentlik, to zawsze idziemy na spacer. Maszerujemy 6, 12 km i wszystko przegadujemy od początku, od punktu wyjścia, który już dawno powinien zostać zamknięty. Zapominamy na chwilę, że jesteśmy mamami, klniemy okropnie i dużo się śmiejemy – zawsze. Ja mówię: – Chyba się zabiję, rzucę z okna sypialni.  J odpowiada: – Masz parterowy dom. Naprawdę nie wiem, jak to dłużej zniosę.

Ale J. zawsze wszystko znosi. Więc dalej rozmawiamy o utraconych miłościach, o bezsensownych romansach, o wielkich planach i małych krokach, ku ich realizacji. A później ona powie: – Przynieś tu koc i śpij na kanapie, obok, bo ta noc jakaś straszna. No i rzeczywiście straszna ta noc, przemykamy się do furtki wyciągamy kluczyk i uciekamy do domu. Straszna ta noc, bo pies nawet nie chce wyjść do ogrodu.

– Wiesz, nie jestem gotowa na żaden związek, chyba wybieram „samotność” – mówi zakopana pod kocem J..

– Jesteś, przekonasz się,  jak przyjdzie – odpowiadam i dodaję – tylko to musi być prawdziwa miłość.

A ona spokojnie zasypia przywalona… moim psem i otumaniona dymem z szałwii, który ma przegonić złe duchy i złe pomysły.

To niezawodny sposób M. na oczyszczenie atmosfery. M. znalazła też sposób na walkę z kamyczkami w przydomowym trawniku. Nie wiem, co ją ostatnio napadło, ale w kółko tylko te kamyczki! Czyści, segreguje i układa. Myślę, że jeśli jeszcze raz usłyszę o cholernym żwirku, to nie wytrzymam. Prawda jest jednak taka, że M jest jedną z mądrzejszych kobiet, jakie znam.  M. jest dobra i ciepła, ma mnóstwo empatii i tak mało wiary w siebie. Jest naprawdę wzorową matką i wielce wyrozumiałą żoną. Podziwiam ją, ale bywa, że nie rozumiem, jak może pozwalać sobie na wszystkie humory męża. Ale M. jest po prostu mądrą kobietą… i być może najsilniejszą z nas wszystkich, tylko sama o tym nie wie.

– A ty tęsknisz za życiem z kobietą? – pytam mojego znajomego.

– Brakuje mi fizyczności kobiety, ale długo jestem sam, przywykłem i lubię ten stan. Widzisz, jesteśmy do siebie podobni – mówi.

– Nie. Nie jesteśmy. Ja wierzę, że ktoś się jeszcze pojawi, bo w moim sercu nadal jest miejsce na wiele rodzajów miłości.

Ważne jest tylko to, żeby ta miłość, która pojawi się zupełnie nowa, lub wróci utracona nigdy nie wyparła i zdominowała wszystkiego, co sprawia, że „samotność” piszecie w cudzysłowie. 


Cukier twój wróg! Czy wiesz, że węglowodany wpływają na proces starzenia się skóry?

Joanna Fizia
Joanna Fizia
14 sierpnia 2016
Fot. iStock/YakobchukOlena
Fot. iStock/YakobchukOlena

Na wygląd skóry oraz procesy starzenia oddziałuje wiele czynników – wewnętrznych oraz zewnętrznych. O ile na te pierwsze, uwarunkowane genetycznie, nie mamy żadnego wpływu, o tyle na te drugie – tryb życia, mamy już ogromny wpływ. Dlatego w dużej mierze to od nas samych zależy w jakim tempie będziemy się starzeć. I jeśli chcemy jak najdłużej cieszyć się ładną, młodo wyglądającą cerą warto uzmysłowić sobie, jak ogromne znaczenie ma dla niej nasz sposób odżywiania. 

Niby dużo się o tym mówi, ale czy wiesz, że nadmierne spożywanie węglowodanów przyspiesza procesy starzenia się skóry?

Cukier Twój wróg!

Wysoki poziom cukru we krwi człowieka przyczynia się do tzw. glikacji białek. W dużym uproszczeniu można by rzec, że polega to na tym, iż cukier przyczepia się do białek znajdujących się w całym organizmie i powoli je zabija. Proces ten zachodzi w soczewce oka, ścięgnach, naczyniach krwionośnych, stawach, cebulkach włosów, a także w skórze, gdzie zmienia strukturę włókien kolagenowych.

A to właśnie kolagen jest niezwykle istotny dla urody, gdyż odpowiada za nawilżenie, elastyczność i sprężystość skóry. Natomiast w wyniku glikacji, kolagen staje się kruchy, sztywny i traci swoje funkcje, a w konsekwencji prowadzi do wysuszenia skóry, utraty jędrności i pojawiania się zmarszczek.

Powstałe produkty glikacji pozostają w organizmie tak długo aż zostaną usunięte lub naprawione. Eliminacja zachodzi głównie przez nerki, co stanowi duży problem dla osób borykających się z niewydolnością nerek, towarzyszącą często cukrzycy.  Według przeprowadzonych badań skóra diabetyków starzeje się nawet o 30% szybciej niż skóra osoby zdrowej!

Gdy proces usuwania jest upośledzony dochodzi do kumulacji produktów końcowych zaawansowanej glikacji (AGE) w organizmie, wpływając tym samym na przyspieszenie starzenia. Poza tym należy pamiętać i wszelkie mechanizmy naprawcze ulegają osłabieniu wraz z wiekiem.

Zjawisku glikacji można przeciwdziałać między innymi poprzez głodzenie fibroblastów – komórki wytwarzające kolagen, czyli pozbawienie ustroju przez długi okres dostawy węglowodanów, w postaci cukrów prostych. Trzeba mieć jednak świadomość, iż glukoza stanowi „paliwo” dla mózgu i nerwów, a więc jest niezbędna do prawidłowego ich funkcjonowania. Dlatego też niemożliwa jest całkowita eliminacja dostarczania organizmowi cukru.

Jak więc zapobiegać procesowi niszczenia białek?

Najlepszym sposobem jest ograniczenie spożywania białego cukru i zastąpienie go naturalnymi substancjami np. miodem, syropem klonowym, syropem z agawy, ksylitolem – otrzymywanym z brzozy i kukurydzy, bądź stewią – rośliną pochodzącą z Brazylii i Paragwaju. Ponadto warto wprowadzić do codziennej diety owoce, będące zdrowym źródłem węglowodanów i cukrów prostych.

Warto również pamiętać, by nie spożywać produktów zawierających duże ilości cukru na pusty żołądek, ponieważ dochodzi wtedy do gwałtownego wzrostu węglowodanów we krwi, co rozpoczyna proces glikacji białek. Poza tym, spożywanie węglowodanów powinno być wspierane pokarmem białkowym i (zdrowymi) tłuszczami.

W profilaktyce, istotna jest również dobrze zbilansowana dieta, bogata w warzywa i owoce zawierające antyoksydanty, picie dużej ilości wody i herbaty zielonej oraz spożywanie kurkumy i żeńszenia, które hamują glikację białek.

Reasumując, jeśli zależy ci na zachowaniu zdrowej, promiennej i młodo wyglądającej skóry, wyeliminuj lub zdecydowanie ogranicz w swojej diecie przetworzone węglowodany proste – słodkie napoje, słodycze, białe pieczywo i makarony.

 


Zobacz także

Fot. Pexels / Freestokcs  /

Sprawdź, czy jesteś w toksycznym związku [QUIZ]

Nasze małe zoo

Fot. Screen/Facebook/

Gest tego męża ma w sobie więcej czułości niż najpiękniejsze słowa. Zobaczcie koniecznie i zatrzymajcie się na chwilę