Przyszedł czas na nocne zwierzenia. 4 powody, dla których warto się na nie zdecydować

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/Eva-Katalin
Fot. iStock/Eva-Katalin
 

Ile razy obiecujesz sobie, że dzisiaj to już na pewno zadbam o siebie, na pewno znajdę chwilę, żeby pokazać sobie, że jestem ważna, że zależy mi nie tylko na tym, by wszyscy wokół byli zadowoleni i szczęśliwi, ale też, bym ja sama czuła się ze sobą świetnie.

I… najczęściej na tych obietnicach się kończy. Poranek w pośpiechu, w ciągu dnia – wiadomo – praca, dzieci, dom, zakupy. Pomagamy w lekcjach, sprzątamy, gotujemy, ogarniamy, a wieczorem, kiedy padamy na twarz, budzi się w nas poczucie winy, że… znowu się nie udało. Wiecie co? Jest na to sposób – odpowiedni plan. Postanowienie. I wcale nie trzeba jakiś wielkich rzeczy, ostatnio znajoma powiedziała mi, że dla niej tą chwilą dla siebie jest nabalsamowanie ciała wieczorem albo posmarowanie rąk grubą warstwą kremu. Pomyślałam sobie, że to faktycznie może być całkiem proste. Nie trzeba biec na zumbę, zapisywać się na hebrajski. Czasami wystarczy zwykła, prosta pielęgnacja.

Niedużo już mi zostało do 40-tki i nawet nie wiem, kiedy obudziła się we mnie chęć zadbania o swoją cerę, która – nie ukrywajmy z wiekiem rzadko kiedy wygląda coraz lepiej. Tylko jak spośród wszystkich proponowanych i reklamowanych kosmetyków wybrać ten dla siebie?

Od pewnego czasu, gdy zaczął się dla mnie liczyć skład produktów, którymi żywię swoje ciało, zaczęłam zwracać uwagę na to, co zawierają kosmetyki, których używam. Moja cera jest wystarczająco zanieczyszczona zwartymi w powietrzu chemikaliami, żeby jeszcze dokładać je w kremach.

Szukałam i szukałam, aż znalazłam fantastyczne kosmetyki marki Propolia od BeeYes, a wśród nich – uwaga – krem „Confidences nocturnes”, czyli „Nocne zwierzenia”. No kogo, jak kogo, ale mnie do nocnych zwierzeń namawiać nie trzeba, zwłaszcza, gdy chodzi o pielęgnację własnego ciała.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Okazało się, że jest to bio krem nawilżający, co dla mojej trochę zbyt suchej po zimie skóry stało się ofertą idealną.

Tak naprawdę są cztery powody, dla których zdecydowałam się wypróbować „Confidences nocturnes”.

Powód pierwszy: Mleczko pszczele

Czy może być coś lepszego niż naturalny składnik kremu pochodzący od pszczół? Kosmetyki zwierające miód, jad pszczeli, czy tak jak w tym przypadku – mleczko, od dawna budzą moją ciekawość. Okazuje się bowiem, że ekstrakt z mleczka pszczelego stymuluje metabolizm skóry i jej regenerację. Jak zapewniają producenci kosmetyków, działa ono nawilżająco, wygładzająco i odmładzająco, dodatkowo zawiera oczywiście naturalne witaminy, które są doskonałym przeciwutleniaczem.

Czym tak naprawdę jest mleczko pszczele?

Jest to połączenie pyłku kwiatowego, wody i miodu zmieszanego ze śliną, hormonami i witaminami pszczół robotnic, które tym mleczkiem karmią swoje larwy przez pierwsze trzy dni życia, a królową – UWAGA – przez całe życie. Pewnie dlatego określane jest mianem „eliksiru młodości”.

Powód drugi: Wosk pszczeli

Czy wiecie, że wosk ma kojące, wygładzające i bakteriobójcze właściwości, czyli wszystkie te, które powinny być zawarte w dobrym kremie. Co ważne wosk pszczeli nie zatyka nam porów i chroni naszą cerę przed utratą wilgoci.

Czym tak naprawdę jest wosk pszczeli?

Jest on także wytwarzany przez 14-dniowe pszczoły robotnice, które zużywają 4 kg miody na stworzenie 1 kg wosku. Służy on do budowy plastrów gniazda, w których przechowywany jest miód i pyłki kwiatowe.

Powód trzeci: Olej jojoba

Fantastyczny składnik kosmetyków, ponieważ zawiera zawiera między innymi białka, witaminy oraz kwasy tłuszczowe podobne do lipidów skóry, dzięki którym łatwo się wchłania przez skórę. Ponadto ma właściwości antybakteryjne, przeciwzapalne i przeciwutleniające. Nawilża i odżywia skórę, zapobiega jej wysuszaniu.

Powód czwarty: Aloes

Doskonałe dopełnienie składu kremu. Bo przecież to aloes doskonale nawilża skórę, ma także właściwości lecznicze. Łagodzi stany zapalne i przyspiesza gojenie się ran.

Cztery naturalne powody, to dla mnie wystarczająco, by krem wypróbować. Postanowiłam, że wieczorna pielęgnacja mojej skóry, będzie sposobem na uważność na siebie, często po całym dniu, w którym kręciłam się jak w kołowrotku. Od kilkunastu dni, co wieczór w łazience sięgam po „Confidences nocturnes”, nakładając z wielką uwagą krem na twarz. I oprócz korzyści w postaci pamiętania o sobie i szanowania swojego zdrowia i ciała, jest jeszcze korzyść dodana. Krem jest fantastyczny, bez problemu rozprowadza się po skórze, a rano daje poczucie gładkości i świeżości. To niesamowite, jak krem na bazie naturalnych składników potrafi przywrócić naszej skórze blask i zdrowy wygląd. Zakochałam się w tym kremie i polecam go każdej z was. Macie ochotę na nocne zwierzenia?

 


Idealny krem pod oczy? Ja chyba taki właśnie znalazłam i polecam

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/Massonstock
Fot. iStock/Massonstock
 

Czy posiadacie słaby punkt w swoim wyglądzie? Coś co was naprawdę wkurza, z czym nie możecie sobie poradzić, chociaż próbujecie na różne sposoby?

Ja mam – skóra pod oczami i jej opłakany stan. Jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam na nią uwagi. Oczy jak oczy, cera jak cera, poza tym, że zawsze miała tendencję do zasinień pod oczami – kiedy byłam zmęczona, za dużo czytałam wieczorami, źle się odżywiałam. Nie działo się jednak nic specjalnie niepokojącego. Poza tym byłam przed 30-tką, kto by się przejmował zmarszczkami i skórą pod oczami.

Pamiętam jednak dzień, kiedy twarz smarowałam kremem (nie przywiązywałam uwagi, co to za krem) i zauważyłam, że skóra pod oczami stała się nie dość, że sina, to jeszcze jak papier. Miałam wrażenie, że jak ją „pogniotę”, to ona już tak zostanie, nie wróci do swojej „normalnej” formy. Na początku pomyślałam, że to nic takiego, pewnie chwilowe osłabienie. Jednak stan mojej skóry się nie poprawiał. Zrobiłam badania wątrobowe, na nerki – bo taka cera, to podobno jeden z objawów chorobowych, ale okazało się, że wszystkie wyniki mam w normie. „Taki pani urok” – usłyszałam od lekarza, a w duchu pomyślałam: „Urok? Bardzo za niego dziękuję”. I tak rozpoczęłam nierówną walkę, żeby doprowadzić się do stanu „wyglądalności”. Czego to ja się nie napróbowałam, czego to moja skóra nie doświadczyła? Były ogórki pod oczy, maseczki naturalne, jakieś takie nakładki na noc, które znajoma z Francji mi przywiozła. O kremach już nie wspomnę – od drogich do tańszych tak naprawdę z tym samym składem, po takie aplikowane za pomocą schładzającej, bo metalowej, kulki. Nic nie przynosiło oczekiwanego rezultatu.

Fakt, że skupiłam się też bardziej na tym co jem. Im więcej warzyw i owoców, tym moja skóra nabierała blasku. Piłam dużo wody, także tej z cytryną. Wszystko to bez wątpienia poprawiało kondycję mojej cery. Nadal jednak nie widać było większych efektów.

I kiedy znajoma zaproponowała mi krem Bee Pure Bee Venom Eye Cream marki BeeYes, w ogóle nie byłam przekonana do tego pomysłu. W końcu, ile można próbować z marnym skutkiem? Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie sprawdziła tych kosmetyków, zwłaszcza, że w nazwie mają uroczą „pszczołę”, a jak wiadomo miód to jeden z sekretów pięknej skóry.

Okazało się, że krem pod oczy Bee Venome zawiera jad pszczeli, który tak naprawdę w kosmetyce używany jest od niedawna. Zawiera on jednak dość istotny składnik, mianowicie apitoksynę, która zwróciła moją uwagę na tyle mocno, że postanowiłam ten krem wypróbować.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Otóż każda kobieta najpóźniej po 35. roku życia słyszała co nieco o kolagenie, prawda? O tym, że z wiekiem mamy go coraz mniej i to jego deficyt odpowiedzialny jest za pojawienie się zmarszczek i w ogóle starzenie się naszej skóry, czyli między innymi za to, co dzieje się z moją skórą pod oczami. I chociaż kremy pod oczy zawierają kolagen, cóż… dla mnie ta wersja jest mało skuteczna. Tymczasem apitoksyna – naturalny środek (co jest niezwykle ważne, bo nie chcę karmić skóry chemikaliami) stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, dzięki czemu nasza skóra staje się napięta i bardziej jędrna, poza tym pomaga zachować jej sprężystość. A przecież mi w pierwszej kolejności o sprężystość chodziło. Dodatkowo w skład kremu wchodzi miód Manuka, czyli drzewa herbacianego z Nowej Zelandii, który ma za zadanie łagodzić ewentualne podrażnienia wywołane jadem pszczelim. Co ważne – użyty przy produkcji kremu miód posiada wysoki wskaźnik antybakteryjności ( UMF 20+ – unicq manuka factor), który jest zbawienny dla naszej cery.

Już dawno przestałam liczyć na cuda, które miałyby być udziałem kremu pod oczy. Zbyt wiele razy się zawiodłam, więc tym razem do używania kremu Bee Venome podeszłam z dystansem. Ba – obiecałam sobie nie sprawdzać każdego dnia, co się dzieje z moją skórą pod oczami. Niestety nie należę do osób, które mogą poszczycić się regularnością w czymkolwiek (no może poza aktywnością fizyczną). Z kremami w ogóle mam problem. Ale tu się zawzięłam. Obiecałam sobie, że przynajmniej raz dziennie – wieczorem, a jak nie zapomnę to także też rano, krem będę stosować.

Po tygodniu przyszedł czas na chwilę prawdy. Miałam poczucie, że coś się zmieniło. Skóra jakby odrobinę stała się elastyczniejsza, a na pewno stała się jaśniejsza, bez zasinień. Po dwóch tygodniach (kiedy oczywiście nie pracuję za dużo) coraz bardziej widać zbawienny wpływ jadu pszczelego. Skóra wygląda zdecydowanie lepiej niż przed dwoma tygodniami, zniknęło wrażenie zmęczenia i zmęczonej cery. Co ważne – krem po tym czasie się nie skończył (co częste w przypadku kremu do oczu), wręcz przeciwnie starczy go z pewnością na dwa kolejne tygodnie, jeśli nie więcej, kuracji. Czyżby faktycznie doszło do syntezy kolagenu z elastyną? Znajoma kosmetyczka tłumaczyła, że na efekty zawsze należy poczekać. Cóż, jeśli będą one postępować, jak teraz, to pozostaje mieć pewność, że krem Bee Venome zostanie moim ulubionym i sprawdzonym kremem pod oczy. Jeśli chcecie wypróbować – zachęcam, bo to naprawdę działa!

 

Mat. prasowe

Mat. prasowe

image001


Witamy trzecie Royal Baby! Księżna Kate urodziła syna!

Redakcja
Redakcja
23 kwietnia 2018
trzecie Royal Baby
fot. iStock / Lya_Cattel

Pałac Kensington właśnie poinformował świat o narodzinach Royal Baby! Księżna Kate właśnie urodziła syna (choć wcześniej spekulowano, że książęca para oczekuje narodzin córeczki).  Mama i dziecko czują się dobrze. Przy porodzie obecny był książę William. 

Jeżeli zastanawiacie się, cóż takiego fenomenalnego jest w wiadomości, że zdrowa kobieta urodziła zdrowe dziecko – podpowiadamy: wszystkie dobre wiadomości mają to do siebie, że są dobre. Serdecznie gratulujemy!

Mimo trudnych początków, księżna Kate dobrze zniosła trzecią ciążę, pod koniec marca przeszła urlop macierzyński. Teraz wszyscy czekamy na kolejne dobre wiadomości i zdjęcia oczywiście.


Zobacz także

Fot. iStock/NellySyr

10 rzeczy według dermatologów, których nie powinnaś robić swojej skórze

Fot. iStock /  NikiLitov

Kosmetyki przyjmują różne formy. Nie zastanawiaj się co lepiej działa, ale dlaczego…

Fot. iStock / andresr

Melisowe, wiosenne odżywienie z Buñą