„Ona się na to nie umawiała. No ja chyba ku*wa śnię. Na hasło, że w Polsce nie ma pracy reaguję alergicznie”. List pracodawcy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 kwietnia 2017
Fot. iStock/g-stockstudio
Fot. iStock/g-stockstudio

Żeby było jasne – do wszystkiego doszedłem sam, sam swoją pracą. Nic mi z nieba nie spadło, nie miałem bogatych rodziców, wujka w Stanach, czy szczęścia w totolotka. Wręcz przeciwnie, w domu nauczono mnie ciężkiej pracy, bo bez niej nic nie da się osiągnąć. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie, a kiedy wyjechałem na studia to w dniu rozpoczęcia zajęć już miałem pracę –mogłem dorabiać w knajpie jako kelner. Prowadzenie kawiarni, restauracji, czy zwykłego baru poznałem od podszewki. Myłem kible, szorowałem podłogi, uśmiechałem się do klientów i wysłuchiwałem ich nie wiadomo skąd wziętych czasami pretensji.

Wyjechałem do Anglii w wakacje, tam każdy od zmywaka zaczyna. I kiedy kończyłem studia, zdałem sobie sprawę, że tak, chcę mieć swoją kawiarnię, nie w Warszawie, ale u siebie, w średniej wielkości mieście wcale nie tak daleko od Warszawy.

Żeby otworzyć knajpę, trzeba mieć kasę. Ja na swoją harowałem za granicą, napiwki odkładałem do słoika, grosz do grosza, funt do funta. Moja żona do dziś wspomina, że tak chudego i wymęczonego, ale z nieustannym blaskiem w oku nigdy mnie nie widziała.

Ale miałem cel, miałem plan. Wróciłem, zainwestowałem i nie oczekiwałem cudów, bo wiadomo, że manna z nieba nie spada. Dzisiaj wszystko prosperuje jak w zegarku, ale najbardziej rozczarowali mnie ludzie.

Pierwsza rekrutacja, przychodzi kucharz, mówi gdzie on to nie pracował, czego nie robił, kiedy proszę o referencje na papierze, mówi, że doniesie i nigdy już więcej się nie pojawia. Dziewczyna, która chce być managerem. Paznokcie, którymi mogłaby pewnie zabić, gdyby się ktoś na nie nadział, ubiór bardziej jak z knajpy ze striptizem, ale ambicje ma. Tyle, że bez pomysłów i bez doświadczenia. Ale przecież Facebook, jej zdaniem, do promocji wystarczy, zdjęcia potraw i będzie świetnie.

Ruszam sam, z żoną, w kuchni pracuje moja mama, która sama została, gospodarstwo sprzedała. Na kelnera zatrudniam chłopaka z osiedlowego sklepu – zawsze uśmiechnięty, miły i pamiętał, jaki chleb kupuję. To jest strzał w dziesiątkę. Szybko się ogarnia, zresztą jest z nami do dziś, a to zaraz 15 lat.

Ale jak słyszę, że w Polsce nie ma pracy, że młodzi ludzie nie mają gdzie pracować, to przysięgam, że krew mnie zalewa. Bo ja tych „młodych ludzi” przerobiłem grube dziesiątki. Myślałem: „Mi też kiedyś ktoś dał szansę, czegoś nauczył”, miałem jakieś takie poczucie misji, że muszę oddać ten dług. Tylko nikt do cholery nie chciał go wziąć. Wiecie, podana na tacy robota, nie pieniądze, robota. Ja naprawdę nie należę do tyranów, jestem wymagający, bo i ode mnie wymagano. Chcesz być w moim teamie – zapraszam, ale pracujesz równo z nami, do jednej bramki, traktujemy ten biznes jako nasz własny. Zawsze to powtarzam. Chcę mieć zespół, który będzie stanowił rodzinę, który będzie się czuł ze sobą dobrze. Tymczasem te fochy, te obrażania się, te pilnowanie zegarka, że za pięć minut wychodzę i nic mnie nie interesuje. Jak mi kiedyś dziewczyna na koniec miesiąca wyliczyła, że pracowała 57 minut dłużej i ile jej za to zapłacę, to myślałem, że para uszami mi pójdzie. Ja stale nie dowierzam, stale się dziwię. Rozumiem, że ktoś pracę traktuje jak przystanek, jak jakiś etap swojego życia, który pozwoli mu iść dalej. Tylko do cholery, jeśli nawet ten przystanek traktuje jak przymus, to co będzie dalej!

Bo co myśleć o takiej osobie? Przychodzi dziewczyna, praca sezonowa, bo studiuje, za granicę nie chce jechać, bo zakochana. Fajna, skromna i zdaje się chętna do pracy, choć ja już rzadko daję się zwodzić pozorom. Ustalamy zakres i godziny pracy, wykładam jej filozofię firmy, czyli budujemy rodzinny zespół, jak ktoś tego nie czuje, nie jest u mnie trzymany na siłę. Ona oczywiście nie wchodzi od razu na salę, ma kilka dni na opanowanie tego, co serwujemy, jak wygląda praca, jej organizacja, po prostu zwykła obserwacja, żeby mogła się pouczyć. Tomek (ten ze sklepu osiedlowego) już po pierwszym dniu mówi mi: „Nic z tego nie będzie”. Eee tam, jeden dzień, on też się czasami myli. A dziewucha fajna, w końcu „szansa się każdemu należy” – moje motto.

I to motto mi bokiem wychodzi. Bo ile ludziom można dawać szans, ile wierzyć, że ktoś naprawdę chce pracować. Tak, wiem – zaraz ktoś powie – jak dobrze zapłacisz, to każdy przyjdzie. Ale ja nie wyzyskuję nikogo, płacę dobrze, wiem, ile kelnerzy wyciągają na napiwkach, bo ci którzy pracowali kilka lat, którzy byli z nami na dłużej, nigdy nie narzekali, a jeszcze powtarzali, że z napiwków, drugą pensję wyciągnąć potrafią. I wiem, że nie kłamali, a ja im nigdy tego nie odbierałem. W końcu to ich praca, ile z siebie dadzą, tyle wyciągną. Prosta zasada.

Minął tydzień, wpuściliśmy „nową” na salę. Uśmiechnięta dla klientów, miła, wygadana – świetnie, jest nadzieja… Ale nadzieja była na jej interes, tam gdzie ona mogła wyczuć kasę, tam była. Gdy padło: „Przetrzyj podłogę w toalecie, proszę” to nasz niepisany test na dobrego pracownika, udała, że nie słyszy, na otwarcie wpadała zawsze na ostatnią chwilę, więc omijało ją sprzątanie, ogarnianie, co jest obowiązkiem tej pierwszej zmiany. Kiedy postanowiłem z nią porozmawiać usłyszałem, że ona nie na to się umawiała. No ku*wa mać, czy ja śnię? Nie na to się umawiała? A na co? Na to, żeby dobrze wyglądać i nie pracować, ale dostawać kasę? Powtarzała, że nie jest od mycia podłóg, od ścierania stolików, że do tego to sprzątaczka powinna być, a nie ona. Ona obsługuje klientów, NIE SPRZĄTA! Głupia, bo gdyby wykazała chęci do pracy, a nie tylko do liczenia kasy, miałaby jak najlepiej, bo jednego mnie ta praca nauczyła – doceniać tych, którzy naprawdę chcą pracować.

Dlatego pęka mi żyłka, kiedy słyszę, że „młodzi ludzie nie mają szansy na start”. Gówno prawda, młodzi ludzie czekają na gotowe, są roszczeniowi, chcą jak największą kasę za minimum wkładu własnego. Są rozpuszczeni i rozwydrzeni i uważają, że WSZYSTKO im się należy! Zresztą, nie tylko młodzi, wśród 30 – 40-latków, też takie kwiatki spotykałem. Panie, które sprzedawały mi bajki, jak to one kochają pracę z ludźmi, jak chcą coś zmienić w swoim życiu, a później wynosiły mi z zaplecza produkty, kradły naczynia…

Przez 15 lat prowadzenia restauracji, na palcach dwóch rąk mogę policzyć ludzi, których praca była naprawdę cenna, którzy wkładali całych siebie, byli z nami, przeżywali porażki i świętowali sukcesy, którzy do dziś dzwonią na święta z życzeniami. Praca u mnie była dla nich przystankiem, czasami nawet kilkuletnim, ale to właśnie oni coś później osiągnęli idąc swoją drogą. Reszta? Spotykam ich zachmurzonych w urzędach – pracy, miasta, skarbówce. Siedzą z tymi swoimi minami: „Ja tu jestem tylko od papierków, a nie od odpowiadania na pana pytania”. No tak w końcu nie umawiali się na to, żeby pomóc i być miłym, za to nikt im nie płaci. Nikt im nie płaci za zaangażowanie, za to, żeby dzięki nim, jakieś miejsce stawało się lepsze. Nie ma teamu, nie ma rodziny. Jest odbicie karty o 16-tej i do domu, do życia, które pewnie jest tak bezbarwne i wyzute z chęci korzystania z podsuwanych szans, że aż straszne.

Jasne, że mam swoją stałą ekipę: jestem ja, żona, moja mama, siostra mojej mamy, siostra mojej żony, pomaga nam starsza córka, jest Tomek, którego traktuję jak młodszego brata. Są kelnerzy – zawsze dwóch na stałe, których wspiera moja rodzina. Moja szwagierka rano piecze bułki, żona ze mną przygotowuje salę, ja robię zakupy, mama z ciocią są w kuchni, one sobie organizują pomoc – o którą też nie jest łatwo. Na hasło, że w Polsce nie ma pracy reaguję alergicznie i ciśnie mi się od razu na usta: a na co się umawialiście? Ty i ta praca? Że ona sama do ciebie przyjdzie?


Rozwód niejedno ma imię – rozstanie to coś znacznie więcej niż podpisanie dokumentu w sądzie

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
27 kwietnia 2017
Fot. iStock / PeopleImages
Fot. iStock / PeopleImages

Podobno pierwszy mąż jest jak pierwszy naleśnik – trzeba go wyrzucić. Chyba wielu ludzi wzięło sobie tę zasadę do serca, bo jak pokazują dane rozwodzimy się na potęgę – w 2015 sądy orzekły ponad 67 tysięcy rozwodów , a na tysiąc nowo zawartych małżeństw przypadało 356 tych, które się rozpadły. Ale rozwód to coś znacznie więcej niż powiedzenie sobie nawzajem „do widzenia, cofam swoją przysięgę, już cię nie kocham” i podpisanie oficjalnego dokumentu. Aby uznać związek za przeszłość i przejść na kolejny etap, trzeba zamknąć pewne rozdziały naszego życia w różnych jego sferach – jak to zrobić i po czym poznać, że to definitywny koniec?

Rozwód prawny

To najprostszy rodzaj rozwodu – małżonkowie przeprowadzają w sądzie procedurę mającą na celu zakończenie ich związku. Sędzia wydaje wyrok, a status męża lub żony odchodzi do przeszłości. Nie zawsze jednak jest to takie proste i szybkie – gdy w grę wchodzi orzekanie o winie, podział majątku lub niezgoda jednego z partnerów na rozstanie, rozwód może ciągnąć się latami, dać nieźle w kość i nie pozwolić na otwarcie nowego etapu życia.

Rozwód emocjonalny

Do tego rodzaju rozstania nie potrzebne są żadne przepisy, sędziowie i wyroki, a często rozwód emocjonalny następuje znacznie szybciej niż ten prawny. Dochodzi do niego w momencie, gdy małżonek przestaje budzić w nas uczucia, staje się obojętny, przezroczysty, nijaki. Nie ma miłości, nie ma zazdrości, złości, chęci zemsty czy chociażby sympatii ze względu na wspólnie spędzone lata. Po dawnych emocjach nie ma już śladu, a słowa „wspólnie” i „razem” nie mają tutaj racji bytu, bowiem małżonkowie żyją obok siebie, związani są wyłącznie wspólną przestrzenią i statusem prawnym.

Rozwód ekonomiczny

Dochodzi do niego wtedy, gdy małżonkowie przestają dzielić się sprawami finansowymi. Wszelkie kwestie dotyczące pieniędzy są rozstrzygnięte, majątek został podzielony, a sprawa ewentualnych alimentów przedyskutowana i uzgodniona. Od tej pory każdy rozpoczyna życie na własny rachunek – dosłownie i w przenośni.

Rozwód religijny

Osoby po ślubie kościelnym, ale rozwodzie jedynie cywilnym, które rozpoczną nowe związki, z pewnych kościelnych spraw są wykluczone. Nie dostaną rozgrzeszenia po spowiedzi, nie mogą przystępować do komunii świętej, a powtórne małżeństwo jest możliwe jedynie w formie cywilnej. Dla osób głęboko wierzących może być to istotnym problemem i sytuacją, która będzie przeszkadzać im w rozpoczęciu nowej relacji i ułożeniu sobie życia po rozstaniu.

Rozwód rodzicielski

Często ten rodzaj rozstania bywa najtrudniejszy, zwłaszcza, gdy jedna ze stron próbuje ugrać coś wykorzystując do tego dzieci i rodzicielskie uczucia partnera. „Prawidłowy” rozwód rodzicielski ma miejsce wtedy, gdy obie strony uznają, że łączy ich potomstwo i zgadzają się do formy opieki nad nim. Dobro dziecka (lub dzieci) jest dla obojga ważniejsze od dawnych krzywd, pretensji czy powodów zakończenia ich małżeństwa. Przestali być mężem i żoną, ale nadal są rodzicami.

Rozwód towarzyski

Rozwód towarzyski polega na ułożeniu relacji z przyjaciółmi, znajomymi i rodziną w nowej, porozstaniowej rzeczywistości. Bywa niezwykle bolesny, zwłaszcza, gdy wspólni znajomi wyraźnie wybierają jedną ze stron i kończą znajomość z drugą lub gdy członkowie rodziny obwiniają za rozpad małżeństwa jedynie żonę lub męża. Często dochodzi do podziału przyjaciół pomiędzy byłych partnerów, a pewne relacje towarzyskie ulegają zakończeniu lub osłabieniu. Nie zawsze dzieje się tak z powodu większej sympatii wobec któregoś z małżonków, ale z wygody towarzystwa – nie trzeba wtedy zastanawiać się, kogo zaprosić, czy można oboje w tym samym czasie albo jak byli partnerzy będą zachowywać się podczas wspólnego spotkania.

Rozwód psychiczny

To pogodzenie się ze zmianą swojego statusu społecznego i zaakceptowanie tego, że nie jest już się żoną lub mężem, że przestało się być w związku, z kimś w parze. Bywa bardzo trudny dla osób, które swoje szczęście i satysfakcję czerpały głównie z życia rodzinnego lub dla tych, które kierują się stereotypami, np. że to wstyd rozstać się z małżonkiem, że to życiowa porażka, hańba. Rozwód psychiczny wymaga zmiany podejścia do nowej sytuacji, postrzeganie jej jako kolejnego etapu, nowej szansy i dostrzeżenia idących za zmianą możliwości i perspektyw życiowych. Zaakceptowanie siebie w wersji solo jest podstawą do tego, by wejść w kolejną relację i ułożyć sobie życie od nowa.


Kłamiemy wszyscy, ale to mitomani żyją kłamstwem. Rozpoznaj nałogowych oszustów

Redakcja
Redakcja
27 kwietnia 2017
Nie daj się okłamywać. Co mówi najczęściej osoba, która kłamie?
Fot. iStock / olaser

Każdemu choć raz zdarzyło się powiedzieć nieprawdę czy przekręcić pewne fakty. Kłamstwa, oszustwa czy osobliwe interpretacje rzeczywistości, przytrafiają się wg statystyk od 2 do 200(!) razy dziennie. Generalnie kłamiemy wszyscy, ale niektórzy popadają wręcz w mitomanię, nie umiejąc powstrzymać się przed wypowiadaniem oczywistych kłamstw i półprawd.

Dlaczego kłamiemy?

Działamy tak z różnych powodów, w zasadzie, ile osób, tyle kłamstw i kłamstewek różnego kalibru. Kłamiemy najczęściej wtedy, gdy mamy konkretny powód — chcemy by nasze życie w rozmowie z dobrze ustawioną koleżanką wyglądało na ciekawsze, aby umniejszyć swoje przewinienia, czy zwrócić na siebie uwagę. Wymyślamy na poczekaniu niewinne kłamstewka o korku, gdy spóźniamy się do pracy, mijamy się z prawdą, gdy nie chcemy sprawić przykrości przyjaciółce, której styl ubierania, czy nowa miłość, zupełnie się nam nie podoba. Niewinne kłamstewka może nie są godne pochwały, ale pozwalają wybrnąć bez szwanku z różnych sytuacji. Ale gdy ktoś kłamie i gubi się w przedstawianych przez siebie wersjach prawdy, to jest już problemem.

Uzależnieni od kłamstw mitomani

Kłamstwa mogą uzależnić. Sytuacja staje się patologiczna, gdy kłamstwa zakorzeniają się w osobowości, wypływają z człowieka nawet wtedy, gdy nie ma żadnych korzyści z niemówienia prawdy. Co więcej, nie potrzebuje wiele czasu, kłamstwa wymyśla na poczekaniu i wypowiada je tak, jakby były czymś naturalnym, stały się wiarygodne. Taka postawa może wynikać z dzieciństwa, gdy notoryczne kłamstwa i zaprzeczenia pozwalały uciec od jakichś trudnych sytuacji. Ale patologiczne kłamanie może wynikać z zaburzeń psychicznych, np. syndrom Gansrea czy antyspołeczne zaburzenie osobowości.

Kłamców można rozpoznać

Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy ktoś jest lub nie nałogowym kłamcą, możesz rozpoznać go po kilku charakterystycznych zachowaniach:

  • Bohaterstwo  Patologiczny kłamca często kreuje się na bohatera, który pomaga potrzebującym w różnych sytuacjach. jego historie są niesamowite, jakby wyjęte z filmu sensacyjnego. W dodatku często przechwala się znajomościami ze znanymi czy wpływowymi ludźmi.
  • Rola ofiary Przedstawia się w świetle cierpiętnika, któremu życie cały czas rzuca kłody pod nogi. Często mówią o różnych chorobach ich lub bliskich, nieszczęściach i porażkach, jakie ich spotykają, co po czasie staje się niewiarygodne. A wszystko po to, by wzbudzić współczucie i zwrócić na siebie uwagę.
  • Uzależnienia  Kłamcy mają często problemy z narkotykami, alkoholem czy hazardem. Kłamstwami próbują przykryć problem, ale tłumaczenia niedyspozycji i dziwnych zachowań wypadają mało przekonująco.
  • Cechy towarzyszące — Kłamcy mogą być przewrażliwieni na swoim punkcie, wykazywać agresję podczas kwestionowania ich wersji wydarzeń. Bywają zazdrośni, impulsywni oraz narcystyczni.

Poradź sobie z przypadkiem mitomanii w otoczeniu: 

Nie angażuj się w kłamstwo

Nie wchodź w rolę słuchacza, który chętnie wysłuchuje tych wszystkich historii. Nie okazuj zainteresowania, dając jasno do zrozumienia, że czujesz przez skórę historię nieprawdziwą. Kłamcy zależy przede wszystkim na wciągnięciu rozmówcy w emocjonalną grę.

Upewnij się, co jest prawdą

Jeśli podejrzewasz kogoś o notoryczne kłamstwa, zwróć szczególną uwagę na to, co ona mówi i zweryfikuj te informacje. Doprecyzuj własną wiedzę, by na przyszłość albo obalić daną informację bez zbędnych tłumaczeń, albo zwyczajnie spojrzeć na to ze zdrowym dystansem. Wykaż się czujnością i stosuj zasadę ograniczonego zaufania do kłamcy.

Nie wykłócaj się

Nie angażuj się w próbę udowodnienia kłamstwa. Mitoman i tak będzie upierał się przy swoim, szczególnie gdy sam zaczyna mieszać prawdę z mitami. Może przecież być i tak, że nigdy nie dotrzesz do tego, co jest prawdą a co nie w relacji kłamcy, szkoda twojego zachodu.

Zaoferuj pomoc

Jeśli zależy ci na relacji z osobą, która ma problemy z patologicznym kłamaniem, możesz zaproponować pomoc. Mitomanię można, a nawet powinno się leczyć, dzięki zastosowaniu psychoterapii i czasem leczenia farmakologicznego. W przypadku bliskiej osoby, która zmaga się z tym problemem, okaż chęć wsparcia, ale w takim przypadku nie pozostawiaj kłamstw bez odpowiedniej reakcji. Chcąc pokazać, że nie jest tajemnicą, że ktoś kłamie, nie obawiaj się celowo przytaczać informacje sprawdzone, które uświadomią, że coś jest nie do końca tak, jak powinno.

Kłamstwo wymyślone od czasu do czasu, zazwyczaj jest nieszkodliwą praktyką. Jednak gdy pojawia się wiele razy na co dzień, może szkodzić i wywierać negatywny wpływ na otoczenie, co może mieć wiele różnych konsekwencji.

źródło: www.lifehack.orgpsychologiazycia.com

 

 


Zobacz także

Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain

Chcemy tych złych, wybieramy tych dobrych. Który facet jest lepszy „na życie”?

12596271_10208859563635819_187875400_n

Rozsądek

Fot. istock/martin-dm

25 rzeczy, które robisz jako dorosły, jeśli w dzieciństwie doświadczyłeś przemocy emocjonalnej. Dlaczego taki jesteś?