Przemyślenia z poziomu łóżka. Kiedy boli tak bardzo, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 lipca 2016
 

„To życie jest jak szpital, gdzie każdy opętany jest pragnieniem zmiany łóżka. Ten wolałby cierpieć przy piecu, a tamten wierzy, że wyzdrowieje przy oknie. Zawsze wydaje mi się, że będzie mi lepiej tam, gdzie mnie nie ma, i problem tej przeprowadzki jest jedyną sprawą, o której rozmawiam z moją duszą”
Charles Pierre Baudelaire

Na dłoni, która głaszcze mnie po twarzy, jest gruba, stwardniała blizna, między małym palcem a palcem środkowym. Poza tym dłonie wypielęgnowane i gładkie, mogę się mylić, ale chyba pod stałą opieką profesjonalnego manikiurzysty. Ręka ociera mi z czoła pot, trzyma głowę, gdy wymiotuję, pozwala wbijać w siebie pomalowane na bordowo paznokcie, kiedy ból staje się nie do wytrzymania. Dawka chemii, którą we mnie wrzucili, rozsadza mnie.

– Ciii, to minie, przyzwyczaisz się…
Głos jest spokojny i cichy. Raczej bardziej profesjonalny niż czuły, ale mogę się mylić, bo słuch działa, ale zmęczony, naszpikowany lekami mózg odmawia normalnego przetwarzania informacji.
– Opowiedz mi, jak mi to zabiją – proszę.
– Jeszcze raz?
– Tak, do znudzenia, aż to oswoję. Tylko tą część o śrubach w czaszce pomiń, już tego nie chcę słuchać.
– Dobrze. A więc: dadzą ci znieczulenie, miejscowe, ale będziesz przytomna, będziesz kontaktować, wszystko będziesz widzieć. Włożą cię do kapsuły, jak do statku kosmicznego. Unieruchomią. Laser wejdzie w mózg, głęboko, precyzyjnie, rozbijając chore komórki. Nic nie poczujesz. Potrwa to kilkadziesiąt minut. I będzie po guzie, promieniowanie go zniszczy na wieki wieków.
– Będę miała uprząż na głowie, tak?
– Tak, taka nowoczesna wersja „Mechanicznej pomarańczy”. Przy… hmmm… przymocowana na nieruchomo. Mocowania nie powinnaś czuć pod znieczuleniem.
– Blizny będą?
– Nawet nie. Takie dziurki w czole, potem znikną. Możesz mówić, że to po rogach.
Nawet się uśmiecham. Słyszę to po raz dziesiąty, te rogi nadal wydają mi się zabawne.

Myślę, że bylibyśmy dobrym małżeństwem z rozsądku. Zachciało mi się wiązać z miłości…
Miałam jakiś czas obsesję – wręcz histerycznie zastanawiałam się, w którym miejscu skręciłam w złym kierunku, że moje życie jest teraz w miejscu, w którym jest. W obolałej głowie w kółko odtwarzałam sobie własną wersję „Przypadku” Kieślowskiego – czy gdybym tam nie pojechała, nie poszła, nie zgodziła się, etc., to wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdzie jest ten „punkt zwrotny” w moim życiu, który to był? Gdybym mogła cofnąć czas i zmienić jedną rzecz w mojej historii, to co by to było? Takie rozważania szaleńca na moment przed zamknięciem w zakładzie dla obłąkanych… Może miałabym u boku mężczyznę, którego czułość byłaby teraz lepiej adresowana, niż uwaga właściciela głosu i dłoni. Może moje dzieci by nie pomarły, bo nie żyłabym w ciągłym stresie. Może nie miałabym poczucia, że jestem na jakiejś drodze bez odwrotu. Może…

A może byłoby dokładnie tak samo, jak w filmie „Sliding doors” – bo może swojego przeznaczenia nikt nie uniknie.

Kiedy boli tak bardzo, fizycznie i psychicznie, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń. Ale twoja data przydatności do użytku może się zmienić, myślisz. Wymieniasz sobie w myśli rzeczy, które jeszcze możesz zrobić, jak tylko nie będzie boleć. A potem z kwaśną miną zauważasz coraz większe sterty coraz to silniejszych leków przeciwbólowych i innych, mających ułatwić funkcjonowanie, i czujesz, jak przez żyły przepływa ci jedna wielka tablica Mendelejewa. Bunt niby jest na miejscu, ale zastanawiasz się, czy może lepiej przyjmować to z pokorą? Przecież wiesz, że mogło być gorzej! Że rokowania są dobre! Że to się skończy dobrze! Ale jak tak mdli, huczy i powala na łóżko, to o spokój bywa trudno. Jastrun napisał w swojej książce, że jak ból jest nie do wytrzymania, to samobójstwo nie jest żadnym heroizmem, tutaj odbywa się wielka walka naszego instynktu samozachowawczego z naturalnym odruchem unikania cierpienia. Myślę o rozwiązaniach ostatecznych, a tu dostaję wiadomość tekstową: „Pamiętaj, że jeśli istnieje chociaż jedna osoba, której na Tobie zależy, to masz psi obowiązek walczyć”
Zgodnie z sugestią mojego przyjaciela, postanawiam odłożyć głupie myśli na półkę.
Dlatego proszę mojego towarzysza o opowiadanie mi w kółko tej samej historii – że jest przewidziany koniec tortur, każdych.

– A nie mogą mnie tak zupełnie uśpić i załatwić sprawy?
– Nie. Nie zwycięża się zresztą, śpiąc.

Nie zamierzam przespać mojego zwycięstwa.


Wybaczyć czy odpuścić?

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
5 sierpnia 2016
 

Wybaczanie zdaje się być obecnie trendy. Gdzie się nie obrócę, czego nie otworzę, tam czytam o tym, jak szybko i łatwo wybaczyć tym, którzy nas skrzywdzili. Albo o tym, jak wybaczenie uwalnia. I że nie ma rozwoju bez przebaczenia naszym wrogom. Nęcą mnie tytuły typu „Jak poradzić sobie z nieprzebaczeniem w siedmiu krokach” lub „Wybacz mu, to proste! Powiemy ci jak”. Rozmaite grupy religijne potrafią całe kazania produkować na temat tego, jak niezbędna to jest sprawa i że jak my nie wybaczymy, to Bóg nam nie przebaczy, czy coś równie pokrzepiającego i motywującego.
I mam z tym problem, a w zasadzie dwa:

Pierwszy – wybaczenie nie jest łatwe ani miłe. To piekielnie trudna sprawa. Szczerze mówiąc, to chyba najtrudniejsza, z jaką przyszło mi się w życiu zmierzyć. Na to nie ma przepisu. Wszystkie te poradniki, zachwalające, że można to zrobić za pomocą kilku prostych posunięć, nie wiedzą, o czym piszą. Im bardziej nas zraniono, tym większy problem mamy z przebaczeniem.

Drugi – słowo „wybaczam” oznacza, że druga strona wyraziła skruchę. Jak możemy wybaczyć komuś, komu przez gardło nie przeszło „przepraszam”? Moje „wybaczam” to reakcja na czynny żal drugiej strony! Tego elementu brakuje mi najczęściej w tych wszystkich cudownych poradach i kazaniach. Jak ktoś do mnie nie przyjdzie i nie poprosi, żebym mu wybaczyła, to jak mogę to zrobić?

Bo często to mylimy i uważamy za synonimy: wybaczenie komuś a odpuszczenie mu win. Przebaczam – gdy uwalniam drugą stronę. Odpuszczam – gdy chcę uwolnić SIEBIE; gdy stwierdzam, że już nie chcę, by dręczył mnie gniew i rozpamiętywanie, gdy – jak ujął to chyba Hemingway – nie zamierzam już mścić się na moim zdrowiu za cudzą głupotę.

Co śpiewają małe (i ciut większe) dziewczynki w Polsce najczęściej, gdy chcą się wzmocnić? „Mam tę moc, mam tę moc, mam tę moooooc”. A jak brzmi ta pieśń w oryginale? „Let it go, let it go, let it gooooo”, „Odpuść sobie”, trzaśnij drzwiami i odetnij się od tego. To jest moja praca nad sobą – umiejętność zamknięcia bolesnego rozdziału. Wyrzucam z mojej głowy wszelkie złe myśli, które mnie ograniczają, trzymają niczym kula u nogi. To moja własna, prywatna bitwa z moją głową.

Wybaczenie – to praca z drugą osobą. To ona decyduje, czy chce, by jej wybaczyć, czy ma świadomość podłości i okrucieństwa lub totalnej głupoty, którą zrobiła. To ona musi powiedzieć „przepraszam”. Dopiero wtedy ja decyduję, czy wybaczam. Jeśli wcześniej nie odpuściłam, to pewnie nie będę potrafiła wybaczyć…

Przepraszanie musi być ważnym elementem rozwoju i nie każdego na nie stać. Nie bez przyczyny we wszelkich terapiach taki nacisk stawia się właśnie na to – ale np. w najsłynniejszym programie 12 kroków wychodzenia z uzależnień, gotowość do przeproszenia i zadośćuczynienia tym, których się skrzywdziło, to dopiero krok 8! Bo dopiero ludzie świadomi tego, jak zniszczyli swoje życie, są w stanie uznać, że po drodze mogli je zniszczyć także innym. A jedynie nieliczni są w stanie szczerze, prawdziwie przeprosić – i ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Potrzeba dojrzałego, odpowiedzialnego za siebie człowieka, żeby umial się przyznać do błędu. „Przepraszam” – małe, trudne słowo, które oznacza „źle zrobiłem, przykro mi, więcej tego nie zrobię”.
I potrzeba dojrzałego, współczującego człowieka, żeby umiał wybaczyć, kiedy ktoś go o to prosi.

Mojej wielkości lub małości nie mogę na razie zmierzyć. Za to dotarłam do punktu, w którym mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że odpuściłam paru osobom. Zatrzasnęłam drzwi i już nie wrócę. Moje blizny urosły razem ze mną, ale już nie bolą. Odrobiłam moje lekcje.

Najważniejsze, to wyciągnąć wnioski. Nawet jeśli nie możesz w tej chwili wybaczyć – odpuść, przede wszystkim sobie. Reszta się ułoży.

„Przebaczaj swoim wrogom, ale nigdy nie zapominaj ich nazwisk”.
John Fitzgerald Kennedy


Jak wyleczyłam się z męża, w pięciu krokach

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
10 lipca 2016
Rozstanie? Konkrety, proszę Pani, konkrety - jak się wyleczyć ze złej miłości?
Fot. iStock / Magda-Pinheiro

„Konkrety, proszę Pani, konkrety – jak się wyleczyć ze złej miłości?”
Nie mam niestety recepty na wszystko, ale mam receptę na siebie. Ja zrobiłam to tak:

? KROK PIERWSZY

Bardzo mało ode mnie zależny. W jakichś 80% jest to zasługa mojego małżonka, który zrobił, co było tylko w Jego męskiej mocy, żeby mi pokazać nowe, nieznane mi do tej pory, rejony egoizmu, niedojrzałości i zwykłego chamstwa. Przez kilka lat upewniał się, że wystarczająco okazywał mi brak miłości, empatii i chęci współpracy. Zdrady (nie z jego winy!) to był pryszcz w porównaniu z festiwalem niespełnionych obietnic – takich od „Zerwałem z nią kontakt!”, przez „Pójdę na terapię„, aż po zwyczajne „Zrobię to! Naprawię! Pomogę!”. Namiętnie rzucał we mnie truizmami typu „Ja już taki jestem, taki zły, ja już się nie zmienię”, czyli tekstami typowych narcyzów lub wyjątkowo niedojrzałych psychicznie osobników, przekonanych, że po prostu nie muszą nad sobą pracować i mają święte prawo krzywdzić innych, skoro im w duszy gra. Miś Pyś wyprowadził się i przezimował kilka miesięcy w oddaleniu ode mnie dokładnie w takim samym stylu, w jakim żył ze mną pod jednym dachem, czyli w milczeniu, dezaprobacie i zostawiając mnie ze wszystkim samą. I chwała Mu za to! Ciężej jest wybić sobie z serca i głowy kogoś, kto się stara!

? KROK DRUGI

Totalnie niezależny ode mnie: choroba. Nagle priorytety stają się jeszcze bardziej wyraźne, problemy jakoś tracą na mocy. Zadajesz sobie pytanie: czy warto? No nie warto! Szkoda energii. Czy chcesz, żeby ktoś, kto tyle lat, nawet po rozstaniu, funduje Ci ostrą jazdę bez trzymanki, był przy Tobie w szpitalu, by trzymał za rękę, gdy będziesz umierać (czy będzie to za miesiąc, czy za 50 lat)? No ja nie.

? KROK TRZECI

Najbardziej czasochłonny i bolesny – praca nad sobą. Zainwestowanie W SIEBIE. Uznanie, że JA jestem dla siebie najważniejsza – zdrowa dawka egoizmu. Zastanawianie się, dlaczego dałam się złapać na ten perfidny lep niedojrzałej, wręcz gówniarskiej, miłości. I dlaczego, do jasnej ciasnej, pozwoliłam aż tak daleko przekroczyć własne granice??
Nie będę oszukiwać – mi to zajęło lata (rozpoczęłam jeszcze będąc w związku) i zaangażowany w to był terapeuta. Czytałam tony literatury, chodziłam na szkolenia, kursy, warsztaty. Wzmacniałam się, szukałam siły, żeby sobie poradzić. Ale ja mało pojętna w tej dziedzinie mogę być, nie wykluczam, że innej poszłoby szybciej (nawet znam takie, co to po moim lubym szybko się otrząsnęły i nieporównywalnie łatwiej znalazły prawdziwych, mądrych mężczyzn – wychodzi, że ja miałam taki feler…)

? KROK CZWARTY

Zastanowienie się, ile z tego, co się w widziało w obiekcie westchnień, rzeczywiście było prawdą, a ile to projekcja i chciejstwo, czyli klasyczne wishful thinking.
W moim wypadku pomogło mi to, że mam nałóg pisania – przelewanie na papier lub klawiaturę zdarzeń i myśli zawsze mi wiele w głowie układało i wyjaśniało. Z 10 lat związku mam 8 pamiętników, odtworzyłam więc sobie te lata, krok po kroku. Przeszłam jeszcze raz przez to, co było dobre i przez to, co było złe. Tego drugiego było nieporównywalnie więcej, no sorry Gregory, tak było. Mam przewagę nad moim partnerem właśnie w tym, że wszystko, co istotne, mam jakoś dam udokumentowane, spisane i moje problemy z pamięcią można zweryfikować. Przerobiłam więc jeszcze raz samotność, zdrady, kłamstwa, poczucie winy, choroby, poronienia, depresje, leki, więcej zdrad, więcej kłamstw, obwinianie mnie o wszelkie niepowodzenia. I tak dalej. Dobre chwile też przerobiłam, ale, patrząc z perspektywy czasu, nie dają już rady zrównoważyć ogromu zwykłej podłości i perfidii, które pojawiły się później.
Więc w którejś chwili musiałam sobie polać tequilę i przyznać, że wspaniały, opiekuńczy i dojrzały mężczyzna, którego ja widziałam, to nie ten sam, którego opisałam i którego widzę obecnie. Ergo, jest szansa, że sobie wmówiłam. Tezę ową, oprócz oparów mocnego trunku, wzmacniał jeszcze fakt, że mój partner związków już kilka za sobą ma (niektóre nawet odbyły się w trakcie związku ze mną) i o ile mi wiadomo, wszystkie skończyły się raczej niesympatycznie. Czyli ze mną to raczej nie przypadek. Czyli moja wiara uczyniła cuda na kilka lat, a jak wiemy, cudów nie ma.

? KROK PIĄTY

Bilans zysków i strat. To podpowiedział mi mój przyjaciel, z zawodu i powołania terapeuta i coach. I to był przysłowiowy gwóźdź do trumny mojego zapatrzenia w obiekt mężczyzny, dotychczas nazywanego mężczyzną życia.

Bo wraz z pożegnaniem się z nim, zmieniło się w moim życiu bardzo, bardzo niewiele. Już przed wyprowadzką i tak prowadziliśmy osobne życia, które jednoczyły się jedynie sporadycznie przy stole lub na kanapie, przy oglądaniu wspólnie ulubionych seriali i filmów. Czasem wychodziliśmy do kina, ale coraz rzadziej, a jak już, to było jak na spotkaniu z kolegą, często nawet bez rozmawiania ze sobą. Częściej wychodziłam ze znajomymi lub sama, bo preferowany przeze mnie rodzaj rozrywki i chęć refleksji były coraz mniej chętnie widziane. Małżonek z oddaniem woził mnie wszędzie, nawet jak się upierałam, że mogłabym sama pojechać – dzisiaj, w obliczu choroby trochę utrudniającej mi poruszanie się i decyzyjność, czasami mi tego brakuje, jednak rola taksówkarza to nie do końca to, czego się pragnie od życiowego partnera. Poza tym było milczenie i coraz więcej milczenia. Robienie na złość, jak dziecko. Notoryczne nie dotrzymywanie danego słowa. I tak dalej. Jednym słowem: niepewność. Nie, nie brakuje mi tego. Z rzeczy materialnych, mam teraz jeden pokój w domu więcej, od kiedy małżonek się wyprowadził. Z rzeczy niematerialnych mam… większy spokój ducha. Nie kurczę się na samą myśl o powrocie do domu, gdzie trzeba będzie uważać na każdy wyraz twarzy (bo co miałaś na myśli, jak tak się uśmiechnęłaś?), na każde słowo (a co miał oznaczać ten ton?), na totalną osobność pod jednym dachem.

Powróciło do mnie kilku znajomych, z którymi zerwałam kontakt, bo nie mieli o moim małżonku najlepszej opinii, a przecież nie wolno było w mojej obecności znieważać i umniejszać mojego własnego, prywatnego bóstwa!

Paradoksalnie, mam więcej uwagi, czułości, przytuleń, rozmów, nawet dobrego seksu, niż podczas ostatnich lat małżeństwa.
Załamanie miałam w chwili, gdy nagle okazało się, że poważnie choruję, czułam się jak żeglarz na nieznanym morzu, osamotniona i miotana falami w czasie burzy. Ale nawet tutaj Miś Pyś pokazał, na co go stać – czyli odsyłam do Kroku Pierwszego.

Podsumowując? Są dwa wyjścia:

1. Uznać, że życie się skończyło. Załamać się. Zapuścić się. Połknąć garści tabletek, mając pewność, że nasze Kochanie i tak niczego z tego nie zrozumie.
2. Wstać, otrzepać się i uznać, że przeżyję. Może jakąś lekcję z tego wyciągnąć, np. taką, żeby lepiej inwestować uczucia, energię, wiarę.

Nie wiem, który sposób Wy wybierzecie. Jeśli chodzi o mnie, to niedawno zrzuciłam sobie na nogę baniak wody 18 litrów i nawet mi kość nie pękła – niezniszczalna, znaczy się, jestem.

Czego i Państwu życzę.