Psychologia

Jeśli nie chcesz, by ktoś wysysał z ciebie energię, nie podawaj mu słomki

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
19 listopada 2022
fot. Unsplash
 

Czasem żyjemy w złudnym poczuciu krzywdy. Realnie cierpimy, bo nie potrafimy w odpowiednim momencie zawalczyć o swoje. Wydaje nam się, że większość rzeczy, które nam się przydarzają to jednak nasza wina. Nie umiemy się wkurzyć na drugą osobę. Wydaje nam się, że jak to zrobimy, rozpęta się jakaś okropna awantura, a my lubimy tzw. święty spokój. Lubimy, kiedy inni nas lubią. Nie potrafimy pogodzić się z myślą, że ktoś nas krzywdzi ot tak sobie, a może nawet z premedytacją i dla własnej przyjemności. Zawsze taką osobę przed sobą tłumaczymy i próbujemy jakoś zrozumieć. Czy już widzisz, jak bardzo taka postawa może ci szkodzić?

Odcięcie od trudnych emocji

Mamy poczucie, że wszystko, co robimy, jest podyktowane naszymi dobrymi intencjami. Wydaje nam się, że jesteśmy wrażliwi, dobrzy i empatyczni. Wyciągasz do innych ręce z różnymi swoimi dobrymi chęciami, a oni odpowiadają często: agresją, niezrozumieniem, złośliwością, brakiem zrumienia. Wtedy pytasz:

„Jakim cudem ci ludzie, nie potrafią odpowiedzieć dobrem na dobro?”, „Dlaczego chociaż ją lubię, to ona mnie zawsze tak surowo odtrąca?”, „Czemu on nie widzi, że tak bardzo się staram?” Ale prawda jest taka, że to nie jest pełen obraz nas samych!

Zastanów się, czy potrafisz przyznać się przed sobą, że czasem czujesz: złość, nienawiść, gniew, napięcie, irytację, rozjuszenie itp. Jeśli nie – to znaczy, że raczej nie kontaktujesz się z tą trudniejszą częścią swojej natury. Zachowujesz się tak, jakbyś bała się przyjąć, że jesteś tylko człowiekiem. Z krwi i kości. Przecież wszyscy czujemy coś, co społecznie uznawane jest za mało eleganckie, niegrzeczne, karygodne. Taka jest natura człowieka. Ważne byśmy umieli przyznać się przed sobą, że bywamy mściwi i empatyczni. Czasem współczujemy, a czasem jesteśmy obojętni. Kochamy i jednocześnie nie lubimy drugiej osoby.

Sabotowanie siebie

Czy wiesz, że bycie empatycznym, wyrozumiałym, wybaczającym bez przerwy, notorycznie i bez szacunku dla siebie, może prowadzić do sabotowania siebie? Już tłumaczymy! Na pewno znasz osobę, która uważa, że jest wybaczająca wszystkim wszystko. Jeśli ktoś takiej kobiecie robi krzywdę, ona natychmiast próbuje zrozumieć intencje swojego… no cóż, jednak jakby nie było „oprawcy”. Na przykład – jeśli szef zwolni ją bez prawnie uzasadnionej przyczyny, ona, zamiast zezłościć się, zaczyna go usprawiedliwiać: „Musiał tak zrobić, bo jest inflacja”, „Musiał zatrudnić na moje miejsce swoją córkę, bo przecież to jest rodzinna firma”, „Nie umiał tego zrobić z klasą, bo z nim szefowie przez lata postępowali dokładnie tak samo”.

Takie głębokie empatyzowanie jest jak trucizna! Trucizna, którą sama sobie zatruwasz życie. Widząc tylko dobro w innych ludziach, używasz tego do usprawiedliwiania ich krzywd w stosunku do ciebie. Mówiąc jeszcze bardziej wprost: nie stawiając granic, nie złoszcząc się, a w zamian za to odcinając od swoich prawdziwych emocji – krzywdzisz siebie.

Bez przymilania

Jeśli czujesz, że właśnie postępujesz w taki sposób, zadaj sobie pytanie: czy nie żyłoby ci się lżej, gdybyś przyznała przed sobą, że nie jesteś chodzącym pełnym empatii ideałem i że czasem czujesz do kogoś po prostu gniew. Gniew, z którym nie zamierzasz nic specjalnego robić. Nie będziesz się przymilać do tej osoby, by twoje „trudne uczucie” wobec niej zniknęło. Po prostu pozwolisz sprawom toczyć się dalej swoim własnym biegiem… Bez naprawiania. Bez przebaczania i usprawiedliwiania kogoś na siłę.

W takiej sytuacji rozumienie i przebaczenie (natychmiast!) to właśnie jest podawanie drugiej osobie słomki do wysysania twoich zasobów. By znów mogła spróbować zwalić na ciebie w pracy zadania nie do wykonania, by pisała do ciebie SMS-y w środku nocy, że musisz coś poprawić, by wykorzystywała cię w domu do zajmowania się rzeczami, których nikt nie lubi robić itp. W sumie nawet trudno dziwić się, skąd taka osoba ma wiedzieć, że jesteś na nią zła, skoro zawsze witasz ją uśmiechem.

Do miliona razy sztuka?

Z czasem, gdy stajesz się bardziej świadoma, udaje już ci się postawić granicę i powiedzieć komuś, że notorycznie „cię przekraczał”. Z czasem uczysz się wytrzymywać myśl, że nie każdy musi cię lubić i to jest jego prawo. Ale bywa… że mija czas (miesiące, lata) i jakaś niewytłumaczalna siła, ciągnie cię znowu do osoby, która traktowała cię w przeszłości nie najlepiej. Tłumaczysz to sobie, że chodzi o przebaczenie. Jednak jeśli ty się nie zmieniłaś, to nie masz teraz szansy zmienić tej relacji na zdrowszą.

Pewnie masz wiele koleżanek, które próbowały wrócić do mężczyzn, którzy był o nie kiedyś bezpodstawnie bardzo zazdrośni z nadają, że teraz będą umieć temu przeciwdziałać. Ale niestety po latach ta sama sytuacja powtórzyła się. Podobnie bywa z przyjaźnią. Raz zerwana z powodu jakiegoś poważnego naruszenia może po latach kusić, by ją wznowić. Znów pragniesz poczuć to, co dawało ci kiedyś tyle przyjemności i zapominasz o tym, co było złego. Dlatego kiedy przychodzi ci do głowy myśl, by zbliżyć się do osoby, wobec której od jakieś czasu „trzymasz” bezpieczny dla siebie dystans, zastanów się, czy naprawdę tego chcesz i czy jesteś na to gotowa. Czy dokonałaś w sobie wystarczających zmian, by teraz umieć stawiać jej zdrowe granice? Weź też pod uwagę, że niestety niektórzy ludzie ranią, bo chcą. Bo sprawia im to przyjemność. Bo inaczej naprawdę nie potrafią. Być może więc „odcięcie się” było i nadal jest dla ciebie jedyną i bezpieczną decyzją?

A dlaczego tak robię?

Odpowiedzi jest wiele. Może tak zostałaś nauczona w dzieciństwie? Może twoi rodzice opowiadali ci bajki, że ludzie są tylko dobrzy? Albo za wszelką cenę mama szukała razem z tobą wytłumaczeń na niegodziwe zachowanie ojca i nigdy nie brała cię w obronę, kiedy nauczyciele przekraczali twoje zdrowe granice? A może oboje rodzice robili coś, co nie powinno się wydarzać, sprawując, że twoje granice rozmywały się i przestawałaś czuć, kiedy ktoś robi ci na złość, krzywdzi cię, ośmiesza? Może jako mało dziewczynka sama szukałaś dla tych ludzi usprawiedliwień? A ponieważ byłaś inteligentnym i sprytnym dzieckiem, zazwyczaj udawało ci się wykoncypować w swojej głowie szereg pozornie sensownych wytłumaczeń. Może to był twój jedyny sposób na przeżycie w tamtym momencie? Może gdybyś nie motywowała przed sobą sensownie działań swoich rodziców, nie potrafiłabyś wtedy przetrwać? Tylko ty znasz odpowiedź, dlaczego dziś stałaś się osobą tak głęboko empatyczną i notorycznie wybaczającą?

***

Dlatego kiedy kolejny raz będziesz zastawiać się, dlaczego ludzie postępują wobec ciebie nie fair i dlaczego nie potrafisz na to adekwatnie reagować, powiedz sobie stop i daj czas na przemyślenie. Bo sprawa jest bardziej skomplikowana niż wydawało ci się na początku. Nie podawaj innym słomki, by wysysali z ciebie energię. Nie sabotuj samej siebie.


Psychologia

Mówisz, że ludzie cię niszczą. A tak naprawdę ty też ostro krzywdzisz innych

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
19 listopada 2022
Borderline
Fot. iStock
 

Często myślimy o sobie, że nie potrafimy stawiać innym ludziom granic. Wydaje nam się, że jesteśmy non stop przekraczani, krzywdzeni, nadużywani. Myślimy, że nie potrafimy się obronić i musimy się tego jakoś nauczyć. Ale prawda jest bardziej skomplikowana. Psychologowie twierdzą, że zazwyczaj, jeśli nie potrafimy innym powiedzieć „nie chcę tego”, to sami też mamy tendencję do tego, by przekraczać granice innych ludzi. Tylko że nam bardzo trudno zobaczyć tę drugą stronę medalu. Wolimy myśleć o sobie „dobre, krzywdzone i biedne”, niż przyznać, że czasem też „krzywdzimy i przekraczamy granice innych”.

Ludzie, którzy nauczyli się w dzieciństwie stawiać „zdrowe granice”, dziś intuicyjnie trzymają się tych reguł w stosunku do samych siebie, czyli nie pozwalają się wykorzystywać. I tą samą zasadą kierują się do innych, czyli nie nadużywają swoich dzieci, współpracowników, męża. Ci zaś, których granice były w dzieciństwie naruszane, jako dorośli często nie tylko nie potrafią sami stawiać granic, ale naruszają je innym. Bez świadomości. Bez złych intencji. O co w tym chodzi?

Dla dobra naszej rodziny

Masz poczucie, że nie potrafisz być asertywna w pracy. Ciągle „zwalają ci” na głowę wiele zadań, które wymagają nadgodzin. A kiedy wyjeżdżasz na kilka dni w delegację, musisz jeszcze wydzwaniać do męża, dyktując mu z przejęciem, w co ma dziś ubrać dzieci i sprawdzasz, czy na pewno odgrzał przygotowane przez ciebie obiadki. Pewnie uważasz, że robisz to w trosce o dzieci. W dobrej wierze, bo wiesz, że jak jesteś w domu, to jednak mąż nie umie zapleść córce warkoczy, a pizzę podaje na stół bez podgrzania. Pewnie trudno ci zrezygnować z obrazu idealnej, perfekcyjnej i zaradnej siebie.

A prawda jest taka, że najzwyczajniej w świecie naruszasz granice męża, który odpowiada ci przez telefon ze spokojem: „Poradzę sobie”. Tak właśnie wygląda nieświadomie naruszanie granic innych osób. Bo przecież on jest dorosłym człowiekiem. Wcale nie chce i nie potrzebuje twojego dyrygowania na odległość. Zabierasz mu sprawczość i sprawiasz, że może się poczuć jak ciamajda.

Dlatego, jeśli czujesz, że jesteś osobą, która nie potrafi być asertywna i nie umie dbać o swoje granice, z całą pewnością w ten sam sposób nieświadomie postępujesz wobec innych. Musisz tylko przeprowadzić szczerą rozmowę sama ze sobą, by się do tego przyznać i odkryć, w jakich sytuacjach to robisz.

Cierpię z niesprawidliwości

Masz poczucie niesprawiedliwości, bo innym natychmiast udają się rzeczy, na które ty musiałabyś poświęcić wiele czasu i pracy. Przyjaciółka, która nawet nie studiowała, mieszka dziś w pięknej willi z zamożnym mężem? Czujesz, że to niesprawiedliwe, że ty musisz pracować na dwóch etatach, a ona ma tak wygodnie. Dlatego, gdy cię zaprasza na imprezę, odmawiasz. Masz na to nawet racjonalne wytłumaczenie. Nie chcesz tam iść, bo oni znów będą rozmawiać, że wyjeżdżają na Dominikanę na wakacje, a ciebie na to nie stać. Jednak jej mówisz: „Nie mogę przyjść, bo nie mam ładnej sukienki.. Poza tym nikt mnie nigdy nie słucha na tych spotkaniach. Nie mam kasy nawet, by kupić dobre wino”.

Czy zauważyłaś, że wtedy twoja przyjaciółka zaczyna się „uwijać” wokół twojego złego samopoczucia, zapewnia cię, że założy jakiś dres i że nic nie musisz przynosić? A potem pyta, czy ci jakoś pomóc? Czy potrzebujesz pożyczki? Ty jednak dalej masz muchy w nosie i… nie przychodzisz. Zastanawiałaś się kiedyś, że wbijasz ją w ten sposób poczucie winy i naruszasz jej granice, stosując mikro agresję?

Pewnie trudno ci przyznać się przed sobą, że zachowujesz się tak, jakbyś kompletnie nie przyjmowała do wiadomości, że jesteś już dorosła i sama powinnaś brać odpowiedzialność za swoje życie. Za to tkwisz w poczuciu niesprawiedliwości, jakbyś „nacierała się” tym swoim bólem. Najgorsze jednak jest to, że wbijając bliskie ci osoby w poczucie winy, jęcząc im i ciągle opowiadając o swoich bolączkach, czerpiesz ukryte korzyści z tego, że cierpisz. Każdy może mieć gorszy dzień. Każdy ma prawo do humorów. Ale jeśli postępujesz w ten sposób notorycznie, to naruszasz granice przyjaciół, w poczuciu swojej krzywdy i bez świadomości, że się tego dopuszczasz.

Już nie wyrabiam

A może jesteś samotną matką, która ledwo wiąże koniec z końcem? Nie tylko brakuje ci pieniędzy, ale też czasu dla samej siebie. W dodatku szef w pracy intuicyjnie wyczuwa, że może cię obarczać obowiązkami, których inni nie wezmą na siebie. On wie, że ty z lęku przed utratą pracy, zgodzisz się zostać po godzinach i jeszcze nie upomnisz się o dodatkowe wynagrodzenie. Kiedy zaś wracasz do domu, coś w tobie pęka. Widzisz, że nastoletni syn nawet nie powkładał naczyń do zmywarki, a młodsza córka rzuciła mokry ręcznik w swoim pokoju na podłogę i udaje, że go nie widzi. Co robisz? Natychmiast wybuchasz! Krzyczysz! Wydzierasz się, nazywając dzieci – leniuchami, niewdzięcznikami, narcyzami, okropnymi bachorami. Trzaskasz drzwiami tak mocno, że pęka w nich szyba i w końcu zamykasz się w łazience. Kiedy dzieci próbują się do ciebie dostać, pukają i proszą, byś otworzyła, milczysz godzinę.

Tak, jesteś naprawdę w trudnej sytuacji. Nie chodzi o to, byś poczuła się jeszcze gorzej. Jednak musisz wiedzieć, że krzyk to forma agresji i wcale nie taka subtelna, zaś robienie karczemnych awantur to naruszanie granic dzieci. Gdybyś asertywnie ominęła ręcznik, pewnie po tygodniu córka włożyłaby go do pralki. Gdybyś porozmawiała z synem, miałabyś szansę na zmianę jego zachowania. Niestety matkom często trudno przyznać przed sobą, że naruszają granice dzieci.

Kilka słów na koniec

Wiemy, że ten tekst może być dla ciebie trudny. Wiemy, że przyjęcie go wymaga szczerości i dowagi. Wiemy, że większość poradników o stawianiu granic – koncentruje się poradach, które mają nam „zrobić dobrze”. A poczucie, że jeśli nie umiemy strawić granic innym ludziom to sami też je przekraczamy – do wygodnych nie należy. Jednak bez skontaktowania się tym psychologicznym mechanizmem w sobie – tak naprawdę nie mamy szansy na pełniejszy rozwój. Możemy utknąć w poczuciu „ja biedna, ja niezrozumiana, ja wiecznie pokrzywdzona”. A to przecież nie jest prawda. To nie jest cała prawda o nas.


Psychologia

„Dla mnie ojciec jest kimś takim jak mleczarz, jak listonosz. Nie wiem, kim powinien być mężczyzna w domu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 listopada 2022

Moja mam rozstała się z tatą, kiedy miałam dwa lata, dlatego nie mam żadnych, najmniejszych nawet, wspomnień z okresu, kiedy byliśmy rodziną. W mojej głownie nie został ani jeden obraz. Nic, zero. Nawet przez mgłę. W zasadzie moja mama zawsze była takim babo-chłopem. Tuliła mnie do snu, czytała bajeczki, ale potrafiła też zmienić koło w samochodzie, kiedy złapała gumę czy naprawić zapchane kolanko w zlewie w kuchni. Nie mam jej nic do zarzucenia. Starała się i była naprawdę dobrym, kochającym rodzicem. Jednak w tych okolicznościach zostałam wychowana na dziewczynę zaradną, niepotrzebującą „silnego męskiego ramienia”. I to niby tak po wierzchu wygląda… fajnie. Ale nie do końca.

Dziś czytam we wszystkich poradnikach, że kobiety powinny być niezależne. Że trzeba czuć w sobie siłę, by potem móc pokochać inną osobę. Nie wiem, może coś mi się pomieszało… Jednak dla mnie ta nieumiejętność poproszenia mężczyzny o pomoc, jest smutkiem i przeszkodą do budowania relacji. Nie wiem, jak miałby wyglądać normalny zdrowy związek. Wszystkie, w które wchodzę, szybko sie kończą, bo albo staje się w nich opiekuńcza, zaborcza i kontrolująca, albo dla odmiany udaję małą nieprzystosowaną dziewczynkę, która trzepoce rzęsami i potrzebuje wsparcia. Nigdy mi to na dobre nie wychodzi. Moje terapeutka mówi, że brak mi wzorców, ale, że to nie jest koniec świata. Tylko skąd ja miałabym czerpać te wiedzę? Skąd? Do tej pory brałam ja z filmów romantycznych. A wiadomo, że to tylko prowadziła mnie na manowce.

Do tego mam bardzo dziwną relację z moja mamą, która uważam za świetną kobietę. Ona naprawdę potrafiła radzić sobie w bardzo trudnych życiowych sytuacjach. Zawsze na kierowniczych stanowiskach, zawsze z dumnie podniesioną głową. Do dziś, kiedy muszę podjąć trudną decyzję – jadę do mamy i z nią przegaduję, co powinnam zrobić. Czy zmienić pracę? Czy skorzystać z możliwości wyjazdu do Danii w mojej firmie na rok? Czy rozstać sie z chłopakiem, który okazał się niedorajdą życiową i nie potrafi od roku znaleźć pracy? Zawsze muszę wszystko skonsultować. Oblewają mnie zimne poty, gdybym miała sama podjąć taka kluczową dla mojej przyszłości decyzję. W takich sytuacjach jestem więcej niż pewna, że nie będę umiała zdroworozsądkowo poradzić sobie z rozwiązaniem sytuacji. Niby co w ty złego, że mając mądra matkę, proszę o ją o pomoc? Tyle, że ja mam teraz 38 lat. I chyba powinnam już sama…. Nie, ja na pewno powinnam już sama wziąć odpowiedzialność za swoje życie.

W moim domu w dzieciństwie nie było mężczyzn. Wychowywały mnie mama i babcia. Ojca i dziadków nie znałam. Dziś kiedy patrzę na koleżanki, które wychowywały się w podobnych domach, widzę, że one już mają dzieci i dawno pozakładały rodziny. Udało im się wyrwać z tego „kobiecego zaklętego kręgu”. Kompletnie nie wiem, dlaczego ja tego nie potrafię zrobić. Przecież nie wychowywałam się w żadnej patologii. Mama i babcia bardzo mnie kochały i nadal kochają. Jak to się mówi oddały by mi własną koszulę i nieba by mi przychyliły. Dlaczego więc dziś jestem wiecznie i notorycznie nieszczęśliwa? Dzień po dniu. W każdej godzinie. Chwilę, kiedy czuję się spełniona, są jak drobne koraliki mojego życia. Tylko minuty…

Czasem oglądam filmy, w których ojcowie pojawiają się nagle w życiu swoich dorosłych córek. Przyjeżdżają niespodziewanie i proszą o wybaczenie, że ich nie było w ich życiu. Najczęściej dzieje się to, gdy już wiedzą, że śmiertelnie chorują. Córki najpierw zamykają im drzwi przed nosem, ale ci ojcowie są już zdeterminowani, niezłomni, mądrzejsi. Mieli czas, by w cierpieniu przemyśleć swoje postępowanie i proszą o wybaczenie. A potem następuje jakiś… happy end. Dlaczego tak nigdy nie dzieje się w prawdziwym życiu? Dlaczego mój ojciec sobie o mnie nie przypomni? Nie spróbuje się skontaktować? Wykreślił mnie ze swojego życia, kiedy byłam maleńkim dzieckiem… Próbowałam do niego pisać i dzwonić. Nigdy nie przynosiło to skutku. Na listy nie odpowiada. Telefon odbiera, ale rozmowa szybko przekształca się w mój niezręczny monolog. Zawsze po takim telefonie kładę się do łóżka i leżę, patrząc w sufit godzinami. Boli mnie coś w środku: w piersi, w brzuchu, w sercu…

Za każdym następnym razem, kiedy przychodzi mi do głowy, by znów dzwonić do taty, bo zbliżają się jego urodziny lub Święta Bożego Narodzenia, dosłownie brakuje mi oddechu. Zbieram się do tego wiele godzin, bo wiem już, jak będę się czuła, kiedy odłożę słuchawkę. Pusta i obolała w środku. Ponieważ on nigdy nie oddzwania, ja mam w sobie odwagę najwyżej raz do do roku wykonać ten gest ze swojej strony. Czasem chodzę też na cmentarz, gdzie jest ojca rodzinny grób. Leży w nim babcia i dzidek, których nigdy nie poznałam. Idę tam jednak nie po to, by zapalić świeczkę i pomodlić się chwilę za ich dusze. Idę tam po to, by sprawdzić, czy to już koniec mojej męki. Czy leży tam mój ojciec? Czy umarł? Bo pewnie nikt nie pamiętałby, żeby zaprosić mnie na jego pogrzeb. Wiem, że ta chwila może być dla mnie tragiczna, że nie udało się nam pogodzić za życia. Ale może być też wyzwoleniem od tego okropnego czekania.

Tato, proszę zadzwoń do mnie pierwszy raz w życiu w te święta. Tak bardzo czekam już od ponad trzydziestu lat. Tak trudno mi uwierzyć, że nic do mnie nie czujesz, że nie jesteś ciekaw, na jaka osobę wyrosłam. Czy to możliwe, że masz mnie w kompletnie w du*ie? Dziecko zawsze ma nadzieję… Myśl, że jestem nieważna dla pierwszego mężczyzny mojego życia, robi mi okropną wyrwę w sercu. Proszę, powiedz mi choć jedno dobre słowo. Bym miała się czego uchwycić, a po twojej śmierci mieć choć jedno ciepłe wspomnienie związane z tobą. Będzie mi potem łatwiej żyć…


Zobacz także

Życie z partnerem z borderline jest jak życie na tykającej bombie. Kiedy przestać walczyć?

Rozwodzący się rodzice często grają w grę: „kto jest lepszym rodzicem”. Strategie są różne

Nigdy nie proś mężczyzny o to, by został w twoim życiu, jeśli on tego nie chce