Co może człowieka wku*wić od rana, nawet w piątek, tuż przed weekendem. No co?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 czerwca 2017
Fot. iStock/Kikovic
Fot. iStock/Kikovic
 

Wiecie co, mnie generalnie polityka gila. I jakoś nigdy specjalnie się nią nie interesowałam. Takie tam podstawowe rzeczy, które wiedzieć powinnam ogarniałam, na tyle, żeby wiedzieć, na kogo głosować w wyborach nie chcę. Bo na kogo chcę – trudno było znaleźć odpowiedź. Tak, wiem, mniejsze zło, ale skoro prawa wyborcze wywalczone zaledwie kilkadziesiąt lat temu mam – to z nich korzystam, bo to mój przywilej.

No więc po pierwsze dostaję ku*wicy, jak ci, co nie głosują dyskutują o tym, co zrobić trzeba i co najlepiej by się sprawdziło. Pie*dolą farmazony siedząc wygodnie w fotelu, a gdy pytasz: a na kogo głosowałeś (choć to okazuje się być wielkim skrywanym sekretem ostatnio), to słyszysz: a nie byłem, wiesz, deszcz padał/słońce za bardzo świeciło/z rodziną wyjechałem. To się zamknij i nie wypowiadaj, bo jak masz tylko szczekać bez efektu, to po co komuś nerwy szarpać, chociażby mi, bo moje już w strzępach.

Po drugie – co by już zamknąć buzie tym, którzy poczują się dotknięci. Wkurzam się na tę władzę, bo ona teraz jest u władzy i rozdaje porąbane czasami karty (że też „czasami” przeszło mi przez gardło). Wkurzam się i myślę sobie, że żadna inna nie wywoływała u mnie aż takich emocji! Może to kwestia wieku? Może potrzeba szukania całości w tej wielkie dziurze. Nie wiem. Ale jak tylko otwieram jakiekolwiek wiadomości, krew mnie zalewa.

Przykład: katoliccy (żeby nie było, nic nie mam do katolickich) farmaceuci chcą zmian w prawie, aby mogli odmówić sprzedaży leku powołując się na klauzulę sumienia. Po pierwsze – już mnie zabił sam fakt, że farmaceuci dzielą się na katolickich i innych, po drugie chyba tylko przy obecnym rządzie ktoś mógł wpaść na taki pomysł! Że jak pójdziesz do apteki i poprosisz o prezerwatywy, to ci powiedzą: poszła won i znak krzyża w powietrzu namalują. Oczywiście o innych środkach antykoncepcyjnych nie wspomnę. Bo nie dość, że na receptę, to ci jeszcze nie sprzedadzą. A co ty myślałaś, że tak możesz dla przyjemności tylko seks uprawiać. Za to pigułki na potencję dostaniesz zawsze, bez recepty, jedyna taka szansa w Polsce!

I zastanawiam się: w jakim ja kraju żyję? Gdzie kłamstwo goni kłamstwo i to tak bezkarnie i wprost. Gdzie politykom brak sprytu i choć odrobiny przyzwoitości – by kłamać tak, żeby chociaż niewielu się skapnęło, że to wierutna bzdura, bo kłamią wszyscy, tylko jedni bardziej umiejętnie.

Jak z tym Opolem. Przecież to festiwal wyssany z mlekiem matki. Kto z nas nie oglądał czasami jeszcze na biało-czarnym telewizorze tych wszystkich polskich hitów, które stamtąd się wywodzą. Gdyby ktoś rok temu powiedział, że Opola nie będzie, że nie będzie festiwalu, który trwał przez dziesiątki lat, to byśmy postukali się w głowę i powiedzieli: nie, no już bez jaj, można myśleć o PIS-ie co się chce, ale nie, że Opole odwołają. A oni nie odwołali, ale do Kielc przenieśli, sami sobie broń do skroni przyłożyli piętnując artystów za społeczne zaangażowanie. A masz, a masz po rączkach, za to, że o prawa kobiet walczysz. A masz, nie myśl sobie, że ci to ujdzie na sucho. Ja pie*dole. Im się wydaje, że są wszechmocni. Że wszechwładni. Że jak już dzierżą władzę w swoich łapach, to wszystkim ch*j do tego, co robią. Bo oni rządzą. Matko, takiego zadufania w sobie, takiej głupoty, która się wylewa z ust polityków, ja naprawdę nigdy wcześniej nie słyszałam.

To tak jak z Jurkiem Owsiakiem – nie udaje im się zniszczyć Orkiestry, więc próbują uderzyć gdzie indziej i straszą terrorystami na Przystanku Woodstock, zamiast zadbać o bezpieczeństwo setek tysięcy ludzi, potencjalnych wyborców, którzy i tak tam pojadą. No ale przecież ta Sodoma i Gomora to główna przyczyna sukcesu Owsiaka – tak uważają. A jak ludzi przestraszą i ci na festiwal nie przyjadą, to i WOŚP w styczniu w końcu podupadnie i wtedy będzie można więcej niż 14 sekund przeznaczyć na informację, że w tym roku jednak porażka i zamiast 105 mln, Orkiestra zebrała „zaledwie 100 mln”.

Tylko, co tu nazwać porażką. To, ze Beata Kempa mówi, że wydano na pomoc w Syrii 100 mln złotych, sugerując, że wydarzyło się to właśnie teraz na przestrzeni roku, choć to suma zebrana z trzech lat? Gdzie sama Polska Akcja Humanitarna przez dwa lata przeznaczyła na pomoc Syryjczykom 80 mln? No tak, ale jak się nie podaje kontekstu, to 100 milionów zawsze brzmi dumnie.

Mniej dumnie wybrzmiewa wydane 1,6 mln złotych dla ojca Rydzyka i jego media. Gdzie Minister Radziwiłł mógłby rozpatrzyć – reklama w telewizji Trwam, czy refundacja leków dla najbardziej potrzebujących. No ale budżet marketingowy trzeba umiejętnie stworzyć i wykorzystać na jeden słuszny cel.

Nie, ja nie mówię, że wszystko jest źle i bez sensu. Ja mówię, że mnie obecna sytuacja wku*wia, bo na tych kilku naprawdę błahych przykładach (przepraszam, piszę „błahych”w kontekście tego, że można by wyciągnąć jeszcze cięższe działa)człowiek już może dostać białej gorączki i chcieć przeprowadzić w sejmie akcję samobójczą. Choć pewnie i tak wyszłoby, że to ISIS wciągnęli, a w moim komputerze znaleźliby zaproszenia na Facebooku od znajomych niewiadomego pochodzenia.

I ja wiem, że to już piątek i weekend i o polityce być nie powinno, i że mój wku*w niczego nie zmieni. Ale nie mogę o nim nie mówić. Bo jak się zamkniemy i machniemy ręką, to za chwilę obudzimy się z jedyną słuszną opcją naszego kraju, z którego nic tylko uciekać nam przyjdzie, bo dwa programy (a nie trzy, bo jeszcze ta z Torunia) jedynie oglądać będzie można, słuchać tylko wybranych artystów i broń Boże nie krytykować. Za każde słowo krytyki wytropimy i ukatrupimy tak, żeby wyszło, że to i tak opozycja zrobiła.

Eh… już mi trochę lżej.

P.S. Oczywiście wkurw wziął się z przeglądu porannej internetowej prasy na oko.press. Ale z drugiej strony, jak nie czytać i się nie uświadamiać? Tak wiem, już raz jeden z polityków odpowiedział mi na to pytanie: po prostu słucham, czytam i oglądam niewłaściwie media…


W dupie mam te wszystkie komentarze, że za chuda, zbyt uśmiechnięta i za szczęśliwa. Weźcie się matki ogarnijcie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 czerwca 2017
Fot.  Screen z Instagrama / Anna Lewandowska
Fot. Screen z Instagrama / Anna Lewandowska
 

Najgorsza rzecz? Zostać matką w naszym kraju. A druga najgorsza z najgorszych? Obwieścić swoje szczęście całemu światu. Jest jeszcze jedna – zostać matką – celebrytką, na której córkę czeka pół Polski, bo drugie pół jest rozczarowane, że to jednak nie chłopak.

Ja pie*dole, zastanawiam się, co ludzie mają takiego w głowach, że tak bardzo interesuje ich cudze życie. A życie MATKI – Lewandowskiej interesuje niemal wszystkich. Przez zwykłych szaraczków, po ludzi, którzy publicznie zabierają głos w jej sprawie, w obronie lub próbie upokorzenia. Czy wy nie rozumiecie, że ona ma to kompletnie w dupie? Jest jej dobrze i zupełnie nieświadomie śmieje się w nos tym, którzy chcieliby jej dopiec, czy wyrazy współczucia złożyć.

Dlaczego tak w oczy nas kole czyjeś szczęście? Matka, która nie chce w swoim macierzyństwie zostać skazana na ostracyzm:

– powinna mieć 20 kilogramów nadwagi – żeby inni jej współczuli mówiąc: „No tak bywa” i dodając „ja to miałam szczęście, po miesiącu wchodziłam w swoje dżinsy sprzed porodu”. Nic nie poprawia bardziej humoru, niż świadomość, że inni mają gorzej.

– idealna matka powinna mieć podkrążone od niewyspania oczy – bo przecież dziecko MUSI dać w kość, wtedy tylko zrozumie, co znaczy prawdziwe macierzyństwo.

– matce wszyscy powinni odmawiać pomocy w myśl zasady: „chciałaś, to se radź”. Bo przecież nie może być tak łatwo, że ma nianię, czy panią od sprzątania! Matko przyznać się, że pani przychodzi ci sprzątać, bo nie wyrabiasz na zakrętach – lincz gotowy!

– jeśli chce wrzucać na Facebooka jakieś zdjęcia, to najlepiej ze spacerów, i to spacerów po parku, w których spędza ponad połowę dnia, a w domu jakimś cudem czeka i tak przygotowany dla męża i dla niej obiad.

– powinna być oczywiście zawsze uśmiechnięta, a szczęście musi z niej emanować. Nie ma prawa powiedzieć: mam dość, jestem zmęczona – bo jak to? Jak będziesz tak mówić, to twojemu dziecku coś się stanie.

Jedno jest pewne, matka idealna musi mieć źle. MUSI mieć gorzej od nas. Nie może mieć czasu na spotkania z przyjaciółkami, jej małżeństwo musi przejść kryzys i wtedy inne matki będą jej mówić: „oj kochana, nie przejmuj się to normalne”. A gówno prawda, że normalne. Mamy prawo być matkami na miarę tego, jakimi ludźmi jesteśmy!

Mam ochotę po sześciu tygodniach biec na fitness – to biegnę zostawiając małe z ojcem/babcią/ba nawet z tą demonizowaną nianią. Idę, bo jestem człowiekiem, bo mam ochotę, bo jak nie wyjdę, to zwariuję i w dupie mam te wszystkie matki, co myślą inaczej.

Mam ochotę wybrać się na randkę z mężem bez dziecka? A proszę bardzo. I jeszcze zdjęcie z przepięknej restauracji wrzucę i wara żeby ktoś się pytał, gdzie mój syn lub córka. Nie, nie śpi pod stołem, nie ryczy samo w domu. Jest pod dobrą opieką tak, żebyśmy my mogli choć przez chwilę pobyć sami.

Chcę poplotkować z przyjaciółkami, spotkać się, zrelaksować, bo tylko tak jestem w stanie uśmiechnąć się do mojego dziecka, które po raz kolejny obudzi się w nocy przez te cholerne zęby? I spotkam się i pojęczę, jak mi źle, jak marzę, żeby się wyspać i jak czasami najchętniej uciekłabym na drugi koniec świata, byle jak najdalej od tego kieratu.

I nikogo nie udaję! I wybaczcie, że na waszą modłę Matek Zawistnych, Matek WiemLepiejCojestDobreDlaTwojegoDzieckaIDlaCiebie nie śpiewam! I nie wrzucam swoich zdjęć z błaganiem o komentarz, że jak tak można i czy mi wypada. W końcu zostałam matką, więc nie mogę:

– dobrze wyglądać

– pokazywać się bez dziecka

– spędzać czasu z mężem

– jeść sushi skoro karmię piersią.

O matko właśnie – a ciekawe czy karmię, czy dziecko śpi ze mną czy osobno. Ono już na pewno ma syndrom odrzucenia, zacznie mieć tiki nerwowe i źle sypiać – ojoj wtedy to mi pokaże. Prawda? Albo, tak wiem – będę je rozpieszczać zabawkami w zamian za brak czasu i wyrośnie mi taki samolub, dla którego tylko materialne rzeczy ważne będą. A niej daj Boże jak ten wiecie – Januszek z ballady. I kto się będzie temu dziwić, skoro matka na fitness leciała, zamiast siedzieć nad śpiącym smacznie dzieckiem?

Zostajesz matką i okazuje się, że cała wiedza, którą posiadasz, warta jest funta kłaków, bo inne matki wiedzą lepiej! Wiedzą lepiej nawet od Matki-Lewandowskiej jak ona powinna wyglądać i na co może sobie sportowo pozwolić. Wiedzą lepiej, bo zostały matkami ciut wcześniej – i wszystkie rozumy pozjadały – w każdej kwestii.

Drogie Matki Furiatki – zamknijcie komputery, wylogujcie się z wszelakich forów i idźcie na spacer ze swoimi dzieckiem, albo umówicie się z przyjaciółkami wieczorem na wino. Może jutro na świat spojrzycie bardziej przychylnym okiem. Czego sobie i wam życzę.


Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. W końcu ile można tak żyć?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
4 czerwca 2017
Fot. iStock/jacoblund
Fot. iStock/jacoblund
 

Nic nie doprowadza mnie do szału tak, jak marudzący ludzie. Organicznie nie jestem w stanie znieść tego wiecznego: „no stara bieda”, „wszystko po staremu”, „nie ma o czym mówić”. A kiedy próbuję wykrzesać choć trochę energii, porozmawiać jak z dzieckiem zachęcając do pozytywnych wynurzeń pytając: „A co dobrego się wydarzyło” to widzę tylko te zdziwione oczy, jakbym rozum straciła, bo co dobrego może wydarzyć się w życiu, które kręci się wokół pracy, dzieci, zakupów i liczenia, czy wystarczy na kolejną ratę kredytu.

A mi się wrzeszczeć wtedy chce, bo czy naprawdę nasze życie ma polegać tylko na szukaniu tego, co czyni nas nieszczęśliwymi? Czy z narzekania czerpiemy jakąś masochistyczną przyjemność. A jest mi źle, to sobie wsadzę jeszcze jedną szpilkę, a to jeszcze poszukam czegoś, na co mogę pomarudzić do woli. A niech mi się uleje jadem, zawiścią i marudzeniem.

Bo od rana pada, bo sąsiad kupił sobie nowe auto i ciekawe skąd ma na to pieniądze. A to znowu znajoma z byłej pracy zdjęcie z weekendowego wypadu wstawiła – jasne, stać ją, pewnie zgarnęła twoje obowiązki i więcej kasy dostała, jak ty odeszłaś. Bo lepiej jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Koleżanka ma fajniejszego męża, bo ostatnio zakupy dźwigał z garażu do domu, a twojemu to się akurat w ten dzień nie zdarzyło. Pani ze sklepu ma klawe życie, bo ma osiedlowy biznes, chlebek rano sprzedaje, ludzie mili, każdy się do niej uśmiecha. A tobie? Tobie ostatnio pani spod szóstki dzień dobry nawet nie powiedziała. Zdzira jedna. Pewnie zazdrości, już nieważne czego.

A kuzynka? Skubana, wiedziała jak się ustawić, męża złapała, co to kasy w pizdu ma i nic w życiu robić nie musi. Jak ty byś tak chciała nic nie musieć. Nic, kompletnie nic.

I wiesz co, ja też tak długo myślałam. W chwilach kryzysu, kiedy sił mi było brak, krzyczałam w duchu: a weźcie się wszyscy ode mnie odwalcie. Nie odbiorę telefonu, nie zrobię obiadu, nie odkurzę i prania kolejngo nie wstawię i z dziećmi znienawidzonych przez mnie klocków nie poukładałam.

Nienawidziłam życia, jak większość z tych marudzących. Wszystko było nie tak, albo zupełnie nie wystarczające. Wszystkiego było mi mało – mało pieniędzy, mało obowiązków, mało radości, mało miłości, czułości i szczęścia. Wszystko było do bani, choć udawałam, że jest w idealnym porządku. Uśmiechałam się szeroko przytakując, że no tak truskawki w tym roku drogie i jakieś takie mało smaczne, a na wakacje, to my też jeszcze nie wiemy, gdzie pojedziemy, bo drogo wszędzie cholernie, a my łazienkę wyremontować byśmy chcieli. A później w nocy wyłam do poduszki, bo po ch*j mi ta łazienka, jak ja marzę o odpoczynku. O tym, żeby uciec w pizdu od tego życia, od tego świata, od wszystkich ludzi, którzy mnie otoczyli zaciśniętym kręgiem i przed którymi nie sposób było się schować, bo oni zawsze wiedzieli, jak mnie znaleźć i co znowu ode mnie chcieć.

I przyszedł taki moment, kiedy powiedziałam basta. Najpierw naczyniom w zlewie. Wyszłam z domu pozostawiając brudne kubki… Śmiejcie się, ale kto wie, ten zrozumie, jaki przełom to w moim życiu stanowiło. Bo to był mój pierwszy świadomy wybór: wyjście z dziećmi na spacer czy mycie naczyń. Spytałam siebie: co chcesz? I odpowiedź była jasna. Później odebrałam telefon z pracy po godzinach mówiąc, że już skończyłam pracę i zajmę się tym jutro z samego rana. Stres sięgał zenitu, kiedy zastanawiałam się, czy rano na biurku nie zobaczę wypowiedzenia. Ale nic się nie stało, a telefon po godzinach przestał dzwonić. Niby niewiele się zmieniło, a jednak tak dużo. Zadzwoniłam do mojej mamy pytając czy przyjedzie zająć się dziećmi, bo muszę sama wyjechać w góry, połazić, pomyśleć, ułożyć się ze sobą. Tego jej akurat nie musiałam mówić i tłumaczyć, bo ona złapała w lot, choć oczywiście panicznie bałam się usłyszeć, jaką to wyrodną matką jestem.To wtedy w tych górach schodząc w okropnej ulewie ze wzrokiem utkwionym w ziemię, bo tak lało, zeszłam ze szlaku. Nawet nie wiedziałam jak. Kiedy podniosłam głowę okazało się, że jestem w zupełnie innym niż zazwyczaj miejscu. Stałam na polanie rozglądając się i pytając samą siebie, jak tu doszłam. I wtedy dotarło do mnie, że czasami trzeba iść tam, gdzie nogi nas same niosą, żeby dostrzec wszystko to, o czym zapomnieliśmy Nagle góry, które znałam na pamięć, odkryły przede mną swoje nowe miejsca. Wyszło słońce, a dobrzy ludzie zatrzymali się sami po drodze zabierając mnie całą mokrą na stopa.

I wtedy dociera do ciebie, jak wiele rzeczy możesz, a jak niewiele musisz. Że to tylko zależy od ciebie. Jak zadasz sobie to jedno cholernie trudne pytanie: czego chcesz, wiesz wszystko. Czemu trudne? Bo kiedy sobie na nie odpowiesz, musisz (i to jedyne musisz) wybrać – czy zrobisz to, czego chcesz, czy to co powinieneś, albo nomen omen, co tylko w opinii innych musisz.

I pewnie dlatego do wku*wu doprowadza mnie to całe marudzenie i narzekanie. Bo ja już wiem, że mamy WYBÓR! Chcesz marudzić – proszę bardzo, ale nie zatruwaj mi tym życia, nie dziw się, że w końcu się odsunę już nie mogąc tego słuchać, moja tolerancja, wybacz, w tym względzie ma swoje granice. Bo TY MASZ WYBÓR, ja też mam swój. Ja też mogę siebie spytać: czego chcę. I jeśli nie chcę tego dłużej słuchać, odejdę zostawiając cię z kolejnym powodem do narzekania, bo nawet na ludzi liczyć nie możesz. Błagam cię, a ty na siebie możesz liczyć? No jak? Możesz?

Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. Wybrałam, kto jest dla mnie najważniejszy i na kim i na czym mi tak naprawdę w życiu zależy. Pewnie dlatego nie ruszają mnie te wszystkie: mogłabyś to, czy tamto, życzę ci tego lub śmego – bo ja już wiem, czego chcę. I wiem, że to w jakim miejscu jestem, to mój wybór. I pewnie dlatego nie marudzę i nie narzekam, bo jeśli już mam mieć do kogoś pretensje, to tylko dla siebie i tylko ja to, co odbiera mi radość życia, mogę zmienić. To takie proste. A jednak większość z nas woli być nieszczęśliwymi i wiecznie skwaszonymi. Ale to ich wybór. Szkoda jedynie, że tego nie rozumieją. Mi ich szkoda.