Jak mnie wku*wia, jak ktoś samodzielnie myśleć nie potrafi, tylko powtarza zasłyszane bzdury

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
31 października 2018
Fot. iStock/Lord Baileys
 

Wku*wia mnie maksymalnie, jak ktoś próbuje mi wcisnąć dziecko w brzuch trzymając się bzdur niepopartych żadną wiedzą, a tylko zasłyszanymi głupotami, w które ślepo wierzy. Świadczy to dla mnie – po pierwsze, o braku zdolności do samodzielnego myślenia, po drugie o potrzebie bycia kimś ważnym, kimś umoralniającym, kimś kto ślepo wierzy autorytetom, które akurat z autorytetem w tym momencie nie mają nic wspólnego.

Czy naprawdę tak trudno nam mieć własne zdanie? Tak trudno skonstruować własną opinię i się jej trzymać? Czy naprawdę ogłupiające memy, cytaty i wypowiedzi ludzi przeróżnej maści w mediach społecznościowych robią nam wodę z mózgu? I uwaga wcale nie piję do polityki. Mój wku*w jest wywołany Halloween, a raczej odmawianiem dzieci przyjemności zabawy. Taka silna jest wiara katolicka, że ze strachem podsycanym ogniem piekielnym, patrzymy na dzieci przebrane w duchy i potwory, które zniszczą świętości, w które nadal większość tego kraju wierzy? I bardzo dobrze, że wierzy, tego nie podważam. Ale warto pamiętać, że religia od dawna była przede wszystkim narzędziem władzy nad ludźmi i choć wydawało się, że taką władzę miała w Ciemnogrodzie, to okazuje się, że teraz budzi w nas paniczny lęk ksiądz, który krzyczy z ambony, że Halloween to święto diabła.

Ja pie*dole, skąd on i jemu podobni, którzy takie durnoty powtarzają, to biorą? Jak mogą straszyć dzieci piekłem, demonami i tym, że nigdy do nieba nie pójdą. A tam dzieci. Co najlepsze starszą dorosłych, którzy na te farmazony nabrać się dają. Bo nadal to, co powie ksiądz, lekarz i prawnik jest prawdą najprawdziwszą, której podważać się nie da.

A ja mam pytanie. Czy ktoś powtarzając te głupoty, zamykający dzieciom drzwi przed nosem, gdy przychodzą po cukierki, goniący dzieci z krzyżem (tak, moje tak były gonione rok temu i to nie przez księdza, ale przez jedną z sąsiadek), zadał sobie trud, by samodzielnie wklepać w google H A L L O W E E N? Czy ktoś ma w ogóle pojęcie, o co w tej zabawie chodzi? Zabawie, bo przecież nikt tu nie mówi o jakimś wielkim święcie. Moje dzieci wiedzą, co to Święto Zmarłych, wiedzą też co to Dziady były i żałują, że teraz już nikt Dziadów nie obchodzi, namawiają mnie do wznowienia tego święta choćby u nas w domu. Wiedzą też, że Halloween jest trochę podobne do dożynek, a trochę do topienia Marzanny. O matko, że też nigdy nikt nie zabronił dzieciom topić Marzanny uznając ją za czarownicę i obrządek, a jakże – pogański.

Dla wszystkich tych, którzy w swoim zacietrzewieniu, strachu przed samodzielnym myśleniem – Halloween nie powstało w opozycji do Święta Zmarłych, ba setki lat temu Wszystkich Świętych obchodzone było 1 maja i ktoś niefortunnie postanowił je przenieść na 1 listopada, co zbiegło się ze świętowaniem przez ludzi dobrych plonów jesieni (stąd dynie i przywołane przeze mnie dożynki po letnich zbiorach), a także odstraszaniem zimy – chłodu, głodu i czasu, kiedy umierało więcej ludzi – stąd przebrania, które miały odgonić złe duchy (podobnie jak topiona Marzanna ma dawać pewność, że zima nie wróci). Źródeł tego obrządku jest więcej, ale to podstawowe, które wysuwa się na pierwszy plan, do cholery jasnej, nie ma nic wspólnego z diabłem, z piekłem, z satanizmem.

Błagam, bądźmy trochę mądrzejsi niż cała reszta. Miejmy wiedzę i dystans do tego kitu, który próbuje się nam wcisnąć. Rozmawiajmy z dziećmi i mówmy, w co się bawią, jeśli bawić się chcą. A wszystkich, którzy w szkołach organizują dzisiaj bal wszystkich świętych, pytam po co i dlaczego? Skoro nie bawimy się w Halloween, dlaczego mamy się bawić w szkole, która z założenia powinna być świecka, w chrześcijaństwo? Skoro nie mamy szacunku i tolerancji dla tego, co inne, co warte pokazania, co ciekawe, co poszerzające nasze i naszych dzieci horyzonty, dlaczego mamy karmić się jedyną słuszną ideologią – jasełkami, kolędami na muzyce, a nie religii, szkolnymi wigiliami? Nikt nie protestuje? Bo patrzy tylko przez pryzmat własnego nosa i własnych przekonań, które są najsłuszniejsze, najprawdziwsze i każdy powinien myśleć tak samo?

Otóż nie. Te czas się skończyły. Ja się na nie nie godzę. Z moimi dziećmi przygotowałam dla nich na dzisiaj stroje, kupiłam cukierki dla tych, które zapukają do mnie z hasłem: „Słodycze albo psikus”. A jutro pójdę zapalić świeczki na grobach, pamiętając doskonale i mówiąc o tym moim dzieciom, że Wszystkich Świętych, to święto zaanektowane przez chrześcijaństwo z obrządków pogańskich, bo tam ma właśnie swoje źródło.


Matko, jaka ja durna jestem. Czyli o tym, jak na siłownię się wybrałam i katusze cierpiałam, jak w średniowiecznych lochach

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 listopada 2018
Fot. iStock/shironosov
 

Człowiek to jest jednak durna istota. Naprawdę. Codziennie przekonuję się o tym na własnej skórze. Albo coś durnego chlapnę, albo zrobię, albo zdecyduję się na coś, za co później wstydzę się potajemnie przez pół roku.

Eh. Żeby tylko o to chodziło, to pal sześć, jakoś z taką durnotą żyć idzie, ale jak się sama świadomie pakujesz w rzeczy, które brzmią jak scenariusze z „Piły 13”, to już trzeba mieć coś z deklem. I ja mam na pewno. Piszę to czując się jakby mnie ktoś tą piłą rozjechał. Albo nie, inaczej. Raczej marzę o tym, żeby ta piła mnie rozjechała, starła w pył, pociachała na kawałki, byleby nie czuć się jak jeden z bohaterów „Ślepnąc do świateł” pobity przez kolegów z konkurencyjnego gangu. Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy, w jakich częściach ciała ma mięśnie poukrywane, dopóki nie trafi na trenerkę-sadystkę.

Tak. Piszę to ja – propagatorka aktywności, kochająca umęczać swoje ciało wyganiając z niego wszechogarniający wk*rw. Nie ma lepszej metody na relaks niż upocone plecy, krótki oddech i mózg, który myśli tylko o jednym: „Kiedy to się ku*wa skończy”. Po takim praniu mózgu, nic nie jest w stanie cię ruszyć. I tak, niektórzy spacerują, inni chodzą na zumbę, jeszcze inni na jogę. Ale ja nie, ja to pójdę na siłownię, to największej trenerki-tyranki, która z uroczym uśmiechem, zarzucając na bok pięknymi długimi włosami, bez mrugnięcia okiem zadaje ci tortury, jakich pewnie w średniowieczu nie doświadczali.

Ale wiecie, zaczyna się całkiem niewinnie. Wchodzi się do szatni. Ha ha, hi hi. Kto co zjadł, kto gdzie się spóźnił, komu nie chciało się przyjść. Ostatnio zauważam pewną tendencję, że na siłownię, na którą ja chodzę, uczęszcza więcej kobiet niż facetów, więc atmosfera w ogóle bez spiny. Żadna nerwowo nie poprawia włosów w lustrze, nie spada z bieżni próbując wypaść lepiej niż zazwyczaj, bo wiadomo – facet na horyzoncie, więc budzą się w nas samcze instynkty rywalizacji. No tak mamy i już, cóż. Ale nie o tym.

Wracając do tematu. Dopóki jesteśmy w szatni jest miło. Ale zaraz po przekroczeniu progu siłowni w głowie pojawiają się flesze, ogromne neony UCIEKAJ, PO CO TU PRZYSZŁAŚ, WIDZISZ JAK ONI WYGLĄDAJĄ. Oni – to zmiana, która schodzi przed nami powłócząc nogami i mieląc pod nosem przekleństwa.

No ale jak już przyszłaś… Pamiętaj te pośladki, ten brak pelikanów na rękach, ten brzuch, który nie będzie się zwijał w dziesiątki ruloników i uda, które nie będą trząść się jak galaretka. Okej, dobra, zostaję. Jest motywacja? Jest. A co. W końcu kto da radę, jak nie ja. Chwilę później żałuję, oj bardzo żałuję tej decyzji. I taka jestem durna (a propos durnowatości człowieczej), że jak już powiem A, to zawsze muszę rzucić B. Nie, nie ucieknę po cichu, nie wycofam się rakiem, nie będę udawać, że ja tu niby ciężko ćwiczę, albo chować się za jednym ze sprzętów. O nie. Jak już wlazłam, zdecydowałam się, to dam z siebie wszystko, za karę, że zanim dwa razy pomyślę, to już zrobię. Eh. Ciężko czasami mi się samej ze sobą żyje.

Obiektem tortur tym razem została piękna, ogromna różowa piłka. Cudowna tak, że człowiek by się uwalił i tak został, mając jeszcze w nogach zakwasy po ostatniej wizycie na siłowni i marszu 12-kilometrowym z psem, wieczór wcześniej. Trenerka – psychopatka pokazała piłkę, ale już po morderczej rozgrzewce, po której powłóczyć mi się nogami już nie chciało i z trudem łapałam oddech marząc, by żaden przystojny facet jednak nie pojawił się na siłowni, bo wyglądałam raczej jak z krzyża zdjęta niż zawzięcie pracująca nad swoimi pośladkami.

Nie zdajecie sobie sprawy, jakie narzędzie tortur kryje się w takiej niewinnej piłce. Naprawdę. Gdyby te piłki wymyślono tysiąc lat wcześniej, czarownic by się nie paliło na stosie, tylko kazano poćwiczyć z tą piłką. Na bank wyrzekłyby się swoich sił tajemnych po 20 minutach. Ale nie trenerka – psychopatka. Ona z ukrytą głęboko sadystyczną satysfakcją pokazuje po kolei ćwiczenia, jakie JA muszę zrobić. To nic, że gubię się już przy drugiem, a po czterech nie pamiętam, co było pierwsze. Zaczynam i lecę na łeb. Bo piłka wbrew pozorom współpracować nie zamierza, ucieka, o ścianę jej oprzeć nie można, trzeba się zaprzeć wszystkimi możliwymi mięśniami i dźwignąć to wyzwanie. Marzę o karetce. Już widzę oczami wyobraźni, jak panowie wbiegają z noszami, zawożą mnie do domu i z tych noszy rzucają prosto na kanapę. Jak ja do cholery wsiądę do auta? Jak wstanę? Jak założę buty? Jak ja będę żyć? No jak?

Patrzę na inne dziewczyny, każda z lekkim obłędem w oczach, jakby szukała miejsca, gdzie by tu się schować. Ale nie, nie da się. Uważne oko psychopatki wychwytuje od razu: „Skończone? To zapraszam”. A tobie pozostaje błagalne spojrzenie na zegarek, kiedy okazuje się, że to jeszcze 28 minut!!!

I kiedy po tych 28 minutach leżysz na podłodze, myślisz sobie: „Ja pie*dolę, ale było fajnie”. I choć w szatni panuje cisza, choć żadna nie ma już ochoty na żarty i interesującą rozmowę, to czuje się te unoszące się w powietrzu endorfiny. I nagle to nigdy więcej, zamienia się w widzimy się za dwa dni. Nie wiadomo nawet jak. I kochasz trenerkę-psychopatkę, bo ona doskonale wie, gdzie możesz przekroczyć swoje granice. I jesteś jej wdzięczna za te pośladki i znikające pelikany. I myślisz sobie, jak to cudownie! Wracasz do domu, nic cię nie wku*wia, nic nie jest w stanie wprowadzić z równowagi. Bierzesz prysznic, i już wiesz, że jutro nie założysz stanika, bo nie dasz rady go zapiąć i zastanawiasz się, jak usiądziesz na kiblu. Ale to jeszcze dzisiaj nie jest ważne. Jest ci błogo. Fantastycznie. Jesteś wielką różową piłką. Dopóki nie spróbujesz rano wstać z łóżka… I znowu myślisz: „Ku*wa nigdy więcej!”. I tak w kółko.

P.S. Ewelinko – sadystko kocham cię! 🙂


Bądźmy ludźmi najpierw dla siebie, wrzućmy na luz, wyjmijmy kołki z d*py i cieszmy się tym, co mamy. I niech gówno nas obchodzi opinia innych

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 października 2018
Fot. iStock/Kikovic

Trafiłam na wpis na Facebooku, jak to matki mają prze*ebane, bo za wszystko są rozliczane. W skrócie – ojcowie wystawiani na glorię i chwałę, jak tylko zmienią dziecku pieluchę lub pobawią się z nim na placu zabaw, a matki obrywają za wszystko – za niewyprasowaną bluzkę, za potargane włosy, za buzię wysmarowaną kakao.

Czytam i nie wierzę. Bo stoi tam, że nasza potrzeba kontroli ojców, wydzwanianie do nich, czy zjadło, czy pamiętał o myciu zębów, czy nie zapomniał o balecie po południu, a co lepiej – w ogóle odebrać dziecko ze szkoły czy przedszkola, wynika z tego, jak inni nas oceniają.

Bo zawsze jest winna matka. Matka jest winna, że dziecko nie zjadło, nie spało, nie ubrało się stosownie do okazji, że jest rozwrzeszczane albo płaczliwe, to też jej wina, bo źle odczytuje potrzeby albo za bardzo się z nim cacka. I to wszystko w atmosferze: „Co ludzie powiedzą”. Ja pie*dolę. Serio? Serio dajemy się uwikłać w takie schematy, w takie ramy, by dla innych było dobrze i poprawnie? Serio budowanie pewności siebie jako matki będziemy opierać na opiniach innych? Znam matki, które namiętnie wrzucają zdjęcia swoich dzieci w sieć: oj jak pięknie zjadły śniadanko, jak cudownie się razem bawiliśmy, gdzie to nie byliśmy. Tyle, że poza siecią smród czuć z kilometra. Ja zawsze mówię – im więcej kogoś na zewnątrz, im więcej ktoś się chwali swoim cudownym życiem, tym większy syf w środku. Niestety ta dewiza sprawdza się i to dość często.

Czekamy aż ktoś nam napisze, jaką cudowną matką jesteś, jak ty znajdujesz czas na to wszystko, jak inni ciebie podziwiają i zazdroszczą, bo też dążą do takiego ideału, ale im się nie udaje. I kolejny lajk, to kolejny plusik na liście: „Jak zostać dobra matką”. Tyle, że bez tego fejsbukowo-instagramowego anturażu wiele kobiet w życiu nie poczułoby się dobrze w swojej roli, bo na co dzień są strzępkiem nerwów. Dbają tylko o to, by się nie wydało, z iloma rzeczami się nie wyrabia, co zawala, z czym sobie nie radzi.

Dlatego, kiedy słyszę, że to nie kobiety powinny sobie odpuścić, ale inni powinni odpuścić nam, bo to inni są winni, że tak się czujemy, to ku*wica mnie strzela. No halo! Zaraz zaraz, a niby czemu tak? Co nas obchodzą inni i jaką my mamy władzę, żeby im narzucać, co mają mówić, pisać, robić? Niedoczekanie nasze, żeby inni przestali od nas wymagać, oczekiwać. Zawsze tak było, jest i na bank będzie. Jedyne, na co mamy wpływ, to na siebie. Tylko nas samych możemy zmienić, wyzbyć się kompleksów napędzanych przez innych, olać to, co mówią, co o nas myślą. Bo jakie to ma naprawdę znaczenie? Co z tego, że twoje dziecko pójdzie do szkoły w wygniecionej koszulce, której nie zdążyłaś wyprasować? Bo ci się nie chciało, bo nie lubisz, bo od dawna pozwalasz dzieciom zakładać to, na co mają ochotę i oni biorą odpowiedzialność za to, jak wyglądają?

Na litość boską, kobiety! Obudźcie się w końcu. Wbijcie sobie do głowy, że nic nie musicie, że nie żyjemy po to, by spełniać widzimisię innych, zwłaszcza wizję sfrustrowanych swoim życiem kobiet, które narzuciły sobie ciężar zadowolenia wszystkich od męża, przez matkę, teściową aż po panią w warzywniku. Same sobie to robimy. Same samiuteńkie. Chcemy być świętymi matkami od wszystkiego. A tak się do cholerny jasnej (gorsze przekleństwo wykreśliłam) nie da. I nie chcę słuchać bredni, że to wszyscy wokół są winni za to, jak się czujemy, że to inni wywierają na nas presję. Same to sobie robimy, bo na to im pozwalamy.

Odpuśćmy przede wszystkim sobie. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Mamy prawo być wku*wione, zmęczone, może się nam nie chcieć, mamy pełne prawo mieć w dupie, co inni powiedzą, bo tylko my wiemy, jak jest naprawdę. Przestańmy koloryzować nasz świat i udawać, że jesteśmy idealne, że nam się wszystko chce, ze wszystkim sobie radzimy, jesteśmy piękne, silne i odważne. Jasne, jesteśmy, ale nie zawsze i nie wszędzie i nie dla wszystkich! Nie budujmy domku z kart, który jedna krytyczna opinia, zdmuchnie z powierzchni ziemi. Bądźmy w końcu sobą, a nie odgrywajmy ról, które narzuca nam kraj, społeczeństwo, rodzice czy sąsiadka.

Kiedyś ktoś mądry mi powiedział, że jak przestaniemy oceniać innych, sami przestaniemy czuć się oceniani. Chwała mu za te słowa. Ja bym dodała: jak odpuścisz sobie, odpuścisz też innym. Zmiana wychodzi od nas. Jak przestaniesz się zarzynać, udowodniać innym, że jesteś dojną krową, pod którą każdy może się podczepić, jak pomyślisz: „I ch*j mnie obchodzi, co inni pomyślą”, ze zrozumieniem pokiwasz głową, widząc matkę siedzącą na ławce, podczas gdy jej syn drze się wniebogłosy, że chce gofra. Uśmiechniesz się widząc znajome na drinku, podczas gdy ich mężowie zajmują się dziećmi. Odpuścisz ojcu swojego dziecka i nie zrobisz karczemnej awantury, że nie dobrał odpowiednio rajstopek do sukienki i zabrał dziecko na pizzę. Bądźmy ludźmi najpierw dla siebie, wrzućmy na luz, wyjmijmy kołki z d*py i cieszmy się tym, co mamy, z tego, kim jesteśmy. A całą reszta – jak to mówi moja znajoma i ma rację – to Madagaskar.