Ile kobiet musi umrzeć, ile dzieci zginąć, żeby uznać prawa kobiet za ważne?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 września 2016
Fot. Screen z Facebooka Requiem dla Praw Kobiet
 

W Gdańsku zawisły nekrologi informujące o pogrzebie. Jest nimi oblepione całe miasto. To nie pogrzeb ważnego człowieka, kogoś sławnego. To pogrzeb jednej z najważniejszych dla kobiet rzeczy – jej praw. Praw kobiety, które władza ma zamiar je odebrać.

Niosąc trumnę, zapalone znicze, ubrane w czarne stroje kobiety (i oby mężczyźni także) chcą w sobotę w Gdańsku zaprotestować przeciwko przeciw złożonemu 5 lipca w Sejmie projektowi ustawy mającej na celu całkowity zakaz aborcji, który stanowić będzie zagrożenie dla życia i zdrowia kobiet.

Wszystkich, którzy chcieliby wziąć udział w symbolicznym pogrzebie i odprowadzić naszą drogą zmarłą na miejsce wiecznego spoczynku zapraszamy 10 września 2016 na Targ Węglowy o godzinie 12.00.

Kondukt pogrzebowy przejdzie ulicami Gdańska na Plac Solidarności pod Pomnik Trzech Krzyży. Czytaj więcej…

Fot. Facebook/ Requiem dla Praw Kobiet

Fot. Facebook/ Requiem dla Praw Kobiet

O propozycji zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej mówi się od dobrych kilku miesięcy, kiedy środowiska pro life zaczęły zbierać podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, według którego kobietom powinno zostać odebrane prawo decydowania o możliwości usunięcia ciąży, gdy ta zagraża ich życiu, gdy płód jest uszkodzony i gdy ciąża jest wynikiem gwałtu.

Rozgorzała medialna dyskusja, prześciganie się w argumentach, w dyskusjach na różnych poziomach. Są jednak kobiety, które postanowiły wziąć sprawę we własne ręce i pokazać, że nie będą się biernie przyglądać, jak pozbywa się ich prawa decydowania o własnym życiu…

Nikt opozycyjnie nastawiony do projektu ustawy nie wątpi, że jest to rozgrywka polityczna, gra o wpływy, o korzyści kosztem kobiet. W końcu sama premier Szydło mówi, że ważne, by episkopat zabrał głos w sprawie praw kobiet…. Episkopat składający się z samych mężczyzn…

Czytając informacje o marszu w Gdańsku, planowanym 18 września marszu w Warszawie i interesując się kwestią projektu ustawy, bo jestem kobietą i ta sprawa mnie bezpośrednio dotyczy, natknęłam się na przywołany  Dekret nr 770 z 1 października 1966 roku, a stworzony przez rumuńskiego przywódcę Nicolae Ceauşescu, który postawił swoim rodakom warunek: zwiększyć populację swojego kraju do 25 milionów do 2000 roku. W dekrecie zapisane zostało, że każde dopuszczenie się przez kobietę aborcji grozi więzieniem, a antykoncepcja dozwolona jest dla kobiet, które spełniając obywatelski obowiązek urodziły czwórkę dzieci (kilkanaście lat później zwiększono tę liczbę do pięciu). Kobiety, które zostały matkami dziesięciorga dzieci dostawały order Bohaterki Narodu.

I na tym można by zakończyć tę historię, gdyby nie fakt, że w Rumuni w wyniku wprowadzonego dekretu życie straciło ponad dziesięć tysięcy rumuńskich kobiet, a ponad dwa miliony dzieci trafiły do sierocińców, bo nikt ich nie chciał. Nazywane były dziećmi Ceauşescu. Nie miały nawet nadawanych imion, były kolejnymi numerami żyjącymi w ubóstwie na skraju śmierci.

Kobiety umierały szukając sposobów na aborcję, gdyż z powodu braku antykoncepcji narodzenie kolejnego dziecka było równoznaczne z życiem w głodzie i nędzy całej ich rodziny. Przywódca pokazując przyrost naturalny pękał z dumy, bo skoro rodzą się dzieci, to znaczy, że kraj wzrasta, że ludziom dobrze się żyje, że stać ich na utrzymanie wielodzietnych rodzin. Prawda była jednak zupełnie inna. Kobiety okaleczały się próbując wywołać krwotok, umierały w wyniku powikłań nielegalnych zabiegów aborcyjnych wykonywanych często przez ludzi, którzy nie mieli o tym pojęcia. Umierały dzieci w przeludnionych sierocińcach. Tych chorych, z upośledzeniem nikt nie chciał. Państwo miało być silne i zdrowe.

Tymczasem w szpitalach rodziło się nawet 1000 dzieci dziennie, brakowało wszystkiego – łóżek, lekarstw, personelu… *

Nicolae Ceauşescu stworzył rumuńskim kobietom piekło na ziemi. Ktoś powie: „Dzisiaj są inne czasy”. Tak są. Bo kobiety nie będą łodygą łopianu dokonywać aborcji. Kobiety mają prawo wyboru. Prawo decydowania o sobie, o swoim życiu. Każda jedna z nas ma prawo podejmować decyzje w zgodzie ze sobą, a nie tym, co inni chcą jej narzucić.


*źródło: ciekawostkihistoryczne.pl


Prawdziwe oblicze matki, która postanowiła mieć własny biznes

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
9 września 2016
Prawdziwe oblicze matki, która postanowiła mieć własny biznes
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
 

Zachciało mi się firmy

Własny interes to nie tylko pasmo niekończących się sukcesów, nowy samochód na podjeździe i wakacje w Azji minimum raz w miesiącu. Firma, to oprócz niezłych wizytówek i możliwości wzięcia najnowszego iPhona sześćset za złotówkę na NIP, to też bieg przez płotki na bardzo, BARDZO wysokich obcasach. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko wpadłam w standardowy rytm dnia. Było pranie, gotowanie, opieka nad maluchem, powrót męża z pracy, karmienie, kąpiele i finalnie sen. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że istnieją inne opcje przeżycia macierzyńskiego. Z perspektywy czasu uważam, że zmarnowałam w bezruchu ponad półtora roku, które mogłam poświęcić na rozwój własnych umiejętności. Zapisać się na niemiecki, uklecić garnek z gliny, nauczyć się trzech, zupełnie nieprzydatnych, fińskich piosenek dla dzieci. Cokolwiek, oprócz monologu do huśtawki i odkrywania promocji pomidorów w osiedlowych dyskontach.

Drugie dziecko położyło temu kres. Czułam wewnętrznie, że nie ma opcji na kolejne dwa lata w hibernacji i jak szybko nie opuszczę jaskini malkontenctwa, to stracę jedynie czas na podjęcie próby. Próby, co miała mnie nic nie kosztować, a jak patrzę na wyciąg z konta, to chyba się nie zrozumiałyśmy. Z drżącymi kolanami i jak goryl we mgle postawiłam pierwsze kroki w produkcji odzieży, nie rozróżniając początkowo tkaniny od dzianiny. Poziom IQ spadał drastycznie z każdym „przepraszam, mógłby pan powtórzyć?”, kiedy pytano mnie o digitalizację i podkrój pachy. Nie poddałam się, nadal tu jestem, walczę jak lwica, a to jest standardowy dzień pracy małego przedsiębiorcy.

Dzień producenta odzieży

zaczyna się zupełnie normalnie, jak można to sobie wyobrazić nawet bez posiadania biznesu. Jest walka z grawitacją i poważnie ekstremalnie dobrze wypierdzianą, ciepłą kołdrą. Jest widok dzieci, które na pewno pozostaną w tym błogostanie przez ekstra godzinę, finalnie zazdrość. Wielka zazdrość, że one tam, a ja tu. Stoję oparta głowa o kuchenną szafkę w szlafroku z wyciągniętym sznurkiem. Wyglądam jak Tolkienowski Smigol. Budzik w nowym telefonie hybrydzie, wielkości kafla chodnika,  ustawiony na czternaście drzemek. Te wiercą dziurę w mózgu średnio od szóstej rano, żebym finalnie i tak mogła zaspać, skakać na jednej nodze jak kretyn, z kawą w termicznym kubku, bez mleka. Centrala nie poinformowała, że się skończyło. U nas trzeba się domyślać.  Końca rolki papieru toaletowego też nie wyczytałam z fusów. Pewnie dlatego od dwóch dni jedziemy na nawilżonych chusteczkach syna modląc się, żeby się nic nie zapchało, ale do brzegu.  Popędzając dzieci do szybszego mycia zębów i rozczesywania skudlonego owłosienia jedną ręką nasypuję kotu żarcie na resztę dnia, a druga całkiem uważnie maluje eyelinerem kreski na górnej powiece. Żeby nie wiem jak się starać, nigdy nie są symetryczne. Oko prawe późne rokokoko. Było dobrze, czort jeden wie, co mnie podkusiło do domalowania tego świńskiego ogona w kąciku . Lewe to już modern art. Niewyraźne pasmo, bida. Miałam domalować na wzór świńskiego prawego, ale syn się zerzygał po porannym mleku i trzeba było reanimować. Wybiła dziewiąta, ja nadal niespakowana, szukam drugiego klapka, na oko nie ma już czasu. Nieważne. Artystom wolno.

Drużyno, wychodzimy!

Własna firma to przede wszystkim dobra organizacja dnia. Nie piszę tu tylko o poważnych sprawach jak dobór godzin na poszczególne zadania, żeby zamiast dwustu kilometrów dziennie zrobić „tyko” sto, ale to też umiejętności strategiczne na pierwotnych poziomach. Planować zaczynam już w momencie strojenia dzieci do spędzenia ze mną dnia, zakładając getry na gumkę zamiast zajebistych ogrodniczek na napy, które kosztowały mnie jak pole ryżu w północnych Chinach. Powód? Wystawianie trzyletniego tyłka do sikania na trasie między krojownią a szwalnią zdecydowanie sprawniej wychodzi w getrach.  Z dziećmi zabieram minimum dwie kolorowanki, kredki, słone paluszki, winogrono, coś do picia. Im słodsze, tym bardziej zakleja buzie. Bardzo niewychowawcze, bije się w piersi, ale jak pomaga w rozliczaniu faktur wiem tylko ja i kontrahenci. Na sam widok wchodzących nas do jakiegokolwiek obiektu uzbrajają się w cierpliwość, a ci mniej odporni na „mama kupę!” dziwnie się rozbiegają. Organizacyjnie przygotowuję również auto. Nie tego cudownego, połyskującego  Nissana Navarę, w którego mogłabym wrzucić dwie meblościanki, konia z rzędem, czterech autostopowiczów z rowerami i nadal mogliby się ganiać. Nie tego pachnącego VW Amaroka, o którym marzę, a który prawdopodobnie mógłby sam przeprowadzić Pałac Prezydencki na raz, nie. Ja szykuję dwudziestoletniego Opla Astrę w gazie,  w którego wchodzę sama na wciągniętym brzuchu, mąż, o ile dobrze odsunie fotel i dwójka naszych dzieci. Małych. Zaczyna się Tetris. Tu złożę, tam wykręcę,  tu postukam, popukam. Zanim wyjadę do hurtowni, z której mam zabrać sześćdziesiąt kilogramów zapasów w postaci belek materiału, pod domem stoi wykręcony, samochodowy fotel, dwa zagłówki, zapasowe koło i ja. Z okiem „na Adele” ze świńskim zadem, dwójką dzieci w przerwie wakacyjnej i nerwosolem pod ręką. W oknie sąsiad stoi z kubkiem herbaty, siorbie sobie spokojnie czaj, przygląda się mojemu życiowemu Monthy Pythonowi.

Dobra, żyj przygodo!

Spokojne, poukładane życie jest nudne. Kto nigdy nie wracał się po zapomnianego syna śpiącego cicho na szwalni w foteliku ten nie wie, co to adrenalina. Jako kobieta, która udowadnia przede wszystkim sobie, że jest Minotaurem podjętej walki o kreatywne życie, nie daję się złamać nawet piąty raz w tym tygodniu rozładowanemu akumulatorowi. Ładowanie od taksówkarskich kabli mam w jednym palcu. Palcu z tipsem, bo co jak co, ale o dłonie trzeba dbać. Odbieram telefon ze szwalni przy otwartej masce Opla, w tle syn wyrywa córce włosy, taksówkarz walczy z napięciem. Na linii Pani Wiesia, co na owerloku zjadła zęby oznajmia, że podkrój męskiego dekoltu trochę odjechany. Prawdopodobnie każdy jeden pan, którego wystroję w moje dzieło będzie wyglądał jak owłosiona drag queen z sutami na wierzchu. Wstrzymuję oddech. Łapię na szybko w ręce łzy, co z bezsilności kapią jak grochy, dwa szybkie wdechy i od nowa Polska Ludowa. Młodzież do samochodu, pasy zapięte, jedziemy ratować sytuację.  Gdzieś na krojowni trzeba dodać trzy centymetry, odjąć pięć, gdzieś w drodze do szczęścia ugasić mój mały pożar i nie poddać się jak każą. Bo w całym tym szale i wchodzeniu w zakręty na dwóch kołach jest bardzo ważne przesłanie. Dla wszystkich, którzy pewnie stawali na mojej drodze kiwając głową z politowaniem, że się nie uda, bo mam dzieci, patrzcie: widzicie jak wam ładnie macham teraz środkowym palcem? Palcem z tipsem?

Jestem zmordowana, miewam dosyć

Ale za żadne skarby nie wróciłabym do tej wewnętrznej mumifikacji, której się poddałam po pierwszym dziecku. Wszystkie zadania rozwiązywane z mniejszym lub większym powodzeniem pokazują jasno i wyraźnie, że nie ma rzeczy niemożliwych, a sukces jest tylko w głowie. Kiedy staję we własnym wyrobie, którego historię znam centymetr po centymetrze, czuję się jak Gustave Eiffel wzdychający pod wieżą na Polu Marsowym.  Za mną wynurzają się dzieci, jedno obsypane nićmi i skrawkami materiału, bo akurat spało na zapleczu, drugie ciamkające centymetr krawiecki. Boże jak ja dziękuję, że mam dwie silne ręce, co te belki taszczą. Kręgosłup mocny, mimo że boli utrzymuje w pionie życiowe decyzje. Ekscytacja buchająca  jak z kotła upewnia w przekonaniu, że chcę próbować dalej. Że VAT i dochodowy mogą mnie cmoknąć. Że się, ku*wa, uda.

A potem patrzę, jak w centrach handlowych nosicie moje t-shirty ze słuchawkami w uszach, zupełnie mnie nie znając. Unoszę się wtedy centymetr nad ziemią.


 

Zapraszam serdecznie, na www.sklep.krystynoniedenerwujmatki.pl Wszystkie ubrania są wyrobem pracy rąk własnych i kilku oddanych pomocników. Cała firma natomiast efektem wyśnionego przekonania, że jedno jest życie do próbowania, a ja nie chcę nic przegapić.

 


Chcesz wiedzieć, jak będziesz wyglądać za 30 lat? Spójrz na swoją mamę!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
9 września 2016
jak będziesz wyglądać za 30 lat
Screen YouTube / SlideShow ForFun

Ponoć jeśli chcesz zobaczyć, jak twój partner będzie wyglądał za kilkadziesiąt lat, powinnaś spojrzeć na jego rodziców. Niby się przed tym wzbraniamy, bo przecież starość to odległa perspektywa! Poza tym, większość z nas nie lubi myśleć o swoim podobieństwie do rodziców. Tymczasem portal DailyMail.com postanowił zestawić ze sobą portrety pięciu matek i córek. Wniosek? Nie ma sensu uciekać przed genami!

Wyglądać jak mama? Oby!

Sara i Clemmie Pearson to jeden z pięciu duetów, które wzięły udział w sesji.Obie pracują w agencji reklamowej, której właścicielką jest Sara. Sara – mama, zawsze powtarza, że jej córka jest o wiele piękniejsza od niej. „Patrząc na Clemmie nigdy nie pomyślałam, że zazdroszczę jej wyglądu. To moja ukochana córka, jestem dumna i szczęśliwa patrząc na to, jak wygląda!” Młodsza z rodu Pearson śmieje się, że mama nie docenia swojej urody. „Kiedy ktoś mówi mi, że wyglądam tak jak ona, mama automatycznie mówi, że mam pecha. A ja uważam, że to prawdziwe szczęście! Chciałabym wyglądać tak jak ona za 32 lata. W końcu skończyła 62 lata, a jej skóra wciąż wygląda pięknie i promieniście!”

 

 SlideShow ForFun

Screen YouTube/SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Starzenie się wcale nie jest proste

Nawet pomimo dobrego nastawienia i radości, jaką ciągle czerpie się z życia, proces starzenia się może przychodzić z trudem. Szczególnie kobietom. Powód? Jossie O’Rourke, czterdziestoośmioletnia mama dwudziestoczteroletniej Jodie Clark, wskazuje go bez zawahania. „Kiedyś byłam naprawdę piękną, atrakcyjną kobietą. To właśnie dla tych z nas, które martwią się o swój wygląd, starzenie jest ciężkie do zaakceptowania.” Jossie co pół roku wybiera się na botoks, zmieniła także nawyki makijażowe. „Moja córka zawsze jest dla mnie przypomnieniem, że muszę się trzymać w ryzach.” Dla Jodie starzenie się to jeszcze odległa perspektywa. „Mama ciągle wygląda pięknie! Wiem, że nie lubi tego, co dzieje się z jej organizmem. Ja na razie nie przejmuje się przyszłością, lubię to co widzę, a widzę w lustrze atrakcyjną kobietę.”

 

 

 SlideShow ForFun

Screen YouTube/SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Z wiekiem zmienia się perspektywa

„Nie maluje się od ponad czterdziestu lat! To ogromna zmiana, w porównaniu do tego, co robiłam w wieku dwudziestu lat.” Esther Savage, 73-letnia gospodyni domowa, nie ma wątpliwości – z wiekiem po prostu zmieniają się priorytety. „Kiedy pojawiły się moje cudowne dzieci, przestałam się malować, po prostu nie miałam na to czasu. Teraz wiem, że zdrowie jest ważniejsze od wyglądu.” Jej córka, czterdziestotrzyletnia Wendy Brake trzy lata temu została matką, ale swoje nastawienie do starzenia się ma dokładnie takie samo jak jej mama. „Naprawdę uważam, że są w życiu inne rzeczy, którymi trzeba się martwić. Tak jak mama, nie noszę makijażu, a moja pielęgnacyjna rutyna jest bajecznie prosta – myję twarz w zimnej wodzie. To wszystko! Szkoda czasu na martwienie się o takie rzeczy.”

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Starzenie się to nie wszystko

Wszystkie matki i córki, które brały udział w eksperymencie są zgodne w jednym punkcie – są rzeczy ważniejsze od starzenia się. Niezależnie od tego, czy chodzi o rodzinę, zdrowie czy rozwijanie pasji – trzeba inwestować w siebie. I pogodzić się z upływem czasu. A wtedy być może na drodze stanie nam zupełnie nowa szansa na rozwój, tak jak 83-letniej Frances Dunscombe, która została… modelką!

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube/ SlideShow ForFun

Screen YouTube / SlideShow ForFun

Screen YouTube / SlideShow ForFun

 Screen YouTube / SlideShow ForFun

Screen YouTube / SlideShow ForFun

źródło: DailyMail.co.uk


Zobacz także

Tylko dziś to, co złe jest dobre! Tłusty czwartek… czyli, co u licha zrobić, by spalić pączka?

O sile dotyku. 7 powodów, by jak najczęściej się przytulać

Im szybciej chodzisz, tym dłużej będziesz żyć. Naukowcy potwierdzają tę tezę