„Dzisiaj rozumiem, że jedyną osobą, którą muszę za coś przeprosić jestem ja sama. Nikogo innego przepraszać nie muszę”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 października 2017
Fot. iStock / Bubbers13
Fot. iStock / Bubbers13
 

Przez całe swoje życie przepraszałam za to kim jestem, co myślę i co czuję. Niosłam na sobie ciężar tych wszystkich rzeczy, za które przeprosić nie zdążyłam.

Wychowywała mnie babcia, rodzice studiowali, dokształcali się, byłam dzieckiem młodych ludzi, którzy zdecydowali się być razem ze względu na mnie. „Skoro się pojawiłaś, to musieliśmy ci zrobić miejsce w naszym życiu” – tłumaczyli mi ciepło, kiedy byłam starsza. A mi w głowie dźwięczało tylko to „musieliśmy”. A co gdyby mnie nie było? Może inaczej by sobie życie ułożyli, może mieliby inne, szczęśliwsze rodziny, może nie kłóciliby się ze sobą, nie wyrzucali, kto więcej robi i ile poświęca tej rodzinie.

Tyle razy chciałam zniknąć. Uciec z domu, żeby o mnie zapomnieli. Dławiło mnie nieustanne poczucie winy, że schrzaniłam im to życie, życie, które beze mnie mogłoby być lepsze.

Wynagradzałam im to wszystko, jak mogłam. Byłam najlepszą uczennicą w szkole, nie sprawiałam kłopotów, byłam bezproblemowa, dzięki czemu dla nich niewidzialna. Jak rzecz, którą można się pochwalić.

Nigdy nie wiedziałam, dlaczego tak trudno przyjąć mi krytykę. Gdy ktoś mówił: „Świetnie, ale…” zalewała mnie wala gorąca. Jak to ale? Nie byłam najlepsza, ja zawsze muszę być najlepsza. Przepraszałam, za to, że nie jestem. Kuliłam się w sobie, a gdy czasami bunt otwierał mi usta, z których wysypywały się słowa pełne rozgoryczenia i żalu, przepraszałam, że tak się czuję, że to mówię, że nie umiem sobie poradzić z byciem idealną.

Przepraszałam za to, że nie potrafię być przyjaciółką na zawołanie, na każdy telefon. Że jestem, a zaraz potem znikam, bo inaczej zwymiotuję sobą i znowu nikt mnie nie zaakceptuje. Bo bycie sobą w moim przypadku wszystko komplikowało.

Komplikowało relacje z rodzicami, gdy mówiłam, czego chcę. Gdy chciałam niebieską sukienkę, a mama i tak zakładała mi żółtą. Gdy wybierałam studia, które nie były ich marzeniem. Zamiast na archeologii wylądowałam na prawie. Przepraszałam, za to, co myślałam, co uważałam. „Głupia jesteś, przecież oni wiedzą lepiej, chcą dla ciebie dobrze” – wkładałam sobie do głowy strofując własne „idiotyczne wymysły”. „Kim ty jesteś, żeby mieć swoje zdanie” – syczałam przez zaciśnięte zęby patrząc na siebie w lustrze łazienki.

Przez całe swoje życie zastanawiałam się, czy inni mnie lubią, co o mnie myślą. Nikomu nie chciałam wchodzić w drogę, nikomu nie przeszkadzać. Każdy ma swoje sprawy, swoje pomysły, a ja się dostosuję, w końcu są mądrzejsi ode mnie.

W pracy… Eh w pracy… Byłam pracownikiem, który przyjmie na swoje barki każde zadanie, zaakceptuje kolejne obowiązki, zrobi coś, co jest w kompetencjach zupełnie innej osoby tylko po to, żeby nie musieć przepraszać, nie mówić: „Przepraszam, ale nie mam siły, jestem zmęczona, nie mam ochoty”. Każde przeprosiny to kolejna szpilka wbita w moją pewność siebie, w poczucie wartości. Bo przecież ten, kto jest coś wart nie przeprasza.

Mówiłam: „Daj sobie spokój, nie chcesz ze mną być”. A on patrzył tymi swoimi wielkimi oczami nie rozumiejąc. A ja tak bardzo się bałam, że się mną rozczaruje, że zobaczy, jaka jestem naprawdę i wtedy odejdzie, a tego nie przeżyję.

Ale on chciał, więc musiałam odgrywać swoją rolę świetnej żony, matki. Być kimś, kogo stworzyłam na potrzeby życia w spokoju, w poczuciu szczęścia. Kimś, komu tak bardzo zależało na tym, by uszczęśliwić innych, że nie musiał myśleć o sobie.

Jestem wyczerpana tym, że wszystko jest moją winą. Że nie ugotowałam obiadu, bo byłam zmęczona, że przez dwa dni nie zadzwoniłam do swojej matki, że dzieci nie zawiozłam na trening, a przecież miałam gorączkę, że koledze w pracy odmówiłam udziału w projekcie. Mam dosyć przepraszania, za to, że miewam dość, że wymiotuję tą sztuczną dobrocią, którą rozdaję na prawo i lewo, w której zupełnie nie ma mnie.

Mam dość przepraszania za to, co czuję. A czuję się beznadziejnie wykorzystywana. Chcę krzyczeć, tłuc talerzami, głośno mówić, żeby się wszyscy ode mnie odczepili, że nie podoba mi się, jak odzywa się do mnie mój szef, czy jak w codzienności mija mnie mój mąż.

Chcę nie mieć wyrzutów sumienia myśląc o samotnym wyjeździe, czy choćby weekendzie, że chcę odpocząć od dzieci, od ludzi, którzy nieustannie czegoś ode mnie chcą.

Nie chcę tłumaczyć się za innych ludzi. Za mojego męża, który zapomniał o urodzinach swojej matki. Za moją matkę, która zapomniała o urodzinach wnuka. Za tego wnuka, a mojego syna, który zapomniał zadzwonić do babci z życzeniami imieninowymi. Dlaczego to ja mam przepraszać? Za przyjaciółkę, która się napiła i wygadywała głupoty na imprezie ze znajomymi z pracy? Za swojego szefa, że źle potraktował koleżankę z pokoju obok?

Nie zamierzam już dłużej biczować się tym, że nie jestem taka, jak inni chcą bym była. „No wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie” – mam dość dostosowywania się, żeby to innym było miło i dobrze, bo gdzie ja jestem w tym wszystkim?

W tym związku, w którym od dawna mi źle robiąc dobrą minę do złej gry i tłumiąc w sobie emocje nie chcąc nikogo rozczarować. W tej pracy, gdzie czuje się niedoceniana i wykorzystywana, która jest przykrym obowiązkiem, a żadną przyjemnością. W tym życiu, kiedy muszę być jakaś w zależności od standardów, jakie inni narzucają. Raz panią domu, innym razem duszą towarzystwa, empatyczną przyjaciółką, wyrozumiała córką.

Dzisiaj rozumiem, że jedyną osobą, którą muszę za coś przeprosić jestem ja sama. Muszę przeprosić siebie, że nie miałam odwagi być sobą. Że nie mówiłam tego, co czuję. Że szłam na kompromisy, w których czułam się użyta i wykorzystana.

Przepraszam siebie, że nie dałam sobie nigdy wcześniej prawa do tego, by samej pokierować swoim życiem.

Przepraszam, że nie wierzyłam w siebie, w swoje możliwości, że uważałam, że inni zawsze będą i są ode mnie lepsi.

Przepraszam, że nie szanowałam siebie i pozwalałam, by inni nie mnie nie szanowali.

Przepraszam, że tak bardzo dbałam o to, żeby innym było dobrze, że zupełnie nie myślałam o własnym szczęściu.

Przepraszam, że siebie nie kochałam, że siebie nie lubiłam, że uważałam, że nie zasługuję na miłość.

Przepraszam, że pozwalałam na to, by inni decydowali, co dla mnie jest dobre.

Przepraszam, że za nic miałam własne potrzeby i pragnienia.

Przepraszam, że swoje marzenia uważałam za niewarte realizacji i niemożliwe do spełnienia.

Pozostaje mi tylko wybaczyć sobie. Wybaczyć sobie, że pozwoliłam innym tak siebie traktować. Wybaczyć, by móc pójść dalej. Przecież kawał życia jeszcze przede mną, nigdy nie jest za późno, by zawalczyć o to kim jestem, a nie tylko za to przepraszać.


Panicznie boisz się zdrady lub rutyny? Istnieje coś gorszego, co zabije każdą miłość

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
28 października 2017
Fot. iStock/martin-dm
Fot. iStock/martin-dm
 

Dzięki licznym publikacjom z zakresu psychologii, doskonale wiemy, jaki wpływ na relacje w związku ma to, co i w jaki sposób mówimy do partnera. Znamy pewne zwroty, które działają destrukcyjnie na relacje i staramy się ich unikać. Używamy otwartego kodu, bo przecież najważniejsza jest komunikacja. Wystarczy otworzyć pierwszy lepszy poradnik. Zapominamy jednak o jednym, bardzo ważnym czynniku, który śmiało można nazwać Zabójcą Związkowym nr 1. 

Agnieszka i Wojtek uchodzą za parę idealną. Właściwie nikt nigdy nie widział, by się kłócili. Ale żeby jedno drugie entuzjastycznie wspierało w dążenia też nie. Gdy się rozstali, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Taka dobrana i zgodna para? Osoby z zewnątrz niestety nie widzą wszystkiego. Dopiero później okazało się, że ich miłość zabiła cisza.

Milczenie jest destrukcyjne

To, co my widzieliśmy i nazywaliśmy „małżeństwem idealnym”, dla nich było próbą przetrwania. Bo gdy pojawiały się sytuacje, w których należało swoje poglądy skonfrontować, a żale wylać – oni milczeli. I to milczenie im tę miłość zabiło. Niebezpieczna dla związku jest nie tylko nieodpowiednia komunikacja, ale także totalna bierność. Bo po co się kłócić, bo po co tłumaczyć? Ano dlatego, że zawsze jest to pewna forma dialogu. Cisza powoduje frustrację, a gdy ta narośnie, może przerodzić się w niechęć i pogardę. Gdzieś znika intymność i poczucie bezpieczeństwa.

Status quo

Niektóre pary latami akceptują taki stan rzeczy. Przyzwyczajają się do funkcjonowania w ciszy z obawy, że wszystko się zepsuje. Albo co gorsze, nie wiedzą co robić i gdzie szukać pomocy. Z biegiem czasu są od siebie coraz dalej. Samotność staje się bolesna. Skrywane żale powodują powolną śmierć związku. Jak to możliwe, skoro chcieliśmy dobrze?

Komunikacja

Związki pełne miłości i zrozumienia, budowane są na dialogu. W tych domach mówi się nie tylko o dobrych rzeczach, ale także o niezaspokojonych potrzebach, gniewie i frustracji. Większość z nas panicznie boi się awantur, zdrady czy rutyny. Tak naprawdę wszystkie te sprawy można wyprostować. Bać należy się ciszy, bo ta często przeradza się w obojętność. A tę barierę znacznie trudniej przełamać.

Na podstawie: Your Tango


Utrata rodzica boli zawsze tak samo, niezależnie od tego ile masz lat

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 października 2017
Fot. istock/lovell35
Fot. istock/lovell35
 

Czytałam kiedyś, że kiedy jesteśmy dorośli i umiera jedno z naszych rodziców, zostajemy sierotami, bo odbiera nam się jakiś fundament, na którym budowaliśmy siebie przez całe życie. Teraz nagle musimy zrobić wszystko, żeby sobie bez tego spoiwa podtrzymującego misterną konstrukcję poradzić. Gdy tracimy rodziców jako dzieci, jesteśmy poranieni, nieszczęśliwi, kończy nam się świat, ale mamy większe szanse na to, by wyjść z tej straty „cało”, a jeszcze dodatkowo na niej zyskać… Co takiego? Dojrzałość.

A jednak, to dorosłym współczujemy mniej, bo przecież oni mieli czas, by się na tę śmierć przygotować. Oni powinni umieć sobie z nią pogodzić. Oni już „coś” przeżyli, oni wiedzą, że tak musi być.  Oni powinni rozumieć. Tylko, że oni również mogą mieć ze swoimi rodzicami relacje tak skomplikowane, że jest im o wiele trudniej przeżyć żałobę w taki sposób, by pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. A przynajmniej, by ją zaakceptować.

Mama Joanny, Basia, zmarła w zeszłym roku, tuż po 40 tych urodzinach swojej córki. To był rozległy zawał, zabrakło czasu na pożegnanie, na rozmowę, na wyjaśnienie sobie spraw, które od wielu lat przeszkadzały im ułożyć sobie jakoś tę relację. Bo choć żyły obok siebie, nigdy nie umiały być ze sobą blisko, pogadać od serca, przełamać tej bariery, która narodziła się w momencie, gdy od Basi odszedł mąż i zostawił je same bez środków do życia. Basia zamknęła się wtedy w sobie, stała się maszyną, zaprogramowaną na „przetrwanie”, na zapewnienie córce tego, co materialne. Nie myślała wtedy, że to niestety za mało.

Joanna nie zapomni momentu, gdy zadzwonił telefon. Odruchowo odpowiedziała na prośbę o potwierdzenie swojego imienia i nazwiska. Potem zrozumiała tylko słowo „zmarła”. I poczuła to. Nieodwracalność. Brak możliwości cofnięcia czasu.

Żal. Że nie umiała otworzyć się pierwsza, wziąć mamy za rękę, przytulić. Powiedzieć tego, co czuła – że brakuje jej szczerej rozmowy o tym, co się wydarzyło: o odejściu ojca, zmianach jakie nastąpiły między nimi. Swoich pierwszych miłościach i swoich pierwszych problemach w miłości. O nieudanym małżeństwie i lęku, że ją spotka to samo, co Basię. Ten lęk towarzyszy jej od zawsze. Teraz już nigdy jej o tym nie powie. Nigdy nie wytłumaczy, że w liceum wymiotowała ze stresu, kiedy miała przynieść do domu trójkę z polskiego. Że zabrakło wyrozumiałości, ciepła, porozumienia. Choć pewnie nie zabrakło uczucia. Nie nadrobią już straconego czasu. I to sprawia, że świat Joasi wciąż się chwieje.

Ewa mamę straciła wkraczając w wiek nastoletni. Zbyt wcześnie, niesprawiedliwie, w okrutny sposób –  w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. Skazali go, więc dla Ewy ta śmierć kojarzy się przede wszystkim z walką jej taty o sprawiedliwość. W domu stała się nagle jedyną kobietą i to na długie lata, bo tata ożenił się ponownie kiedy była dorosła. Z macochą Ewa się zaprzyjaźniła, ale nigdy nie powiedziałaby, że jej obecność wypełniła miejsce po mamie. Nie. To zupełnie inna relacja, bardziej jak z ciocią, może starszą przyjaciółką. Ale nie mamą. Pamięta ją, że była delikatna, bardzo szczupła i miała ciepły, szeroki uśmiech. I jeszcze jej zapach. Perfumy Ewa ma „po mamie”. Wszystkie inne zapachy ją drażnią, nie potrafiłaby ich używać. Dużo ma dobrych, wspaniałych wspomnień z nią związanych. Są jej skarbem, umacniają ją. Sprawiają, że wierzy w dobro.

Kiedy mama zmarła, Ewa nie pytała „dlaczego”. Płakała, długo, przez wiele dni. Cierpiała, mocno, niezaprzeczalnie. Jej świat, ten dziecięcy, beztroski, zawalił się. Ale nie „rozkładała” sobie tej śmierci na części, elementy. Przyjęła ją, przeżyła i nagle stała się kimś innym. Dorosłym. Zbudowała sobie nowy świat. Po prostu musiała. Spoważniała. Wcześnie podjęła decyzję o tym, co chce w życiu osiągnąć i sobie powoli to realizowała. Bo mama byłaby dumna. Ewa jest dzielna.

Ból jest taki sam. Pustka, której nie da się wypełnić to cierpienie, którego nie da się zrozumieć, pragnienie by cofnąć czas. Złość. Bezradność. Komu z nas uda się teraz lepiej pokierować swoim życiem?


Zobacz także

Concept Store YES – miejsce, które przyciąga i uwodzi. Przyjdź ujrzeć blask wyjątkowych pierścionków z Diamentem Idealnym YES®, skosztować szampana i odkryć prawdziwie domową atmosferę.

Otwarcie Concept Store YES w Warszawie

Fot. iStock / Peshkova

Łapiesz z nami endorfiny? Brawo ty, pora się pochwalić! Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie 8

Fot. No Risk Make Up

Zaproszenie…