Dobra żona nie flirtuje? Co za bzdura. Każda dobra flirtuje…

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 kwietnia 2016
Fot. iStock / demaerre
Fot. iStock / demaerre
 

Moja przyjaciółka jest szczęśliwą żoną. Bardzo szczęśliwą. „Ja go tak kocham” mruczy. Potakujemy. „Jest nam tak dobrze”. Potakujemy (my jej przyjaciółki).

W naszym (ludzkim? mieszczańskim?) pojęciu żona szczęśliwa to żona przyklejona do ramienia męża, żona oddana, żona z zupą i miotłą. Żona kochanka idealna, służąca czasem, wsparcie, oparcie i tak dalej. Żona, która nie zauważa innych mężczyzn, a już na pewno się do nich nie uśmiecha.

Pierwszy raz zobaczyłam A. (tak ją nazwijmy) w akcji kilka miesięcy temu. Zresztą dlaczego ja w ogóle piszę „w akcji”? A. wyglądała jak milion dolarów (sucz), chuda, seksowna (że niby to nie idzie w parze? Tak to się pocieszają tylko grubaski) dyskutowała z pewnym mężczyzną. Uśmiech, przygryzienie warg, odgarnięcie włosów z czoła, śmiech. Boże, nie wierzyłam własnym oczom. Pan po prostu wił się i pląsał. To było co najmniej żenujące. Nie, nie ona. On.

„Co ty wyrabiasz? Uwodzisz go?” spytałam chwilę później zdruzgotana. Spojrzała na mnie oniemiała. „Uwodzę?” odrzekła zadziwiona. „Ja po prostu flirtuję” stwierdziła. „Kobieta, która flirtuje ma świat u stóp, właśnie załatwiłam kontrakt” mruknęła.

Po czym dodała ostro: spójrz ty na siebie. Wylądowałam pięć metrów pod ziemią. Bo spojrzałam.  Włos zmierzwiony, makijaż niedoskonały, trampki i szara sukienka. „Powinnam z kimś poflirtować, od razu wypiękniejesz. Pamiętasz, byłaś KIEDYŚ ładna. Bardzo ładna nawet”.

Zło, zło. Przyjaciółki to zło. Byłam kiedyś ładna. To pewne. Byłam może niechuda, ale seksowna. Szczebiotałam, uśmiechałam się, odgarniałam włosy z czoła. I zachowywałam się jak jakaś idiotka. Ale:

– pan na stacji benzynowej dawał mi rabat

– nigdy nie płaciłam mandatu

– straż miejska nie chciała mi zabrać mi samochodu (choć stawałam w miejscu same zło)

– pan w którego samochód wjechałam mówił: nie szkodzi (Boże, on naprawdę to mówił)

– potrzebowałam pięciu minut (najwyżej), żeby zainteresować kogoś tym co mam do powiedzenia

– dostawałam każdą pracę, którą chciałam

– potrafiłam poderwać każdego chłopaka, który mi się podobał

Myślałam, że to wszystko dlatego, że jestem TAKA mądra i TAKA fajna. A nie TAKA ładna

Świat kobiety flirtującej jest prosty. I w dupie mam, że to po prostu nie wypada, bo równouprawnienie i tylko debilki się szczerzą i chichoczą. Tak, ja wiem, faceci nie lubią idiotek. Flirt to jest żenada. Jesteśmy poważni. Bardzo poważni. Ale naprawdę:

W sekundę zapisywałam dziecko na kolonie,  i umawiałam się wywiad, docierałam do najbardziej trudnego nauczyciela, potrafiłam okiełznać najbardziej demonicznego szefa ( pozdrawiam ciepło).

Nie, i to żaden żart. Uśmiech blondynki potrafi zdziałać cuda. Najtwardszy facet mięknie, najbardziej groźny profesor godzi się na nową datę egzaminu.

„Nie będę zachowywać się jak idiotka” orzekłam jakiś czas temu. „Mam w końcu męża, poważne życie i kłopoty”

Założyłam szarą sukienkę, rozczochrałam się trochę, zjadłam co nieco (mniam), wywaliłam podkład i tusz, na błyszczyk nie miałam  zdrowia. „Teraz po prostu będę dojrzała” orzekłam.

I co się dzieje, moi państwo? Ależ jak to, co się dzieje?

– nie mam rabatu na stacji

– płacę mandaty

– ostatnio straż miejska chciała mi „odprowadzić” samochód,

– a pan w którego samochód wjechał powiedział: „Babo, Ty, co wyczyniasz.”. Ja???? Że to niby do mnie? Przecież ja jestem laską w przebraniu Kopciucha.

Wciąż tak samo bystra, inteligentna, tak samo dobra w łóżku i w rozmowach świetna. Czuła, wrażliwa, boska po prostu. Co tam, że w worku – sukience. Przecież jestem mężatką, a nie panną na wydaniu. Jak to? Jak to? Jak to?

A tak to, miła pani.

Weź się ogarnij. I nie walcz z całym światem. Zrzuć kilka kilogramów, załóż kieckę kolorową, kup błyszczyk. Uśmiechaj się, żartuj i odgarniaj włosy z czoła. Co kogo obchodzi, że jesteś żoną, ten pan co się uśmiecha to czyjś mąż. Dzisiejszy sposób komunikacji jest jasny. Bądź urocza, zadbana, czarująca. A świat będzie ci dany.

Dana praca, brak mandatu i uroczy sąsiad, który nie zrobi afery o źle wyrzucone śmieci.

Urodo moja, gdzie jesteś? Wyglądam cię tęsknie.


„Boższ, to się nie może udać” Jak utłuc w sobie Królową Katastrofę

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
14 kwietnia 2016
Fot. iStock / NinaMalyna
Fot. iStock / NinaMalyna
 

Dzień Dobry Czwartku, kocham cię. Co tam mamy zaplanowane? Znów chaos? Nie wierzę, proszę nieeeeeeee. Znów obwinianie, zadręczanie, lęki? Czwarteczku, idź że do diabła z tą samą wizją życia. Z tym chaosem, i katastroficznymi wizjami.

A gdyby tak od dziś być szczęśliwą? I po prostu mieć wywalone?

Są kobiety, których wygląd, życie i dusza zdają się mówić: „Hej, jestem Perfekcja, ogarniam wszystko, dzieci do przedszkola, i szkoły, kwiatki na balkonie, posiłki bardziej niż eko, hej jestem biuro o dziewiątej, porządek, poukładanie”.

– No ty Perfekcją nie jesteś,  jesteś królową katastrofy – mruczy przyjaciółka.

Że ja????!!!!

– No jest pewien typ kobiet, które przyciągają dramaty.

Oczy otwieram ze zdumienia

– Serio????

– Serio – mruczy z wyższością.

Bo ona jest Perfekcja. Ale kogo ona chce, na miłość boską, oszukać, przecież nie wiecznie analizującą domorosłą psycholożkę.

Typów Kobiet Katastrof jest wiele. Więc jeśli patrzycie na rozdygotaną wariatkę, która śpiesząc się do pracy wylewa kawę, gubi szalik i maluje usta w korku (wprawiając w szał innych) nie patrzcie na nią z wyższością, bo wy tak nie macie. To jeszcze nic nie znaczy.

Królowa katastrofa często chadza w przebraniu Perfekcji. Bo bardziej liczą się myśli, a nie gustowne wdzianko czy dobre maniery, które zwyczajnie nie pozwalają szamotać się po życiu.

Świat Królowej Katastrofy to świat zdarzeń niemiłych, trudnych, okropnych, pełnych grozy, które… się jeszcze nawet nie zdarzyły.  Usłyszałam kiedyś: „Królowe Katastrofy to kobiety, które z normalnych zdarzeń codziennego dnia potrafią stworzyć film grozy”.

Jak zachowuje się KK (Królowa Katastrofa), gdy mąż spóźnia się pół godziny z pracy, a jego komórka milczy. „Na pewno coś się stało” myśli. Dalej już wyobraża sobie najgorsze – on na pewno miał wypadek, okradli go, pobili. Do najgorszego dochodzi wizja konsekwencji – jakie są numery do najważniejszych szpitali? Kiedy powinnam dzwonić? Już czy za chwilę? Uff. On wpada do domu pół godziny później i biedak nawet nie wie, że ona zdążyła go prawie pochować.

KK ma tak ze wszystkim. Nieustannie się spala emocjami. Szef burknął? Jak to burknął? Ona tworzy całą wizję tego, co się wydarzy. Ktoś ze znajomych choruje na raka? Na pewno ona też zachoruje i jej bliscy również. Zwolnienia w pracy? Ależ oczywiście – wiadomo, dotkną też ją. To się nie może dobrze skończyć. To jest jej maksyma.

Królowe Katastrofy to nasze mamy, które mówią: – Jezu, bez etatu? Dziecko, a dlaczego ty jeszcze nikogo nie masz? Taki kredyt? To się nie może udać.

I tak dalej. KK. podcina skrzydła sobie i komu może przy okazji. Nie da się, to niemożliwe, za trudne. Świat jest puszką Pandory. Brr. Wibrują wkoło negatywne emocje.

Męczą się z nią inni, męczy się sama KK, bo ile można żyć w napięciu  i ciśnienie robić innym. A gdyby tak powiedzieć sobie: żegnam Cię Królowo Katastrofo, zapraszam tu człowieka racjonalnego, który do świata podchodzi lekko i bez ciśnienia.

OD DZIŚ

– to, że mąż się spóźnia znaczy tylko tyle, że się spóźnił. I co z tego? Ktoś się spóźnia, ktoś nie spóźnia, czasem tak, a czasem nie, ale żeby od razu snuć fabułę niczym z horroru?

– to, że ty się spóźniasz do pracy znaczy tylko tyle, że się do niej spóźniasz, a nie właśnie ją tracisz i nie masz jak zarobić na życie (w perspektywie)

– to, że nie dzwonią w sprawie pracy nie znaczy, że do końca świata będziesz  siedzieć w tej. Znaczy to tylko tyle, że TERAZ nikt nie dzwoni

– to, że dziecko dostało trzy sprawdzianu z matematyki znaczy tylko tyle, że dostało trzy, co można poprawić, a nie że jest tumanem, nieukiem i skończy jako pan nikt

– to że nie zdążyłaś przygotować stroju na przedstawienie dla przedszkolaka znaczy tylko tyle, że nie zdążyłaś, a nie, że jesteś matką złą i z twojego dziecka śmiać będą się wszyscy

– to, że nie upiekłaś ciasta, nie przeczytałaś książki, wciąż jesteś w „niedoczasie” nie znaczy, że jesteś kiepsko zorganizowana i twoje życie to porażka. Po prostu nie upiekłaś ciasta i nie przeczytałaś książki.

– to, że mąż grozi, że rzuci pracę to jeszcze nie znaczy, że ją rzucił. On po prostu tak mówi.

I tak dalej. Nie żyj dramatami, których nie ma.

Świat jest piękny, gdy bierzesz go na luzie.

Tak więc czwartku, dzień dobry, kocham cię. Utłukłam Królową Katastrofę, powitałam Panią Luz i Zen.


Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
11 kwietnia 2016
Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

Moja babcia zawsze powtarzała: jeśli mężczyzna chce, to cię znajdzie. Nawet na końcu świata. Babcia (zresztą nie jedna taka babcia to powtarzała) żyła w dobrym związku przez iks lat, dziadek za nią szalał. On za nią – zaznaczę (ona po prostu kochała).

Nieraz zdarzyło mi się łamać zasadę babci – nigdy dobrze nie kończyłam.

Nie oszukujmy się, zawsze gdy ją łamałam – kończyłam tragicznie (miłośnie tragicznie, rzecz jasna).

Wiadomo, czasy się zmieniły. Jak on ma nas znaleźć na końcu świata, gdy po drodze do końca świata jest tyle pięknych i mądrych kobiet?

Jednak z rozpaczą patrzę na kobiety, które starają się bardziej niż powinny (to mi też przypomina moją nie chlubną przeszłość, przyznaję się bez bicia). Męczą, dręczą, wyjaśniają. Żołądek mnie boli ze stresu niemal, bo skoro on nie odpowiada na wiadomości (na fejsbuku, tinderze, w telefonie) przez dwa dni, a nie umarł, bo jest aktywny na portalach społecznościowych – to po co pisać do niego jeszcze?

Przyjaciółka (zgodziła się, bym o niej napisała) poznała ostatnio faceta. Flow było szalone, wybierałyśmy już niemal dla niej suknię ślubną, choć to poważna pani fizyk. I raczej nie ulega emocjom. Dobra, koloryzuję, ale było magicznie.

Facet (czyt. Książę na białym koniu, o my głupie)  zaczepił ją na fejsie (mieli wspólną koleżankę). Pisali do siebie niemal 24 godziny na dobę przez 16 dni. Tak, dla statecznej żony i matki (ja) 16 dni to nic. Ale przypomnijmy sobie, ile może zdarzyć się przez ponad dwa tygodnie, gdy życie nabiera tempa. Można umrzeć (przepraszam), urodzić dziecko, dowiedzieć się o zdradzie, zmienić pracę. 16 dni to wieczność na życiowe rewolucje. No więc przyjaciółka przeżyła życiową rewolucję. Przez 16 dni była non stop podłączona do sieci. Jej „wybranek” również. Opowiedzieli sobie życie, przeszłość, pili ze sobą poranną kawę i herbatę. Wiedziała czego się boi, znała jego godziny pracy, snu i wk*rwu. Śmieszne? Hmm, być może – ale przecież mnóstwo ludzi się tak poznaje i zdarzają się szczęśliwe zakończenia.

Był poważnym architektem. Widniał w spisie architektów, znamy biuro, w którym pracował, wspólna koleżanka powiedziała, że to świetny gość, tylko po przejściach (o czym zresztą powiedział przyjaciółce).

Ostatnia wiadomość od pana X. przyszła popołudniu w pewien piątek: „Zadzwonię jutro, chcę porwać cię w końcu na kolację”. W sobotę o 15.00 przyjaciółka napisała: „żyjesz?” – odpowiedzi brak. Myślałyśmy, że może pan zabalował.

– Oj, pamiętasz, Mąż MŻK (czyli mój) też zabalował na początku znajomości,  nie dzwonił dwa dni, umierałam. Pamiętasz?

– No pamiętam – jęknęła ona.

– To luz– rzuciłam ja.

W niedzielę rano argument przestał mieć sens, szczególnie, że Książę (czyt. gad) zaczął być aktywny na fesbuku. „Nie do wiary” zamruczałam. Przyjaciółka znów napisała do niego: Hej, co się dzieje?

Obudziła się już we mnie moja babcia, więc tłumaczyłam: nic nie pisz, rozumiesz?

Oczywiście, oczywiście.

Oczywiście, jedno mówimy przyjaciółce, drugie robimy. Napisała. AAAAA, ratunku. Nie odpisał, choć wyświetlił. Więc ona znów, że nie rozumie i dlaczego. „Przestań, do diabła, pisać” wrzasnęłam. A ona, że nie pojmuje i chciała, by wiedzieć, że najgorsza prawda lepsza i tak dalej. Z jednej strony rozumiem, z drugiej….

Mam kumpla. Łamacz serc, pan znikający. Pyta czasem: czy jeśli ja nie piszę dwa dni to nie jest dowód, że powiedziałem już wszystko? Złoszczę się, wkurzam. Może i dowód, ale słaby. Brak klasy, szacunku i tak dalej. Ale jedno, to ocenić faceta znikającego, drugie zrozumieć, że my, baby, czasem naprawdę nie rozumiemy.

Istnieje 5 powodów dla których on nie odpisuje

– umarł (bardzo rzadko)

– zabalował (zdarza się, patrz Mój Mąż – po pierwszej randce, zamilkł na weekend. Milczałam dzielnie. W niedzielę rano napisał, że zabalował. Może kłamał, ale jednak ożenił się ze mną:) )

– musi sobie przemyśleć (tym bardziej milcz)

– przestraszył się (tym bardziej milcz)

– olał (i ty chcesz pisać?!)

– Coś się stało poważnego (słowo, wyjaśni to w końcu – patrz Mój Mąż)

Mój przyjaciel Pan Znikający wciąż podrywa laski na Tinderze. Uwodzi, bajeruje, ulatnia się. Mówi: Rany, to sport. Z większością wcale nie chce się spotkać, sprawdzam się. Jeśli chcę – piszę.

Napisz jedną wiadomość: wszystko ok? Żeby nie było, że on umiera, a ty jesteś księżniczką. Ale poza tym– MILCZ.

PS. Zdarzają się gorsze przypadki niż ten przyjaciółki. Facet potrafi zniknąć po czterech miesiącach. Tak było w przypadku A.

Tłumaczyłyśmy go (durne te wspierające koleżanki). Mówmy lepiej prawdę, a nie mydlmy oczy.

– zachorował (rak, zawał – nie chce cię ograniczać)

– zachorował na duszę (ciężka depresja, nie ma siły wstać)

– miał wypadek (akurat)

– dużo pracy (Boże, powiedziałam to, sucz nie przyjaciółka)

– szuka sensu ( aućććć)

Po kilku latach Uciekinier powiedział A. dlaczego nie pisał. Prawda bolała nas wszystkie: „Pisała do mnie była, poznałem nową, i jeszcze jakąś. W pewnym momencie zacząłem się gubić. Uciąłem więc wszystkie”. Dżizaaaaaaas.

Mąż MZK mówi: Jak naprawdę chce w końcu zadzwoni. To napisz.

Po chwili: No chyba, że ona złamała mu serce.

Po dłuższej chwili: Rany, napisz, że jak kocha zawsze zawalczy. Jak ja o ciebie.

Dajmy facetom czas, kochane.