Lifestyle Związek

Tęsknie za moją żoną. Nie wiem, ile jeszcze zdołam znieść i czy „wygram” rywalizację z jej przyjaciółką

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 lipca 2017
Fot. iStock
 

Jeszcze do niedawna myślałam, że jestem wielkim szczęściarzem – gdy dookoła wszyscy narzekali na swoje związki, przezywali kryzysy, a nawet rozwodzili się, ja od dziesięciu lat byłem z tą samą kobietą i, jak słowo daję, moje uczucie nie osłabło ani o odrobinę, a nawet mogę śmiało powiedzieć, że umocniło się i utrwaliło. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy moja żona poznała Martę, a jej nowa przyjaciółka zaczęła mieszać w naszym związku i rujnować małżeństwo.

Gdyby ktoś zapytał mnie pół roku temu, jakim jesteśmy małżeństwem, powiedziałbym bez wahania, że najlepszym z możliwych. Nie idealnym, bo przecież zdarzały nam się zgrzyty i nieporozumienia, ale to były tylko chwilowe zawirowania, nieznaczące rysy. Poznaliśmy się na studiach, ale nie od razu między nami zaiskrzyło. Zaczęliśmy od zwykłej znajomości, potem weszliśmy na etap przyjaźni, aż pewnego dnia dotarło do mnie, że Olga jest kobietą mojego życia. Na moje szczęścia, dla niej też stałem się kimś więcej niż tylko kumplem. Przez dziesięć lat naszego związku ani przez moment nie myślałem, że coś może zniszczyć nasze uczucie.  Nawet, gdy po urodzeniu pierwszego syna Olga długo dochodziła do siebie i otarła się o depresję, gdy wyjechałem na pół roku do Anglii, by nieco podreperować domowy budżet, albo, gdy teść wpakował rodzinę na finansową minę, która była przyczyną kilku awantur i cichych dni w naszym związku – nawet wtedy nie myślałam, że to może się skończyć, że nie będziemy w stanie dogadać się i odbudować wzajemnego zaufania i porozumienia.

Największy kryzys przyszedł, gdy młodszy syn rozpoczął szkołę, a Olga poznała nową przyjaciółkę. Z Martą bardzo szybko znalazła wspólny język, co na początku nawet mnie cieszyło, bo żona nie należy do osób, które łatwo zawierają przyjaźnie. Okazało się, że Marta jest po ciężkim rozwodzie i wychowuje synka samotnie, niedawno przeprowadziła się i zaczyna układać życie od nowa. Olga zaczęła się z nią spotykać w szkole, na treningach piłkarskich naszych synów, razem zapisały się też na fitness. Po pewnym czasie żona całkowicie zmieniła styl ubierania się i fryzurę, zaczęła robić makijaż zgodnie z podpowiedziami przyjaciółki, nawet nasz jadłospis został zmodyfikowany zgodnie z tym, co Marta uważała za dobre i modne. Nie zwracałem na to uwagi, ale zmiany zaczęły sięgać coraz dalej.

Zmieniły się zwyczaje, a ja stałem się nagle tym złym i niedobrym. Olga zaczęła wytykać mi, że nie dość się staram, że zbyt mało angażuję, że narzucam jej patriarchalne podejście, a czasy się zmieniły i rola kobiety w związku też. Słuchałem tego wszystkiego z niemałym zdziwieniem – dotąd nigdy nie dawała mi znaku, że wywieram na niej presję lub traktuję niesprawiedliwie. Owszem, to na nią spadała większość domowych obowiązków, ale do niczego jej nie zmuszałem i sam nie pozostawałem bierny! Ona robiła mi kanapki do pracy, a ja dbałem o to, by miała czysty samochód i napełniony bak. Ona gotował w ciągu tygodnia, za to ja w weekendy wyganiałem ją z kuchni i robiłem swój popisowy makaron. Razem robiliśmy zakupy, zaganialiśmy chłopaków do sobotniego sprzątania, nigdy też nie wymigiwałem się od obowiązków ojcowskich i zajmowania się dzieciakami. Ale słowa „Marta twierdzi…”, „Według Marty…”, „Marta oświeciła mnie, że…” coraz częściej pojawiały się w naszych rozmowach i wprowadzały zamieszanie.

Olga zaczęła częściej wychodzić wieczorami i w weekendy – i nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko, pod warunkiem, że czasem zamiast przyjaciółki wybierze własnego męża! Przyzwyczaiłem się już do tego, że Marta jest stałym gościem u nas w domu, że nawet, gdy planuję romantyczny wieczór to może do nas niespodziewanie dołączyć, że Oldze jest przykro, gdy przyjaciółka zostaje na weekend sama, więc „musimy się nią zaopiekować”. Powoli to, co robiła, czuła i mówiła Marta stało się najważniejsze i zdominowało nasze życie rodzinne. Nie wytrzymałem, gdy przy planowaniu wakacji Olga rzuciła hasło „Marta pojedzie z nami” – tego już było dla mnie zbyt wiele i głośno wyraziłem swój sprzeciw! Żona obraziła się, nazwała nietowarzyskim gburem, a nawet wspomniała, że Marta przewidziała taki obrót sprawy, bo zawsze czuła, że nie do końca ją akceptuję. Ręce mi opadły i z bezsilności trzasnąłem drzwiami i wyszedłem – co mogłem powiedzieć, skoro Marta już wszystko przewidziała?

Olga zaczęła też wydawać coraz więcej pieniędzy – a to nowe buty, nowa torebka, obiad w popularnej restauracji (często to ona stawiała i płaciła za przyjaciółkę), wyjście do SPA. Oboje pracowaliśmy i każdy z nas miał prawo do przyjemności, ale zawsze razem ustalaliśmy większe wydatki i dopinaliśmy nasz budżet. Gdy zwróciłem jej uwagę, że powinna mnie uprzedzić, znowu usłyszałem zarzuty o męskiej kontroli, uciskaniu kobiet i braku akceptacji dla damskiej niezależności. „Marta przekonała mnie, że zasługuję na odrobinę egoizmu, nie mogę ciągle dawać, muszę też brać” – tłumaczyła się.  Co ciekawe, taka wolność w wydatkach nie działa w drugą stronę, ja jestem rozliczany z każdego zakupu, nawet przez Martę! Nagle okazało się, że prawo do przyjemności i hobby może mieć w małżeństwie tylko kobieta – u faceta jest to przejawem mizoginizmu, dyskryminacji i chęci dominacji. Przepraszam bardzo, ale dla mnie to paranoja!

Nie wiem, ile jeszcze zdołam znieść i czy „wygram” tę rywalizację z Martą, w której tak naprawdę nie chcę uczestniczyć. Olga trochę mnie przeraża – nie myślałem, że da sobą tak manipulować i bez gadania przyjmie poglądy przyjaciółki. Boli mnie też to, że choć znamy się tyle lat, to próbuje zrobić ze mnie swojego wroga, a łączącą nas miłość (bo wciąż mam nadzieję, że ona między nami jest) ignoruje i spycha na dalszy plan. Czasami myślę, że Marta chce doprowadzić do naszego rozstania, chce by Olga była w takiej samej sytuacji jak ona, dołączyła do jej drużyny rozwiedzionych, wolnych, skrajnie feministycznych i mimo wszystko nieszczęśliwych kobiet, które związek przyjaciółek traktują jak zło i zagrożenie dla samych siebie. Wiem, że coś się musi zmienić, chcę odzyskać swoją żonę i normalną rodzinę – w tym trójkącie dłużej zostać nie dam rady.


Lifestyle Związek

7 sygnałów, które mogą świadczyć o tym, że masz cukrzycę typu 2. Nie ignoruj ich

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
7 lipca 2017
Fot. iStock/vgajic
 

Cukrzyca typu 2 to najczęściej występująca odmiana tej choroby. Według danych opublikowanych przez Światową Organizację Zdrowia, w 2014 roku na świecie żyło 422 mln chorych. Prognozy wskazują, że do 2030 roku będzie ona na 7. miejscu chorób, z powodu których najczęściej umierają ludzie. Poświęcając jej uwagę w Polsce, oszacowano, że u nas jest przyczyną 2 proc. wszystkich zgonów, a jej rozpowszechnienie sięga 9,5 proc.

Ignorowanie sygnałów, które mogą o niej świadczyć, jest niebezpieczne i może mieć poważne konsekwencje. Dlatego warto zadbać o siebie i zwrócić uwagę, czy znajdujesz się w grupie ryzyka, której grozi cukrzyca. Zobacz, co powinno cię zaniepokoić i kiedy powinnaś zgłosić się do lekarza.

Masz nadwagę

Według danych znajdujących się na stronie DiabetologiaOnline.pl wśród wszystkich chorych na cukrzycę typu 2 aż 80-90 proc. cierpi na otyłość. Ryzyko zachorowania zwiększa się wraz z przybieraniem masy ciała. Statystyki pokazują, że ujawnia się ona u 15 proc. osób z BMI ≥35 kg/m2. U tych osób ryzyko choroby jest o ok. 20 proc. wyższe niż u tych, których BMI wynosi <25 kg/m2.

Tracąc zaledwie 5-10 proc. masy ciała, możemy zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania. Jest to związane z obniżeniem stężenia glukozy we krwi oraz wzrostem wrażliwości na insulinę.

Ciągle korzystasz z łazienki

Jeśli organizm nie wytwarza wystarczającej ilości insuliny (hormonu, który zwiększa transport glukozy do wnętrza komórek), co zdarza się przy cukrzycy, glukoza gromadzi się w krwiobiegu i jest wydalana wraz z moczem. Jeśli zauważyłaś, że coraz częściej musisz korzystać z toalety i przez to pijesz więcej, zgłoś się do lekarza.

Masz rozmazany obraz

Wysokie stężenie glukozy we krwi powoduje, że może się ona gromadzić w soczewce oka. Skutkuje to przekrwieniem spojówek i zaburzeniem widzenia. Leczenie cukrzycy pomoże zahamować te dolegliwości.

Tracisz na wadze bez wyraźnej przyczyny

Nie odchudzasz się, nie masz stwierdzonych niepokojących dolegliwości, a mimo to chudniesz? Jest to zazwyczaj oznaka cukrzycy typu 1, ale czasami może być też objawem typu 2. Związane jest to ze zbyt niskim poziomem insuliny, przez co glukoza z pokarmu nie może być wykorzystywana przez komórki do gromadzenia energii w organizmie. Ponadto, tłuszcz zaczyna się rozkładać, co skutkuje utratą masy ciała.

Zmiany skórne

Ciemne plamy na skórze, zwykle z tyłu szyi lub na łokciach, często są wczesnymi oznakami zwiększonego poziomu cukru we krwi. „Wysoki poziom insuliny pobudza wzrost komórek skóry i melaniny, pigmentu znajdującego się w tych komórkach. I wtedy pojawiają się te ciemne plamy” – mówi dermatolog Sanjiv Saini z Edgewater, Maryland. Jeśli zauważysz u siebie niepokojące zmiany skórne, zgłoś się do specjalisty.

Swędzenie

Jednym z objawów cukrzycy jest swędzenie kończyn, które jest spowodowane osłabieniem układu krążenia. Jeśli nie pomagają balsamy, udaj się do lekarza.

Masz powyżej 45 lat

Ryzyko cukrzycy wzrasta wraz z wiekiem. Jeśli skończyłaś 45 lat powinnaś badać się co najmniej raz na trzy lata. Udaj się niezwłocznie do lekarza, jeśli zauważyłaś jeden z wcześniej wymienionych sygnałów.

Źródło: womansday, diabetologiaonline, mz.gov.pl, kliknijwzdrowie


Lifestyle Związek

Jestem mieszkańcem nadmorskiego miasta i turyści naprawdę czasami zachowują się skandalicznie. Spójrzcie na siebie naszymi oczami

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 lipca 2017
Fot. iStock / ewg3D

Jestem mieszkańcem nadmorskiego turystycznego miasta. Z uśmiechem przeczytałem artykuł Baby na wku*wie o koszmarze nadmorskich kurortów, bo w sposób dosadny ze sporą dawką ironii zostało opisane to, co faktycznie dzieje się na naszych polskich plażach.

I tak, jak ja się uśmiechnąłem do tekstu, tak zdumiała mnie fala krytyki i oburzenia. A przecież tak właśnie jest, tylko nam jak widać zdecydowanie brakuje dystansu do samych siebie. Bo co to za wstyd przyznać się – tak jestem turystą z napompowanym krokodylem, który nie umie złożyć namiotu. Nic nie było w tym złego.

Jako mieszkaniec nadmorskiego miasta doświadczam z innymi jego mieszkańcami wielu innych tych naprawdę mało przyjemnych rzeczy ze strony turystów. I oczywiście, że nie mierzę wszystkich jedna miarą, bo są też ci mili, którzy rok w rok przyjeżdżają i pozostawiają miłe wspomnienia, szkoda, że są w mniejszości.

Dlatego drogi oburzony turysto, który wybierasz się nad Bałtyckie Morze, aby żyło się nam wspólnie lepiej, mam do ciebie kilka próśb:

– pamiętaj proszę, że choć w Polsce, a nie za granicą, to jednak bywasz gościem w miejscu, w którym chcesz spędzić urlop, dlatego warto uszanować mieszkańców i osoby pracujące na miejscu, a nie traktować ich z wyższością mając na czole niemal napisane: „ja tu przyjechałem, płacę, a ty koło mnie skacz, bo dzięki mnie zarabiasz”. Strasznie to słabe, a niestety często spotykane. Tak, żyjemy z turystyki, co nie znaczy, że właśnie ty musisz wydać u nas pieniądze, nie musisz, naprawdę.

– pamiętaj też, że oprócz turystów w mieście, w którym jesteś żyją normalni ludzie, uszanuj to, zwłaszcza, gdy wracasz o trzeciej nad ranem do swojego apartamentu śpiewając w głos lub gdy mieszkasz na osiedlu ze zwykłymi mieszkańcami, a postanawiasz bawić się do białego rana na swoim balkonie czy tarasie. To, że jesteś turystą, nie znaczy, że nie obowiązuje cię cisza nocna. My naprawdę jesteśmy tolerancyjni, ale wszystko ma swoje granice, cierpliwość też. I nie, nie działają na mnie argumenty w stylu: to się wyprowadź. To moje rodzinne miasto, co byś zrobił, gdyby ktoś kazał ci się wyprowadzić ze swojego?

– pamiętaj, że nie jesteś świętą krową, której nie potrąci auto lub którą każdy na ulicy przepuści zwłaszcza, gdy nic dla ciebie nie znaczą pasy i przejścia dla pieszych. Naprawdę musisz stać na środku przejścia z tym dmuchanym krokodylem i wołać swoje dzieci, które zatrzymały się pięć metrów przed pasami podziwiając jakieś owady na ziemi? Ja stoję i czekam, aż zejdziesz z drogi i uwierz, bardzo nerwowo w pewnym momencie zaczynam stukać w kierownicę.

– szanuj miejsce, w które przyjechałeś, bo możesz go nie zastać za kilka lat takim, jakim jest teraz. Skoro jest zakaz wchodzenia na wydmy, to po coś on jest, a nie tylko dla samej zasady. Dlaczego pozwalasz dzieciom skakać po wydmach, które dla nas – mieszkańców, stanowią granicę bezpieczeństwa? Wiesz, jak wyglądają wydmy, parki, lasy przy plażach? Zasikane, zasrane, bo żal wydać 2 złotych na toalety? Czy w swoim mieście też załatwiasz się w parku? Pod drzewem lub za krzaczkiem?

– pamiętaj proszę, że my tu mieszkamy i żyjemy zwykłą codziennością, dlatego jak już robisz zakupy w markecie, zrób je zwyczajnie jak człowiek, a nie jak turysta drący się stojąc już w kolejce: „Zdzichu, jeszcze tę karkówkę na grilla weź”. My też w tej kolejce stoimy kupując rzeczy na obiad czy kolację i naprawdę czasami trudno nam znieść brak zdecydowania lub robienie zakupów ogromną grupą, z której każdy jeszcze coś donosi do rachunku. Później niektórzy się dziwią: „To wy nie chodzicie na promenadę? Miejscowi?”. No nie, bo jak stajemy z dziećmi po lody, a przed nami stoi turystyczna rodzinka, to wiemy co nas czeka – dlaczego wy zazwyczaj wybieracie lody, kiedy pani pyta: „Co dla państwa?”, Czy te 10 minut wystane nie mogą zamienić się w podjęcie jednoznacznej decyzji? Czy gofry, czy lody, jakie smaki i z jaką polewą? Przecież z pewnością nie kupujecie lodów po raz pierwszy.

– dbajcie o wasze bezpieczeństwo – nie wchodźcie do wody, kiedy jest zakaz. Jak ratownik schodzi z plaży, to nie znaczy, że ze zdjęciem czerwonej flagi już można się kąpać. Pilnujcie dzieci, mężów, żon. Bo później przez trzy godziny – jak w zeszłym roku, WOPR szuka pana w żółtych spodenkach, którego zaginięcie na plaży zgłosiła żona, a tymczasem pan te trzy godziny przesiedział w knajpie na piwku.

My jesteśmy dla was, ale wy też bądźcie dla nas. Jak już wsiadacie na rowery, to uważajcie na pieszych, jak jeździcie gokartami, to w miejscach do tego wyznaczonych, a nie wyjeżdżając na ulicę. Ja wszystko rozumiem – że luz, że zabawa, pomyślcie tylko, jakie wrażenie po sobie zostawiacie. I czy na pewno chcielibyście zostać tak właśnie zapamiętani. A że my pod koniec sierpnia mamy was bardzo często zwyczajnie dość? Naprawdę, gdybyście spojrzeli naszymi oczami na was, to nie ma czemu się dziwić.

P.S. Pozdrawiam wszystkich cudownych turystów, którzy wiedzą, jak wypoczywać bez szkody dla innych.


Zobacz także

Związek z osobą typu „A”. Czy można kochać perfekcjonistę?

9 miesięcy ciąży zamknięte w 4 minutach filmu. Zobaczcie koniecznie, człowiek jest cudem

Czego się boją hipochondrycy? Poznaj 9 rzeczy, które spędzają sen z powiek osobom przewrażliwionym na punkcie zdrowia