Seks Związek

Slow sex nie oznacza, że trzeba robić to powoli. To nieporozumienie! Chodzi o to, by kochać się… uważnie.

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
13 października 2021
 

„Slow sex to żaden złoty środek, czy błyskawiczne remedium na problemy. Wymaga od nas wysiłku, zaangażowania, wyjścia ze strefy komfortu. Nie podsuwa gotowych odpowiedzi, nie jest zbiorem pozycji, które uczynią z nas erotycznych akrobatów”, piszą autorki nowego rozszerzanego wydania książki „Slow Sex”, która właśnie wyszła nakładem wydawnictwa Agora. Dziennikarka Hanna Rydlewska oraz Marta Niedźwiecka, certyfikowana sex coach i psycholożka kliniczna, twierdzą, że korzyści z praktykowania seksu w wersji slow są nie do przecenienia.

Według autorek slow sex stymuluje apetytna miłość, uczy prawidłowego oddechu oraz interpretowania sygnałów z ciała, co potęguje rozkosz. W nowym wydaniu książki Rydlewska zawarła dodatkowe rozdziały np. o LGBT+ (opowieść o tym, że nasza seksualność to proces, a nie jednorodna i sztywna struktura.) oraz o praktykach BDSM (skrótowiec od słów dominacja i uległość). Naprawdę wato przeczytać. Tym bardziej, że dialog autorki i psycholożki prowadzony jest fachowo, ale w narracji utrzymanej w konwencji rozmowy dwóch dojrzałych przyjaciółek. Odnajdzie się w nim każda kobieta, ale też i nie jeden mężczyzna. Z tej okazji przedstawiamy fragmenty niezwykle ciekawej rozmowy Hanny Rydlewskiej z Martą Niedźwiecką.

 

Dlaczego ten lepszy seks ma być slow?
Slow sex, podobnie jak slow food, zrodził się z niezgody na bylejakość. Chodzi o to, żebyśmy zmienili nasze przekonania i naszą postawę. Żebyśmy wydajność, pośpiech i powierzchowne sensacje zamienili na jakość i przyjemność. To oczywiście oznacza również zmiany w sposobie, w jaki będziemy uprawiać seks. Nie to, żeby od razu kochać się trzy godziny. Jeżeli ktoś z czasem do tego dojdzie, to znakomicie. Przecież wszyscy chcemy się kochać długo i mocno. Slow sex oferuje zestaw metod, które pozwalają uprawiać seks przez trzy godziny, ale również trzydzieści fascynujących minut. Bo najważniejsze, żeby nasz seks był jakościowy, uważny i świadomy.

Co to znaczy jakościowy seks?
Mogłabym mówić po prostu o dobrym seksie. Tylko co to znaczy w seksie „dobrze”. Często? Dużo? A może właśnie rzadko, ale za to zgodnie ze szczególnymi oczekiwaniami, jakie ktoś ma wobec seksu? Powiedzieć, że chcę mieć „dobry seks”, to nic nie powiedzieć. Dlatego wolę mówić o jakości seksu. Bo gdy mówimy o jakościach, otwieramy szersze pole znaczeń, takie, w którym każdy znajdzie te właściwe dla siebie. Możemy na przykład szukać w seksie namiętności, ale to nie jest uniwersalne. Dla jednych bliskość będzie tym, o co warto się starać. Inni będą szukali bezpieczeństwa. Do seksu wnosimy przeróżne potrzeby i warto je sobie zdefiniować, wtedy pojęcie „dobry seks” nabiera sensu. A skoro mówimy o jakości, to przyda się jeszcze jedno wyjaśnienie. Pojęcie „slow” jest przeciwieństwem „fast”. Ale wcale nie w znaczeniu szybko-wolno, tylko uważnie-nieuważnie. Najważniejszy przekaz ruchu slow brzmi: robiąc różne rzeczy szybko, jesteśmy powierzchowni. Szybko jedząc, podróżując, uprawiając seks, pomijamy to, co najważniejsze. Wpadamy w rutynę i działamy na autopilocie. A rutyna jest mordercą przyjemności.

Więc nasz codzienny, rutynowy seks jest jak cheeseburger, a ty chcesz nam zaoferować wykwintną sałatę? Nie ma w tym jakiegoś poczucia wyższości wobec nas, zwykłych zjadaczy buły z kotletem?
Tak, właśnie tak jest. I biorę za to pełną odpowiedzialność. Kiepski, nieuważny seks jest jak śmieciowe jedzenie. Nie twierdzę, że cheeseburger to czyste zło, zagrożone karą piekła. Chodzi o to, że jeżeli cały czas żywisz się tylko cheeseburgerami, to kończysz jako otyły kandydat do zawału, którego przyjemności życiowe zostały zredukowane do sapania w fotelu przed telewizorem. Jeżeli w tobie jest na to zgoda, niech tak będzie. Żadne „slow” tu nie pomoże. Ale jeżeli chcesz cieszyć się różnorodnością, zjeść kawior, egzotyczną rybę czy owoce, skosztować prawdziwego curry, zrozumieć coś z picia wina, to wchodzisz w świat, w którym przydadzą ci się pewne narzędzia do wywoływania i „obsługi” tych doznań. Jak nie wiesz, jak znaleźć dobrą – co nie znaczy najdroższą – restaurację, to będziesz się żywić cheeseburgerami w Rzymie, bo tak jest bezpieczniej.

Co jest w seksie odpowiednikiem napychania się cheeseburgerami?
Seksualny przesyt połączony z brakiem satysfakcji. A także niechęć do zmian mimo odczuwania dyskomfortu. Wiesz, ile razy słyszałam w moim gabinecie opowieści o obiecujących randkach, które skończyły się beznadziejnym seksem? I głębokim niesmakiem? Słyszałam je od ludzi, którzy robili to po raz dziesiąty, trzydziesty i nadal nie chcieli przyjąć do wiadomości, że za pięćdziesiątym razem wciąż będzie beznadziejnie. Fundujemy sobie nadmiar, nie biorąc pod uwagę, że zbyt wiele bodźców prędzej czy później przynosi znużenie i znudzenie. Nic nas nie cieszy, a jednocześnie żądamy, żeby regularnie targały nami kosmiczne orgazmy. Żeby było jasne – nie utożsamiam seksu z miłością. Tym bardziej nie uważam, że do udanego życia intymnego niezbędna jest miłość po grobową deskę. Ale zdecydowanie w seksie potrzebujemy więcej niż fizjologii i popędu.

Czego właściwie?
O tym jest ta książka. O pięciu podstawowych zagadnieniach, które powinniśmy poznać i zrozumieć, żeby później samemu sobie wręczyć świadectwo dojrzałości z seksu. Pierwsze to uświadomienie sobie znaczenia czasu w naszym życiu seksualnym. Oczywiście chodzi o to, żeby stało się ono bardziej „slow”, co jednak wcale nie znaczy, że ma być powolne. Chodzi raczej o znalezienie własnego tempa. Z czasem związane są również nawyki, jakie przylgnęły do nas w naszym nerwowym i pośpiesznym życiu. Powinniśmy sobie uświadomić, że powodują one erozję przyjemności w ogóle, zaś przyjemności seksualnej w szczególności.

A drugi „filar”?
To modyfikacja stosunku do naszego ciała. Chodzi o to, żebyśmy przestali go używać jak przedmiotu, narzędzia, za to zbudowali z nim głęboki kontakt. Trzeci i czwarty punkt to uważność oraz świadomość. To kategorie zaczerpnięte z praktyki mindfulness. Pomagają one myśleć i działać skuteczniej, żyć milej i czuć pełniej. W końcu piąty element: rytuały. To prosty sposób na podniesienie jakości seksu, który uprawiamy w „maratońskich” związkach. A więc czas, ciało, uważność, świadomość i rytuały. To wielka piątka nowoczesnej ars amandi. Oczywiście, moglibyśmy poznawać każde z tych pojęć osobno, studiować zawarte w nim elementy buddyzmu, tantry, mindfulness, jogi… Ale na koniec doszlibyśmy do zbliżonych konkluzji. Tylko mogłoby nam na to wszystko życia nie starczyć. Także dlatego potrzebujemy slow seksu. Bo jest efektywny, bo w prosty do zastosowania sposób pokazuje, na czym się skoncentrować, żeby się seksualnie rozwijać. I to poczynając od fundamentów naszej seksualności. Bo zdecydowanie zbyt często zadowalamy się drobnymi zmianami, które dają powierzchowne, krótkotrwałe efekty.

A czy nie uważasz, że slow sex jest jakimś wydumanym pojęciem? Kolejną modną wydmuszką? Nie bolą cię od tego zęby?
Być może tajemnica trendów na tym polega, że nazywają coś, co nagle wszyscy chcą robić.

Hanna Rydlewska – dziennikarka i redaktorka. Obecnie dyrektorka wydawnicza i szefowa digitalu „Vogue Polska”. Wcześniej była m.in. szefową newsroomu i zastępczynią dyrektora serwisów informacyjnych Gazeta.pl, wicenaczelną „Przekroju” i NaTemat.pl. W radiu Chilli Zet prowadziła audycję „Hani Bal”, dziś odpowiada m.in. za podcast „Ciało ma głos” w Vogue.pl. Książki to, obok rozmów z ludźmi, jej największa pasja.

Marta Niedźwiecka – pierwsza polska certyfikowana sex coach, psycholożka kliniczna. Autorka podcastu „O Zmierzchu”. Od ponad dekady pracuje z parami i solistami w obszarze seksualności, relacji i wyzwań emocjonalnych, zarówno w ramach terapii, jak i na warsztatach rozwojowych. Wierzy, że świadoma seksualność zmienia życie na lepsze.

 

Prezczytaj także: Miłość i krzywda. Serial „Sceny z życia małżeńskiego” obnaża prawdę o naszych związkach


Seks Związek

Próbowałam go ratować, a on obserwował mnie jak pod mikroskopem. Napawał się moim cierpieniem.

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 października 2021
maska klamca narcyz toksyk
Fot. iStock/twinsterphoto
 

Byłam związana z psychopatą! To koszmar, że uświadomiłam sobie ten fakt kilka lat po rozstaniu. Dopiero wtedy poczułam wielką ulgę. I dlatego właśnie piszę teraz ten list. Dla innych kobiet, które mają poczucie, że zwariowały, że to, co wyprawia ich partner jest tak bardzo chore, że nie sposób ogarnąć tego myślami zdrowego człowieka. 




Kiedy jesteś w środku takiej sytuacji – czyli w środku życia z psychopatą – to nie ogarniasz.

Twój organizm zachowuje się, jakby był na wojnie. Walczysz z wyimaginowanymi stworzonymi przez psychopatę dla ciebie przeszkodami. Próbujesz go ratować! Starasz się, by nie cierpiał! A on obserwuje cię jak pod mikroskopem! Tuli w ramionach, gdy płaczesz z jego powodu, ale w sercu czuje coś, czego ty nawet nie potrafisz sobie wyobrazić. Ja też nie potrafię! Psychopata nic nie czuje. Ba, może jedynie czuć satysfakcję, że dałaś mu się wkręcić. Czy to rodzaj radości z twojego cierpienia? Nie mam pojęcia! Ale zaryzykowałabym jednak stwierdzenie, że… „tak”. Posłuchaj mojej historii…


Znaliśmy się jeszcze z liceum.

Krzysztof wydawał się naprawdę fajnym chłopakiem. A ja nie miałam przeczuć, że będzie mnie perfidnie oszukiwał. Czy mogło mnie coś ostrzec już na początku tego związku? Owszem, on miał dziwną matkę, ale byliśmy wtedy nastolatkami i wszyscy nienawidziliśmy swoich rodziców. Więc sytuacja wydawała mi się normalna. Każdy miał dziwną matkę: a ta Krzysztofa była kapryśna, złośliwa i jakaś taka wyniosła. Tak mi się wydawało na początku! Dopiero potem dowiedziałam się, że ta kobieta naprawdę torturowała swojego syna. Kiedy miał czternaście, może piętnaście lat, potrafiła go nie wpuścić do domu na noc, bo się spóźnił godzinę. Po prostu zamykała na wszystkie zasuwy drzwi i on musiał spać na klatce schodowej. A kiedy był młodszy, odwoziła go notorycznie pod dom dziecka ze spakowaną walizką, strasząc pod bramą, że jak się nie poprawi, to go następnym razem jednak odda. Najgorsze jednak było to, że nastoletni Krzysztof i jego matka mieszkali w jednym pokoju. Owszem, różne rzeczy zdarzają się z racji niedoboru metrażu. Tyle że ich łóżka stały oddalone od siebie o dwa centymetry. A przecież to nie był mały pokój. Można było je ustawić inaczej! Wszystkie te informacje dotarły do mnie jednak o wiele za późno, zbierałam je ze strzępków rodzinnych wspomnień. Już po latach, po rozstaniu!



To byli ludzie bardzo wykształceni i szanowani.

On nauczyciel, ona pielęgniarka w małym miasteczku niedaleko Poznania. Wszyscy ich tam poważali. Mało tego, moja matka twierdziła, że trafiłam idealnie, że mi się poszczęściło. Na początku nie miałam świadomości, że w rodzinie narzeczonego dzieją się takie dziwne rzeczy.



Tuż przed ślubem mój narzeczony wyznał, że choruje na śmiertelną chorobę. 


Nazywa się toczeń. Powiedział też, że od dzieciństwa ma padaczkę. Strasznie długo wtedy płakałam, a on tulił mnie w ramionach. Pytałam, czy to bezpieczne, żeby prowadził samochód. Mówił, że nie do końca.

Byłam już wtedy w ciąży, więc tym bardziej zaczęłam panikować. Zastanawiałam się, czy te choroby mogą być dziedziczne. Chodziliśmy razem od specjalisty do specjalisty, od ginekologa do ginekologa. Wpadłam w obsesję i sprawdzałam co dwa miesiące za pomocą USG, czy moje dziecko prawidłowo się rozwija.

Potem było tylko gorzej, bo Krzysztof, po narodzinach synka, przestał wracać czasem do domu na noce. Tłumaczył wtedy zazwyczaj tak – że dostał ataku padaczki, że ktoś go znalazł w parku i odwiózł do szpitala. Mówił: „Udało mi się wypisać na własne żądanie dopiero o godzinie 12.00 w południe, wtedy odzyskałem telefon i natychmiast do ciebie przyjechałem”.

Fot. iStock/jpa1999



Często pytał, czy go kocham.



Ja zapewniałam, że jego choroby nie mają najmniejszego wpływu na moje uczucia wobec niego. Kochałam Krzysztofa ponad wszystko! Ponad to, że w perspektywie miałam jego bliską śmierć.

Nie, nie jestem wielką naiwniarą! Oczywiście, że pytałam go, czy mogę z nim iść do lekarza. Chciałam uczestniczyć w jego procesie leczenia. Ale za każdym razem tłumaczył mi, że dla mężczyzny, to jest tak okrutna perspektywa, że chce w tym być sam, że nie zamierza mnie młodej matki narażać na stres słuchania od lekarzy o jego rychłej śmierci. Prosił, bym uszanowała jego decyzję! Boże, ileż ja wtedy łez wylałam.



Czasem Krzysztof znikał na całe dnie.

Mówił, że jedzie wtedy do szpitala wojewódzkiego robić badania. Rzucał fachowymi nazwami, tłumaczył mi, dlaczego EEG znów źle wyszło. Najgorsze jest to, że ja z synem na ręku dzwoniłam do niego, kiedy był w tym niby-szpitalu. A wtedy on przyciszonym głosem mówił: „Kochanie jestem w tracie badania” albo: „Złotko jestem w gabinecie”. Nic nie wskazywało, że kłamie. Nawet pogłos w telefonie był taki, jakby jego głos odbijał się od ścian korytarza. Krzysztof wydawał się w tym wszystkim niezwykle przekonujący.



Do tego dnia, kiedy miał wypadek samochodowy.

Fot. iStock/RapidEye

Totalnie skasował nasze auto. Powiedział, że dostał ataku padaczki za kierownicą. Byłam przerażona. Prosił, bym nic nie mówiła nikomu, zwłaszcza jak przyjdzie do domu policja. I ani słowa jego rodzicom! Następnego dnia kolejny koszmar… wrócił cały pobity, powiedział, że ktoś zabrał mu kartę do bankomatu i ogołocił wszystkie jego konta, dlatego to ja muszę zapłacić za lakiernika i za mechanika. Coś mi się wtedy po raz pierwszy przeszło kleić. Owszem, moja naiwność, że nie miałam dostępu do jego kont. Postanowiłam więc porozmawiać z Krzysztofa rodzicami. Kiedy byli u nas na obiedzie, to pierwszy raz powiedziałam do nich głośno: „Uważam, że Krzysztof nie powinien jeździć samochodem ze względu na to, że jest tak ciężko chory i że ma ataki padaczki”. W tym momencie jego rodzice zrobili okrągłe oczy: „Ale co ty mówisz, jakiej padaczki!? Jaki chory!? Jestem pielęgniarką — wiedziałabym coś”, mówiła jego matka. A wtedy Krzysztof podszedł do okna i zaczął udawać, że się dusi, że nie może złapać oddechu. Jego rodzice oczywiście rzucili się na pomoc. Ja już nie! Wiedziałam, że kłamał i o tym, że miał toczeń i o tym, że padaczkę i o tym, że go okradli. Tak, teraz widziałam to aktorstwo po raz pierwszy tak bardzo wyraźnie!
Wykorzystał mnie przez kilka lat w sposób bestialski, zupełnie bez skrupułów.

Zobacz także: Twój były facet mówi: „Zostańmy przyjaciółmi”, uważaj, może być psychopatą

Ciekawe, co sobie myślał, gdy z dzieckiem przy piersi, pytałam go: „Jak długo jeszcze będziesz żył? Jakie są rokowania?”. Po co mu to wszystko było? Te kłamstwa nie mieściły mi się w głowie. Gdy poznałam prawdę, czułam się jakby nastąpił jakiś koniec świata, jakiś armagedon. W gruzy posypały się moje wartości, że trzeba mówić prawdę, zwłaszcza w bliskiej relacji. Tak wychowali mnie rodzice!


Dziś wiem już na temat psychopatów więcej.

Na koniec związku spytałam Krzysztofa, dlaczego tyle lat mnie oszukiwał. Wydaje mi się, że odpowiedział szczerze:

„Bo nie potrafiłem uwierzyć, że ktoś może mnie kochać naprawdę. Chciałem więc to sprawdzić. Wymyślałem straszne rzeczy, żeby sprawdzić, czy ty mnie kochasz!”

Pomyślałam, że to obłęd! Długo leczyłam się, zbierałam psychicznie po związku z Krzysztofem. Moja terapeutka powiedziała mi, że psychopatę bardzo trudno wyleczyć. W zasadzie nie jest to możliwe. To silne zaburzenie! Powiedziała mi, że kiedy psychopaci trafiają na terapię, nie zdrowieją, a tylko poznając różne mechanizmy działania ludzkiej psychiki, uczą się jeszcze lepiej manipulować ludźmi. Stają się więc jeszcze bardziej perfidni i niebezpieczni dla innych ludzi. Dobrze więc, że od niego odeszłam.

 



Czasem jednak wydaje mi się, że jako jedyną na świecie przeżyłam taką koszmarną historię z psychopatą. Proszę napiszcie mi, że nie jestem sama. Proszę napiszcie, że wiecie, o czym wam opowiedziałam. Będę wdzięczna za każdy znak!


Seks Związek

Aloes, lek w doniczce. Co sprawia, że warto mieć go w domu?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
13 października 2021
Aloes
Fot. iStock

Aloes jest pospolicie spotykaną rośliną doniczkową, która radzi sobie nawet w niespecjalnie sprzyjających warunkach. Nie ma szczególnych wymagań, za to poświęcając mu minimum uwagi można wyhodować na własnym parapecie nie tylko żywą ozdobę, ale i przy okazji naturalny lek na różne dolegliwości oraz wsparcie dla urody. Warto mieć aloes pod ręką, ponieważ jego liczne zalety są trudne do przecenienia.

Aloes — charakterystyka

Aloes jest sukulentem spotykanym w naturze na wschodzie Afryki, na Madagaskarze, na Półwyspie Arabskim, oraz w Chinach. Należy do rodziny roślin liliowatych Liliaceae, a na świecie rozróżnia się ponad 360 różnych gatunków aloesu. Z całej tej puli tylko 20 z nich posiada prozdrowotne działanie. Najczęściej w domach spotykamy odmiany takie jak: Aloe vera (aloes zwyczajny); Aloe arboresces (aloes drzewiasty); Aloe ferox (aloes kolczasty).

Aloes nietrudno rozpoznać. Charakteryzuje się rozgałęzionym, stale zielonymi i mięsistym liśćmi, które po przekrojeniu odkrywają gęstą galaretowatą masę kryjącą cenne substancje odżywcze. Miąższ wewnątrz liści aloesu aż w 96% składa się z wody, a reszta to składniki odżywcze odpowiedzialne za jego prozdrowotne działanie. Do najważniejszych bioaktywnych substancji obecnych w aloesie zaliczamy: polisacharydy, glikoproteiny, enzymy roślinne oraz związki polifenolowe. Zawartość poszczególnych substancji  jest zależna od warunków uprawy, pory roku zbiorów, czy położenia geograficznego uprawy. Według informacji spotykanych na różnych stronach w sieci, z suchej masy aloesu naukowcy wyszczególnili ponad 270 składników biologicznych aktywnie.

Aloes

Fot. iStock/Aloe vera

Właściwości lecznicze aloesu

Aloes to równie zasobne źródło witamin z grupy B, witaminy C oraz mikroelementów takich jak: sód, potas, wapń, magnez, fosfor, cynk, żelazo, chrom, mangan, miedź, kobalt, nikiel, molibden, stront i bar. Substancje obecne w miąższu wykazują działanie prozdrowotne, w tym: przeciwzapalne, przeciwutleniające, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, grzybobójcze. Ponadto działają przeciwbólowo, immunosupresyjne,  ochronnie przed promieniowaniem ultrafioletowym.

Wspiera układ pokarmowy

Aloes reguluje pracę jelit, a co za tym idzie, normuje rytm wypróżnień. Dzięki temu pomaga łagodzić, leczyć, a  także i zapobiegać zaparciom.  Roślina ta stosowana jest pomocniczo w zaburzeniach funkcji wątroby, działa jako środek żółciotwórczy i żółciopędny. Aloes zapobiega również uszkodzeniom wątroby spowodowanych nadużywaniem leków przeciwbólowych. Doceniany jest jako wsparcie w leczeniu wrzodów żołądka i dwunastnicy – łagodzi ból, przyspiesza gojenie się nadżerek i owrzodzeń. Zwalcza szczepy Helicobacter pylori, które zwiększają ryzyko rozwoju wrzodów żołądka.

Fitosterole roślinne poprawiają także wskaźniki hiperlipidemii i pomagają w walce z otyłością brzuszną. Sok z aloesu stosowany jest także podczas leczenia zespołu jelita drażliwego oraz wrzodziejącego zapalenia jelita grubego.

Aloes kontra tłuszcze i cholesterol

Aloes wywiera pozytywny wpływ na gospodarkę lipidowo–węglowodanową. Wysoka zawartość wapnia wpływa na wydzielanie insuliny i  umożliwia wyrównanie poziomu glukozy we krwi. Wapń również ogranicza syntezę kwasów tłuszczowych i aktywuje uwalnianie nadmiaru trójglicerydów z komórek tłuszczowych. Wysoka zawartość błonnika w miąższu aloesu pozwala na utrzymanie prawidłowego poziomu cholesterolu we krwi i pomaga osiągnąć  prawidłową masę ciała.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Wspiera układ odpornościowy

Aloes działa jak naturalny antybiotyk. Ogranicza rozwój drobnoustrojów chorobotwórczych, wykazuje działanie bakteriostatyczne. W organizmie wywołuje efekt przeciwzapalny, ponieważ przyspiesza produkcję cytokin biorących udział w procesie odpowiedzi immunologicznej. Polisacharydy są konieczne do rozpoczęcia reakcji obronnej, oraz dla prawidłowego przebiegu procesu regeneracji organizmu. Aloes stosowany jest w czasie powrotu do zdrowia, szczególnie po przebyciu długotrwałych i poważnych zachorowaniach.

Przeprowadzone badania wykazały, że aloina i aloeemodyna utrudniają rozwój grzybów Candida albicans, a aloeemodyna hamuje rozwój wirusa ospy oraz grypy.

Wspiera działanie antyoksydacyjne 

Obecne w miąższu aloesu związki fenolowe i różne enzymy chronią komórki organizmu przed szkodliwą działalnością wolnych rodników. Aloes wytwarza antyoksydanty takie jak: witamina E i A, karotenoidy, flawonoidy i taniny, dzięki czemu zdecydowanie wzmacnia układ odpornościowy w walce z nowotworami.

Aloes na skórę

Liście aloesu stosowane na skórę głęboko oczyszczają, nawilżają i ściągają. Chroni skórę przed niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi (promieniowanie słoneczne, mróz, wiatr). Aloes jest znany dzięki zastosowaniu na poparzenia i odmrożenia. Zapobiega starzeniu się skóry i utrzymuje jej właściwą elastyczność. Aloes może się przydać do zwalczania stanu zapalnego jamy ustnej, przyzębia oraz kandydozy, czyli grzybicy.

Aloes — przepis na sok do picia

Miąższ powinien pochodzić z roślin rodzaju Aloe vera, przynajmniej 3-letnich, ale nie starszych niż 5-letnie. Roślinę, z której pozyskasz liście, nie podlewaj przez dwa tygodnie przed tym. Liście na sok z aloesu utnij ostrym nożem u nasady i włóż do lodówki na 24 godziny, aby dobrze się schłodziły. Zerwane liście w lodówce mogą leżeć maksymalnie 2 tygodnie.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Składniki:

  • 1 liść aloesu Aloe vera;
  • 1/2 szklanki wody (100 ml);
  • opcjonalnie 1 łyżka stołowa miodu (25 g) lub kilka kropel soku z cytryny.

Sposób przygotowania:

  1. Odetnij liść, przekrój go wzdłuż nożem i zdejmij ze środka żel;
  2. wypłucz żel wodą, aby usunąć ewentualne zanieczyszczenia;
  3. włóż go do blendera, dodaj wodę, zmiksuj,
  4. smak możesz poprawić dodatkiem miodu lub soku z cytryny.

Sok przelej do ciemnej butelki. Można go trzymać w lodówce maksymalnie przez tydzień.

Jak dawkować sok z aloesu?

Ponieważ aloes jest rośliną o silnym działaniu i należy używać jej z umiarem. Dzienne spożycie soku aloesowego powinno być ograniczone do 30–40 ml na dzień (ok. 3-4 łyżki). Zbyt duża ilość aloesu w diecie może  wywołać silne działanie przeczyszczające, wywołać stany zapalne jelit, utrudniać przyswajanie witamin i minerałów.

Aloes

Fot. iStock/Aloes

Jak uprawiać aloes w doniczce?

Aloesy kochają światło, a gdy go brakuje, ich liście zaczynają się wyciągać do słońca, co negatywnie wpływa na wygląd rośliny. Doniczkę z aloesem najlepiej ustawić blisko dużego okna, szczególnie zimą, gdy światła słonecznego jest o wiele mniej. Aloes jako sukulent nie znosi nadmiaru wody i znacznie lepiej przechodzi przesuszenie, niż przelanie podłoża. Odpowiednia ilość słońca i podlewanie raz na kilkanaście dni, gdy podłoże przeschnie, sprawia, że roślina nie będzie wymaga dodatkowych zabiegów pielęgnacyjnych. Z tego względu to dobry wybór na pierwszy kwiat dla osoby, która nie miała dotychczas szczęścia w samodzielnej uprawie roślin doniczkowych.


źródło: dietetycy.org.pl  www.poradnikzdrowie.pl 

Zobacz także

Nikt z nas nie jest idealny. Może czasami warto przyznać się przed sobą, że ja też ponoszę odpowiedzialność za kryzys w związku?

Za chwilę sprawią, że zawali się czyjś świat. Ale to ich nie obchodzi, chcą tylko nareszcie być ze sobą „naprawdę”

Hej, dam Ci dobry seks, a ty co mi dasz? Dam ci nadzieję, Mała