Seks Związek

Związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 marca 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
 

Magda jest delikatna i dzika zarazem. Tak, zdecydowanie te dwa słowa pasują do niej najlepiej. To chyba taka kobieta, za którą szaleją mężczyźni, ale boją się ją zdobywać. Obcisłe, świetne dżinsy, jasna bluzka z dekoltem odsłaniającym ładnie opalone, gładkie ciało i nawet gest jakim poprawia długie, ciemne włosy: wszystko to sprawia, że chce się na nią patrzeć i patrzeć. Kiedy mówi, przykuwa uwagę jeszcze mocniej, bo ważne dla siebie słowa akcentuje dodatkowo, szeroko otwierając śliczne oczy. A mówi przecież o czymś najważniejszym: o związku bez przyszłości, z którego nie zrezygnuje.

– Mam ci najpierw zrobić wykład? – pyta nerwowo stukając zapalniczką o blat stołu – Kiedy kończysz trzydzieści lat powoli stajesz się w pełni świadoma swojej seksualności i swoich potrzeb. Masz już za sobą kilka związków, wiesz, gdzie postawić granice. Albo wiesz już jakie granice chcesz przekraczać, czego pragniesz, żeby czuć spełnienie w seksie. I rozumiesz, że związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć.

Mam 31 lat, mój mąż 60. Jesteśmy razem od sześciu, a cztery lata temu wzięliśmy ślub. Od dwóch już wiem na pewno, że nigdy nie będę z nim w pełni szczęśliwa. Ale nie opuszczę go. Kocham.

Kocham go namiętnie

Podszedł do mnie na jakimś większym spotkaniu zorganizowanym przez moje biuro. Wysoki, przystojny, rzucił jeden, zabawnie cięty i cholernie inteligentny komentarz. Jasne, od razu wiedziałam, że jest starszy. Ale ja zawsze spotykałam się ze starszymi chłopakami. Nudzili mnie moi rówieśnicy, bawili do łez ci młodsi. Nazywałam ich „chłopaczkami”.

Nie sądziłam, że dzieli nas 30 lat. Pokażę ci jego zdjęcie. Naprawdę świetnie wygląda, prawda? Jest wysportowany i zgrabny. No i przede wszystkim ma w sobie taką swobodę, której nigdy nie widziałam u młodszych mężczyzn. Jest taki „bezwysiłkowo”  elegancki – Magda uśmiecha się lekko i rozluźnia na chwilę.

– Nie, nie widziałam niczego, co mogłoby stanąć na drodze tej miłości. Jasne, zakochałam się. W tym, co sobie o nim wyobrażałam i w tym, jaki się okazywał. Wierz mi, niewiele było różnic. Wiek? Przecież kochasz. Chwytasz rękę, już nie taką gładką, ale dla ciebie ta ręka jest najpiękniejsza na świecie. Gładka tą twoją miłością. Jej dotyk rozpala twoje ciało. Chcesz więcej i więcej dotyku. I na początku dostajesz to, czego tak pragniesz. Wierzysz, że się uda.

Spotkaliśmy się w momencie, w którym oboje mogliśmy sobie coś dać. Ja jemu pewnie tę moją młodość, radość. Na początku dopełniał nas piękny, romantyczny seks. Nieczęsty, wyczekany, uważny, szczegółowy. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa. „Ja będę zawsze obok. Będziemy mieli piękne życie” – powtarzał.  I mieliśmy piękne życie, skoncentrowani na sobie, na tej miłości i planach na przyszłość.

Po trzech miesiącach wprowadził się do mnie. Nie chciałam mieszkać w jego domu, spotykać się z jego znajomymi. Wydawało mi się, że w ten sposób nas chronię. Wybieraliśmy więc moich znajomych, w moim wieku. Im łatwiej było zaakceptować mój wybór niż jego znajomym mnie. Potem dostałam pierścionek i wzięliśmy ślub. Byłam pewna, że tak wygląda przeznaczenie.  Przeprowadziliśmy się do niego, nic się nie zmieniało. Praca, dom podróże i coraz rzadszy dotyk jego rąk na moim ciele.

Jestem każdą z czterech żon

Po roku zaczęłam czuć, że nie cieszy mnie już to szczęście. On chciał żyć naszym dawnym rytmem. Rytmem nieśpiesznego seksu raz na coraz dłuższy czas, leniwych poranków i planów dotyczących tylko naszej dwójki. We mnie budziły się coraz to nowe pragnienia, namiętność i uczucie coraz większego niedosytu. Rozmowa? Było ich wiele. „Chodźmy do terapeuty, rozpalmy to na nowo”.” Ale czy nie jesteś szczęśliwa?” „Jestem”. „Spróbujmy” „Nie mogę, przecież wiedziałaś ile mam lat, kiedy się ze mną związałaś”.

Od dwóch lat mój stosunek do męża przechodzi stale te same etapy. Takie koło, bardzo błędne. Nigdzie nas to koło nie zawiezie, będziemy się tylko tak toczyć.

Więc najpierw jestem żoną dobrą. Z nagłą czułością podchodzę do niego i obejmuje mocno, opiekuńczo.  „Jesteś zmęczony” szepczę „Odpocznij, otworzę wino, pobądźmy tu sobie w tej naszej ciszy”.  Chcę zasłużyć na coś, czego łaknę, tonuje emocję i duszę w sobie złość.

Potem jest etap żony wymagającej. Żądam zatem, żebyśmy poszli do łóżka i żeby on w tym łóżku miał 30 lat mniej. Maluję usta na drażniącą czerwień i podkreślam moją młodość. Jestem ostra i bezkompromisowa. „Zdobywaj mnie”- krzyczę -„Udowodnij, że ciągle mnie pragniesz”.  Ale nie dostaję tego, czego pragnę, albo nie dostaję tego tak, jak pragnę.

Zamieniam się więc żoną zimną i wyrachowaną. Nie zauważam jego zmęczenia, przechodzę obojętnie obok prób pojednania.  Ostentacyjnie odrzucam w telefonie połączenie i przyjmuję w pracy projekt z młodszym kolega, początkującym architektem. Karzę mojego męża za to, jak mnie zawiódł. Pastwię się nad jego starością.

Na końcu jestem zawsze żoną smutną. Patrzę na niego łzawo, jestem jednym wielkim wyrzutem sumienia. Snuję się o o poranku w wymiętej piżamie. „Żałujcie mnie wszyscy” – zdaję się krzyczeć. – „Mój mąż nie jest kochankiem doskonałym. Prawie wcale nim nie jest”.

Dziś też  jestem żoną smutną. Ten etap trwa już jakiś czas. Czyli pewnie jutro z czułym uśmiechem na ustach przygotuje mojemu mężowi śniadanie do łóżka. Będę tańczyć wokół niego, pokazywać jak bardzo mi zależy, jak go pragnę.

Kocham go beznamiętnie

Nie odejdę. Jestem wyrachowana w mojej miłości. Zrobiłam bilans zysków i strat. Po jednej stronie stawiam stabilizację, dom, spokój, bezpieczeństwo materialne i intelektualne porozumienie między nami. Jego lojalność i moją pewność, że mnie nie zdradzi. Świadomość, że jestem kochana i podziwiana przez wspaniałego, wartościowego mężczyznę.

Na drugiej szali stawiam dziecko, którego mój mąż mi nie da bo nie chce. Boi się ojcostwa naznaczonego starością. Z resztą ma już dwóch dorosłych synów z poprzedniego małżeństwa. Więc dziecko. Dalej, to niespełnienie w miłości fizycznej, te pragnienia, których on nie zaspokoi i moją samotność gdy go zabraknie. Mniej tu myślników, prawda?

Jest we mnie bunt, ale nie odejdę. Kocham go. Kocham beznamiętnie.


Seks Związek

Jak polubić swoje życie bez rewolucyjnych zmian?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
31 marca 2016
6 rzeczy, bez których świat byłby lepszy. Jak polubić swoje życie bez rewolucyjnych zmian?
Fot. istock / gruizza
 

„Muszę coś zmienić” – wygłaszasz w swoich myślach niczym młody Napoleon i nadal nie lubisz swojego życia… Bo za pięć siódma, trudno o życiową rewoltę, relaksujące wakacje i pozytywny bodziec prosto od swojego nowego terapeuty.

A lubić swoje życie – to jedna z najcenniejszych pozytywnych myśli, coś o co warto się zawsze bić – nawet bez szpady i armaty! Pogadaj sama ze sobą i wynegocjuj kilka drobiazgów, które wskażą ci odpowiednią drogę:

1. Włącz nawigację

Najpierw zobacz gdzie jesteś, potem gdzie chcesz dotrzeć. I nie zaczynaj lamentować, że twoje miejsce docelowe jest taakie odległe. Nie jest. Wystarczy, że znajdziesz odpowiednią drogę. Pamiętaj, że każdą odległą podróż trzeba najpierw zaplanować. W życiu już tak jest – nie tylko w metaforycznym znaczeniu. Szukać dostępnych dla siebie rozwiązań – przecież co rano nie płaczesz nad tym, że szybciej do pracy doleciałabyś helikopterem niż jedziesz teraz tramwajem, prawda? Spróbuj przenieść pewną racjonalność, której używasz codziennie w korku lub gdy zepsuje się winda, na resztę życia. Jeśli jedno rozwiązanie jest niedostępne, zawsze można wybrać inne. Czasem, nawet w ściśle określonej podroży, trzeba na chwilę zmienić kierunek, żeby objechać przeszkodę na drodze.

2. Przestań się porównywać

Bo Iksińska to ma życie, eh… – a kysz, nie jesteś Iksińską i nie wiesz, czy posiadanie zgrabnej pupy, lepszej posady czy dzieci ułożonych jak od linijki, daje jej szczęście, a może ona marzy o przełamaniu tej rutyny? Nie wiesz tego, po co więc ciągle się do niej porównywać, gnać za wzorcem, którego tak naprawdę nie znasz? Porównywanie kosztuje nas sporo życiowej energii, stawia często wyimaginowane i niepotrzebne poprzeczki. To taki bieg przez płotki, podczas gdy pół metra obok masz szosę gładką jak sen i darmowy rower do wykorzystania. Punkt widzenia rzeczywistości jest tak zmienny, że nie warto tracić czasu, nerwów czy łez na wzdychanie do ideału (który akurat sobie upatrzyłyśmy). A ty? Masz 30 lub 40 lat, ładne oczy, cel w życiu, pracę lub studia? Może masz rodzinę – pomyśl, ile tobie mogą inni pozazdrościć i skup się na tym. Bo to wszystko jest w twoich rękach – całkiem naturalne, dostępne od zaraz, tylko twoje! Pamiętaj, że przez porównywanie czujemy się gorsi od… przecież zawsze znajdzie ktoś lepszy w czymś od nas, już na starcie wiadomo, że tego wyścigu nie da się wygrać.

3. Rozejrzyj się i zachwyć

Teraz, gdy rozejrzysz się dookoła, zobaczysz swoje życie – punkt dla ciebie! I co widzisz? Podpowiem ci – nie to, że jeansy nagle okazały się za ciasne, zaspałaś 10 minut (co to 10 minut? zdarza się) – co widzisz pięknego? Zastanów się nad czym możesz się zachwycić. Zamiast płakać nad tym, co chciałabyś widzieć, spróbuj zaakceptować to, co masz. Może i to nie jest najłatwiejsze do osiągnięcia, ale zdecydowanie łatwiej pokochać swoje Sudety, niż marzyć do końca życia o Mont Evereście. Czasem gonimy za czymś, co wcale nam nie jest potrzebne. Nie każdy poczuje szczęście zdobywając takie szczyty – to wiąże się z czymś więcej niż satysfakcja.

4. Bądź dla siebie artystą i rzemieślnikiem

Tak! A co to oznacza? To twoje życie – twórz i buduj je. Zaprojektuj życie swoich marzeń, owszem jak na każdej budowie zdarzy się, że coś trzeba będzie przesunąć, z czegoś może zrezygnować i wybrać nieco inny detal. Ale nadal to ty wybierasz. Ty tworzysz. Zacznij swoją artystyczną przygodę od stworzenia czegoś mniejszego – nie każdy od razu buduje Tadż Mahal. Stworzenie czegoś własnymi rękami da ci poczucie sukcesu i będziesz mogła udowodnić samej sobie, że potrafisz, że warto włożyć wysiłek. Może  zaczniesz pisać bloga? A może zrelaksujesz się przy rękodziele? Spróbuj – udowodnij sobie samej (skoro jeszcze w to nie wierzysz), że możesz kreować własnymi rękami rzeczy piękne, wartościowe dla ciebie i innych. Prawda, że teraz zupełnie inaczej patrzy się na bardziej odległe i finezyjne cele?

5. „Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…”

Nie raz słyszeliśmy to powiedzenie z ust rodziców i nie raz pomyśleliśmy, że oznacza tylko podcinanie skrzydeł i rezygnację z marzeń. ALE, przecież polubić teraz, nie oznacza zrezygnować całkiem z przyszłości. Zdecydowanie łatwiej nabrać energii i przygotować się do życiowej wspinaczki nie popadając w nostalgiczny smutek nad wszystkim wokół. To, że lubi się to co się ma, nie znaczy przecież wcale, że jutro albo za miesiąc nie będzie się miało czegoś jeszcze do lubienia ;).

I jeszcze jedno, może nawet teraz najważniejsze – zaparz sobie ulubiona kawę lub herbatę albo nalej soku i pomyśl przez chwilę tylko o tym, co dzieje się teraz. Jest w twoim życiu jeszcze bardzo dużo takich drobiazgów, które bardzo lubisz – to też część tego wszystkiego, więc chyba nie jest aż tak źle? Życie da się lubić, jeśli tylko sobie na to pozwolisz.


Seks Związek

Dzień dobry, nazywam się depresja. Przycupnę sobie tu na fotelu. Dziękuję, nie chcę kawy ani herbaty

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 marca 2016
Dzień dobry, nazywam się depresja. Przycupnę sobie tu na fotelu. Dziękuję, nie chcę kawy ani herbaty
Fot. iStock / Alexandra Thompson

Dzień dobry, nazywam się depresja i mieszkam z tobą pod jednym dachem. Jeszcze mnie nie zauważyłaś, bo nie lubię epatować swoją obecnością. Wolę wejść po cichu, najlepiej jakimiś tylnymi drzwiami, tak, by nikt mnie nie zauważył.

Przycupnę sobie tu na fotelu, nie zwracaj na mnie uwagi, zachowuj się tak, jakby mnie nie było. Nie, dziękuję nie chcę ani kawy ani herbaty. Za ciastka też dziękuję.

Mijasz mnie w drodze do kuchni rano, wieczorem, kiedy idziesz do łazienki. Przyzwyczaiłaś się do mojego bladego uśmiechu. A myślałaś, że jestem tylko smutkiem i rozpaczą? Potrafię się uśmiechać, bywam towarzyska. W ciągu dnia umiem tryskać energią. Zobacz, jak umiem obracać się na krześle, nawet z twoimi dziećmi poskaczę po kałużach. Tylko tak mogę się ukryć, bo przecież nikt nie chce nieproszonego płaczącego gościa. Dlatego ja uśmiecham się do ciebie, gdy przechodzisz obok. Dopiero, gdy nikt nie widzi mogę zapaść się w ciemność. Patrzeć w jeden punkt i nie myśleć, i nie czuć.

Czasami mnie zaczepiasz pytając o imię. Wiem, że odpowiadam wymijająco. Ale nie lubię mówić o sobie. Nauczona doświadczeniem wolę, jak nie wiesz, kim jestem. Wolę nazwać się Smutkiem, Przesileniem, Zmęczeniem, Chandrą. Przy nich nikt nie robi gwałtownych i nerwowych ruchów. Mam kiepski PR niestety. Więc muszę pracować nad tym, żeby opinia na mój temat nie była tą jedną, która do ciebie dotrze. Czekam, aż mnie zaakceptujesz, aż się przyzwyczaisz, że tu sobie siedzę. Jak już mnie polubisz, jak pokochasz tak, że trudno ci się będzie ze mną rozstać, to sama nie wypowiesz mojego imienia, bojąc się, że ktoś ci mnie odbierze.

Kiedy pozwalasz mi położyć się obok ciebie, razem oglądamy obrazy z przeszłości. Razem z tobą zamykam oczy, gdy czegoś nie chcesz zobaczyć. Łapię cię za rękę, gdy dotyka cię bolesne wspomnienie, gdy wracają emocje. Szepcę: „Nie bój się, jestem obok”. Bo wiesz, ja żywię się takimi emocjami. Potrzebuję ich tak, jak ty powietrza. Dlatego możesz być pewna, że w każdym twoim smutku i cierpieniu, w rozpaczy i tęsknocie będę bardzo blisko ciebie. Nie zostawię cię. Będę trzymać cię za rękę, żebyś nie musiała uciekać, nie musiała walczyć z tymi uczuciami. Nie masz siły? Nie szkodzi, poddaj się tym emocjom. Pamiętaj, nie jesteś z nimi sama. Ja jestem przy tobie. Nikomu nie musisz mówić, co cię boli, z czym sobie nie radzisz. Mi możesz zaufać, to mi możesz zdradzić swoje najskrytsze tajemnice i najboleśniejsze wspomnienia. Zrozumiem twoje traumy, lęki i niepokoje. Nigdy cię nie opuszczę. Widzisz, jestem twoją powierniczką.

Lubisz spędzać czas w moim towarzystwie. Zapraszasz na poranną kawę. Siedzimy sobie w milczeniu przy kuchennym stole. Jest wcześnie. Wolisz wstać o poranku, żeby spędzić ze mną więcej czasu. Głaszczę cię po głowie, gdy mówisz mi, jak jesteś zmęczona. Jak nie masz siły się ubrać, obudzić dzieci. Masz moje pełne zrozumienie i pełną akceptację. Nie każę ci na siłę walczyć, nie mówię: „uśmiechnij się”, nie tłumaczę, ile w życiu spotyka cię szczęścia, nie powtarzam: „weź się w garść”. Rozumiem cię, dlatego podpowiadam, żebyś zadzwoniła do pracy i wzięła sobie jeden dzień wolny. Pomyśl – jeden dzień, co to znaczy wobec tych wszystkich, które już przepracowałaś. Poleżymy sobie we dwie w łóżku, w ciszy, nikt nic od ciebie nie będzie chciał.

Proszę, żebyś chociaż udawała, że jesz, a nie mieszała widelcem w talerzu. Tak, dieta to dobra wymówka. Zawsze ktoś się odchudza, ale brak apetytu mógłby zdradzić naszą przyjaźń. Cieszę się, że tak o nas dbasz. Przecież może boleć cię głowa od niskiego ciśnienia, masz prawo być zmęczona po całym dniu pracy i ganiania z dziećmi. Dziękuję, że znajdujesz dla mnie czas, że możemy we dwie zamknąć się w sypialni, co tłumaczysz potrzebą odreagowania stresu w pracy. Mamy wspólną tajemnicę – naszą przyjaźń. Teraz niemalże mogę nie odstępować cię na krok, być blisko ciebie, żebyś czuła się bezpiecznie. Bo pamiętaj, tylko ja wiem, co ukrywasz, to ja spędzam z tobą noce w kuchni, kiedy nie możesz spać, to ja pomagam ci ukrywać łzy, otulam kocem, gdy po raz kolejny dzwonisz do pracy, że nie przyjdziesz, gdy wysyłasz dzieci z mężem na weekend do jego rodziców, żebyśmy mogły ten czas spędzić tylko we dwie.

Tak, rozumiem, że to tylko jeden dzień, co z tego, że kolejny. Kto by je liczył. Przecież chcesz tylko odpocząć, pobyć sama, chcesz, żeby wszyscy w końcu dali ci spokój, by o nic nie pytali, nic nie chcieli. Nie możesz znieść tych spojrzeń, propozycji spotkań, już brak ci sił na wymyślanie wymówek. Przy mnie ich nie potrzebujesz. Czujesz się beznadziejnie – bardzo proszę, w mojej obecności może być ci źle. Możesz uważać, że twoje życie jest do niczego i że ty sama nie jesteś zbyt wiele warta. Nie musisz wstawać, możesz nie mieć siły i energii. Może nic cię nie obchodzić. Uwierz, mi to zupełnie nie przeszkadza. Nie zostawię cię, nie odejdę. Nie bój się, trzymam cię za rękę. O nic nie będę pytać. Odciągnę cię od tych: „co ci jest?”, „wszystko w porządku?”. Nikomu nic nie musisz tłumaczyć. Pamiętaj. To twoje życie, masz prawo do bezsilności, do bezradności. Nikt nie zrozumie cię tak jak ja, nie warto nawet zaczynać rozmowy, tylko mi możesz się zwierzyć.

Chodź przytulę cię, zasłonię okna – widzisz, ja wiem, że razi cię światło. Położę się obok ciebie – zobacz, wiem, czego ci potrzeba, nie każę ci wstawać, robić czegokolwiek. No już, spokojnie. Popłacz sobie, pomyśl jak ci źle, jak już nie możesz unieść w sobie ogromu cierpienia, który trawi cię od środka. Słyszysz tę ciszę. Wszyscy już wyszli. Ale wrócą, znów będą zadawać setki pytań, znów będą chcieli coś od ciebie, będą zadręczać cię swoją chęcią pomocy. A przecież ty jej nie chcesz. Chcesz tylko tej ciszy, która nas otacza… Chcesz? Można uczynić ją wieczną… Ciii nie wyrywaj się. Zobacz, to ja jestem przy tobie od początku. Kocham cię. Zaufaj mi. Chodź, zaśniemy sobie na bardzo długo…

 


Zobacz także

Socjopata, moja miłość

7 rzeczy, które inteligentni ludzie robią inaczej, by znaleźć miłość

Pamiętacie pierwsze spotkanie u jego rodziców? To była ostatnia szansa na ucieczkę