Psychologia Związek

„Mówił, że nie muszę pracować, on zarobi. Dziś nie mam pieniędzy nawet na bilet autobusowy”. Przeczytaj, zanim staniesz się ofiarą

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 stycznia 2016
Fot. iStock / motorenmano
 

Wyszła z domu, żeby pobawić się z dziećmi na dworze. Jest piaskownica, duża huśtawka i ślizgawka. Piękny duży dom. I duży ogród z równo przystrzyżoną i zadbaną trawą. Brama na pilota. Zabawne dzwonki przy drzwiach, które delikatnie dzwonią podczas wiatru.

„Życie jednak bywa przewrotne…”

Ona siedzi przy piaskownicy. Robi babki z piasku z córką, syn rzuca do niej piłkę. Jest taka smutna. A może tylko zamyślona? Jak można być smutnym w takim domu, z takim ogrodem. – On jest starszy, choć nie na tyle, żeby to komukolwiek przeszkadzało. W końcu 11 lat, to nie jest tak dużo – opowiada Kasia. Poznali się na jakieś imprezie. Ona tuż po rozstaniu z kolejnym „nieodpowiedzialnym gnojkiem”. Młoda, uśmiechnięta. Ten typ kobiety, dla której świat leży u stóp. Nie, nie krzykliwa, czy wyzywająca. Młoda, piękna dziewczyna, która brak pewności siebie nadrabiała dowcipną rozmową. – Jakoś przykuł moją uwagę. Bawił się ze znajomymi. Opijali zaręczyny kolegi.

Wychowana w bardzo konserwatywnej rodzinie, w której nigdy się nie przelewało. Starsze rodzeństwo. I ona zawsze poważniejsza od rówieśników. Zresztą trudno się dziwić. – Zawsze lepiej dogadywałam się ze starszymi od siebie. Zakochiwałam się w starszych chłopakach. Byli bardziej odpowiedzialni, nie tacy zahukani, którzy śmieją się z byle czego i zachowują czasami jak idioci.

Po chwili przyznaje, że teraz widzi, że ci starsi mogli zawsze się nią pochwalić. Taka młoda i taka ładna. A ona miała wrażenie, że noszą ją na rękach. Ale jak to młodzieńcze miłości, te zawsze się kończą z jakiegoś błahego powodu, którego już później się nie pamięta.

– Nie chciałam żyć jak moja mama. Szanuję moich rodziców. To starsi ludzie, mama mnie późno urodziła. Miała 42 lata, kiedy została mamą po raz czwarty. Mają staroświeckie poglądy i dużo spokoju w sobie. Wobec tych poglądów buntowałam się, wstydziłam się ich. Chciałam być wyluzowaną dziewczyną, a nie córką zgredów. Nie chciałam wchodzić w rolę umęczonej Matki Polki, gdzie to mężczyzna o wszystkim decyduje, ma zawsze ostatnie słowo, a ty musisz dbać, by obiad składał się z dwóch dań.

„Przyjdą, napiją się i zapomną o nas”

On znowu był najstarszym ze swojego rodzeństwa, miał siostrę i dwóch braci. Pewnie dlatego taki odpowiedzialny. I szarmancki. – Zaprosił mnie na kolację. Pracował w banku. To był czas, kiedy Polacy zaczęli częściej decydować się na kredyty, a on otrzymywał dzięki temu niezłe profity. Więc było go stać na wiele. Ale nie lubił szastać pieniędzmi. To się dało odczuć. Umiarkowane, pod kontrolą wydatki. – Kiedy kiedyś spytałam, czemu nie kupuje mi kwiatów, odpowiedział, że woli uzbierać te pieniądze na coś cenniejszego niż kwiaty, które zwiędną w wazonie. Ale był gadżeciarzem. Jak już coś kupował to z najwyższej półki. Radio, samochód.

Ślub mieli skromny. Ona po studiach pracowała na stażu. On odkładał na wymarzoną działkę pod miastem. – „Przyjdą, napiją się i zapomną o nas”, tłumaczył i mówił o domu na wsi, o dzieciach. I rodzinie.

Kiedy kupił działkę, cieszył się jak dziecko. Kiedy mówiłam: „Pojedźmy na wakacje nad morze, chociaż na weekend”, zawsze miał wymówkę. A to praca, a to dyżur w weekend, a to wizyta teścia. Oni się rozsiadali – faceci, a ja ganiałam z talerzami. Nawet w ósmym miesiącu ciąży, kiedy miałam zalecenie odpoczywać, to gdy pojawiał się jego ojciec czy bracia musiałam być panią domu – czyli ugotować podać, posprzątać. Bez mrugnięcia okiem.

Mieszkali w niedużej kawalerce. Bo taniej, a przecież dom trzeba postawić, kredyt spłacić. Lepiej odkładać, niż wydawać niepotrzebnie.

Kasia zaraz po ślubie zaszła w ciążę. On by ją na rękach nosił. Plany o własnym domu zaczęła przybierać realne kształty. – Byłam szczęśliwa. Dziecko, dom. Mężczyzna, który cię kocha. Okej, bywa zaborczy, miewa fochy i ma węża w kieszeni, ale przecież wiemy, że ideałów nie ma. Dziecko miało go odmienić.

„Spacery, świeże powietrze i… odcięcie od wszystkich”

Wprowadzili się do nowego domu tuż przed narodzinami Kornelii. – Ta ciąża była trudna, nic nie mogłam robić. On zamawiał meble, kuchnię. Kiedy pytałam leżąc na kanapie, czy mogę o czymś zadecydować, odpowiadał, że jestem głuptas i przecież on się lepiej zna. Wkurzałam się, robiłam awantury. Pytałam, czyj to dom – jego, czy nasz. Pomagało na chwilę. Wybrałam kolor ścian, podłogi. O reszcie on decydował. Dom położony 30 kilometrów od miasta. Na wsi, pod lasem, gdzie powstaje całe osiedle domków jednorodzinnych. Idealne dla rodziny z małymi dziećmi. Spacery, świeże powietrze i… odcięcie od wszystkich.

– Późno zrozumiałam, że o to mu chodziło. Zamknął mnie jak księżniczkę w wieży. Już wcześniej zniechęcał moich znajomych do spotkań. Kiedy przychodzili nie miałam nawet jak kupić ciastek do kawy, on trzymał pieniądze. A skoro nie on zapraszał, to czemu miał kupować. Był zazdrosny, potrafił obrazić się podczas imprezy sylwestrowej, bo zatańczyłam z kolegą. Wychodził, a ja bez kasy na taksówkę musiałam drałować do domu pieszo. On też robił zakupy do domu, bo miał samochód, więc wracając z pracy kupował to, co potrzebne.

Kasia po urodzeniu Kornelii nie pracowała. Staż się skończył i nie zdążyła znaleźć innej pracy.

– Mówił, że damy sobie radę, że ja nie muszę pracować, bo przecież on na wszystko zarobi. Zaszłam w drugą ciążę i czekałam, kiedy wróci z pracy z zakupami, żebym mogła zrobić obiad. Pamiętam, jak przyjechali jego znajomi, a on stał w korku w mieście. Nawet kawy nie miałam, nie mówiąc o jakieś kolacji.

Dzisiaj z dwójką dzieci Kasia mieszka w pięknym, dużym domu z cudownym ogrodem. Na wsi, gdzie tylko mały sklepik otwarty i gdzie właścicielka pozwala jej kupować „na kreskę”. – On się wścieka, że to robię, ale mam to w nosie. Czasami brak mi podstawowych produktów, a tak mogę chociaż dzieciakom naleśniki usmażyć, nim on raczy wrócić z zakupami.

„I gdzie pójdziesz, jak sobie poradzisz. Nic nie masz”

Kasia nadal nie pracuje. – Nie mam możliwości, żeby iść do pracy. Powiedział, że nie da ani złotówki na nianię, żłobek, czy przedszkole. Że dopóki dzieci małe chce, żebym była z nimi w domu. Rodziców widuję rzadko, bo z dwójką autobusem dojechać do miasta nie jest łatwo, zresztą – trzeba mieć na bilet. Moich rodziców nie stać, żeby dać mi pieniądze na kurs prawa jazdy. A chciałam go zrobić jeszcze nim się Kornelia urodziła. On wtedy mówił: „Spokojnie kochanie, zdążysz”.

Wcześniej próbowała z nim rozmawiać, mówiła, że źle jej z tym, że nie ma swoich pieniędzy. „Ale czy czegoś ci brakuje?” – pytał. A przecież niczego nie brakowało. Oprócz tej wolności finansowej, ale jej braku bardzo długo nie dostrzegała. Myślałam: „Głupia ty, masz wszystko i narzekasz, szukasz dziury w całym. Przecież on ci kupi, czego potrzebujesz”.

– Dzisiaj nie wiem, ile mamy pieniędzy. Zresztą – nigdy nie wiedziałam. Nie było mi to w sumie potrzebne. Tylko, że teraz jestem finansowo kompletnie zależna od męża. Nie mogę wyskoczyć z dziećmi do kina, odwiedzić koleżanki, siostry. „Fanaberie”, mówi, gdy proponuję, żebyśmy w weekend skoczyli z dziećmi do miasta na obiad. „W mieście jestem codziennie, cały czas tam dojeżdżam, mogę chociaż w weekend posiedzieć w domu” – słyszę. A kiedy ja mówię, że mam dość, że nie chcę tak żyć, że chcę przestrzeni, wolności, możliwości decydowania o tym, co dzisiaj zjemy na kolację, to on syczy: „I gdzie pójdziesz, jak sobie poradzisz. Nic nie masz”.

Tak. Nawet dom jest na jego ojca…


W Polsce co piąta kobieta doświadcza przemocy ekonomicznej. Ponad 20% kobiet nie jest niezależna finansowo. Na forach czytam: „Dopóki on nie wydaje kasy na piwo i papierosy, to żadna przemoc. Dba po prostu o rodzinę. Dogodzić babie, jak musi pracować źle, jak nie musi, też źle”…


Psychologia Związek

Ratujesz, cierpisz, walczysz. Czy nie jesteś kobietą kochającą za bardzo?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 stycznia 2016
Fot. iStock / Fetty Wap – Trap Queen
 

Kobiety kochają za bardzo. Kochają tak mocno, że zatracają siebie, zapominają o własnych potrzebach. Szukają miłości, która istnieje tylko w bajkach. To bliskość mężczyzny nadaje sens ich życiu. Czy tak musi być?

Ewa Raczyńska: Jakie kobiety kochają za bardzo?

Eugenia Herzyk: Przede wszystkim takie, które potwornie boją się samotności. Samotność kojarzy im się z dezintegracją, unicestwieniem, a i ich wielka potrzeba bycia z kimś powoduje, że gdy już stworzą związek, to kurczowo go się trzymają. Wizja bycia samej jest dla nich równoznaczna z tak dużym przerażeniem i cierpieniem, że gotowe są przesuwać granice w związku, przekierować całą uwagę na potrzeby mężczyzny, tak by on czuł się szczęśliwy. Karmią tym swoją nadzieję, że mężczyzna ich nie opuści. Ale możliwy jest inny scenariusz. Za bardzo kochać mogą też samodzielne i niezależne materialnie kobiety – singielki. Dla nich mężczyzna jest kimś, poprzez którego pożądanie definiują swoją kobiecość, lub też spełnieniem marzeń o bezwarunkowej miłości.

Skąd się biorą u kobiet tendencje do kochania za bardzo?

Z ich własnych deficytów, najczęściej wyniesionych z dzieciństwa, a bywa że wzmocnionych w życiu dorosłym. Kochanie za bardzo przez kobiety w związkach przemocowych bardzo często bazuje na ich deficycie bezpieczeństwa materialnego. Takie kobiety są z mężczyzną który się nad nimi znęca, tylko dlatego, bo nie wierzą, że materialnie same sobie poradzą. Są też kobiety, dla których mężczyzna staje się filarem bezpieczeństwa emocjonalnego – potrzebują partnera, na którego zawsze mogą liczyć.

Kobiety z deficytem poczucia kobiecości zaspokajają go wiążąc się z mężczyzną, dla którego są atrakcyjne, który je wybrał. One absolutnie nie czują swojej kobiecości, kiedy u ich boku nie ma partnera. Dla kobiet z deficytem poczucia kobiecości sposobem na jego zapełnienie może być też macierzyństwo. Takie kobiety kochają za bardzo mężczyznę w nadziei, że dzięki temu osiągną swój cel, w istocie traktując mężczyznę jako dawcę nasienia.

Kochanie za bardzo wynika też z deficytu poczucia własnej wartości. „Ułożenie sobie życia przez kobietę” bardzo często łączone jest ze stworzeniem rodziny, dlatego też częstym kryterium poczucia własnej wartości jest właśnie bycie mężatką. W grę wchodzą tu oczywiście uwarunkowania kulturowe, czy przekazy z domu rodzinnego.

Ostatnim z deficytów prowadzącym kobiety do kochania za bardzo jest deficyt bezwarunkowej miłości.  Kobieta która w dzieciństwie mało takiej miłości zaznała, pragnie jej od mężczyzny. I rzeczywiście stan zakochania może ją przypominać – dla swojego ukochanego jest wyjątkowa, idealna, najważniejsza na świecie. Kochające za bardzo kobiety często tak właśnie definiują miłość. Kiedy zakochanie mija, szukają nowych relacji, nowych związków i znów gotowe są w nich na wszystko.

Kochanie za bardzo to tylko dawanie, uległość wobec mężczyzny?

Nie. Jedne kobiety przyjmują pozycję uległą, czyli „ja się podporządkuję, zrobię wszystko co będziesz chciał, przekieruję się na twoje potrzeby”. Druga postawa kochających za bardzo kobiet to postawa dominująca, kiedy kobieta poprzez kontrolę, ratownictwo, kobiece sposoby manipulacji, szantaż emocjonalny usidla swojego ukochanego. Ratowniczka często jest uważana za kobietę zdolną do wielkiej miłości – przecież tak się poświęca, tyle robi dla mężczyzny. Tymczasem dzięki takiej postawie realizuje swój cel, jakim jest związanie ze sobą partnera ubezwłasnowolnienie go, pozostawienie w pozycji dziecka, posiadanie na własność.

Ale kobiety kochające za bardzo chyba właśnie szukają takich mężczyzn, którymi mogą się zaopiekować?

Bardzo często tak, wiele kochających za bardzo kobiet chętnie tworzy relację z mężczyznami potrzebującymi opieki. Pasują do siebie jak klucz do zamka, mężczyzna w takiej partnerce szuka mamusi, która się o niego zatroszczy, zrzuci z niego ciężar odpowiedzialności za siebie i swoje życie, rozwiąże wszystkie problemy.

Czy taka miłość może być zagrożeniem dla kobiety? Może jej zaszkodzić? W końcu to „tylko” miłość.

Wszystko to, co wybierane nieświadomie, stanowi zagrożenie. Jeśli ktoś nie ma świadomości kryteriów swoich wyborów, to zazwyczaj nie jest gotowy na ich konsekwencje.

Kiedy kobieta świadomie wchodzi w rolę ratowniczki, to zdaje sobie sprawę z ryzyka. Bardzo często bowiem wyratowany przez kobietę, stojący na własnych nogach mężczyzna odchodzi – bo już kobiety nie potrzebuje.

Świadome swoich wyborów ratowniczki to chyba jednak rzadkość…

Niestety, tak. Dlatego zawsze podkreślam, że podstawowym celem psychoterapii jest pogłębienie świadomości. Błędem w psychoterapeutycznej sztuce jest podsuwanie kobietom jedynego dobrego rozwiązania, czy pokazywanie jedynie słusznej drogi. Chodzi o to, by kobiety wchodziły bardziej świadomie w związki, w relacje. By wyzbyły się dziecięcej naiwności, że ten świat jest piękny i bajkowy, a miłość rozwiąże wszystkie problemy.

Jeśli rozumie się mechanizm kochania za bardzo, to łatwiej się przed nim uchronić?

Tak. Trzeba jednak pamiętać, że sama tendencja do kochania za bardzo nie zanika. Ale świadomość występowania tej tendencji powoduje, że kobieta może się uchronić przed zaangażowaniem w kolejny toksyczny dla niej związek.

Kochanie za bardzo to szukanie okazji do romansów?

Między innymi. Kochanie za bardzo, będące w istocie uzależnieniem od miłości, ma różne wzorce. Jednym z nich jest poświęcenie, rezygnacja z własnych potrzeb i zajmowanie się jedynie zaspokajaniem potrzeb ukochanego. Inne kobiety z kolei poszukują w związkach adrenaliny – często ich burzliwe relacje są serią rozstań i powrotów. Jest jeszcze inny ciekawy wzorzec – wzorzec fantazjowania. O wspólnej przyszłości fantazjują kochanki związane z żonatymi mężczyznami, albo kobiety uwikłane w internetowe romanse. Fantazjują też kobiety po rozstaniu, kompulsywnie śledząc profil byłego na Facebooku.

Czyli kochanie za bardzo można traktować jako zaburzenie, jeśli spojrzymy na nie jak na uzależnienie od miłości?

Uzależnienie to wykształcony w mózgu pewien zaburzony mechanizm regulacji emocji. Istnieją uzależnienia od środków psychoaktywnych, ale też uzależnienia behawioralne, od zachowań. Mechanizm jest ten sam, te same są objawy.

Kwestia nazewnictwa jest bardzo ważna. Jeśli kobietę, która kocha za bardzo porzuca mężczyzna, to ona może swoje cierpienie nazwać dowodem na to, jak wielka jest jej miłość, a może nazwać zespołem abstynencyjnym. Czyli dotkliwym stanem, analogicznym do tego, który występuje u alkoholika po zaprzestaniu picia. Nazwanie problemu po imieniu jest pierwszym krokiem do jego rozwiązania.

Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle potrafimy kochać normalnie, po prostu? Trudno racjonalizować miłość.

Stare chińskie przysłowie powiada, że w stanie zakochania nie powinno się podejmować żadnych racjonalnych decyzji. Bo to jest stan bardzo piękny, ale też związany z oderwaniem od rzeczywistości. I kiedy ktoś z tą świadomością przeżywa stan zakochania, wie, że przestrzeń na budowanie prawdziwej relacji otworzy się dopiero wtedy, gdy ten stan minie.

Nie deklaruje się poważnego związku na etapie zakochania…

Właśnie, bo rzeczywistość zupełnie nie współbrzmi z tym, co czytamy w książkach, co pokazują w filmach, czy śpiewają w piosenkach. Gdzie miłość spada jak grom z jasnego nieba i kiedy nie ma znaczenia, że ten mężczyzna jest narkomanem, czy seksoholikiem, bo przecież miłość wszystko zwycięży.

Jakie są konsekwencje uzależnienia od miłości?

Kobiety kochające za bardzo trafiają na terapię z powodu swojego cierpienia. Cierpią, bo rozpadł im się związek, bo mąż je zdradził, bo czują się niespełnione w związku, bo lata lecą, a one nie potrafią stworzyć takiego związku, jaki by chciały. Różne są powody tego cierpienia, ale wspólnym ich mianownikiem jest zawsze mężczyzna. Ponieważ dla kochających za bardzo kobiet mężczyzna jest regulatorem ich emocji.

Na terapii zaczynają to dostrzegać, diagnozować swoje uzależnienie od miłości.  Uzależnienie nie jest niczym złym, szkodliwe są straty, które kobiety z powodu swojego uzależnienia ponoszą. Kobieta swoje życie podporządkowuje mężczyźnie, co w efekcie prowadzi do jego zubożenia. Robin Norwood, autorka kultowej już książki „Kobiety, które kochają za bardzo” określiła to nawet bardziej dosadnie – kochanie za bardzo może zabić.

dr_Eugenia_HerzykEugenia Herzyk, psychoterapeutka, założycielka i prezeska Fundacji Kobiece Serca, której statutowym celem jest pomoc kobietom uzależnionym od miłości. W swojej praktyce terapeutycznej specjalizuje się w problematyce uzależnienia od miłości, regulacji emocji oraz świadomych życiowych wyborów. Autorka książek „Nałogowa miłość” oraz „DDD  – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”


Psychologia Związek

Po pięciu latach związkowa sielanka się kończy! Naukowcy nie mają wątpliwości

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 stycznia 2016
Fot. Pixabay / debowscyfoto / CC0 Public Domain

Przechodziliście w swoich związkach kryzysy? Kiedy zaczęło być źle? Naukowcy są pewni, że wiedzą, kiedy następuje koniec miłosnej sielanki!

Badacze przeprowadzili obserwacje na grupie 200 kobiet. Wyniki? Raczej odzierają ze złudzeń o sakramentalnym „na dobre i na złe”… Jesteście gotowe na smutną prawdę? Okazuje się, że po pięciu latach wspólnego życia nadchodzi nieuniknione emocjonalne ochłodzenie. Naukowcy doszli do wniosku, że po tym właśnie okresie, partnerzy tracą zainteresowanie sobą.

Panie, które wzięły udział w badaniu, uważały w większości, że wina leży po stronie… panów. To brak zaangażowania ze strony małżonków oraz poczucie braku emocjonalnej więzi z nimi, doprowadza je po prostu do stanów depresyjnych oraz powoduje większą skłonności do irytowania się :).

I jeszcze ciekawostka: prawie 80% kobiet przyznało, że po 5 latach związku jest gotowe za zmianę partnera. Tradycyjną wizję miłości aż po grób włożyły między bajki… Jedynie 1/5 pań biorących udział w badaniu zadeklarowało chęć zawalczenia o swoje małżeństwo.


Źródło: Medicine info


Zobacz także

13 sposobów na psychiczną i emocjonalną manipulację. Czyli, jak wpadamy w sieć

Tętniak mózgu, czyli żyję na tykającej bombie

Przestań czekać. Lekcja, którą większość z nas odrabia zbyt późno

Miłość albo jest albo jej nie ma. I nie ma niczego pośrodku oprócz zwykłych kłamstw