Psychologia Związek

„Mój mąż ma romans, chcę go odzyskać”. Do czego zdolna jest kobieta, która walczy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 marca 2016
"Mój mąż ma romans, chcę go odzyskać". Do czego zdolna jest kobieta, która walczy
Fot. iStock / jarino47
 

„To załamanie nerwowe” – słyszę do lekarza. „Przepiszę pani leki” – dodaje. Patrzę na niego – co on u diabła bredzi. Jakie załamanie, przyszłam tylko po proszki na sen, a on wylatuje z załamaniem. Ja nie mogę się załamać, muszę walczyć. Dla dzieci, dla siebie, dla nas.

Myślisz sobie: „Ale dramat”, „Mnie to nigdy nie spotka” i nawet nie wiesz, kiedy się wydarza.

Bo przecież to tylko w filmach albo u koleżanki z podstawówki, która żyje z tym dupkiem, zamiast dawno od niego odejść. Bo jak zdradzi, to ty nie wybaczasz, tylko odejdziesz. Jakby świat było zero-jedynkowy. Biały albo czarny.

Po zdradzie nie już ma przestrzeni na miłość, na budowanie wszystkiego od nowa. Bo przecież nie o seks chodzi tylko o emocje, o to, że ciebie zostawił, zapomniał i poszedł z jakąś inną. Że co ona mogła mu dać? Głupi ch**j, który nie docenił żony, która mu dwójkę dzieci urodziła, gotowała, sprzątała, rozkładała nogi, kiedy chciał. A jemy było mało.

„Zdzira” to była moja pierwsza myśl

Zabiję ją. Jak mogła – mamy dzieci, on ma żonę. A ta wpakowała mu się do wyra jak pierwsza lepsza dziwka. Pewnie tylko na takie miano zasługuje, bo kto bierze faceta z obrączką na palcu. Chciałam wszystko o niej wiedzieć, kim jest, jak wygląda, ile ma lat, gdzie mieszka. „Zniszczę ją”. Ta myśl trzymała mnie w pionie.

Kiedy nie pilnował telefonu wzięłam do niej numer. „Ty k**wo, zostaw mojego męża, zajmij się swoim życiem, którego pewnie nie masz zabierając innej kobiecie męża, a dzieciom ojca”. W szale pisałam do niej SMS-y, odpisała raz: „Widocznie bycie twoim mężem mu nie wystarcza”. Wyłam z bólu. Z upokorzenia. Ze wstydu, bo leżąc na podłodze złapałam go za nogi pytając dlaczego? Jak nisko musi człowiek upaść, jak się upodlić, żeby tak błagać o jakiekolwiek wyjaśnienia. „Wstań, nie rób cyrku” – usłyszałam.

I wyszedł.

Kiedyś byłam mądra, kiedyś byłam pewna, że odejdę. A to była klasyka – awans w pracy, inny dział, impreza integracyjna. Praca po godzinach, wyjazdy służbowe, delegacje.

Wtedy tego nie zauważyłam. Biegałam między naszymi dziećmi. Ważne, żeby w domu było czysto, obiad zrobiony i dzieci grzeczne.

„Możesz zadzwonić” – zawibrował telefon…

nigdy nie sprawdzałam jego wiadomości, ale wtedy coś mnie pchnęło, by sprawdzić. Od Anety. Tłumaczył, że koleżanka z pracy. Ale to wtedy stanęłam w łazience przed lustrem. „Popatrz na siebie, włosy niedbale związane, które nie pamiętały farbowania. Twarz nalana, jak nie moja. I to ciało umęczone dwoma ciążami pod rząd, bez czasu na regenerację”.

Zrób coś – powiedziałam sobie. Chcesz go zatrzymać, musisz o siebie zadbać. Tylko jak z ząbkującym niemowlakiem z jednej strony i buntem dwulatka z drugiej. Ilu rzeczy nie widziałam, a może nie chciałam widzieć. Był moment, kiedy cieszyłam się, że go nie ma, że wraca później, że w weekendy musi wyjechać z jakimś nowym projektem. Byłam spokojniejsza, gdy go nie było. Wolałam sama wszystko ogarniać niż liczyć na jego pomoc, której zawsze było za mało.

„Kochanie, wszystko dobrze?” – to moja mama. „Tak mamo, Tomek po prostu zmęczony, rozdrażniony”. Tak, widziałam to jego poirytowanie, brak snu tłumaczyłam stresem w pracy. Budziłam się w nocy zdziwiona, że on jeszcze siedzi przed komputerem.

„Chociaż się przyznaj, stać cię na tyle? Nawet na szczerość nie zasługuję?” – krzyczałam, kiedy stało się dla mnie jasne, że mnie zdradza. Kiedy przyjaciółka delikatnie mówiła: „Wiesz, a Tomek z tą Anetą to cały czas razem pracują? Widziałam ich wieczorem”. SMS: „Radzę pilnować męża”. Jak próbowałam zadzwonić rozłączał się.

„Tak, mam romans. Zadowolona?”

Znacie to uczucie, jakby spadał na was betonowy blok. Nie ma ciebie, jakby słowa zmiotły cię, jakby ktoś oderwał ci głowę i położył obok. Jakbyś była w kinie i oglądała jakiś niezbyt ambitny dramat.

Świat się dla ciebie kończy. Nie ma nic. Wszystko wypełnia się „mamromansem”.

Wracał do domu. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Umiałam tylko płakać. To moja wina, nie dbałam o siebie, o nas, skupiłam się tylko na dziecku, kolejnej ciąży. Zobacz, jak wyglądam w tych dresach, z udami jak słoń. A on przecież nie taką mnie pokochał. Młody ma już rok, już dawno powinnam była coś ze sobą zrobić. Kto chciałby takie coś, jak ja…

Tak, kiedyś myślałam, że jak zdradzi to odejdę.

Nikomu nie powiedziałam. Przed rodziną graliśmy idealną rodzinę. „Mamy ciche dni mamo, nie chcę o tym rozmawiać” – tłumaczyłam.

Do czego zdolna jest kobieta, która chce walczyć?

– do obarczania siebie winą za to, że on ją zdradził – bo to ona nie potrafiła go zatrzymać, bo za mało się starała, bo powinna zauważyć, że on się oddala, przestaje się nią interesować

– do samobiczowania się, kiedy nie stanowi dla siebie żadnej wartości, myśli, kim jest ta kobieta, gdzie się poznali, gdzie uprawiają seks, czy on robi z nią to samo, co z tobą, w czy ona jest lepsza, bo, że jest lepsza to pewnik

– do żebrania o miłość, mówienia: „kochanie nic się nie stało, naprawimy to, będę się już starać, zobaczysz zmienię się”

– do naiwnej wiary w to, co on mówi, że tak – już skończy tę znajomość, że już się więcej z nią nie spotka, że ona dla niego nic nie znaczy, że się chwilowo pogubił, a ona chce w to wierzyć bardziej niż w siebie

– do upokorzenia siebie, kiedy kupuje bieliznę, której nigdy wcześniej by nie ubrała i staje przed nim pełna nadziei próbując udawać pewność siebie, a on? „daj spokój” – tylko to mówi

– do zdradzania siebie, kiedy z uśmiechem stawia przed nim jego ulubione danie, piecze najlepsze ciasto i jak gdyby nigdy nic proponuje: „Może z dziećmi wyskoczymy jutro do kina”

Bo wie, że dzieci to coś co ich łączy, są jej kartą przetargową. Przymilnie powtarzałam: „Dzieci chciały, żebyś poczytał im na dobranoc”, „Mały za tobą płakał dzisiaj cały dzień”.

Gorączkowo szukałam sposobu, by dla niego na nowo zaistnieć. Dieta, fitness. Nie skomentował, kiedy mówiłam, że musi zostać z dziećmi, bo idę na ćwiczenia. Myślałam, że to poczucie winy z jego strony nie pozwala mu pytać.

Im bardziej się starałam, tym bardziej czułam się poniżana. „On ma cię w du**pie. Nie widzisz tego?” – mówiła mi przyjaciółka, jedyna której się przyznałam. „Na bank dalej cię zdradza”.

Nic nie wiesz, nie wiesz, ile możesz udźwignąć, jak walczyć o rodzinę, o świat, który masz. Bo jak przestaniesz walczyć, to co ci zostanie? To ma okazać się, że wszystko to, co budowałaś jest jedynie jakąś cholerną fikcją? Powtarzam sobie: „on mnie kocha, wróci, na pewno, przypomni sobie o tej miłości”.

I czekam. Cała staję się czekaniem na jego gest w moją stronę. Napinam mięśnie, kiedy wchodzi do domu, leżę cicho w łóżku – może nie zauważy, że jestem i położy się obok. Potrafię nawet nie oddychać, żeby tylko był blisko.

„Zapiszę Pani tabletki na uspokojenie, ale proszę pomyśleć nad psychoterapią”  – słyszę jak przez mgłę.

„Dlaczego pani przyszła?”

„Chcę odzyskać męża”

„Jak to odzyskać?”

„Ma kochankę, zdradza mnie” – jestem zimna i zdeterminowana.

„Ale dlaczego chce go pani odzyskać?”

„Bo bez niego jestem nikim”.

P.S. Dziś wiem, kim jestem. Odzyskałam siebie, męża już nie. Okazało się, że on był zwykłym sk**wielem, który wolał iść na łatwiznę niż walczyć o nasz związek. Odeszłam, po trzech latach – trzech latach załamania, walki z zaburzeniami żywienia, depresją. Czy był tego wart? Na pewno nie.

 


Psychologia Związek

Muszą wygrać serce dla swojego syna. Swoje serca już oddali dając Kamilowi szansę na zdrowe życie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 marca 2016
Kamil
 

„Adoptujmy go” – powiedziała Olga, kiedy usłyszała, że na oddziale leży kilkumiesięczny chłopiec. Został przywieziony z ośrodka prowadzonego przez siostry zakonne.

Spotkanie w szpitalu

Wtedy jeszcze oboje nie widzieli Kamila. Poza tym nie planowali adopcji dziecka. Dwa lata po ślubie. Szczęśliwi. Do Centrum Zdrowia Dziecka jeździli do siostrzeńca Olgi – Antka chorującego na serce. Na tę samą salę co Antek, trafił Kamil z ciężką wadą serca: pojedyncza komora, wspólny pień tętniczy. – Przy każdym chorym dziecku był choć jeden rodzic. Kamil leżał zupełnie sam. Zaczęliśmy jeździć do szpitala nie tylko dla Antka, ale też dla niego – wspomina Adam, dziś ojciec chłopca.

– Przez ten czas wizyt w szpitalu bardzo się z Kamilem zżyliśmy. W Centrum Zdrowia Dziecka jako półroczne niemowlę znalazł się ponownie ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Potrzebował opieki i miłości, którą oczywiście od zakonnic, u których przebywał, otrzymywał.

Jednak wiadomo, że dla tak małego dziecka najważniejsze jest ciepło rodzinne, dzieci powinny dorastać w swoich domach, otoczone osobami, których zapach, głos i bicie serca jest im doskonale znane.

Choć najpierw pojawił się impuls, to jednak nie była łatwa decyzja. Tysiące wątpliwości, strach, obawy. – Nie wyobrażaliśmy sobie, że Kamil wróci  a my stracimy z nim kontakt. Oczywiście mogliśmy zostać wolontariuszami w domu pomocy i odwiedzać chłopca. Ale zdawaliśmy sobie sprawę, że odległość nie pozwoliłaby nam być tam tak często, jakbyśmy chcieli – szczerze mówi Adam.

Trudna decyzja 

Jedni znajomi mówili im, żeby dali sobie spokój, że jeszcze będą mieć swoje dzieci, że właściwie nie wiadomo, czy Kamil oprócz jednokomorowego serca nie choruje na coś jeszcze, jakie są rokowania lekarzy, ile operacji, zabiegów i rehabilitacji ma jeszcze przed sobą. Byli też tacy, którzy powtarzali Oldze i Adamowi, że nie mogą odebrać Kamilowi nadziei, którą w nim zasiali. – Przecież jakbyśmy wtedy go zostawili, to do końca życia byśmy się zastanawiali, co się z nim stało, czy żyje, czy jest szczęśliwy. W ogóle nie było o czym mówić – wspomina Adam.

Kamila spotkali w szpitalu w październiku 2013 roku, a w grudniu zaczęli zbierać dokumenty niezbędne do adopcji. – W okresie świątecznym dostaliśmy możliwość poprzebywania dłużej z Kamilem, zakonnica – prawny opiekun Kamila, chciała, byśmy byli pewni naszej decyzji. Po Świętach wzięliśmy udział w wizycie kontrolnej Kamila i kardiologa. Wracając mieliśmy wypadek samochodowy. Dramatyczny, na szczęście nam nic się nie stało, choć auto nadawało się tylko do kasacji, nikt z nas nie odniósł większych obrażeń. Mówiliśmy, że to był znak, by dłużej nie zwlekać z decyzją.

W styczniu wyrokiem sądu chłopiec mógł zostać na stałe z Olgą i Adamem, a kilka miesięcy później po przejściu procesu adopcyjnego małżeństwo mogło adoptować chłopca. – Kamil miał wnętrostwo obustronne (niezstąpienie jąder – przypis red.), przeszedł dwie operacje. Chcieliśmy naprawić wszystko co mogło stać na drodze do jego zdrowia. Byliśmy z Kamilem u gastrologa, laryngologa, okulisty, logopedy, psychologa, psychiatry.

Jednak zdrowie fizyczne to nie wszystko. Nim Kamil trafił do Olgi i Adama większość swojego życia spędził w szpitalach. – Ta długie pobyty w szpitalu odbiły się na jego wrażliwości. Do dzisiaj nawet w ciągu dnia śpi spokojnie, tylko wtedy, gdy jedno z nas zasypia obok niego. Bardzo długo budził się w nocy i płakał. Jego poczucie bezpieczeństwa było właściwie zerowe. Musieliśmy poświęcić dużo czasu i cierpliwości, by nam zaufał, by się nie bał, że znowu go ktoś zostawi. Ale było warto. Dziś jest rezolutnym chłopcem.

Walka o zdrowie

Wada serca chłopca nie pozwala jednak jego rodzicom pozostać spokojnymi. Co prawda lekarze Centrum Zdrowia Dziecka uspokajali mówiąc, że chłopca czeka jeszcze jedna operacja, ale że nic złego z jego zdrowiem się nie dzieje. – Zaczęło jednak nas niepokoić, że Kamil szybko się męczy, zauważyliśmy postępującą sinicę, spadła mu saturacja – tłumaczy Adam.

Adopcyjni rodzice Kamila szukali informacji o wadzie serca swojego syna, rozmawiali z rodzicami dzieci, które również chorują, spotkali się ze specjalistami. Opinie były różne, jedni mówili, że Kamil powinien przejść operację w wieku pięciu czy sześciu lat, inni, że powinna ona się odbyć już rok wcześniej.  – Załamaliśmy się. Ale nie zamierzaliśmy się poddać. Zaczęliśmy szukać jak najlepszej formy pomocy dla naszego syna. Skontaktowaliśmy się z kliniką w Monachium, w której profesor Malec zajmuje się takimi przypadkami jak nasz Kamil. Operacja jest tam wykonywana na bijącym sercu, co prawdopodobnie zmniejsza ryzyko powikłań.

Organizm trzyletniego Kamila mocno walczy, lekarze ostrzegają, że już jest niedotleniony i postępują w nim nieodwracalne zmiany. – Nie chcemy zaprzepaścić tego, co już udało się nam osiągnąć – dzięki wizytom u specjalistów, rehabilitacji i zajęciom wspomagającym Kamil nadrobił wszelkie opóźnienia ruchowe i psychofizyczne. Ten chłopiec wniósł w nasze życie tyle radości i szczęścia. To wyjątkowe dziecko, które z pewnością nie bez powodu stanął na naszej drodze, podobnie jak my na jego… Musieliśmy się spotkać. I nie chcemy teraz się poddać, pozwolić mu odejść, kiedy nie wyobrażamy sobie życia bez niego.

Olga jest w ciąży, we wrześniu Kamil zostanie starszym bratem. – Bardzo byśmy chcieli już wtedy być wszyscy razem, po trudnej operacji – mówi Adam. Jest w nim siła i determinacja.

Kamil choć dopiero skończył trzy lata został mocno doświadczony przez los. Ale to nie jest smutna historia o chorym chłopcu. To historia, która niesie nadzieję, że chłopiec, któremu właściwie nikt nie daje szans na przeżycie, który, choć jego serce składa się tylko z jednej komory kocha i jest kochany. Olga i Adam oddali mu swoje serca, teraz on potrzebuje szansy, by odzyskać swoje.

Na operację w Monachium potrzeba około 160 000 złotych. – 60 tysięcy mam uzbieranych na koncie fundacji z wpłat własnych – z 1% oraz darowizn od przyjaciół i znajomych. Potrzebujemy reszty, by zapewnić Kamilowi jak najlepszą opiekę. Niestety bardzo ważny jest tu czas…

Adam podkreśla, że gdyby udało im się zebrać środki, to wspomogą jeszcze siostrzeńca Olgi – tego, który leżał razem z Kamilem na jednej sali warszawskiego szpitala. Zbiórka dopiero się rozpoczęła – pieniądze zbierane są w Fundacji „Mam Serce”. Może i ty dołożysz swoją cegiełkę niosąc pomoc Kamilowi, choćby poprzez udostępnienie tej historii.


ulotkaA5 1proc_2016_new_K


Psychologia Związek

Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
11 marca 2016
Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!
Fot. Pixabay / kapoompics / CC0 Public Domain

Jeśli do tej pory uważałaś, że każda dieta która pozwala zgubić nadprogramowe kilogramy jest dobra, gdy pozwala osiągnąć cel, koniecznie musisz zweryfikować swoje poglądy. Diety stosowane bez konsultacji z dietetykiem czy lekarzem, mogą skutkować poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi, a w momencie ich zakończenia efektem jo-jo. Wtedy wszystkie wyrzeczenia jakim się poddałyście, tracą sens, bo kilogramy wracają, nawet z nawiązką. Być może trafiłyście w internecie na diety których zasady są podejrzane, nie próbujcie ich tym bardziej, jeśli ktoś obiecuje wam podczas ich stosowania utratę dużej ilości wagi w krótkim czasie. 

Wykaz diet, których zdecydowanie nikt nie powinien próbować

Dieta baletnicy

Zakłada 10-dniowy jadłospis odchudzająco-oczyszczający, w trakcie którego każdego dnia traci się na masie 1 kg, więc po diecie – czy raczej pół głodówce – waga powinna pokazać aż 10 kg mniej. Niestety ze względu na minimalne racje żywnościowe i szybie tempo chudnięcia, prowadzi do spadku masy ciała kosztem wyczerpania organizmu, tym bardziej że wymagana jest przy tym aktywność fizyczna!

Pierwsze dwa dni to woda lub kawa, o ile ilość nie przekracza litra dziennie. Trzeci dzień to jedynie dwa serki lub jogurty, najlepiej niskotłuszczowe. Do picia litr płynów dziennie – wody i kawy. Piąty i szósty dzień diety to jedzenie warzyw (około 11 średnich ziemniaków dziennie). Należy pić do 3 litrów wody lub kawy. Siódmy i ósmy dzień to włączenie mięsa drobiowego na parze, bez dodatków przypraw. W dwa ostatnie dni je się wyłącznie zielone warzywa. I oto całe menu na dziesięć dni. 

Efekt? Jeśli ktoś wytrwa i po drodze nie zasłabnie, może liczyć na szybką utratę wagi a po niej intensywny efekt jo-jo w przypadku normalnego spożywania kalorii. Podczas diety baletnicy nie następuje redukcja tkanki tłuszczowej za to pracuje się na odwodnienie organizmu. Ten rodzaj pomysłu na szczupłą figurę nie nadaje się do stosowania ani dalszego polecania. 

 Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain

Dieta tasiemcowa

Jak się okazuje ten niebezpieczny pomysł jest w użytku zdesperowanych kobiet już od lat 30 XX wieku! Znów powróciła w orbitę zainteresowania, mimo poważnych konsekwencji, jaki pociąga za sobą hodowanie w organizmie pasożyta. Dieta tasiemcowa zakłada połknięcie jaj tasiemca w specjalnych i niemało kosztujących tabletkach. Tylko tyle wystarczy, by w jelitach rozwijał się tasiemiec, pobierając składniki pokarmowe.

Przez jego obecność dochodzi do bólu głowy, nudności, odbijania, zaburzeń trawiennych, braku apetytu a w konsekwencji do chudnięcia. Często następuje biegunka, spadek odporności, awitaminoza i wycieńczenie organizmu prowadzące w skrajnych sytuacjach do zgonu. Zagrożeń dla człowieka – żywiciela jest jeszcze więcej – larwy tasiemca mogą przeniknąć przez błonę śluzową jelita, dostać się do krwi, a z nią do wątroby, mięśni, oczu, a nawet mózgu, powodując objawy podobne do schizofrenii i padaczki. Mimo że tabletki z tasiemcami sprzedawane są wraz z odtrutką na pasożyta, walka z jego obecnością a także usuwanie konsekwencji jakie są wynikiem jego działalności są bardzo trudne. Nie warto ryzykować życiem dla utraty kilku kilogramów. 

Dieta Prolinn

 To kolejny ekstremalny pomysł, który znalazł chętnych do wypróbowania. Jej koncepcja została opracowana przez dr Linna,  przy założeniu niskiej podaży energii do 800kcal na dobę, przez wyłączne spożywanie specjalnego białkowego koktajlu autorstwa doktora. Tu również kryje się niebezpieczeństwo, gdyż w koktajlu zamiast pełnowartościowych białek i innych składników, znalazły się niepełnowartościowe białka kolagenowe pochodzące z odpadów mięsnych typu kopyta, sierść, skóry. Stosując te zalecenia, utrata masy w ciągu kilku tygodni sięgała nawet 30%. Niestety konsekwencje okazywały się być o wiele bardziej poważne. Dieta Linna doprowadza do niedożywienia i wyniszczenia organizmu, zaburzenia pracy serca. Zanotowana również przypadki śmiertelne, wynikające z długotrwałego stosowania tej diety.  

Fot. Pixabay / kaicho20 / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaicho20 / CC0 Public Domain

Dieta Kimkins

A raczej kolejny pomysł na wyniszczającą głodówkę, który znalazł zainteresowanie. Dieta zakłada spożywanie maksymalnie 800 kalorii dziennie i oczyszczanie organizmu z toksyn za pomocą środków przeczyszczających. Wpływa to na szybki spadek masy ciała, ale wiąże się z niebezpieczeństwem utraty zdrowia. Przy stosowaniu tej diety następuje odwodnienie, ogólne osłabienie zawroty głowy, obniżenie ciśnienia krwi. Zostaje zaburzona równowaga elektrolitowej objawiająca się bolesnymi skurczami mięśni, i zaburzeniami rytmu serca. Możliwe jest krwawienie z jelit i ich dysfunkcja z powodu nadmiernego stosowania środków przeczyszczających.

Monodiety

Czyli popularna dieta kapuściana lub ryżowa, jabłkowa. Jak wskazuje nazwa, dieta polega na przyjmowaniu przez dłuższy czas głównie jednego rodzaju produktu, który można dowolnie przyrządzać. Skutkiem jedzenia w kółko tego samego jest szybkie znużenie smakami i obniżenie nastroju. Na tego typu dietach waga rzeczywiście schodzi w dół, ale też nie sprzyja zdrowiu. Człowiek by poprawnie funkcjonować, potrzebuje kilkudziesięciu różnych składników pokarmowych, a jedzenie np. potraw głównie z kapustą przez trzy tygodnie prędzej zbliży do anemii niż pełni wigoru i zdrowia. 

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Diety wysokobiałkowe (niskowęglowodanowe)

Czyli osławione diety Dukana, Atkinsa. Polegają na stosowaniu się do planu żywieniowego, opierającego się na produktach niskoenergetycznych i wysokobiałkowych. Taka dieta nie jest najlepszym pomysłem na tracenie kilogramów, ze względu na dużą ilość białka przyjmowaną każdego dnia oraz zawartość tłuszczu pochodzenia zwierzęcego. Np. w diecie Dukana występuje przewaga nasyconych kwasów tłuszczowych o działaniu miażdżycowym, oraz niedobór nienasyconych kwasów tłuszczowych, dobroczynnych dla układu krążenia. Zauważalny jest niedobór błonnika pokarmowego, oraz przekroczona norma spożycia cholesterolu. Taki sposób żywienia prowadzi do przyjmowania w nadmiarze fosforu i żelaza oraz niedobór witaminy C, B1, E oraz potasu.

Skutek? Między innymi zakwaszenie organizmu, zaparcia, zagrożenie osteoporozą, ryzyko rozwoju kamicy nerkowej, upośledzenie pracy nerek i wątroby, choroba niedokrwienna serca, miażdżyca.

Pamiętajcie, że nie ma masowej diety idealnej dla każdego

Należy indywidualnie przy wsparciu specjalisty dietetyka dopasować i zbilansować posiłki. Jeśli nie marzycie o zrzuceniu dużej ilości kilogramów, po prostu przestawcie się na zdrowszy sposób żywienia w rodzaju diety śródziemnomorskiej lub skandynawskiej, oraz włączcie codzienny ruch. Zapewne tracić na masie będziecie wolniej, ale nie zrujnujecie przy tym bezcennego zdrowia.


Zobacz także

List do mnie samej, po tym, jak odszedł mój mąż

Moje życie z tyranem. Odnajdujesz tu cząstkę siebie?

Czuła, że zrobiła to dla tych wszystkich zdradzonych i zranionych przez Maćka kobiet. Tinderowe love bez happy endu