Lifestyle Związek

Małżeńskie sekrety… Znasz je wszystkie?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 kwietnia 2016
Małżeńskie sekrety... Znasz je wszystkie?
Fot. iStock / knape
 

Moja babcia mawiała, że w małżeństwie sekrety to konieczność. Rzecz jasna sekrety przed mężem, bo nie przed przyjaciółkami. Z resztą, babcia mawiała też, że prawdziwą, najlepszą przyjaciółkę można mieć tylko jedną. I powiedzieć jej, że twojemu mężowi zdarzyło się jakieś nieszczęśliwe sypialniane „faux-pas” to jak nie powiedzieć wcale. Nie liczy się i już.

Dziadek jakieś swoje tajemnice mieć próbował, ale próby te z reguły kończyły się fiaskiem, bo wprawny w konspiracji nos babci wszelkie chachmęcenie wyczuwał bezbłędnie. A poza tym, taka ta jego męska natura była: szczera i otwarta, skłamać, pokolorować nie umiał. Raz próbował ukryć przed babcią, zakupione na rocznicę ślubu śliczne klipsy z łezką bursztynu, ale zakończyło się to katastrofą. Babcia pudełeczko znalazła, a dziadek nie chcąc wyjawić ukochanej dla kogo ten angażujący prezent palnął bezmyślnie „dla koleżanki z pracy”, czym prawie doprowadził do natychmiastowej separacji i przymusowej wyprowadzki (swojej) do rodziców na całe trzy dni. Od tej pory niespodzianek na rocznice już nie było, bywał za to święty spokój.

Wszystko to opowiedziała mi pewnego popołudnia babcia, kiedy dziadka już nie było, ale zostało po nim piękne, uśmiechnięte zdjęcie, na którym wyglądał, jak amerykański aktor filmowy, Robert Redford. A co jeszcze z tej rozmowy wynikło, możecie przeczytać poniżej.

MSŻS, czyli Małżeńskie Sekrety Żony Staromodnej

Toaleta

Jest rzeczą absolutnie nie do przyjęcia by mąż widział żonę przy codziennych czynnościach natury higienicznej – powiedziałaby babcia, gdyby chciała być elegancka. Zamiast tego rzuciła po prostu:  – Ja nawet krem nakładałam w osobnym pokoju, nie musi przecież wiedzieć, że się upiększam. Rzęsy? Brwi? Choć babcia malowała je całe życie, dziadek był święcie przekonany, że ta intensywna czerń to kolor naturalny. Z biegiem lat zorientował się jedynie, kiedy babcia zaczęła farbować włosy, a nawet potrafił ocenić w którym odcieniu bardziej jej do twarzy.

Dziś panowie kupują nam tusze do rzęs i depilatory, a scenka, w której żona siedząc w wannie goli nogi, a mąż siusia do sedesu obok chyba już nikogo nie szokuje. Bo przecież, w gruncie rzeczy to taka wspaniała oszczędność czasu, zwłaszcza jeśli można jeszcze ustalić kilka spraw organizacyjnych jak zakupy i odbiór dzieci z przedszkola.

Utrzymanie (Żony)

Czyli, jak mawiała babcia, miesięczne lub roczne, koszty niezbędne. Zanim podjęła pracę zawodową dziadek „dawał jej” pewną sumę  pieniędzy raz na jakiś czas, mówiąc „to na twoje sprawy”. Oficjalnie była to ulubiona buteleczka perfum „pani Walewska”, buty – czółenka, fryzjer i manikiurzystka (wcale wtedy niedrogie), a także – rzadko z powodu napięć w domowym budżecie –  nowy kostium czy zgrabny kożuszek. Nieoficjalnie zdarzyła się jakaś błyskotka, kawa i ciastko z przyjaciółką, upragniony album z malarstwem kubistycznym… Mniejsze i większe tajemnice, które zazwyczaj udało się zataić.

Czy była taka potrzeba? Nie, to bardziej w głowie babci funkcjonowała bardzo długo, patriarchalna wizja rodziny, w której szczytem troski męża o żonę jest miesięczne kilka złotych na bawełniane majtki. W czasach, gdy urodziła się moja babcia, kobiety dopiero zaczynały pracę zawodową i nie było powszechnym, by żony robiły coś jeszcze poza prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Ich pensje były często symboliczne, ale dawały poczucie pewnej wolności.

– Dziś jest o wiele trudniej, o wiele moja Kochana – powiedziała mi Babcia, mając zapewne na myśli przejrzystość wspólnego konta i comiesięcznych wyciągów z rachunku.

Produkty Higieny Intymnej

– Żeby mu się zrobiło niedobrze?! – zawołała za to na wieść o tym, że mój małżonek jest przeze mnie regularnie obarczany kupnem podpasek. Ba, słowo „podpaska” ledwo przeszło jej przez usta. Mój dziadek zapewne długo nie miał pojęcia jak ów tajemniczy przedmiot wygląda, choć trzeba przyznać, że na kobiece dolegliwości reagował z empatią i czule opiekował się niedysponowaną żoną.

Powodzenie (u innych mężczyzn) i seks

–  Spojrzenie to czasem o wiele więcej niż dotyk – mówi babcia, puszczając do mnie porozumiewawczo oko. Tak, z pewnością można już ze mną „ o tych” sprawach porozmawiać – mam męża, dzieci, trzydzieści kilka lat… Możemy pogadać „jak kobieta z kobietą”. Z dziadkiem to co innego. I wcale nie chodzi o to, że on kobietą nie jest:) . Z mężem na „te tematy” się nie rozmawia, a w sypialni rządzi intuicyjność. Czy była i satysfakcja? O to nie zapytam.

– Wiesz, jak jeździłam z twoją mamą nad morze, to zabiegał o mnie jeden młodszy mężczyzna  – opowiada babcia (nutka nostalgii) – Widziałam w jego oczach, jak mu się podobam.

Babcia o wakacyjnym adoratorze dziadkowi nie powiedziała, z resztą nie wydarzyło się między nimi nic niewłaściwego. Nic prócz może letniego, ledwo wyczuwalnego i eleganckiego flirtu, którym dziś (wycisnąwszy z niego uprzednio co się da), podsycałybyśmy zazdrość naszych partnerów… Taka różnica  w delikatności uczuć.

Jakże wiele się zmieniło! Jak bardzo jesteśmy różne od naszych babć i prababek. W związkach nie mamy tajemnic, bywamy  ze sobą tak blisko i szczerze, że czasem aż potykamy o siebie i o tę naszą intymność. I wiecie, co jest w tym najdziwniejsze? Ta bliskość ciał, to „wiedzenie o sobie wszystkiego” wcale nie sprawia, że jesteśmy trwalsi. Małżeństwa naszych dziadków to zazwyczaj kilkadziesiąt wspólnych lat, akceptowania, kompromisów, miłości i jeszcze  tego czegoś. Ciągłego uwodzenia się, pielęgnowania wzajemnego zainteresowania. Niewinnych sekretów. O naszych związkach mówi się, że są długie, kiedy trwają kilka lat. I mimo, że to trwanie obfituje w największe emocje, tajemnicy brak. A może ona już do nas po prostu  nie pasuje?


Lifestyle Związek

Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 kwietnia 2016
Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki...
Fot. iStock / triloks
 

Na niebieskiej, świeżo malowanej ławce pod moim blokiem, ktoś przykleił kartkę. A może nie przykleił jej tam wcale, tylko oderwała się od jakiegoś słupa ogłoszeniowego, a wiatr przywiał ją tutaj z daleka, na ten kwadratowy placyk z fontannami, małym, wesołym klombem kolorowych kwiatów i porzuconą dziecięcą zabawką – ciężarówką z plastiku. Na kartce, trzepoczącej delikatnie jedną stroną, ów ktoś napisał dwa zdania: Szukam Żony dla Mojego Taty. Musi być najlepsza. Pod spodem widniał numer telefonu komórkowego i śmieszny, dziecięcy rysunek, skopiowany lub zeskanowany i powielony w czarno-białym kolorze. Na rysunku dom, taki dokładnie jak malują go dzieci: prostokąt i dach z trójkąta, a na tym prostokącie trzy postacie – dwie duże i jedna mniejsza. Ścisnęło mnie za gardło. Dlaczego? Nie nadaję się na żonę, a nawet jeśli, to już jeden mąż popełnił to szaleństwo i się ze mną ożenił. Mimo to, zanotowałam skrzętnie ten numer telefonu, bo zdarzenie to wydało mi się tak piękne, że warte choćby upamiętnienia banalną notką w telefonie. Tego popołudnia wybrałam zapisany czarnym atramentem numer.

–  Halo, słucham? – powiedział zdecydowany głos męski, ani trochę nie dziecięcy. – Dzień dobry, ja dzwonię w sprawie ogłoszenia. – Ogłoszenia? – Tak. Wie pan, na moim osiedlu, na ławce z napisem „świeżo malowane” znalazłam karteczkę z tym numerem telefonu. – Z tym numerem? A co ja niby mam do zaoferowania?

– Pan nie oferuje, pan szuka. A właściwie nie pan, tylko pana córka lub syn. Ale ja nie dzwonię dlatego, że mogę nią być. Tą żoną. Ja dzwonię, bo mnie ta karteczka wzruszyła. Jestem dziennikarką i…

Chwila niezręcznej ciszy. Dociera do mnie, że to może jakiś dziecięcy psikus, zaczynam przepraszać i tłumaczyć się głupio, ale męski głos przerywa mi szybko.

– To są jakieś kpiny. Proszę sobie nie robić żartów. Do widzenia!

Siedzę jeszcze przez chwilę w poczuciu, że zrobiłam coś niewyobrażalnie głupiego, gdy w moim ręku zaczyna wibrować telefon. To ON. Facet z ogłoszenia.

– Przepraszam panią. Źle panią potraktowałem. Córka napisała te ogłoszenia w zeszłym tygodniu. Od śmierci żony ma takie dziwne pomysły. Ona myśli, że…

– Że panu źle samemu, że kogoś pan potrzebuje?

– Tak, chyba tak.

– Denerwuje to pana? Myślę, że to to cudowne, że córka chce by był pan szczęśliwy. Ale z drugiej strony… Co one mogą wiedzieć o nas, te dzieci. I o naszym dorosłym życiu. Niech pan to ukróci. Nie można przecież dzieciom pozwalać by kierowały naszym dorosłym życiem.

– Myśli pani? O, moja córka jest bardzo mądra. Ona bardzo dużo widzi, wie pani. Wie, że będę miał katar, zanim jeszcze zacznie mnie kręcić w nosie. Ufam jej w tych sprawach.

– Zgoda, w sprawie kataru. No, ale nie powinna przecież zajmować się pana życiem miłosnym, prawda? Pan wie najlepiej, co dla pana dobre. Pan jest dorosły. Sam mógłby jej pan coś doradzić w tej kwestii. Ile ona ma lat? 9?

– 11, jest całkiem dużą dziewczynką. Rozsądną. To już cztery lata, od kiedy żony nie ma, wie pani. Ale ja naprawdę nikogo nie szukam, tylko głos pani wydał się zachęcający do rozmowy. Ja tak mało rozmawiam ostatnio. Chyba, że w pracy. Ale to nie są rozmowy o życiu, o tęsknocie.

– Pewnie córka myśli, że pan tęskni za drugim człowiekiem. Niech pan jej powie, że to nieprawda. Niech się niepotrzebnie nie martwi.

– Tak… Właściwie, to wie pani… Ja tęsknię za drugim człowiekiem. Dziękuję.

Kończymy rozmowę, a ja czuję, że mała dziewczynka, która napisała czarnym atramentem dwa krótkie zdania zmieniła dziś nie jedno, lecz dwa życia. A kto wie, czy nie więcej.


Lifestyle Związek

Nic dwa razy się nie zdarza… podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 kwietnia 2016
Nic dwa razy się nie zdarza... podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Początek przebiegał dokładnie tak, jak w tej historii z całkiem niedrogiej gazetki, którą K. kupiła w pośpiechu i dla „zabiciu czasu”, tuż przed podróżą pociągiem relacji Warszawa – Kraków Główny. Zabawne, nawet imiona głównej pary bohaterów były takie jak ich dwojga. Ale ten zbieg okoliczności przyszedł jej do głowy dopiero kilka miesięcy po tym, jak wszystko się zaczęło. A zaczęło się banalnie. Tuż po  50- tych urodzinach mąż K. zaczął bardziej starannie niż zwykle dobierać koszule do spodni, przed wyjściem do pracy. Potem doszła do tego siłownia, trzy razy w tygodniu i bieganie, co wieczór. A na końcu całkiem nowy zapach perfum na tych jego starannie dobranych koszulach. Zapach kobiecych perfum, żeby było jasne. Nie zaniepokoiło to jednak K., która dobrze wiedziała, że praca jej męża polega również na spotykaniu się bardzo eleganckimi i pięknie pachnącymi (niekiedy zbyt intensywnie) kobietami. Zaniepokoiło ją za to, i to od razu całkiem poważnie, kilka dziwnych SMS-ów, które, traf chciał, przyszły dokładnie w tym momencie, w którym wyjmowała mężowski telefon z kieszeni jego eleganckich spodni, żeby podłączyć do niego ładowarkę.

SMS PIERWSZY (ostatni w kolejności)

P.S. Kocham Cię do szaleństwa. Cmok Cmok Cmok. Twoja Kocicka bez pazulków. Miał.

SMS DRUGI

Kup oliwki, zrobimy naszą sałatkę. Twoja Asiulka.Cmok.

SMS TRZECI (pierwszy w kolejności)

Tęsknię za Tobom, kiedy przyjedziesz?

Ostatni SMS zilustrowany był zdjęciem bardzo młodej, kobiecej twarzy, w której mocno przerysowane (kredką) usta układały się do owego „cmok”. Co ciekawe, K., ówczesną redaktor naczelną ambitnego magazynu dla pań, w pierwszym odruchu bardziej zaniepokoił poziom językowy niż treść owych nieszczęsnych wiadomości. Dopiero po kilku chwilach dotarł do niej fakt, że jej mąż ma wspólną sałatkę z jakąś Asiulką i że ta biedaczka wyznaje mu miłość.

– Wiesz­ – powiedziała spokojnie do męża, który odpoczywał na tarasie ich wspaniałego domu popijając popołudniową, sobotnią kawę z mlekiem – właśnie przyszły do ciebie SMS-y. Kociczka prosi żebyś jej przyniósł oliwki. Podobno wiesz o jaką sałatkę chodzi. My mamy w domu oliwki. Możesz wziąć.

Walizkę mąż K. spakował tak szybko, jakby już dawno zaplanował co do niej włoży. Zamykając za sobą wielkie, dwuskrzydłowe drzwi powiedział tylko: Mam nadzieję, że nie będziesz robiła scen. Facet o mojej pozycji potrzebuje kogoś, kto bardziej pasuje do jego trybu pracy, kogoś, kto ma ciało, wygląda, dba o siebie. Wiesz przecież, że zawsze byłaś przeintetelektualizowana. 15 lat temu to było jeszcze modne. Ja muszę być na bieżąco z życiem. Rozumiesz chyba.

Męża K. widywano od tej pory całkiem oficjalnie „na mieście” (niektórzy znajomi przypomnieli sobie, że właściwie to widzieli go już wcześniej, na przykład w klubie tenisowym „Stokrotka” z „taką wczesną dwudziestką”.) w towarzystwie całkowicie nieprzeintelektualizowanej Asiulki. „Kociczka” napisała jeszcze kilka SMS-ów. Tym razem do K. Było coś o wysłanym pozwie rozwodowym, podziale majątku i ogromnym, cudownym uczuciu, które połączyło ich, kiedy spotkali się na stacji benzynowej, a jej zablokowała się karta i nie mogła zapłacić za paliwo).

Wspólni znajomi K. i jej męża zgodnie orzekli: głowa siwieje, tylnia część ciała szaleje. Mąż K.  chełpił się swoją młodą zdobyczą i prawie zapomniał o starej żonie.

A ona? Czekała spokojnie. Była oazą spokoju po prostu. Przyjaciółka powtarzała: „Ja bym tak nie mogła! Weź się na niego wścieknij jakoś, zezłość, rzuć czymś o ścianę, zadzwoń do niego i zwymyślaj, potłucz te jego zdjęcia w takich ładnych ramkach. On nie zasługuje nawet na te ramki! A małą znajdź i wytargaj za te farbowane kudły.”

Nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Pozew rozwodowy nigdy nie doszedł na adres zamieszkania K., a może wcale nigdy go nie wysłano? Za to powrót niewiernego męża nastąpił w pierwszą rocznicę owych oliwkowych SMS-ów i  był szalenie spektakularny: z rzucaniem się na piękny trawnik przed domem (tak, żeby sąsiedzi widzieli), kwiatami i drogą (baaaaardzo drogą) biżuterią na przeprosiny, które zostały… przyjęte. „ Bo ona była taka głupia –  wyznał podobno w błagalnej mowie – a ty jesteś taka mądra.” Przez kilka tygodni żyli razem jak wcześniej.

Aż do tego dnia, kiedy siedząc przy biurku w pracy dostał od żony mail. W nim zdjęcie przedstawiające K. w skąpym stroju kąpielowym (nawiasem mówiąc, wcześniej nie zauważył, że jak na te 40-tkę z plusem to ciało ma naprawdę niezłe) obejmującą czule umięśnionego dwudziestolatka. W pierwszym odruchu nie zrozumiał. Pomyślał, że to chyba jakiś jej były uczeń, z czasów kiedy pracowała w podstawówce. Tylko, na miłość boską, dlaczego jest nagi do pasa?! A poza tym, czy ona, K., nie miała być na szkoleniu ze swoją redakcją? Przecież sam odwoził ją na pociąg, dwa dni wcześniej. Potem przyszedł SMS.

Kochany mężu!

Miałeś rację. Nie pasujesz do mojego stylu życia. Jak to dobrze, że można mieć obok siebie kogoś kto ma i niezłe ciało i wspaniały intelekt. Dziękuję ci bardzo, że mi to uświadomiłeś. Nie rób scen.

Dziś mąż K. mieszka sam w tym ich wspaniałym domu. Po cichu ma nadzieję, że odzyska żonę, a raczej jej przychylne uczucia.  Póki co żyje grzecznie i skromnie ze skruchą znosząc ten wielce niewygodny fakt, że jego „przeintelektualizowana” K. wyprowadziła się do młodszego kochanka, który okazał się bardzo wziętym i świetnie opłacanym blogerem. Mąż K. na rozwód się nie zgodzi, zbyt wiele by go to kosztowało. Chyba nawet więcej niż zraniona duma i te niby-skrywane śmieszki kolegów z branży.